Chutzpah i wojna symboli

Niebezpieczna obsesja Rosji na punkcie moralności w czasie wojny

Aleksandr Dugin potępia ukraiński strajk, w którym zginęło 21 studentów, i przedstawia miażdżącą krytykę nadmiernie moralistycznego podejścia Rosji do wojny, wzywając do zdecydowanego zwycięstwa, strategicznej bezwzględności i fundamentalnej zmiany sposobu prowadzenia konfliktu.

Rozmowa z Aleksandrem Duginem w programie Eskalacja na kanale Sputnik

Prowadzący: 22 maja Siły Zbrojne Ukrainy dokonały straszliwego zamachu terrorystycznego: 21 osób zginęło w Starobielskim Kolegium Pedagogicznym Ługańskiego Uniwersytetu Państwowego. W takiej sytuacji pierwsze pytanie brzmi: dlaczego? Bo nawet za tak potwornymi zbrodniami zazwyczaj kryje się jakiś cel. Aleksandrze Giełewiczu [Dugin], z Pana punktu widzenia, dlaczego to się stało?

Aleksandr Dugin: Mamy teraz do czynienia z wojną, w której symbole odgrywają ogromną rolę. W każdej wojnie symboliczne cele, działania i gesty mają ogromne znaczenie, ale w naszych czasach mają one być może znaczenie najważniejsze. Nie ma znaczenia, co się faktycznie wydarzyło, kto w co uderzył i co osiągnięto – liczy się symboliczne znaczenie w to włożone. Moim zdaniem, właśnie w tej „wojnie symboli” musimy zrozumieć ten potworny atak terrorystyczny, tę zbrodnię przeciwko ludzkości, przeciwko życiu, przeciwko młodzieży, dokonaną przez ukraińskich nazistów.

Oczywiście, nie miało to żadnego sensu militarnego. Niemniej jednak uderzali precyzyjnie, wielokrotnie, w kilku falach. Przede wszystkim składamy kondolencje rodzinom ofiar, Ługańskiej Republice Ludowej, Noworosji, Donbasowi i całemu naszemu narodowi – bo to nasze dzieci. Zginęły nasze córki i nasi synowie, którym nie udało się jeszcze niczego sensownego osiągnąć w życiu, którzy dopiero się do tego przygotowywali. Tak wiele już zainwestowano w te czternasto- i piętnastoletnie istoty ludzkie, tak wiele życia już przeżyli – a zginąć, zanim zdążą się rozwinąć, to chyba najstraszniejsza rzecz ze wszystkich.

Starożytni wierzyli, że nie ma gorszej kary dla człowieka niż pochowanie własnych dzieci. W języku nie ma nawet słowa na to: „wdowa” to osoba, która straciła męża, „wdowiec” żonę, „sierota” rodziców. Ale dla kogoś, kto stracił dzieci, język ludzki nie ma słowa, ponieważ jest to nienaturalne i nieznośnie bolesne. I podjęli to świadomie.

Próbuję zrekonstruować logikę tej diabolicznej świadomości, naszego ontologicznego wroga, tej szatańskiej siły, z którą toczymy wojnę. Najwyraźniej widzieli, jak Izraelczycy i Amerykanie zachowywali się, atakując na przykład szkoły dla dziewcząt, i doszli do wniosku, że okazywanie absolutnej pogardy dla wszelkich norm ludzkich jest oznaką siły.

Nieprzypadkowo gloryfikują nazistów – Banderę, Szuchewycza i wszystkich przestępców i złoczyńców zakazanych w Federacji Rosyjskiej. W istocie na Ukrainie ustanowiono reżim neonazistowski, a jedną z cech nazizmu było świadome odrzucenie humanizmu we wszystkich jego formach: nie ma nic świętego; jeśli to wróg, należy go zniszczyć, nawet dzieci.

Jest w tym coś ze Starego Testamentu. Nieprzypadkowo dzisiejszy Izrael również wyróżnia się bezgranicznym, całkowicie nieludzkim, diabolicznym okrucieństwem. W Starym Testamencie, niestety, spotykamy się z opowieściami o całkowitej eksterminacji wrogów, w tym kobiet, dzieci i starców. Staje się to normą współczesnych wojen – świadome przekraczanie granic człowieczeństwa w imię nowej symboliki: rację ma ten, kto jest silny, kto może dokonać czegoś niesamowitego i nic mu się za to nie stanie.

W amerykańskim slangu, opartym na żargonie żydowskim, istnieje termin „chutzpah”. Co on oznacza? To wtedy, gdy przestępca, złapany na miejscu morderstwa lub gwałtu, zaczyna wrzeszczeć, że osoba, która pierwsza weszła do pokoju, dopuściła się zbrodni. Mówi z taką zuchwałością, bezczelnością i wewnętrznym przekonaniem, że to on jest niewinną ofiarą, a prawdziwy świadek katem, że to wręcz paraliżuje ludzi. To bezgraniczna, sadystyczna agresja połączona z pragnieniem wzbudzenia litości nad sobą i zrzucenia winy na niewinnego. I radości, gdy niewinny człowiek zostanie stracony.

Oto „hucpa”, którą Izrael demonstruje dzisiaj: im więcej palestyńskich dzieci zabija, tym głośniej krzyczy o wzroście antysemityzmu na świecie i o tym, że jest ofiarą niesprawiedliwości. Im więcej zbrodni – tym głośniej krzyczy. I ukraińscy naziści postępują dokładnie tak samo. To prawdziwa hucpa.

Czyli popełnić potworną zbrodnię na oczach całego świata, obwiniać za nią same ofiary, a następnie, jakby nic się nie stało, prosić o wsparcie, aby mogły kontynuować w tym samym duchu. To właśnie wyróżnia Unię Europejską, Stany Zjednoczone i Trumpa, który porywa przywódców, niszczy przywództwo suwerennych państw, a potem, jakby nic się nie stało, mówi: „Dobrze się z nimi dogadałem, osiągnęliśmy wspaniały układ”.

Wkroczyliśmy w erę „hucpy”. To całkowicie nienaturalny, nieludzki model zachowania, który prezentują Ukraińcy, Izraelczycy i Amerykanie. Stało się to już stylem całego Zachodu: popełnić potworną zbrodnię na oczach wszystkich, zniszczyć niewinnych z wyjątkowym cynizmem, a potem domagać się uwagi. Nawet nie okazują skruchy ani się nie tłumaczą – wszystko przerzucają na innych, obarczając winą same ofiary. Nie da się tego inaczej wytłumaczyć.

Oczywiście, można by użyć greckiego terminu hybris , ale jest on zbyt akademicki. Grecy uważali hybris za grzech tytanów, gdy nawet boscy herosi dopuszczali się czegoś niedopuszczalnego – na przykład profanowali ciała pokonanych wrogów, mordowali ich rodziny lub gwałcili żony na oczach ich dzieci. Kultura grecka kategorycznie to odrzucała. Można więc nadać mu naukową nazwę „hybris” lub, używając współczesnego żargonu politologicznego, „chucpa”.

Ale jest też drugi, symboliczny moment, na niższym poziomie. Kijów chce pokazać mieszkańcom wyzwolonych terytoriów, że Rosja, która przyszła ich chronić – i mamy absolutną rację, mówiąc, że przyszliśmy ich chronić, i dokładnie tak się stało – rzekomo nie może tego zrobić.

Dzieci zostały przeniesione dalej od linii frontu. Republika Ługańska została wyzwolona, ​​całe jej terytorium zostało oczyszczone z tych kijowskich grup terrorystycznych, a jednak z drugiej strony mówią: „Nie, nie cieszcie się. Przyszli, żeby was chronić, ale nie mogą was chronić”. Przyznają, że terytorium Ługańskiej Republiki Ludowej zostało wyzwolone, ale wysyłają sygnał: „Wszyscy jesteście zagrożeni, bójcie się, drżyjcie. Uwierzyliście Moskwie – oto, co dostajecie; nie możecie im ufać, i tak pozostajecie bezbronni”.

Gdyby nie tak potworna zbrodnia, w której dzieci, dziewczynki, zostały zamordowane tak cynicznie i celowo, być może trudno byłoby im przekazać tę symboliczną ideę, to przesłanie. Myślę, że to było świadome działanie. Teraz oczywiście klasyfikujemy to jako zbrodnię wojenną i akt terroru. I to jest absolutnie słuszne. Zwracamy uwagę społeczności międzynarodowej. Ale kogo chcemy przekonać? Tych, którzy toczą z nami wojnę? Tych, którzy to wszystko zaczęli, którzy uzbrajali i nadal uzbrajają nazistowski reżim kijowski po zęby, którzy sugerują im takie symboliczne posunięcia, będące przykładem zachowań z punktu widzenia „chucpy” lub „hybris”? Do kogo właściwie mówimy?

I tutaj, oczywiście, pytanie jest bardzo poważne. Symboliczne cele, które sobie wyznaczyli, zostały niestety osiągnięte. To nie porażka, nie błąd, nie „popełnili gafę”. To część strategii wojny symbolicznej, którą toczą przeciwko nam, i powinniśmy spodziewać się kontynuacji eskalacji właśnie tych symbolicznych działań. W istocie, zwróćmy uwagę na ich precyzyjne ataki terrorystyczne na początku wojny, gdzie zginęła moja córka – atak był skierowany przeciwko mnie – potem zginął Władlen Tatarski, a celem był Zachar Prilepin. Te precyzyjne ataki miały czysto symboliczne znaczenie – nie przeciwko specjalistom wojskowym, nie przeciwko celom wojskowym. Uderzały w ludzi, którzy ucieleśniali tę ideę.

Niszczenie naszych dzieci na oczach wszystkich jest również częścią tej symbolicznej strategii. To jest horror tej sytuacji. Przenosimy nasze własne postawy moralne i etyczne na naszych wrogów, ale im ich brakuje. To społeczeństwo uległo transformacji; przez te lata stało się z jednej strony prawdziwie nazistowskie, rusofobiczne i rasistowskie, a z drugiej liberalne i zachodnie. Nie wykluczają się one wzajemnie, wręcz przeciwnie, uzupełniają. Stały się mieszanką tej niewiarygodnej zachodniej, kłamliwej cywilizacji, w którą są wkomponowane. Co więcej, jest to swego rodzaju poligon doświadczalny dla potwornych działań, które Zachód podejmuje nie tylko na Ukrainie. I tu pojawia się pytanie: jak powinniśmy na to zareagować?

Prowadzący: Właśnie tu pojawia się pytanie od słuchacza, związane z tym tematem: „Cztery lata maratonu nienawiści, mnóstwo opowieści o Rosjanach, o naszej armii. Jak będziemy w przyszłości współistnieć z takimi „ludźmi”?”

Aleksander Dugin: To zasadne pytanie, rozumiem je, ale na razie nie mówmy za dużo o przyszłości, bo potrzebujemy Zwycięstwa. A ta przyszłość zostanie określona właśnie w toku naszego zwycięstwa. W tej chwili byłoby wręcz nieodpowiedzialne myśleć o tym: jak będziemy żyć, kim są ci ludzie, jak to się potoczy – wszystko zależy od tego, kiedy, jak i w jakiej formie wygramy tę wojnę. I to wciąż pozostaje otwarte.

Od tego, jak będzie wyglądało nasze zwycięstwo – czy całkowite, kiedy w końcu wyzwolimy Ukrainę spod tej nazistowskiej bestii, czy częściowe – zależy wszystko. Czy wyzwolimy Noworosję, czy zajmiemy Kijów, czy całe terytorium, czy opuścimy zachodnie regiony. To od tych parametrów, od formatów zwycięstwa, zależy odpowiedź na pytanie, które zadaje sobie nasz słuchacz. Jak powinniśmy się z nimi obchodzić? Nie jest jasne, kim będą ci „oni” po naszym zwycięstwie. Czy w ogóle nimi pozostaną? Czy będą mieli państwowość? Czy będą mieli jakąkolwiek reprezentację polityczną lub społeczną? Jeśli staną się naszymi obywatelami, będziemy traktować nosicieli takich cech po prostu jak przestępców, maniaków, ludzi chorych psychicznie – to zupełnie inna sprawa. Albo uznamy ich za jakąś formę państwowości i zawrzemy z nimi porozumienia. To wszystko jest generalnie kwestią otwartą.

Zatem, moim zdaniem, kwestia naszej odpowiedzi sprowadza się do tego, że kompletnie nie rozumiemy symboliki nowych wojen. Kierujemy się własną wewnętrzną etyką i logiką, ale nie bierzemy pod uwagę symboliki. A to bardzo poważny błąd.

Możemy zadać najpoważniejsze obrażenia i uderzyć we wroga – zarówno w odwecie, jak i przewidując jego działania, karząc go lub po prostu realizując plany naszej specjalnej operacji wojskowej – ale potem nic o tym nie mówić, nic nie pokazywać i kierować uwagę opinii publicznej oraz nasze pociski w niewłaściwym kierunku. Czyniąc tak, zasadniczo nie angażujemy się w ani nie wykorzystujemy arsenału symbolicznej wojny i symbolicznych środków.

I to jest niewątpliwie ważne: chodzi o materiały filmowe, o narracje, o wielorakie przepływy informacji, które musimy skierować do globalnej społeczności, nawet gdy te kanały są wszędzie zablokowane. Muszą być jednak dobrze skonstruowane, muszą trafiać w symboliczne cele i tworzyć mocne obrazy.

Ta symboliczna wojna nie jest mniej ważna. Zauważcie: po naszych atakach, naszych atakach odwetowych, Ukraińcy praktycznie nikomu nic nie powiedzieli. Nie pokazali niczego szczególnego, nie krzyczeli: „Dajcie nam nowe wsparcie!”. I tak mówią to każdego dnia.

Jeśli spojrzymy na to, co mówili tydzień temu – to dokładnie to samo. W rzeczywistości wszystko jest takie samo. I co osiągnęliśmy? W szerszej perspektywie nie wystraszyliśmy ani Ukraińców, ani Zachodu. Nie trafiliśmy w ani jeden symboliczny cel.

Chcę podkreślić, że to nie jest krytyka. Mówię po prostu o wojnie symbolicznej. Możliwe, że uderzyliśmy w bardzo ważne cele militarne. Problem w tym, że prawie nikt o tym nie wie – ani nasza ludność, ani Zachód, ani nawet sami Ukraińcy. Bo wojna symboliczna to coś zupełnie innego. Działa na zupełnie innym poziomie.

A jeśli użyjemy jakiejś bardzo poważnej broni i zadamy wrogowi znaczący cios, to **przede wszystkim** – nie drugorzędnie, ale przede wszystkim – musi to być atak medialno-informacyjno-symboliczny. Oznacza to, że atak musi objąć jasne, rozpoznawalne na całym świecie osobowości, budynki, cele, ludzi i struktury zrozumiałe na całym świecie.

Na przykład: pocisk „Oreshnik” trafia nie w lotnisko w Białej Cerkwi, ale w Majdan Niepodległości – a w miejscu Majdanu jest ogromny krater. To tam się wszystko zaczęło, cały ten nazistowski brud na Ukrainie. A teraz, ktokolwiek tam przyjedzie, każdy odwiedzający staje twarzą w twarz z tym ogromnym kraterem. A tuż obok – zniszczony budynek Rady i, w istocie, szczątki ukraińskiego kierownictwa politycznego. To byłby symboliczny akt, który mógłby rzeczywiście odpowiadać za tę samą zbrodnię. Pozostałby widoczny. Trudno byłoby go nie zauważyć, ponieważ każda wizyta delegacji zagranicznych zaczynałaby się właśnie od tego.

Albo ataki powinny zostać przeprowadzone na tak kluczowe węzły logistyczne, że zachodnia broń po prostu nie byłaby w stanie fizycznie dotrzeć do Ukrainy. Istnieją bolesne punkty, które oprócz nowej fali nienawiści wobec nas i zwyczajowych zachodnich ofert dalszej pomocy Ukrainie, sprowokowałyby również inną reakcję – przerażenie przed nami, strach przed dalszą eskalacją i jasne zrozumienie, jaki będzie następny krok.

To znaczy: teraz eliminujemy kilku ukraińskich przywódców, Majdan już nie istnieje, Rada Najwyższa już nie istnieje, być może Jermak lub jakaś inna postać już nie istnieje – nieważne, czy są aktywni, czy tylko symboliczni. A ta „czarownica”, która za nimi stała, też może już nie istnieć.

A kiedy po naszym nocnym, porannym lub dziennym rajdzie takie symboliczne figury, obiekty, modele infrastruktury i systemy przestaną istnieć, wtedy naprawdę poruszymy figury na szachownicy symbolicznej wojny.

Rozumiem, że chcemy powiedzieć, że atakujemy tylko cele wojskowe, ale to na nikim nie robi wrażenia. Zaplanujmy więc nasze ataki na cele wojskowe w taki sposób, aby nad nimi unosiły się przerażające, ciężkie i złowieszcze chmury. Będziemy atakować cele wojskowe, ale chmury te uniosą się do sfery symbolicznej i nie będzie można ich zignorować.

Porównajcie zdjęcia, które pokazywano nam po ataku na Kijów, z tym, co widzimy w Strefie Gazy, w Iranie, a nawet w Libanie – a zgodzicie się, że ostatecznie jest to nieprzekonujące. Po prostu nieprzekonujące. Zwłaszcza że wszystko to jest pokazywane jakoś po kryjomu, pod stołem… Znajdźmy sposoby, żeby to pokazać: Kijów płonie, Kijów już nie istnieje taki, jaki był, Rada zniknęła, tu był Majdan – a teraz jest krater!

Są nawet sposoby, żeby to pokazać bez robienia tego w pełnej rzeczywistości, rozumiesz? Właśnie **pokazanie** tego na poziomie wojny symbolicznej jest konieczne i jest najważniejszym rezultatem.

Prowadzący: Mam jeszcze jedno pytanie związane z tą zbrodnią. W Stanach Zjednoczonych działa firma Palantir. Zajmuje się ona między innymi tworzeniem oprogramowania do broni wykorzystującego sztuczną inteligencję. Ameryka, w kontekście konfliktu irańskiego, twierdziła, że ​​testuje broń z wykorzystaniem sztucznej inteligencji – wtedy doszło do ataku na irańską szkołę dla dziewcząt.

Dwa tygodnie temu szef Palantiru przyjechał do Kijowa i otwarcie oświadczył, że Ukraina planuje i integruje sztuczną inteligencję tej firmy do planowania ataków na terytorium Rosji. I nagle dochodzi do ataku na uczelnię w Starobielsku. Czy to zbieg okoliczności, czy też sztuczna inteligencja w tym przypadku działa jak swoisty motor napędowy tych strasznych wydarzeń, jeśli można to tak nazwać?

Alexander Dugin: Uważam, że sztuczna inteligencja nie podejmuje jeszcze w pełni samodzielnych decyzji w tych wojnach. Jest wykorzystywana instrumentalnie, a nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie oznacza to, że będzie tak zawsze lub że jeszcze długo. W pewnym momencie będzie w stanie nie tylko wyznaczać cele, ale także przeprowadzać ataki. Na razie jestem przekonany, że taka inteligencja nie istnieje, nawet w formie eksperymentalnej. Może doradzać, rekomendować, ale ostateczną decyzję nadal podejmuje operator – czyli czynnik ludzki.

To powiedziawszy, symboliczna wojna, o której mówiłem, jest również rozumiana i przetwarzana przez sztuczną inteligencję. AI jest obecnie w pełni zdolna do jej zrozumienia i oceny. Nawiasem mówiąc, aktywnie z nią pracuję filozoficznie, wykorzystując różne modele. Niektóre modele są tak zaawansowane, że znacznie przekroczyły poziom kandydata nauk ścisłych pod względem produktywności całych instytutów, i to w najpoważniejszych dziedzinach. To znaczy, że posiada *rozumowanie* – zdolność do rozumowania.

Właśnie tym zajmują się Palantir i Alex Karp (który przyjechał na spotkanie z przywódcą ukraińskich nazistów, Zełenskim).

To sztuczne *rozumowanie*, ta zdolność myślenia, w zupełności wystarcza sztucznej inteligencji, by przekształcić wojnę symboliczną w dość czytelną mapę, system orientacji i priorytetów. Ale żeby wycelować pocisk w budynek niemilitarny, uczelnię zawodową, w której mieszkają przyszli nauczyciele, sztuczna inteligencja nie jest potrzebna — to jest dość proste do zorganizowania.

Ściśle rzecz biorąc, sztuczna inteligencja (nie wykluczam tego) mogłaby stwierdzić, że ta akcja byłaby przydatna, po pierwsze, aby zademonstrować, o czym mówimy: „Rosjanie przyszli nas uratować, ale nie mogli nas uratować”. To bardzo poważny cios moralny i psychologiczny. Po drugie, trzeba sprowokować jakąś ostrą reakcję, która, choć poważna, nie uderzyłaby w naprawdę ważne cele symboliczne – a potem mogliby zażądać nowej broni, wywołać nową falę protestów i wsparcia ze strony Zachodu, mimo że nic prawdziwie decydującego by się nie wydarzyło. To również można obliczyć. A sztuczna inteligencja może obliczyć naszą logikę i naszą psychologię: że nie zniszczymy Rady, że nie uderzymy na Majdan prawdziwym „Oresznikiem”, że znajdziemy nowe cele wojskowe i uderzymy w nie.

W szerszej perspektywie jest to przemyślany krok w kierunku eskalacji bez ponoszenia przez nich poważnych strat. To przemyślany krok mający na celu wyrządzenie nam symbolicznych i moralnych szkód, podczas gdy nasza reakcja – zwłaszcza w sferze humanitarnej – może być łatwo zignorowana.

A cała ta sztuczna inteligencja jest w stanie dokonać obliczeń w ułamku sekundy. Nie rozumiem, dlaczego nie zadajemy jej pytania: co *my* moglibyśmy zrobić? Dlaczego nie zasięgnąć rady sztucznej inteligencji?

Na razie jest to wciąż stosunkowo neutralne i do tego nie potrzebujemy Alexa Karpa ani Palantira — moglibyśmy spokojnie użyć dowolnego współczesnego modelu sztucznej inteligencji, aby ustalić parametry: „Prowadzimy symboliczną wojnę z Ukrainą”.

Prowadzący: Być może czynnik etyczny ma tu w pewnym stopniu pierwszeństwo?

Alexander Dugin: Oczywiście. To znaczy, nie korzystamy z niego. Element etyczny jest dla nas najważniejszy we wszystkim i czasami uciekamy się do niego, aby usprawiedliwić nasze porażki. To niedobrze. Etyka to etyka, moralność to moralność. Nie jesteśmy tacy jak oni – to jasne. Ale najpierw wygrajmy, a potem będziemy mogli się od nich różnić.

Jeśli ani nie wygrywamy, ani nie różnimy się od nich, to pojawiają się pytania dla wszystkich. Absolutnie dla wszystkich. Pojawiają się one w naszym własnym społeczeństwie: dlaczego nie wygrywamy? Co to za moralność, która wymaga od nas takich poświęceń, a mimo to nie potrafi złamać oporu wroga? Nasza moralność jest na Ukrainie odbierana jako słabość i wielokrotnie wyolbrzymiana. Zachód postrzega nasze zasady moralne jako okazję do przekraczania czerwonych linii, ignorowania wszelkich porozumień, wysadzania w powietrze i zabijania kogokolwiek zechce, wiedząc, że nic im za to nie grozi. I tak stopniowo to, co na poziomie ludzkim jest moralnością, przeradza się w po prostu nieadekwatne zachowanie na poziomie politycznym.

Kiedyś – nie lubię o tym szczególnie mówić, ale jednak – istniał niezwykły (choć dość złowrogi) filozof polityczny, Niccolò Machiavelli. W swoim słynnym dziele „Książę”, które wciąż jest studiowane na wszystkich wydziałach nauk politycznych, napisał, że istnieją dwie moralności: moralność zwykłego człowieka i moralność władcy, księcia. Dla zwykłego człowieka ścisłe przestrzeganie zasad etycznych i moralnych jest absolutnie konieczne i nic nie jest ponad to – w przeciwnym razie społeczeństwo popadnie w chaos. Ale dla władcy logika jest nieco inna. Dla władcy podstawową potrzebą jest zapewnienie suwerenności, dobrobytu, wolności i niepodległości swojej Ojczyzny. Jego osobiste wartości moralne są drugorzędne. Bo jakiż pożytek z tego, że jest dobrym, cnotliwym obywatelem, ale zawodzi swoje państwo, które staje się łatwym łupem dla znacznie okrutniejszego i bardziej cynicznego sąsiada? Po prostu zawiódłby w najważniejszej sprawie – w końcu powierzono mu życie wielu ludzi. Dlatego też, jak twierdził Machiavelli, nie ma on prawa być miłym; nie ma też prawa przestrzegać zasad osobistej moralności, jeśli jest to sprzeczne z interesami państwa.

W naszej historii widzimy niezwykle dobitny przykład tego, jak społeczeństwo rozumie ten problem. W XX wieku mamy wspaniałego, cnotliwego, głębokiego i świętego człowieka – Mikołaja II, naszego zamordowanego cara, męczennika i patrona ziemi rosyjskiej. Jego cnotliwe postępowanie, w tym niechęć do poważnego i stanowczego stawiania czoła wrogom wewnętrznym i zewnętrznym, gdy było to konieczne, doprowadziło Rosję do takiej katastrofy, że przelano morze krwi, a miliony ofiar stały się, że tak powiem, ceną zapłaconą za jego pobożność.

I mamy kolejną postać – Józefa Stalina, człowieka surowego i niezwykle okrutnego. Z indywidualnego punktu widzenia trudno nawet opisać brutalne decyzje, jakie podejmował. Ale pomnożył naszą suwerenność i wzmocnił nasze państwo. Ludzie nie oceniają ich według ich cech osobistych – oceniają ich jako książąt. Mikołaj II, jako książę, był, niestety, zupełnie nieodpowiedni, a niezwykle surowy tyran Stalin do dziś pozostaje przedmiotem najgłębszego szacunku, uwagi i miłości ludzi, którzy oceniają według zupełnie innych standardów i kryteriów.

W żaden sposób nie usprawiedliwiam ani Machiavellego, ani tego podejścia do dwóch moralności. Uważam, że lepiej spróbować połączyć te dwie. Jednak w niektórych przypadkach pytanie staje się oczywiste. Ci, którym zależy przede wszystkim na zachowaniu osobistego wizerunku moralnego i pobożności, lepiej zrobią, jeśli wstąpią do klasztoru – to wspaniała rzecz. W takim przypadku zwróć się do Boga, całkowicie Mu się zawierz i oddaj władzę nad krajem tym, którzy rozumieją wagę i odpowiedzialność zachowania suwerenności. W tym przypadku moralność władzy i moralność społeczeństwa rzeczywiście się rozchodzą; nie ma między nimi bezpośredniej korelacji.

Nie usprawiedliwiam ani nie potępiam nikogo. Uznaję świętość naszego męczennika-cara i jestem bardzo krytyczny wobec Stalina, który wyrządził naszemu narodowi ogrom zła. Ale jeśli weźmiemy to *w kategoriach absolutnych*: w jednym przypadku mamy sukces polityczny, silne, niepodległe państwo, broń jądrową, połowę świata pod kontrolą i sprawiedliwość społeczną. Naród otrzymuje dwie kluczowe rzeczy – suwerenność od wroga zewnętrznego i sprawiedliwość wewnętrzną. Za jaką cenę? Straszliwą, ogromną cenę. Ale ogólnie rzecz biorąc, jest to historyczny plus. Jeśli, kierując się najlepszymi intencjami i strachem przed brutalnymi działaniami, pozwolimy społeczeństwu upaść, suwerenności osłabnąć, a wrogowi zadać nam strategiczną klęskę, to żadne względy moralne nie usprawiedliwią tej porażki.

To jest lekcja historii i lekcja filozofii politycznej. I wydaje mi się, że właśnie teraz popadliśmy w pewne zamieszanie właśnie w tym punkcie: gdzie niepotrzebnie się ograniczamy i gdzie leży prawdziwa granica naszych możliwości? Ale jeśli przestaniemy się ograniczać, te możliwości się pojawią. Wystarczy, że spojrzymy na to, co musimy zrobić, co musimy dodać, uzupełnić, rozwinąć i wdrożyć, aby osiągnąć nasze zdecydowane, silne, wyraziste i przekonujące zwycięstwo nad Zachodem na Ukrainie – a potem przemyślimy to, co już mamy. To jest ważne.

Jeśli wyjdziemy z założenia zwycięstwa – projektu „Zwycięstwo”, kropka – to od tego zwycięstwa, poprzez pewnego rodzaju inżynierię odwrotną, poprzez odwróconą temporalność, o której obecnie mówimy w kontekście strategii wojskowej, zrozumiemy zasoby, którymi obecnie dysponujemy, przemyślimy je, uświadomimy sobie, czego nam brakuje i oczywiście skupimy na tym naszą uwagę.

Ale jeśli zadaniem jest uniemożliwienie społeczeństwu pełnego uświadomienia sobie, że jest jednocześnie w stanie wojny i nie jest w stanie wojny, bez uznania powagi sytuacji historycznej, w jakiej znajduje się Rosja – jeśli musimy zachować pozory porządku, spokoju i pokojowego życia – to wydaje mi się to całkowicie demotywujące i demoralizujące. Do tego dochodzą te ciągłe obietnice zawieszenia broni. Dzięki Bogu, ludzie zdają się zapomnieć o Anchorage. Ale ludzie na linii kontaktu, którzy codziennie poświęcają życie, słyszą, że zawieszenie broni jest tuż za rogiem. Nikt nie chce ginąć ostatniego dnia wojny – a jednak ten „ostatni dzień” jest stale nadawany i ogłaszany. Ta historia z Anchorage ciągnie się już prawie rok, od sierpnia ubiegłego roku. Z symbolicznego punktu widzenia jest to kampania całkowicie niewystarczająca.

Dlatego byłbym bardzo ostrożny z moralnością. Tak, nie jesteśmy tacy jak oni. Tak, nie chcemy krzywdzić cywilów. Ale spójrz: kiedy nasze pociski są zestrzeliwane, a odłamki obrony przeciwlotniczej spadają na budynki mieszkalne – widzieliśmy to w Kijowie. Czy naprawdę myślisz, że którykolwiek Ukrainiec uwierzy, że to była jego własna obrona przeciwlotnicza? Oczywiście, że nie. Ponieważ wszyscy od razu są umieszczani w gotowym kontekście, że Rosjanie to złoczyńcy. Ostatecznie nie chcieliśmy nikogo uderzyć, jesteśmy wobec siebie szczerzy, ale cała ludność Ukrainy i cały świat wierzy, że nasze pociski celowo uderzyły w domy cywilne.

Prowadzący: Ponieważ tak im przekonująco powiedziano.

Alexander Dugin: Dokładnie – ponieważ to wojna symboliczna, dlatego im się to przekonująco opowiada. I nie tylko opowiada, ale opowiada przekonująco – ponieważ to właśnie ta zupełnie nowa sfera wojny informacyjnej, której my, wybaczcie mi, nie prowadzimy na właściwym poziomie. Właśnie dlatego, że jesteśmy życzliwi, dobrzy, uczciwi, szczerzy i prawdomówni. Tak, wszystko to prawda. Szczerze wierzę, że nasze państwo i nasz naród ucieleśniają obecnie prawdę w tej niezwykle trudnej i złożonej sytuacji globalnej. Tak, jesteśmy biegunem prawdy. Tak, walczymy o prawdę, światło i sprawiedliwość, a nie tylko o własne interesy. Mamy w tej wojnie świętą misję. Porozmawiajmy więc o tym, wyjaśnijmy to i – co najważniejsze – przejdźmy do potężnych akordów wojny symbolicznej.

Powiedziano im, że domy cywilne trafione pociskami zostały zaatakowane przez Rosjan. Wyciągają tam ludzi spod gruzów – prawdopodobnie martwe dzieci – i to robi bardzo silne wrażenie. I dokładnie to pokazują wszędzie. Ale dopóki Rada stoi, dopóki ludzie chodzą, a samochody jeżdżą po Majdanie, nie mamy symbolicznego argumentu. Gdyby tam był krater, każda zachodnia propaganda informacyjna po prostu by się zatrzymała. Ale dopóki w ich świadomości „Rosjanie uderzają w obiekty cywilne” – tak właśnie to formułują, mimo że to ich własna obrona powietrzna powoduje te ofiary – nikt w nic innego nie uwierzy. A my nie będziemy w stanie do nich dotrzeć. Bo ich kanały docierają do nas, a nasze ledwo do nich docierają.

I tak jest ze wszystkim. Nie potrafimy nawet porządnie przygotować się do zwycięstwa. Sami wykazujemy pewną niezdecydowanie i brak zdecydowania w rozmowach z naszymi obywatelami. Zdecydowanie musimy teraz wszystko zmienić. Oczywiste jest, że aby wygrać, kraj musi się bardzo zmienić. Musimy o tym pomyśleć, musimy to zrobić, a także nadać temu wymiar symboliczny. A jednak na coś czekamy. Tego już nie da się wytłumaczyć moralnością.

Prowadzący: A może na to czekamy? Ostatnio coraz głośniej mówi się o groźbie wciągnięcia Białorusi w konflikt. Ukraina już buduje okrężne linie obrony na Wołyniu, Zełenski grozi bezpośrednio, a Łukaszenka gości białoruskich opozycjonistów (w cudzysłowie). Może to stanie się impulsem do prowokacji przeciwko Białorusi?

Aleksandr Dugin: Po pierwsze, tak było od samego początku wojny – mówiono o tym bez przerwy już w 2022 roku. Myślę, że to niczego nie zmieni. A co by zmieniło? Tak, Łukaszenka jest po naszej stronie, popiera nas. Dostarczyliśmy temu krajowi broń jądrową. To nasz najbliższy sojusznik, w zasadzie jedno wschodniosłowiańskie, euroazjatyckie terytorium, część naszego wielkiego, rosyjskiego świata. I co z tego? Czy nasze codzienne doświadczenia nie wystarczą? Czy nasze straty nie wystarczą?

Nic się nie zmieni, jeśli się zacznie. Nawiasem mówiąc, Łukaszenka nie chce być wciągany w ten konflikt – unika go wszelkimi możliwymi sposobami. Być może ma rację z jego punktu widzenia. Wydaje mi się, że to niczego by nie rozwiązało. Oczywiście, prawdopodobieństwo wciągnięcia Białorusi w konflikt zawsze istniało, ale to niczego by nie zmieniło – populacja tego kraju nie jest aż tak liczna. Jeśli Białoruś się przyłączy, może to stać się impulsem dla krajów europejskich, krajów UE – na przykład bezpośrednio Polski – czy państw bałtyckich. Zyskalibyśmy nowe fronty, praktycznie gwarantowany atak na Kaliningrad. I co by to zmieniło?

W rzeczywistości wszystko już się wydarzyło – o to właśnie chodzi. Po prostu nie ma na co czekać. Wydaje mi się, że gdzieś w naszej świadomości, na dość wysokim poziomie, rama się zatrzymała. Coś zamarło w rozumieniu sytuacji historycznej, w której się znajdujemy – rodzaj zamrożonej ramy. Ale to wszystko już się wydarzyło, wszystko już tu jest. Nie ma na co czekać. Poważne, zdecydowane działania nie powinny być podejmowane w odpowiedzi na kolejną zbrodnię. W każdym razie nikogo nie przekonamy, że mieliśmy podstawy do tego czy tamtego. Jakie podstawy miały Stany Zjednoczone, by zniszczyć całe polityczne, religijne i wojskowe przywództwo suwerennego, dużego kraju, takiego jak Iran, który nic im nie zrobił? Jakie mieli uzasadnienie?

Prowadzący: Na poziomie lokalnym postrzegane jest to jako „mogą, więc to robią”.

Alexander Dugin: Dokładnie. Ale dla nas – i nie tylko dla nas – na tym poziomie postrzega się to jako: „Nie możemy, albo się boimy, albo jesteśmy od kogoś zależni, albo mamy z kimś umowę, albo wszędzie są pośrednicy”. Tak to jest. I dlatego nic nie robimy. Jeśli tego nie robimy, to znaczy, że nie możemy. A jeśli nie możemy – cóż, to przepraszamy. Jeśli nie mogliśmy, ale i tak zaczęliśmy, powinno być dla nas bardzo źle. Ale jeśli już zaczęliśmy, to przede wszystkim możemy i musimy być w stanie kontynuować. Nie ma drogi powrotnej.

Wygląda na to, że wciąż możemy się z kimś dogadać. To absolutnie błędne. Alex Karp, szef Palantiru, który przyjeżdża do Kijowa – to nie Unia Europejska, to najczystsi trumpiści, tacy jak Peter Thiel i inni podobni konserwatywni trumpiści. To nie jest jakaś odrębna, inna siła. To *jest* zbiorowość Zachodu, w tym Stany Zjednoczone. Naiwnością i bezsensem jest wierzyć, że Trump jest naszym zbawieniem i że wyjdzie nam naprzeciw. Nie zrobi tego. Tak, jego priorytetem nie jest Rosja, ale Iran. Ale w każdym razie mogą nas wykorzystać, żeby zmienić punkt ciężkości po porażce z Iranem.

Bo Iran, nawiasem mówiąc, jest tego wspaniałym przykładem: Iran, nie mogąc przeprowadzić symetrycznego ataku na Amerykę, uderzył w swojego partnera i poradził sobie z tym znakomicie. Potem ogromna potęga państwa amerykańskiego ustąpiła przed stosunkowo małym Iranem. Owszem, ponieśli ciężkie straty, tak, stracili też dzieci, ale po ataku na dziewczęta w Minab wzięli się w garść i zrobili to, co konieczne – naprawdę znaleźli słaby punkt przeciwnika. Naszym zadaniem jest teraz zrobić to samo.

Istnieje wiele asymetrycznych, a nawet symetrycznych reakcji, które moglibyśmy podjąć. Ale z jakiegoś powodu… Co nas fascynuje? Dlaczego tego nie robimy? W tej chwili nikt nie zna na to odpowiedzi — ani nasi przyjaciele, ani my sami, ani nawet nasi wrogowie.

(Przetłumaczone z rosyjskiego)

 

https://www.multipolarpress.com/p/chutzpah-and-the-war-of-symbols