PUŁKOWNIK IGNACY MATUSZEWSKI

PUŁKOWNIK 

IGNACY MATUSZEWSKI

Sławomir Cenckiewicz

INSTYTUT PAMIĘCI NARODOWEJ

KOMISJA ŚCIGANIA ZBRODNI PRZECIWKO NARODOWI POLSKIEMU

WOJSKOWE BIURO HISTORYCZNE

  1. GEN. BRONI KAZIMIERZA SOSNKOWSKIEGO

PUŁKOWNIK

IGNACY MATUSZEWSKI

1891-1946

WARSZAWA 2017

...A jeśliby który padł, niechby jak kamień zarósł i wiecznie trwał, ostrolicy, niezłomny,

Civis Romanus, głaz na granicy...

Kazimierz Wierzyński, Via Appia

Pułkownik

Ignacy Matuszewski

(1891-1946)

Nieprzypadkowo za motto do biograficznego szkicu o Ignacym Matu­szewskim posłużył mi fragment pięknego wiersza wielkiego poety Kazimierza Wierzyńskiego z 1941 r. - Via Appia. Głęboki w swoim prze­kazie poemat, traktujący pozornie o walce Polaków o wolną Polskę, oddaje istotę II wojny światowej - bój o cały świat, o zagrożoną barbarzyństwem niemiecko-sowieckim cywilizację europejską, w której obronie jako pierw­sza stanęła Rzeczpospolita!

Poeta-skamandryta, a w przeszłości żołnierz i konspirator Polskiej Orga­nizacji wojskowej w Kijowie, tak ową istotę wojny i jej polskich celów ujął w Via Appia:

„Bijemy się o cały świat, Biją się polskie pułki O Nike Samotracką,

O stare ateńskie zaułki, O tysiące minionych lat. O Akropol i Kapitol,

O Grecję i Rzym Uderza ułańskie kopyto, Artyleryjski dym".

Nikt celniej nie ujął sensu tej wojny. Nikt też - poza Wierzyńskim - na bieżąco i tak dobitnie nie oddał wielkości i sposobu myślenia Matuszew­skiego o tej najstraszniejszej dla Polski i świata wojnie. Być może to przez przyjaźń, jaka nieprzerwanie łączyła poetę i pułkownika od 1918 r., Wie­rzyński potrafił uchwycić wyjątkowość przyjaciela. Wierzyński wyznał już po śmierci Matuszewskiego, że był on człowiekiem, który wywarł na nim bodaj największy wpływ, bo nie tylko stale z nim dyskutował, zaczytywał się w jego politycznych tekstach, ale nawet konsultował i rozprawiał o kształcie własnej poezji, dedykując niektóre ze swoich wierszy.

W każdym razie inspiracja Matuszewskiego w Via Appia jest wyraźna. Może dlatego tak chętnie po 1941 r. Matuszewski odwoływał się do wier­sza przyjaciela (chociażby w głośnym tekście Chmury nad Rzymem, „Nowy

 

Ignacy Matuszewski, 1917 r. (Wojskowe Biuro Historyczne)

 

Świat", 11 X 1943), Wierzyński zaś zadedykował mu właśnie fragment Via Appia, kiedy dotarła do niego informacja o śmierci pułkownika w sierpniu 1946 r. („Biuletyn Organizacyjny", lipiec-sierpień 1946, nr 45-46). Warto zauważyć, że tuż po upadku Polski podzielonej w 1939 r. przez Niemcy i Sowiety Matuszewski pisał na wygnaniu w Paryżu:

„To nie jest zwykła wojna. To nie jest wielka wojna sprzed ćwierćwiecza.

To - czego pierwszym aktem było powalenie Polski - jest czymś większym, czymś groźniejszym. To nie butny monarcha, nie głodny rozbójnik, nie wielki wojownik ruszył na podboje. Nie granice tych czy tamtych krajów, nie mury tych czy innych stolic są zagrożone. Przeciwnik, któremu drogę zaszła Pol­ska, jest inny, jest potężniejszy. Uderza nie w teraźniejszość tylko, ale w prze­szłość także. Nie pragnie zdobyć Europy - pragnie ją unicestwić. Unicestwić wszystko, co było jej myślą, jej jednością, jej wspólnotą, jej chwałą. Spalić na jednym stosie kodeksy Justyniana i papieskie bulle, przeszyć nożem cień Juliusza Cezara, czuwający wciąż jeszcze nad brzegami Renu, rozrzucić wały obozowisk rzymskich na wschodzie i zachodzie. Wydrzeć z pamięci ludzkiej te słowa, od których zaczęła się wolność na ziemi: »Kochaj bliźniego swego jak siebie samego«. Zaprzeczyć obecności Boga, gdyż ona wyzwala sumie­nie. Wzgardzić tysiącami lat przeminionych, aby od siebie nowe rozpocząć millenium" (I. Matuszewski, Granice Europy, „Słowo", 21 I 1940).

Tak! Ignacy Matuszewski widział i rozumiał więcej i szerzej niż inni. Nie tylko po szkodzie, ale również przed szkodą! Polska jawiła mu się niczym ostatni szaniec Europy - obrońca cywilizacji łacińskiej przed niemieckim nazizmem i sowiecką barbarią, przed zobojętnieniem Zachodu i cywiliza­cją mamony. Polska jako ostatni szaniec Christianitas. Broniąc prawa Polski do niepodległego bytu i integralności terytorialnej, nie znał kompromi­sów. W tym sensie był „niezłomny", był „Civis Romanus", był jak „głaz na granicy", „niezwykłej siły i wytrzymałości fizycznej człowiek", „tur ludzki", „człowiek z kamienia"... (K. Wierzyński, Pamiętnik poety, Warszawa 1991, s. 168-169).

Kapitan „Topór"

Ignacy Hugo Stanisław Matuszewski urodził się 10 września 1891 r. w War­szawie w rodzinie Ignacego Erazma Stanisława Matuszewskiego (znanego historyka literatury i krytyka literackiego) i Anieli Wirginii z domu Bein. Miesz­kali przy ul. Mokotowskiej 73. Jego starszy brat - Janusz, zmarł w 1890 r.

 

Ignacy miał młodsze rodzeństwo - siostrę Marię (1895-1953) i brata Tade­usza (1895-1945).

w 1911 r. Ignacy ukończył 8-klasowe Gimnazjum im. ziemi Mazowie­ckiej Kazimierza Kujawskiego, aby później studiować filozofię na Uniwer­sytecie Jagiellońskim, architekturę w Mediolanie, prawo w Dorpacie oraz nauki rolnicze w warszawie. Najbardziej fascynowała go jednak literatura piękna, czego wyrazem był chociażby jego debiut literacki w 1912 r. zre­dagował wówczas zbiór opowiadań i wierszy, wśród których znalazło się i jego opowiadanie Dwie prawdy, opublikowane pod pseudonimem lite­rackim „Antoni Michowicz" (I. Matuszewski, Bez przyłbicy, warszawa 1912, nakładem M. Michałkiewicza, s. 162-204).

Uczestnicy zjazdu wojskowych Polaków armii rosyjskiej frontu zachodniego w listopadzie 1917 r. W centrum widoczny Władysław Raczkiewicz (nr 1) i kpt. Ignacy Matuszewski (nr 2) (WBH).

 

Ostatecznie jednak Matuszewski studiów nie skończył „z powodu wojny". w lipcu 1914 r. jako podoficer został zmobilizowany do armii rosyj­skiej (służbę wojskową odbył w Petersburgu w latach 1911-1912). Walczył na froncie niemiecko-austriackim w 10. kompanii 298. pułku piechoty (75. dywizja piechoty), będąc kolejno m.in. dowódcą kompanii wywia­dowczej, oficerem operacyjnym, oficerem do zleceń szefa sekcji łączno­ści i zastępcą szefa sztabu. W październiku 1915 r. był ranny (przeszedł operację twarzy) i ewakuowany z frontu, ale już w czerwcu 1916 r. dobro­wolnie powrócił na front. Awansowany wpierw na porucznika (24 sierp-

 

nia 1916 r.) a później kapitana (6 kwietnia 1917 r.) został komisarzem do spraw wojskowych Polaków przy drugiej armii (CAw, 1769/89/3350, Karta ewidencyjna Ignacego Matuszewskiego).

w tym czasie należał Ignacy Matuszewski do realizatorów koncepcji politycznej Józefa Piłsudskiego w Rosji. w czerwcu 1917 r. współorganizo­wał I Ogólny zjazd wojskowych Polaków w Piotrogrodzie, podczas którego w płomiennej i długiej mowie dowodził, że w tej konkretnej chwili dziejowej nie powinny powstawać po obu stronach frontu antagonistyczne wobec sie­bie autonomiczne polskie formacje zbrojne. Matuszewski zdołał też narzu­cić zwaśnionym delegatom (prowokowanym przez bolszewików) pogląd, że porzucający wówczas sojusz z Niemcami brygadier Piłsudski winien być uznany wodzem wojsk polskich i honorowym prezesem zjazdu (pełny tekst przemówienia Ignacego Matuszewskiego na I zjeździe Ogólnym wojsko­wych Polaków z 16 VI 1917 r., CAw, I.122.99.8, Formacje wschodnie, Naczelny Polski Komitet wojskowy). Tak później wspominał swój ówczesny wysiłek:

„Kiedy sięgam oczami w przeszłość, to widzę, że jeśli kiedy przypadł mi choć w drobnym ułamku ten zaszczyt, aby powziąć samemu decyzję, która w historii coś zaważyła - to wówczas, właśnie gdy jako dwudziestokilkuletni chłopak znalazłem się sam jak palec w Petersburgu na Zjeździe wojskowych Polaków bez żadnych z krajem, bez żadnych znikąd wskazań i - sam, o nikogo nieoparty - spróbowałem stawić czoło wszystkim partiom politycznym na emigracji. I walkę tę wygrać. wtedy, kiedy przeciwstawiłem się p. Skąpskiemu noszącemu tytuł komendanta POw na Rosję i p. Zdziechowskiemu z koła mię­dzypartyjnego, i p. Pużakowi z PPS. wtedy, kiedy wysunąłem nazwisko Piłsud­skiego na prezesa honorowego tego Zjazdu, który miał o tworzeniu wojska po tamtej stronie decydować. Jeśli powstała po tamtej stronie frontu możliwość tworzenia wojska, niebędącego instrumentem partyjnym, jeśli nie poczęto tworzyć organizacji wyraźnie przeciwstawiającej się Legionom, ich antytezy, a jednak wojsko tworzyć poczęto, jeśli nie wyrosły po dwóch stronach frontu dwie przeciwstawne, antagonistyczne wzajem organizacje wojskowe - to widzę i czuję i swoją w tym trudną zasługę. Trudną, bo za to stanowisko, jakie zająłem, wyklinały mnie podówczas wszystkie partie polityczne na emigracji bez litości i pardonu i tylko wśród bezpartyjnego, niezorganizowanego, za instynktem idącego żołnierza i oficera polskiego znajdowałem oparcie. To nie była idylla - to była ciężka walka, najcięższa, bo wśród swoich i ze swoimi - i to często działającymi w dobrej wierze. Nie żałuję tej walki - zahartowała mnie w dotrzymaniu wierności swemu przekonaniu. A zapłaciły mi ją słowa Marszałka wypowiedziane na Zjeździe Naczelnego Komitetu wojskowych

Polaków. Powiedział wtedy swoim obrazowym językiem, że powołanie go na honorowego prezesa zjazdu wojskowych Polaków w roku 1917 po »drugiej stronie frontu w Petersburgu«, rzecz istotnie nieprawdopodobna - to były jedyne energiczne »dwa piki«, jakie jemu, samotnie prowadzącemu »wielką polską grę«, wypadałoby »od współpartnera oddzielonego morzem krwi, ścianą tysięcy armat i milionami bagnetów« usłyszeć, podczas gdy zewsząd słyszał głosy: Mój panie, z pańskimi prostymi pikami będzie pan leżał bez sześciu (Pisma, mowy, rozkazy, t. 5, s. 243)" (I. Matuszewski, Porachunki histo­ryczne, „Gazeta Polska", 11 III 1936).

Zjazd opowiedział się ostatecznie za powstaniem polskiej siły zbrojnej w Rosji, ale jej przyszłą organizacją miał się zająć Naczelny Polski Komitet Wojskowy („Naczpol"), którego Ignacy Matuszewski był współtwórcą i peł­nomocnikiem na całym froncie zachodnim. W ten sposób został przydzie­lony do I Korpusu Polskiego, który w połowie 1917 r. pod dowództwem gen. Józefa Dowbor-Muśnickiego zaczęto formować za zgodą władz rosyj­skich w okolicach Bobrujska. Będąc jeszcze w fazie formowania, I Korpus Polski był nękany i atakowany przez bolszewików. Z powodu trudnego poło­żenia I Korpusu, 10 grudnia 1917 r. Matuszewski włączył się do działalności konspiracyjnej w Polskiej Organizacji Wojskowej w Mińsku. Przyjął pseu­donim „Ogiński", choć formalną przysięgę POW złożył dopiero w kwietniu 1918 r. Związał się wtedy z konspiratorką i harcerką Stanisławą Kuszelewską na tyle blisko, że 21 kwietnia 1918 r. pobrali się w kościele świętych Szymona i Heleny w Mińsku Litewskim (małżeństwo zostało unieważnione w listo­padzie 1927 r., mimo przyjścia na świat córki - Ewy Matuszewskiej, przez Polowy Sąd Biskupi ze względu na brak delegacji kanonicznej kapłana bło­gosławiącego związek).

Zanim jednak doszło do zawarcia sakramentu małżeństwa w Mińsku, Kuszelewska ze swoim zastępem harcerek wzięła udział u boku Matuszew­skiego w akcji zajęcia opanowanego przez wojska bolszewickie Mińska Litewskiego (18-20 lutego 1918 r.). Przepędził on z miasta bolszewików, za co Sowieci skazali go zaocznie na śmierć. Kuszelewska z bliska obserwowa­ła inteligencję i bohaterstwo Matuszewskiego, który niemal bez wystrza­łu objął władzę w mieście. Nawet po latach z przejęciem pisała o tamtych zasługach Matuszewskiego:

„W lutym 1918 r. środkowy front rosyjski pęka pod Baranowiczami. Niemcy walą na Mińsk. Polski wywiad wojskowy (rtm. Mieczysław Łepkowski) stwierdza, że oddziały rosyjskie w Mińsku liczą około 12 tysięcy ludzi. Polskich żołnierzy

ukrywa się w mieście kilkudziesięciu, rozbitków z potyczki nad rzeką Uszą. Trzeba ratować miasto przed cofającą się tłuszczą. Mińsk muszą opanować od wewnątrz Polacy. Matuszewski zostaje konspiracyjnym komendantem miasta i obmyśla akcję. Przy pomocy kilkunastu oficerów i 72 żołnierzy 18 lutego obsadza w nocy główne punkty miasta. Na murach pojawiają się plakaty oznajmiające, iż miasto znajduje się w rękach polskich i wzywające mieszkańców do zupełnego spokoju. Podpisane są pseudonimem polskiego dowódcy: Kapitan »Topór«.

Hordy bolszewickie wysypują się z miasta bez wystrzału i obozują pod dworcem, czekając na transport w głąb Rosji. zręcznym fortelem odgarnia ich od miasta rotmistrz Zygmunt Mosiewicz w asyście dwóch harcerzy (patrz Strzępy epopei Melchiora Wańkowicza). w ręce Polaków dostają się bogate składy rosyjskie i arsenał.

Trzy dni i trzy noce trwała niepodległość Mińska, jak w 1914 niepodległość Kielc. Kilkuset żołnierzy wyrosło niby spod ziemi z każdego domku miasta i przedmieść, włożyło mundury, spolszczone naprędce amarantem i otrzy­mało broń. Kiedy 21 lutego niemiecki dowódca dywizji hr. von York wjeżdżał do Mińska, polskie oddziały konne kierują go już do polskiego dowództwa. Generał idzie ze świtą na trzecie piętro dużego białego gmachu przy ul. Maga­zynowej, obstawionej wojskiem polskim. Na każdym podeście schodów lśnią kulomioty. wreszcie w wielkiej sali gmachu widzi siedzącego za biurkiem młodzieńca w harcerskiej koszuli, bez odznak.

To jest polski dowódca. Trzy doby nie zmrużył oka i chociaż manewrem potrafił uniknąć nierównej walki - był do walki gotów. Poważył się demon­strować istnienie polskiej woli pośród dwóch wielkich armii: rosyjskiej rozpasanej i cofającej się, niemieckiej - prącej naprzód. Polski dowódca nie prosi gościa siadać. Niemiec patrzy zadumiony. Co też usłyszy od tego dziwnego młodzieńca dowodzącego zbrojnym żołnierstwem nieistniejącej armii?

  • Tylko dlatego nie witam pana z bronią w ręku, że mam na to wyraźny rozkaz mego dowódcy, generała Dowbora - mówi spokojnie kapitan Matu­szewski do gen. von York. Niemiec nie bardzo wie, co odpowiedzieć (Niemiec owych czasów!).
  • Bolszewicy odeszli ku Berezynie - dodaje Polak. - Moje oddziały wycofają się z bronią na teren I Korpusu Polskiego. W Mińsku panuje spokój i porządek.

I wyszedł, zostawiwszy Niemca pośrodku sali. Ewakuacją oddziałów pol­skich zajął się później płk Adam Bieliński, wyznaczony przez gen. Dowbora i uznany u Niemców, którzy zastosowali się do faktu dokonanego. Matuszew­ski poszedł spać..." ([S. Kuszelewska-Rayska], Dzieciństwo i młodość Ignace­go Matuszewskiego, „Biuletyn Organizacyjny KNAPP", wrzesień-październik 1946, nr 47-48, s. 10-11).

 

Książeczka wojskowa płk. Ignacego Matuszewskiego (Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku).

Kpt. Ignacy Matuszewski już wówczas zadziwiał wielu swoją inteligen­cją i politycznym zmysłem. Będąc żołnierzem polskiej armii emancypującej się od rosyjskiego zwierzchnictwa, uznał, że w sytuacji zrewoltowania Rosji przez bolszewików głównym przeciwnikiem Polski są Niemcy, którzy z kolei po zawarciu układu z Rosją bolszewicką (3 marca 1918 r.) dążyli do rozbrojenia Polaków, czemu dali dobitny wyraz w czasie walk z II Korpusem Polskim Józe­fa Hallera pod Kaniowem (10-11 maja 1918 r.). Takie było zresztą stanowisko konspiracji piłsudczykowskiej, grającej od dłuższego czasu kartą antyniemiecką (zwłaszcza po uwięzieniu Piłsudskiego przez Niemców w lipcu 1917 r.). Za ten swój antyniemiecki upór w obronie I Korpusu Polskiego Matuszewski został skazany na śmierć także przez Niemców. Nie rozumiał tych politycz­nych i - przyznajmy - nieco szalonych (ze względu na dysproporcję sił pol­skich i niemieckich) koncepcji piłsudczyków dowodzący blisko 25-tysięcznym I Korpusem Polskim gen. Józef Dowbor-Muśnicki, który naiwnie próbował z Niemcami negocjować przyszłość swojej armii, mimo wydanego już roz­kazu o demobilizacji i kapitulacji Korpusu. W takich okolicznościach w nocy z 21 na 22 maja 1918 r. w Bobrujsku grupa piłsudczyków z POW na czele z kpt. Leopoldem Lisem-Kulą, ppłk. Przemysławem Barthel de Weydenthalem

i kpt. Ignacym Matuszewskim dokonała nieudanego zamachu politycznego na gen. Dowbor-Muśnickiego, którego stawką było przejęcie dowództwa nad I Korpusem Polskim i pchnięcie go - jako alianckiej siły zbrojnej - w stronę demonstracyjnego zatargu z Niemcami. Tak pisała o tym Stanisława Kuszelewska-Matuszewska, która również brała udział w zamachu:

„Tajna komenda POW: świeżo przybyły do Bobrujska płk Barthel de Weydenthal oraz dawniej tu obecny kpt. Lis-Kula »Jeleński« ujawniają się gen. Dowborowi. Wykładają swoje karty na stół i pytają, czy generał będzie się bił, jeśli Niemcy zażądają rozbrojenia. Generał oświadcza uroczyście, że tak, będzie się bił. Daje na to peowiakom słowo honoru.

W połowie maja 1918 r. Niemcy stawiają ultimatum: rozbrojenie i powrót do kraju. Broń i bogate składy wojskowe - do rąk niemieckich. Dowbor zgadza się natychmiast. Bić się nie będzie. Wtedy Barthel, Lis i Matuszewski aresz­tują Dowbora i próbują poderwać Korpus do walki. W twierdzy bobrujskiej gromadzą się peowiacy: kilkudziesięciu mężczyzn i trzy kobiety, czekając na hasło rozpoczęcia walki. Hasło nie nadchodzi. Pułki bić się nie chcą. Czekają już tylko na powrót do Kraju.

Świt 20 maja 1918 r. wstaje nad klęską peowiaków. Wypuszczają więc Dowbora z pod klucza i sami - złamani przegraną - spodziewają się aresztu i prawdopodobnie kary śmierci za bunt. Młodziutki Lis-Kula pierwszy bierze się w garść.

- Przegraliśmy Bobrujsk, nie przegraliśmy Polski - decyduje na pośpiesz­nej odprawie, zwołanej za miastem w kwitnącym sadzie. - Nie pozwalam na żadne gesty rozpaczy. Wszyscy natychmiast do dalszej roboty.

Spokojnie rozdziela swoich ludzi. Jednym każe przedzierać się przez Mur­mańsk do Francji, innych wysyła do Moskwy dla kontaktów z misją wojskową francuską, innych wreszcie kieruje do Kijowa, dokąd i sam wyjeżdża. Trze­ba na nowo skupiać żołnierzy, przesyłać ich do Francji, ratować rozbitków z 2. i 3. Korpusu, trzeba robić Niemcom dywersję, prowadzić wywiad. Matu­szewskiego wysyła do Kijowa przez Mozyrz" {ibidem, s. 11).

„Nie zna kompromisu z własnym sumieniem"

Ignacy Matuszewski kierował wywiadem antyniemieckim i antyrosyjskim, współtworząc jednocześnie siatkę konspiracyjną Komendy Naczelnej 3 POW Wschód i zręby wywiadu głębokiego na bolszewicką Rosję. Także dywersja spoczywała wówczas w jego rękach. Od maja do końca października 1918 r.,

czyli w czasie pobytu Matuszewskiego w Kijowie, konspiracja POW na Ukra­inie wysadziła 27 mostów na głównych szlakach kolejowych, utrudniając przerzut posiłków niemieckich ze wschodu nad Marnę i sommę. Kijowska działalność Matuszewskiego stała się później (w 1922 r.) przedmiotem oce­ny służbowej:

„Dzięki wytężonej i umiejętnej pracy stwarza w krótkim czasie poważ­ną i sprężystą organizację informacyjną. wiadomości wojskowe udzielane przez wydział Informacyjny były bogate i ścisłe, wartość ich i ważkość, prócz bezpośrednich korzyści, które przyniosły Komendzie Głównej [POw] w Kra­kowie oraz Komendzie Naczelnej [POw] w Kijowie (pierwszej: podstawę do ogólnych planów działania, drugiej: dla akcji dywersyjnych i bojowych), były następujące:

  1. wywiad zorganizowany przez ppłk. Matuszewskiego stanowił obok prac dywersyjnych też motyw, dla którego POw nabierało poważnego znaczenia wobec przedstawicieli Ententy, co stanowiło podstawę dla politycznej misji do pertraktacji z przedstawicielami w Moskwie i w Rumunii.
  2. wywiad stworzony przez ppłk. Matuszewskiego - zarówno jego orga­nizacja, jak personel szkolony przez niego, stanowiły w pierwszym okresie państwowości polskiej jedyne [i] zarazem bardzo odpowiedzialne, i poważ­ne źródło wiadomości o sytuacji wojskowej i politycznej na Ukrainie i na południu Rosji.
  3. Z owoców ówczesnej pracy ppłk. Matuszewskiego korzysta Oddział II Sztabu Generalnego niemal po dzień dzisiejszy, a szereg wyszkolonych przez niego pracowników wzbogacił zastępy pracowników na posterunkach wywia­dowczych armii polskiej" (CAw, I.122.99.8, Akta personalne Ignacego Matu­szewskiego, wniosek na odznaczenie Krzyżem walecznych z 24 VI 1922 r., k. 36).

w listopadzie 1918 r. Matuszewski zawitał wreszcie do rodzinnej war­szawy. Został zweryfikowany i przyjęty w szeregi odrodzonego wojska Pol­skiego w stopniu majora. Ale w stolicy zabawił krótko, bo już 1 grudnia 1918 r. decyzją Józefa Piłsudskiego został przydzielony do Misji wojskowej Polskiej w Kijowie, gdzie w imieniu Naczelnika Państwa prowadził poufne rozmowy z Ukraińcami na temat antyrosyjskiego sojuszu. Szybko jednak Piłsudski wyznaczył mu inną misję, kierując go 13 grudnia 1918 r. niemal wprost z Kijowa do Poznania, gdzie miał rozpoznać możliwości wybuchu w Wielkopolsce zbrojnego powstania przeciw Niemcom. Dwa dni później Piłsudski miał na biurku gotowy raport na temat sytuacji w Poznaniu.

28 grudnia 1918 r. mjr Ignacy Matuszewski rozpoczął pracę w wywia­dzie, obejmując stanowisko kierownika Biura wywiadowczego przy Oddziale VI (w przyszłości Oddział II Informacyjny) Naczelnego Dowódz­twa. współtworzył wywiad II Rzeczypospolitej. To właśnie on rekrutował do Oddziału II tak znanych oficerów, jak płk Walery sławek, płk Wiktor Tomir Drymmer, płk Józef Beck czy płk Ignacy Boerner. w opinii dotyczą­cej tego czasu czytamy, że Matuszewski odznaczał się inteligencją i ini­cjatywą, a poza tym:

„Jako taki odznaczał się przez cały czas nie tylko pełnym zrozumieniem tego działu służby, gorliwością i sumiennością, lecz dał też dowód wybitnej zdolności, organizując jako kierownik tego biura cały dział służby wywia­dowczej w trudnych warunkach początkowego tworzenia, które to biuro jednak już dziś wydaje tak pokaźne rezultaty, że mogłaby się nimi niejedna ze starych armii poszczycić" {ibidem, k. 38).

Nieprzypadkowo mjr Ignacy Matuszewski w kwietniu 1920 r. objął sta­nowisko Szefa Oddziału II przy Sztabie Ścisłym Naczelnego wodza, by ostatecznie w kluczowym momencie wojny polsko-bolszewickiej w lipcu 1920 r. przyjąć funkcję pełniącego obowiązki Szefa Oddziału II Naczelne­go Dowództwa wP (szef w latach 1921-1923). Po pokonaniu bolszewików w 1920 r. Piłsudski podsumował pracę Matuszewskiego: „Była to pierwsza wojna, którą Polska prowadziła od wielu stuleci, w czasie której mieliśmy więcej informacji o nieprzyjacielu niż on o nas".

Jesienią 1920 r. Ignacy Matuszewski został skierowany do Rygi w roli eksperta polskiej delegacji negocjującej pokój z Sowietami. Miał wówczas odwagę napiętnować pogląd (popularny także w obozie Piłsudskiego) o nie­zbędnej neutralności Polski wobec wojny białych z bolszewikami w Rosji. Jednoznacznie uznał, że bolszewicy są dla Polski zagrożeniem największym, dlatego Polska powinna wesprzeć formacje gen. Piotra wrangla. Już w paź­dzierniku 1920 r. przedstawił swoje stanowisko w obszernym opracowaniu Nasza polityka względem Rosji w związku z chwilą obecną, w którym pisał, że jeśli „bolszewicy utrzymają się przy władzy i potrafią ją utrwalić na całym obszarze Rosji, wówczas po dłuższym czy krótszym wytchnieniu rzucą się niewątpliwie na Polskę". I dalej:

„Państwo Polskie musi współdziałać ruchom zwalczającym bolszewizm, gdyż tryumf tego ostatniego wewnątrz Rosji byłby najgroźniejszym i wiecz­nie zawieszonym nad naszymi głowami niebezpieczeństwem.

Pomiędzy zwalczającymi bolszewizm siłami specjal­ne poparcie okazać trzeba tej, która największe ma szan­se na ostateczne dojście do władzy, jednocześnie starając się zapewnić sobie z jej strony przyznanie warunków nie mniej korzystnych od tych, które daje traktat z bolszewika­mi. Taką siłą jest, jak się zdaje, Wrangel" (Referat specjalny Ignacego Matuszewskiego Nasza polityka względem Rosji w związku z chwilą obecną, Instytut Piłsudskiego w Ameryce, Akta Szefa Sztabu Generalnego WP gen. Tadeusza Rozwa­dowskiego, t. 2-3, b.p.).

Matuszewski nie był też entuzjastą zawarcia szybkiego pokoju z bolszewikami i polemizował z tymi, którzy również w Polsce stali na stanowisku, że pokój Sowietów z Polską przy­czyni się w konsekwencji do obalenia władzy Lenina w Rosji:

„Hasło pokojowej odbudowy (sowieckoje stroicielstwo) jest bardzo popularne wśród poważnych organów bolsze­wickich. Toteż najlepsi znawcy propagandy sowieckiej przy­puszczają, że twierdzenie, iż pokój obali bolszewizm, zostało podpowiedziane prasie zachodnio-europejskiej przez bol­szewickich agentów. [...]


Paradoksalne twierdzenie, że wojna, nawet nieszczęśli­wa, podtrzymuje bolszewizm, opiera się więc na zupełnej nieznajomości rosyjskich stosunków. Rozpowszechnienie i utrwalenie takiego przekonania jest dla Państwa Polskie­go podwójnie niebezpieczne. Po pierwsze przedstawia w fałszywym świetle polską akcję wojenną i budzi niechęć dla niej wśród tych sfer, które zasadniczo są i pozostaną bolszewizmowi wrogie. Po wtóre budzi szereg złudzeń co do warunków, które nastaną po ewentualnym zawar­ciu pokoju; maskuje fakt, że po tym zawarciu bolszewicy będą wciąż istnieli i korzystali z udzielonego im wytchnie­nia dla odtworzenia swej armii i przygotowania nowych napaści; może więc doprowadzić do niedających się napra­wić błędów w prowadzonej w stosunku do nich polityce" (Czy pokój obali bolszewizm?, Referat specjalny ppłk. Ignace­go Matuszewskiego, 10 X 1920 r., AAN, Attachaty wojskowe,

A II 65/1, k. 296-297).

Płk dypl. Ignacy Matuszewski (Narodowe Archiwum Cyfrowe).

 

Ignacy Matuszewski, dyrektor Depar­tamentu Administracyjnego Minister­stwa Spraw Zagranicznych, Warsza­wa 1927 r (NAC).

Nieszablonowość myślenia i inteligencja mjr. Ignace­go Matuszewskiego sprawiała, że jego autorytet przekra­czał granice podziałów środowiskowych i politycznych. Niedługo po zakończeniu rokowań ryskich, których efekt był dla Polski fatalny, gen. Władysław Sikorski, doceniając niezależność spojrzenia Matuszewskiego, napisał w opinii, że jest on człowiekiem „o niezwykłej inteligencji i silnej woli - gruntownej wiedzy fachowej i wybitnej zdolności decyzji". A ponadto „stanowi bardzo dodatni typ oficera. Ideowy i bezwzględnie prawy, nie zna kompromisu z włas­nym sumieniem" (CAW, I.122.99.8, Opinia gen. Władysława Sikorskiego o mjr. Ignacym Matuszewskim za 1921 r., k. 7). Matuszewski został wówczas odznaczony Orderem Virtuti Militari (V klasy) i czterokrotnie Krzyżem Walecznych. Absol­wenta Wyższej Szkoły Wojennej (rocznik 1923/1924) awan­sowano też do stopnia podpułkownika (25 października 1922 r.) i pułkownika dyplomowanego (1 grudnia 1924 r.).

Pozycja Matuszewskiego w armii była poważna, początkowo więc wydawało się, że kiedy Piłsudski i piłsudczycy stopniowo tracili wpływy w wojsku i rządzie po

  • , nie zostanie on pozbawiony stanowisk. Stało się inaczej. W lipcu
  • stracił stanowiska szefa Oddziału II i został przeniesiony do rezerwy w związku z urlopem zdrowotnym. W grudniu 1924 r. skierowano go na niezbyt znaczącą wówczas placówkę attache wojskowego przy Poselstwie RP w Rzymie, co jego przełożeni z Oddziału II (związani z obozem narodo­wym) trafnie skwitowali jednym zdaniem: „Nie miał na placówce w Rzymie możliwości wybitnej pracy, do której miałby zdolności". Toteż kiedy Józef Piłsudski zdecydował się na odzyskanie władzy w drodze zamachu stanu w maju 1926 r., kazał „niezwłocznie odwołać" z Rzymu płk. Matuszewskie­go w związku z „koniecznością użycia" „do służby w kraju". Matuszewski przez blisko dwa lata „filtrował" z ramienia Oddziału II Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w którym pełnił funkcję dyrektora Departamentu Admi­nistracyjnego. Swoją służbę w MSZ zakończył jako poseł i minister pełno­mocny RP w Budapeszcie (1928-1929). W styczniu 1929 r. został ostatecznie przeniesiony do rezerwy (z dniem 31 października 1928 r.). Uporządkował też swoje sprawy osobiste. Po unieważnieniu małżeństwa ze Stanisławą Kuszelewską, poślubił wkrótce Halinę Konopacką, pierwszą polską złotą medalistkę olimpijską z Amsterdamu w rzucie dyskiem (1928 r.).

Proroczy pesymista

W latach 1929-1931 Ignacy Matuszewski pełnił funkcję kierownika Mini­sterstwa Skarbu w rządach Kazimierza Świtalskiego, Kazimierza Bartla, Walerego Sławka i Józefa Piłsudskiego. Matuszewski był tak krytyczny wobec etatystycznych koncepcji gospodarczych piłsudczyków, którzy planowali w tym czasie zaciąganie nowych kredytów, że kiedy Świtalski (w dodatku po wybuchu afery Gabriela Czechowicza) zaproponował mu tekę ministra skarbu, z oporami zgodził się przyjąć urząd jedynie pod warunkiem, że będzie mógł zachować minimum autonomii i tymczasowy charakter sprawowanej funkcji, zostając kierownikiem ministerstwa, nie zaś ministrem. Matuszewski zachował przy tym zaszeregowanie w Mini­sterstwie spraw zagranicznych, a nawet stanowiska Posła Nadzwyczaj­nego i Ministra Pełnomocnego przy Królewskim Rządzie węgierskim. Premier Świtalski doszedł z czasem do wniosku, że Matuszewski niechęt­nie wszedł do jego gabinetu, gdyż nie chciał opuszczać Msz. Doświad­czenia wyniesione z tajnych służb i dyplomacji sprawiały, że nie widział się w roli polityka użerającego się na krajowej scenie politycznej. Tłuma­czył to również względami natury moralnej. Świtalski tak pisał o swoich rozmowach z Matuszewskim w lutym 1929 r.:

„Tłumaczył mi, dlaczego woli służbę dyplomatyczną niż politykę wewnętrzną. w polityce zagranicznej przy powszechnych obyczajach w tej dziedzinie istnieje tolerancja dla takich metod, jak bluffowanie, jak nieszczerość, jak wprowadzanie drugiej strony w błąd, jak wreszcie uciekanie się do szantażu, gdy ma on szanse udania się. Ale te same metody, gdy ucieka się do nich w stosunku do własnych rodaków, a nie w stosunku do obcych, mierżą go i nie miałby ochoty do konieczności stosowania ich w polityce wewnętrznej"

(K. Świtalski, Diariusz 1919-1935, do druku przygotowali A. Garlicki i R. Świętek, Warszawa 1992, s. 375-376).

Cechą charakterystyczną myśli ekonomicznej Matuszewskiego w tym czasie było ograniczenie wydatków budżetowych, równowaga budżetowa, zabezpieczenie złotego w dużych rezerwach złota i obcych walut, walka z monopolami i kartelami oraz spowodowanie spadku poziomu cen przez wzrost siły nabywczej pieniądza (deflacja). Było to zatem zasadnicze odej­ście od gospodarki planowej, którą Matuszewski po 1929 r. nieustannie piętnował:

„»Gospodarka planowa« oznacza monopolizację produkcji, wymiany i kapitalizacji - że zatem jej wprowadzenie to nie jest rzecz drobna, łatwa i, co najważniejsze, nie jest to rzecz odwołalna ani odwracalna. Że tedy iść na tego rodzaju eksperyment można, tylko mając pewność, że innej drogi nie ma; że secundo »gospodarka planowa« nie jest dla Polski w dzisiejszych warunkach równoznaczna z niezawisłością gospodarczą, lecz przeciwnie: Polska, jako kraj niesamowystarczalny musiałaby bądź wejść w skład jakiegoś większego konglomeratu i nie »planować«, lecz wykonywać część cudzego planu, bądź zależeć od swych dostawców i odbiorców. [...]

»Planowa gospodarka« są to słowa, do których przywykliśmy wszyscy. Ale jeśli wmyślić się głęboko w ich możliwe skutki, dochodzi się do niespodziewa­nych wniosków. Stać się bowiem może - jeśli nie musi - że to nie wytwórczość iść będzie za potrzebami ludzkości, ale że potrzeby będą musiały nagiąć się do praw wytwórczości. »Nie wyrabiać tego, czego się pragnie, ale pragnąć tego, co się wytwarza...«. Paradoks? Nie. Jest to poruszające się w mroku przyszłości, niewidzialne jeszcze, ale już wyczuwalne niebezpieczeństwo"

(I. Matuszewski, Próby syntez, Warszawa 1937, s. 281-282).

Takie liberalne podejście do mocno już wówczas zetatyzowanej gospo­darki było w Polsce nowością. Tłumaczono to osobistymi studiami Matuszew­skiego nad przyczynami światowego kryzysu gospodarczego, fascynacją anglosaską doktryną liberalną i coraz bliższymi związkami z redaktorem naczel­nym „Polityki Gospodarczej", Stanisławem Lauterbachem, który coraz głośniej ganił piłsudczyków za ograniczanie swobód gospodarczych, etatyzm i ucisk fiskalny. Chwaląc kierunek polityki Matuszewskiego, Lauterbach przeciwsta­wiał go większości obozu piłsudczykowskiego, czym wcale mu nie pomagał:

„Marszałek Piłsudski jest zdania, że aby kogoś nauczyć dobrze pływać, należy go rzucić na głęboką wodę i nie okazać żadnej pomocy. Będzie dosko­nałym pływakiem albo - utonie. Tłumacząc to na język ekonomiczny, można powiedzieć, że Marszałek jest liberałem czystej krwi. A oto rząd Marszałka subsydiuje bankrutów, czyli rozdaje premie za brak tężyzny życiowej [...].

Przed wojną życie gospodarcze urabiane było milionami mózgów i rąk ludzi, stojących przy indywidualnych warsztatach zarobkowych, a państwo trzymało się od nich na dystans i tylko w najogólniejszy, ramowy sposób ustalało warunki bytu i rozwoju gospodarczego. Po wojnie procesy gospo­darcze stają się przedmiotem ingerencji państwa wprost i bezpośrednio"

(S. Lauterbach, Finansowanie przez skarb życia prywatno-gospodarczego, Kraków 1932, s. 9, 62).


Ignacy Matuszewski z zoną Haliną Konopacką w drodze do lokalu komisji wyborczej przy ulicy Nowo­wiejskiej, Warszawa, 16 XI 1930 r (NAC).

1|9

 

Początkowo nowe podejście Ignacego Matuszewskiego do gospodarki zyskało zrozumienie elit przerażonych skutkami światowego kryzysu. Piłsud­ski chwalił go za politykę oszczędności i wojnę z monopolistami w rodzaju Ivara Kreugera, który w zamian za wydzierżawienie monopolu zapałcza­nego, pożyczył Polsce 6 milionów dolarów, wpływając przez to na życie polityczne Rzeczypospolitej. Dobrze obrazuje to zapis dyskusji na forum rządu 8 maja 1929 r.:

„Kierownik Ministerstwa skarbu [Matuszewski], stwierdzając, że całkowite wykonanie budżetu mogłoby spowodować deficyt ok. 146 milionów złotych, wnosi o upoważnienie go do przeprowadzenia pertraktacji z poszczególnymi ministrami osobiście w sprawie wstrzymania niektórych nowych płac inwesty­cyjnych przynajmniej do chwili wyjaśnienia sytuacji budżetowej. Nawiązując do tego oświadczenia Pan Marszałek Piłsudski w dłuższym przemówieniu zaznacza, że od maja 1926 roku dochody państwowe miały tendencję silnie zwyżkową w związku z uporządkowaniem spraw podatkowych i ukróceniem licznych nadużyć skarbowych. wzrost ten spowodował przesadny optymizm przy budżetowaniu, z którym obecnie należy jednak stanowczo zerwać, szcze­gólnie w związku z pogorszeniem ogólnoświatowej sytuacji finansowej, na co w silnym stopniu wpływa ostrożność kredytowa Ameryki w związku ze sprawą reparacji niemieckich długów wojennych. w konkluzji swych wywodów Pan Marszałek Piłsudski oświadcza, że jakkolwiek sytuacja nie jest groźna i bieżący okres budżetowy będzie można przetrzymać bez deficytu, jednak - zgodnie z wnioskiem Kierownika Ministerstwa Skarbu - należy w tym celu zastosować daleko idące ostrożności odnośnie mniej potrzebnych wydatków" (Protokół 9. posiedzenia Rady Ministrów RP z 8 V 1929 r., AAN, PRM, 8, t. 47, k. 520-521).

Matuszewski fascynował i przerażał zarazem swoim wizjonerstwem, kreśląc czasem przyszłość w czarnych barwach. Mówił o Polsce jako przed­miocie gry międzynarodowej finansjery, o potrzebie uwolnienia Polski od długów i więzów kartelowych, o likwidacji deficytu budżetowego, o uwol­nieniu inicjatywy gospodarczej i unowocześnieniu armii. Przez swoją nieza­leżność i bezkompromisowość był szanowany, ale nie był popularny! Kiedy wiosną 1931 r. Matuszewski próbował objąć polityką „zaciskania pasa" tak­że wojsko przez obniżenie uposażeń oficerów, Józef Piłsudski postanowił wyrzucić go z rządu, w czym sekundowali mu nieprzychylni kierowniko­wi Ministerstwa Skarbu rzecznicy etatyzmu - prezydent Ignacy Mościcki i minister Eugeniusz Kwiatkowski. Mimo tego przykrego doświadczenia Komendant pozostał jego największym autorytetem. Zapytany, jak godzi

 

swój zimny realizm z romantyzmem Piłsudskiego, odparł: „Każdy młody jest romantykiem i każdy kocha swoją młodość. Później przychodzą rozczaro­wania i trzeba sobie zdać sprawę, że rzeczywistość nigdy nie odpowiada marzeniom i nadziejom".

Po odejściu z rządu Ignacy Matuszewski stawał się coraz większym kry­tykiem obozu politycznego, którego był przez lata jednym z filarów. Od frontalnej krytyki powstrzymywał go jedynie szacunek do Józefa Piłsud­skiego, który nakazywał mu podjąć się kolejnego wyzwania, jakim było włą­czenie się w prace nad nową konstytucją. W latach 1932-1936 Matuszewski był redaktorem naczelnym „Gazety Polskiej", której nakład wynosił wtedy 35 tys. egzemplarzy (po jego odejściu nakład gazety spadł o połowę). Po śmierci marszałka Piłsudskiego w 1935 r. już na dobre przeszedł do opo­zycji. Nie godził się na etatystyczną politykę gospodarczą wicepremiera Kwiatkowskiego, kwestionując z czasem całym systemem rządów sanacyj­nych. Coraz częściej cenzurowany w prasie rządowej, zaczął publikować na łamach „Polityki Gospodarczej" (również pod pseudonimem), stając się jednym z najwybitniejszych publicystów politycznych dwudziestolecia.

Jego poglądy, które nigdy nie były radykalnie lewicowe, coraz bardziej ewoluowały w kierunku tradycyjnej prawicy. Stanisław Mackiewicz twierdził, że Matuszewski miał podobno „tajny pakt" z Walerym Sławkiem, który po objęciu prezydentury miał mu powierzyć tekę premiera. Snuli wspólne pla­ny polityczne, że odsuną Józefa Becka od polityki zagranicznej i zastąpią go ambasadorem Józefem Lipskim, że ministrem skarbu zostanie Leon Barański, że dogadają się z endecją... U schyłku II Rzeczypospolitej zawiązała się bliska znajomość Ignacego Matuszewskiego ze Stanisławem Mackiewiczem, który udostępnił mu łamy „Słowa". To właśnie w wileńskim „Słowie" Matuszewski w marcu 1939 r. ogłosił artykuł Konieczne wnioski, w którym pisał o nieuchron­ności wojny, wzywając do podwojenia liczebności armii (po raz pierwszy nawoływał do tego wiosną 1938 r.) i rewizji polityki w każdej dziedzinie:

„Głównym zagadnieniem gospodarczym obecnej chwili dziejowej staje się dostarczenie środków na podwojenie stanów pokojowych armii. Zważywszy, że wchodzimy w okres kryzysu przedwojennego na czas nieokreślenie dłu­gi, że nie będzie to jednorazowe obciążenie, jednorazowy wysiłek, że być to musi stałe obciążenie gospodarstwa narodowego, któremu zadośćuczynić można trwale nie tylko przez odmienny podział dochodu narodowego, lecz również i nade wszystko przez jego stałe podniesienie - widzimy następujące wskazania ogólnogospodarcze, które stanowią odpowiednik zasadniczego postulatu podwojenia armii:

 

Prezydent RP Ignacy Mościcki wśród członków gabinetu Walerego Sławka, obok minister spraw wojskowych Józef Piłsudski. Pierwszy od prawej stoi kierownik w Ministerstwie Skarbu Ignacy Matuszewski, Warszawa, 29 III 1930 r. (NAC).

 

*

 

  1. Natychmiastowe podniesienie opłacalności gospodarki narodowej.
  2. Poniechanie wszystkich procesów, niszczących gospodarkę, nawet jeśli podejmowane są one z najszlachetniejszych pobudek.
  3. zdecydowane i radykalne wyrzeczenie się wszystkich fikcji pochłania­jących środki wypracowane przez naród.

Natychmiastowe podniesienie opłacalności wszystkich warsztatów wytwórczych jest możliwe. Środki potrzebne wskazywaliśmy wyraźnie już trzy lata temu. Dziś ponownie wymieniać ich ani uzasadniać nie będziemy Każdy z czytelników wie, o co chodzi. zmarnowaliśmy najstosowniejszą chwilę wiosną 1936 roku. zmarnowaliśmy trzy lata po niej. Dziś nie wolno marnować kwadransa. Najbardziej złota fikcja, umiłowana przez najbardziej złotoustych paladynów, nie może i nie powinna ostać się ani jednej chwili wówczas, gdy nie w piękne oblicze fikcji, lecz w groźną twarz prawdy spoglądać tylko wolno. [...]

I dlatego odrzucić należy te wszystkie słodkie majaczenia. Nie ma na nie czasu. Należy wytrzebić wszystkie fikcje. Wszystkie - te nawet, do których przywiązaliśmy się najbardziej.

Bez tego nie zdobędziemy się na to, aby walczyć z rzeczywistością. Budżet państwa od roku 1935 do roku 1939 wzrósł o czterysta sześćdziesiąt milionów. Budżet wojskowy przez ten czas tylko o czterdzieści sześć milionów. Oto jeden z dowodów iluzji, jakimi usypialiśmy siebie w ciągu ostatnich lat czterech, kiedy świat się zaroił. I jest to zarazem bolesny, lecz przekonujący dowód pełnej możliwości realizacji i tego minimalnego pogotowia, o które wołamy.

Środki zdobyte tą drogą powinny się okazać wystarczające dla zdwojenia stanów pokojowych naszej armii. Ale gdyby pomimo ich uczciwego wyczer­pania były jeszcze niezaspokojone konieczności - wówczas, sądzimy, wolno porzucić na czas pewien klasyczne metody gospodarki emisyjnej. Albowiem wskazówki na zegarze dziejowym biegną niepowstrzymane. Czynnik czasu stał się czynnikiem decydującym. Pamiętać tylko należy w razie ucieczki do tych metod, że dają one wyniki jednorazowe, że są metodą podziału dochodu narodowego, nie zaś metodą jego podniesienia, że są skuteczne - ale krót­kotrwałe, dlatego też wyłącznie na nich nie można opierać wysiłku, który ma być pierwszym, lecz nie jedynym ani ostatnim" ([I. Matuszewski], Konieczne wnioski „Słowo", 24 III 1939).

Ignacy Matuszewski był proroczym pesymistą, którego nikt nie chciał słuchać. Obawiał się, że wojna doprowadzi Polskę do niespotykanej dotąd klęski, że Polski nie stać na wojnę z Niemcami. „Przewaga wojskowa Nie­miec jest tak ogromna - powtarzał w przededniu tragicznego września - że w ciągu trzech miesięcy musimy tę wojnę przegrać z kretesem". Prorokował

 

Paul Morand (drugi rząd, pierwszy z prawej) podczas wizyty w ambasadzie francuskiej.

W centrum widoczny minister Ignacy Matuszewski, Warszawa, październik 1930 r. (NAC).

też „rozstrzelanie" Rzeczypospolitej przez dwóch agresorów - Niemców i sowietów. w napisanym już na wygnaniu szkicu Matuszewski tak wspo­minał nadciągającą klęskę:

„Kiedy wiosną 1938 r. postawiłem tezę, że na aneksję Austrii winniśmy odpowiedzieć podniesieniem sił wojskowych - trzech tylko publicystów: najświetniejszy może, a na pewno najodważniejszy pisarz polityczny Sta­nisław Mackiewicz w »Słowie«, Wacław Zbyszewski w »Czasie« i Stanisław Lauterbach w »Polityce Gospodarczej« poparło mnie. Projekt wystawienia 3 dywizji pancernych wysunięty przez Mackiewicza i uzasadniony doskonale przez Zbyszewskiego - wywołał gromy. wszyscy ówcześni czciciele Naczel­nego wodza pouczali nas, że »wódz wie lepiej«, a wielbiciele ministra skar­bu wykładali nam, że »potencjał gospodarczy« jest ważniejszy od tanków" (I. Matuszewski, Nieprzygotowanie, Instytut Piłsudskiego w Ameryce, Archi­wum Ignacego Matuszewskiego, t. 7, k. 2-3).

Kuluary sejmowe. W centrum Ignacy Matuszewski i Bogusław Miedziński, Warszawa, 23 IV 1931 r (fot. Jan Binek/NAC).

 

We wrześniu 1939 r. Ignacy Matuszewski zwierzył się Michałowi Sokolnickiemu: „Nie mieliśmy samolotów, nie mieliśmy czołgów, nie dosyć armat. Kwiatkowski przeznaczył miliardy na inwestycje, a nie dawał powiększać budżetu wojskowego. COP był nonsensem, pytałem: czy będziecie COP-em strzelać?" (M. Sokolnicki, Dziennik ankarski 1939-1943, Londyn 1965, s. 45). Kiedy indziej powiedział: „Wszyscy mnie uważali za czarnowidza, za pesy­mistę, gdym prorokował, że będziemy rozbici po trzech miesiącach, a tym­czasem nasza wojna trwała trzy tygodnie, a właściwie była przegrana już po trzech dniach" (W.A. Zbyszewski, Gawędy o ludziach i czasach przedwo­jennych, Warszawa 2000, s. 265).

Tułacz

Płk Adam Koc (NAC).

W przededniu wybuchu wojny Ignacy Matuszewski nie otrzymał jakiegokol­wiek przydziału do wojska. Po pierwszych nalotach niemieckich bombow­ców na warszawę ewakuował się z żoną na wschód. Matuszewscy dotarli w okolice Łucka, gdzie 9 września 1939 r. spotkali prezesa Banku Polskiego płk. Adama Koca. Kolega z Oddziału II formalnie objął wówczas stanowisko wiceministra skarbu i podjął decyzję o ewakuacji polskiego złota na tery­torium sojuszniczej Rumunii. Przed przekroczeniem granicy zaplanowano koncentrację wszystkich transportów ze złotem w Śniatyniu - powiatowym miasteczku w województwie stanisławowskim. Jednak płk Koc otrzymał nowe wytyczne - miał przez Rumunię wyjechać na Zachód, by negocjować dla Polski pomoc finansową i wojskową. Zastanawiał się, komu powierzyć złoto. Kiedy Koc spotkał w Łucku swoich dawnych przyjaciół - płk. Ignacego Matuszewskiego oraz byłego attache wojskowego w Tokio, ministra przemy­słu i handlu, mjr. Henryka Floyara-Rajchmana, przestał mieć wątpliwości. Zda­jąc sobie sprawę z powagi sytuacji oraz wiedząc o „energii, odwadze i umiejęt­ności pobierania decyzji w trudnych warunkach i niecofaniu się przed napo­tykanymi przeszkodami", prezes Banku Polskiego bez wahania zaproponował Matuszewskiemu i Rajchmanowi kiero­wanie dalszą ewakuacją złota.

Koc miał na myśli przede wszyst­kim Matuszewskiego, ale ten zwrócił mu uwagę, że dla dobra sprawy lepiej będzie oddać formalne kierownictwo transportu niższemu rangą Rajchmanowi. Jak się wydaje, nie chodziło jedynie o mundur, który mimo braku wojskowe­go przydziału miał na sobie Rajchman.

Matuszewski, choć był piłsudczykiem, dla wielu sukcesorów Marszałka spod znaku Śmigłego-Rydza, Becka czy Mościckiego był po prostu niestraw­ny. Zaprzyjaźnieni ze sobą oficerowie „bez przydziału" szybko podzielili się zadaniami. Ustalili też, że mjr Rajchman

 

kieruje złotą kolumną na odcinku Łuck-Śniatyń, płk Matuszewski zaś ze Śniatynia aż do Francji. w obawie przed bombardowania­mi, przerwaniem ciągów komunikacyjnych z Rumunią, dywersją i agenturą przystąpili od razu do reorganizacji kolumny transpor­towej. zmniejszyli ilość pojazdów, większość samochodów benzynowych wymienili na dieslowskie autobusy, pozbyli się zbędnego balastu (bagaży), dokonali selekcji personelu, zmniejszając go do ok. 30 osób, sformowali eskortę policyjną, a później ściągnęli cysternę kolejową z paliwem z równego. Mieli rezer­wy paliwa na 350 km podróży! w nocy z 9 na 10 września kolumna transportowa ruszyła w stronę Dubna.

Sztabki złota w skarbcu Banku Polskiego w Warszawie (NAC).

według niektórych relacji jednym z auto­busów miała kierować żona Matuszewskiego - Halina Konopacka. Podczas postojów Rajchman kilkukrotnie zwoływał naczelników wydziałów drogowych i policjantów z okolicz­nych powiatów, aby przedyskutować z nimi stan dróg i mostów. Ustalono marszrutę: Brody-Tarnopol-Tłuste-Horedenka-Śniatyń. W międzyczasie Matuszewski krążył mię­dzy kolumną a Tarnopolem i Krzemieńcem, gdzie próbował nawiązać łączność telefo­niczną z przedstawicielami władz centralnych i samorządowych, ambasadą RP w Bukaresz­cie, a podczas osobistych spotkań uzgadniał szczegóły dalszej podróży, w tym pomocy ze strony Anglików i Francuzów (m.in. z wicemi­nistrem spraw zagranicznych Janem Szembekiem). 12 września kolumna dowodzona przez Rajchmana dotarła do Śniatynia. Następnego dnia wieczorem, mimo nękających nalotów Luftwaffe, dołączył do niej tzw. transport brze­ski, siedlecki i zamojski, z którego wcześniej Naczelne Dowództwo WP na potrzeby woj

 

ska wyłączyło 70 skrzyń złota (o wartości ok. 23 mln zł). W ten sposób całość ewa­kuowanego skarbu zgodnie z planem skoncentrowana została w jednym miej­scu w pobliżu granicy polsko-rumuń­skiej. Późnym wieczorem 13 września na stacji kolejowej w Śniatyniu przeła­dowano około 75 ton złota do wagonów kolejowych, które zamknięto na kłódkę, zaplombowano i przydzielono im ochro­nę. O godz. 23.40 Rajchman przekazał kierownictwo transportu Matuszewskie­mu, któremu pomagał główny skarbnik Banku Polskiego Stanisław Orczykowski. razem z nimi w podróży brało udział jeszcze szesnastu pracowników banku, a także dziewięć dodatkowych osób (m.in. żona pułkownika - Halina Kono­packa, oraz majorowa Zofia Rajchmanowa). Pociąg z polskim złotem wyruszył ze Śniatynia do rumuńskiego portu Kon­stanca nad Morzem Czarnym. Wkrótce później Niemcy zbombardowali stację kolejową w Śniatyniu.

Mjr Henryk Floyar-Rajchman, 1934 r. (NAC).

 

Ale misja mjr. Henryka Floyara-Rajchmana nie zakończyła się w Śnia­tyniu. W Tarnopolu otrzymał rozkaz odszukania i przejęcia kontroli nad transportem złota, srebra i innych kosztowności (m.in. rękopisów, szabel i drogocennych eksponatów z tzw. Muzeum Belwederskiego) Funduszu Obrony Narodowej, który był w drodze z Tarnopola do Horodenki. 16 wrześ­nia 1939 r. Rajchman wyjechał do Horodenki z zadaniem wyekspediowania skarbów FON za granicę. Odnalazł złożoną z trzech ciężarówek kolumnę FON i tylko cudem nie wpadł w ręce Sowietów. „Na krótko przed zajęciem Horodenki przez bolszewików - wspominał Rajchman - transport ten wraz z jednym eszelonem walorów Banku Polskiego wyprowadziłem i skierowa­łem do Kut, gdzie przyłączył się do końcowej fazy ewakuacji w nocy z 17 na 18 września. Transport FON-u przybył do Czerniowiec i łącznie z transpor­tem Banku Polskiego znalazł się na dziedzińcu koszar żandarmerii". Walczył później o zgodę Rumunów na przewóz FON-u do ambasady RP w Buka­reszcie. Pomagał mu w tym spotkany w Czerniowcach płk Wacław Jędrze

 

jewicz. Po kilku dniach perypetii walory FON-u przewieziono wreszcie do ambasady. ze zbiorów wydzielono 2,5 tony srebra i ukryto w piwnicach ambasady, natomiast złoto i pieniądze postanowiono niezwłocznie prze­kazać do dyspozycji prezydenta Władysława Raczkiewicza w Paryżu. Po kilku tygodniach „pod pozorem, że są to przedmioty kultu i przedmioty artystyczne" Rumuni zezwolili na przewóz FON-u drogą morską do portu w Marsylii. Tak też się stało. Już pod koniec października 1939 r. Rajchman z Jędrzejewiczem mogli z satysfakcją zameldować ministrowi skarbu: „FON został ocalony przed dostaniem się w ręce bolszewików, uchroniony przed sekwestrem rumuńskim, uporządkowany, sprotokółowany".

15 września 1939 r. płk Ignacy Matuszewski i jego ekipa bez przeszkód dotarli z transportem złota do Konstancy. W porcie przy molo oczekiwał już na załadunek zarekwirowany przez Brytyjczyków na potrzeby Polaków statek „Eocene". Anglicy podporządkowali Matuszewskiemu kapitana stat­ku. Pojawiły się jednak pierwsze kłopoty. Niemcy zaczęli wywierać presję na Rumunów w sprawie polskiego złota i straszyli ostrzałem statku. Później w obawie przed jego zatopieniem z pokładu uciekło sześciu członków zało­gi, co opóźniło wypłynięcie z portu. Z kolei Matuszewski otrzymał rozkaz z Ambasady Polskiej w Bukareszcie, by po dopłynięciu do Turcji przekazać cały ładunek konsulowi RP w Konstantynopolu. Pułkownik nie podporząd­kował się tej decyzji, obawiając się zarówno stanowiska Turcji naciskanej przez Niemców, jak i Anglików, którzy mogliby potraktować tę sytuację jako formalne zwolnienie ich z dalszego obowiązku pomocy. Matuszewski uznał nalot Luftwaffe za mało prawdopodobny. Nakazał kapitanowi natychmiast wypłynąć z portu i bez świateł oraz sygnałów radiowych kierować się na Stambuł. W Turcji pojawiły się kolejne kłopoty. Matuszewski nie mógł dłu­go zejść na ląd, władze tureckie ograniczyły możliwość postoju „Eocene" do 24 godzin i zaoferowały „pomoc" polegającą na przechowaniu pol­skiego złota w Banku Ottomańskim, Brytyjczycy zaś oznajmili, że ich statki nie mogą wypływać w Morze Śródziemne bez eskorty wojennej. Ponadto 17 września Matuszewski dowiedział się o napaści sowieckiej na Polskę i wyjeździe tureckiego ministra spraw zagranicznych do Moskwy. Dwoił się i troił, aby uratować skarb. Wpadł na pomysł, żeby ambasador polski w Ankarze Michał Sokolnicki przejął odpowiedzialność za całość transpor­tu na terenie Turcji. Miał też podjąć starania dyplomatyczne w Ankarze, umożliwiające przerzut złota drogą lądową z Turcji przez Syrię do Libanu, a stamtąd do Francji za niezbyt wygórowaną opłatą. Już 19 września Sokol­nicki zrealizował ten plan niemal w stu procentach. Pojawiła się tylko jedna przeszkoda - Turcy zażądali od Polaków natychmiastowej wypłaty 30 tys.

 

dolarów amerykańskich za transport koleją. Takim funduszem ambasada nie dysponowała, a Matuszewski odmówił spieniężenia części skarbu. Pie­niądze wyłożył od razu Amerykanin Archibald walker, który reprezentował w Turcji firmę Vacuum Oil Company (późniejszy Mobil). Nasi sojusznicy z Paryża i Londynu, którzy tak jak Polska byli już wówczas w stanie wojny z Niemcami, dali gwarancję bezpiecznego transportu do Francji. złożony z 12 wagonów pociąg (w tym dwa sypialne i restauracyjny) 23 września dotarł do libańskiego miasta Rayak. Tu przeładowano złoto na dwa składy kolei wąskotorowej i jeszcze tego samego dnia dotarły one do Bejrutu. Dzię­ki uporowi płk. Matuszewskiego złoto podzielono na części i na pokładzie trzech okrętów francuskiej marynarki wojennej - krążownika „Emil Bertin" i kontrtorpedowców „Vauban" i „Epervier" - w odstępie czasu bezpiecznie dotarło wreszcie do portu w Tulonie. Operacja przerzutu złota do Francji zakończyła się 5 października 1939 r.

Jesienią 1939 r. bohaterscy organizatorzy ewakuacji polskiego złota znaleźli się na Zachodzie. W ostatnich dniach września płk Adam Koc został ministrem skarbu w gabinecie gen. Władysława Sikorskiego. Chcąc przy­podobać się Sikorskiemu, pozował na krytyka „sanacji" i atakował swoich niedawnych przyjaciół, sugerując nadużycia finansowe przy wywozie złota z kraju. Mimo tego już w grudniu stracił stanowisko ministra. Z kolei płk Igna­cy Matuszewski po przyjeździe do Paryża zamiast zasłużonych podziękowań i uznania został oskarżony o nadużycia finansowe w trakcie transportowa­nia złota. Otoczenie premiera zarzucało mu „przewiezienie na koszt Banku wielu osób postronnych", „zbyt hojne wydawanie pieniędzy", zakup z kasy państwowej proszków od bólu głowy (rachunek z apteki przez pomyłkę dołączono do rozliczenia), nazbyt wysoki koszt lemoniady, którą wypili tra­garze niosący polskie złoto, czy też „bezprawną wymianę złotych polskich na walutę". Matuszewski był tym wszystkim wstrząśnięty, tym bardziej że już wkrótce okazało się, iż z chwilą kapitulacji Francji jego oskarżyciele nie zdołali ewakuować polskiego złota na Wyspy Brytyjskie!

Wiosną 1940 r. ucichło wokół Ignacego Matuszewskiego. Starając się nie zrażać intrygami, próbował nawiązać bliższą współpracę z premierem Sikorskim. W czerwcu 1940 r. płk Matuszewski wspólnie z płk. Janem Kowa­lewskim przygotował memoriał na temat warunków, na jakich Polska byłaby skłonna nawiązać współpracę ze Związkiem Sowieckim przeciwko Niemcom (uznanie granicy ryskiej i zaniechanie terroru wobec Polaków na Kresach). Nie powierzono mu jednak żadnych odpowiedzialnych funkcji państwo­wych. Był bezrobotnym politykiem i żołnierzem, którego aktywność ogra­niczała się do rozmów i publikowania tekstów na łamach reaktywowanego

w Paryżu „Słowa", kierowanego przez Stanisława Mackiewicza. Przez krótki czas wydawało się wprawdzie, że „zapis" na Matuszewskiego przestał obo­wiązywać, kiedy przywrócono go do regularnej służby wojskowej. Jednak wojskowy przydział nie trwał długo i rozkazem płk. Izydora Modelskiego (późniejszego generała) z 6 maja 1940 r. Matuszewski został ponownie bez­terminowo i bezpłatnie urlopowany.

Klęsce Francji przyglądał się Ignacy Matuszewski z bliska. Jej rozmiary budziły grozę. W sierpniu 1940 r. za pośrednictwem bliskiego premierowi ks. Zygmunta Kaczyńskiego Matuszewski oddał się do dyspozycji Naczel­nego Wodza. Jednak premier RP nie odpowiadał. Pułkownik postanowił więc opuścić Francję. 14 października 1940 r. przekroczył granicę francusko­-hiszpańską i został aresztowany przez Hiszpanów. Po pięciomiesięcznym areszcie w Madrycie udało mu się opuścić Hiszpanię i 19 marca 1941 r. prze­dostać się do Portugalii. W Lizbonie zgłosił się do polskiej ambasady. W liście do Sikorskiego z 16 kwietnia 1941 r. ponownie zgłosił swoją gotowość do podjęcia pracy. Tym razem Wódz Naczelny postanowił odpowiedzieć na prośby pułkownika. W depeszy z 31 maja 1941 r. Sikorski napisał: „Liczę na współpracę Pana Pułkownika jako mego łącznika z gen. Weygandem i jako tajnego reprezentanta Naczelnego Wodza w Maroku". Ale już 3 czerwca mini­ster Stanisław Kot napisał sprzeczny z wcześniejszą depeszą premiera list, w którym zapowiedział powierzenie Matuszewskiemu obowiązki polskiego agenta w najważniejszych ośrodkach francuskiej Afryki. Według instrukcji Kota, Matuszewski miał tam stworzyć silny ośrodek wywiadowczy z siecią korespondentów. Pułkownik odmówił przyjęcia propozycji Kota. W liście do ministra z 27 czerwca 1941 r. napisał, że nie ma „dość odwagi, aby pod­jąć się tej pracy", gdyż m.in. wiązałoby się to z ponownym dysponowaniem publicznymi pieniędzmi. Jednocześnie w tym samym czasie, kiedy Sikorski i Kot przedstawiali Matuszewskiemu mętne propozycje współpracy, wobec byłego szefa polskiego wywiadu kontynuowano postępowanie w sprawie rzekomych „nadużyć finansowych" w czasie ewakuacji złota Banku Polskiego.

W międzyczasie Ignacy Matuszewski korzystał kilkakrotnie z mediacji zaprzyjaźnionego z Sikorskim swojego dobrego znajomego prof. Karola Estreichera. Na jego ręce kierował swoje portugalskie polityczne memo­riały z nadzieją na przekazanie ich premierowi Sikorskiemu. W jednym z nich (24 czerwca 1941 r.) z uznaniem odnosił się do deklaracji Naczelne­go Wodza z 23 czerwca 1941 r., że rząd polski uzależnia swoje stanowisko wobec Sowietów od przekreślenia polityki zaborów i napiętnowania napa­ści na Polskę w 1939 r. Obawiał się jednak, czy prosowiecki kurs Winstona Churchilla (szczególnie po napaści Niemiec na Sowiety) nie „wyłagodzi"

stanowiska rządu RP. Matuszewski prosił Estreichera, aby uświadomił Sikor­skiemu, że jeśli koalicja aliantów przyjmie do swojego grona sowietów, nie potępiając jednocześnie zbrodniczego charakteru komunizmu i nie żądając od Związku Sowieckiego deklaracji piętnującej układ Ribbentrop-Mołotow, to katolickie państwa Portugalia i Hiszpania (obawiał się też o postawę Koś­cioła katolickiego), ale także Litwini, Estończycy, Łotysze, Finowie, Węgrzy, narody kaukaskie oraz Turcja i Persja mogą poprzeć Niemców przeciwko Sowietom. Matuszewskiego twierdził, że zadaniem dyplomacji polskiej powinno być uczynienie z Polski ważnego członka antyniemieckiej koali­cji, a przez jej autentycznie antysowiecki kurs aliancka koalicja zyskałaby wiarygodność w oczach wszystkich antykomunistycznie nastawionych państw i narodów. Rzeczpospolita powinna być „sumieniem antyniemie­ckiej koalicji", dlatego w przyszłej umowie Polski z Sowietami winien znaleźć się fragment o zniewolonych krajach nadbałtyckich. „Trzeba stanowisko nasze wyryć w brązie wystąpień dyplomatycznych" - pisał Matuszewski do Estreichera.

Sikorski nie skorzystał z tych rad i 30 lipca 1941 r. podpisał w Londy­nie umowę z Sowietami, która przez swoją niejednoznaczność ściągała na Polskę niebezpieczeństwo utraty połowy terytorium i stała się powodem wielkiego kryzysu rządowego. Wśród naturalnych krytyków układu Sikor- ski-Majski znalazł się także Matuszewski. Pytany o swój stosunek do tego układu, przywoływał przykład sowieckiej „Izwiestii" (3 VIII 1941), która nie kryjąc zadowolenia z umowy polsko-sowieckiej, podkreślała, że sprawa granicy polsko-sowieckiej wciąż pozostaje otwarta. W tak dramatycznej sytuacji, nie otrzymawszy żadnych nowych instrukcji od premiera, Matu­szewski podjął decyzję o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Uważał, że przywiązana do wolności słowa Ameryka będzie najlepszym miejscem dla swobodnego, nieskrępowanego cenzurą artykułowania wolnej myśli w obronie praw Polski. Przewidywał, że od polityki Stanów Zjednoczonych zależeć będą przyszłe losy wojny, dlatego uznał, iż najlepszym polem do walki o sprawę polską będzie ziemia amerykańska. Oficjalnie żegnany na przystani w Lizbonie przez posła RP i przedstawiciela attachatu wojskowe­go, 22 sierpnia 1941 r. opuścił Portugalię.

Wola Polski

We wrześniu 1941 r. Halina i Ignacy Matuszewscy byli już w Nowym Jorku. Spotkali tam wielu przyjaciół i znajomych, a zwłaszcza płk. Wacława Jędrzejewicza, mjr. Henryka Floyara-Rajchmana i gen. Bolesława Wieniawę-Długo-

 

szowskiego. Działalność publicystyczną w Stanach Zjednoczonych rozpoczął Matuszewski w październiku 1941 r., kiedy to nowojorski „Nowy Świat", „Dzien­nik Polski" z Detroit i londyńskie „Wiadomości Polskie" przedrukowały jego głośny esej Wola Polski (wydany wkrótce również w formie anglojęzycznej broszury), w którym domagał się podmiotowego traktowania Polski przez Brytyjczyków, przypominając jej geopolityczne znaczenie dla świata:

„Wy, szczęśliwi ludzie szerokiego świata, rozumiecie doskonale znaczenie takich warunków, jak Singapur czy Panama. Nie rozumiecie jednak, że Polska leży geograficznie i politycznie w miejscu tak samo ważnym, że jej kształt, jej siła są być może dla dziejów świata jeszcze ważniejsze.

Polska leży bowiem między dwoma olbrzymimi ludami opętanymi przez demony. I Polska - samym swym istnieniem - paraliżuje dwa imperializmy. Imperializmy, których siły z daleka nie można ocenić. Ponury, szary impe­rializm rosyjski, imperializm negacji i nędzy, imperializm odnalezienia włas­nej wartości w poniżeniu innych, imperializm oparty na ubóstwianiu liczby i przestrzeni, mnogości i bezkresu - i przeciwstawieniu tej smutnej, niezliczo­nej ilości, wszelkiej jakości, i lśniący, chytry, drapieżny, sprawny jak maszyna imperializm niemiecki - imperializm bałwochwalstwa organizacji, imperializm wzorowego więzienia, nowoczesnych koszar... Polska zna je oba.

Polska zatrzymała w 1920 r. imperializm rosyjski, sięgający po władzę nad Europą. Imperializm sięgający po władzę nad Europą wówczas z szan­sami tryumfu. Nikt nam w tym nie dopomógł - mało kto to rozumiał. Ale my wiemy, wiemy z bezpośredniego zetknięcia, że imperializm ten chce i chcieć będzie władztwa nad światem. Jak wtedy przez Wilno, Grodno, Warszawę wiodła droga do panowania namiestników moskiewskich w Berlinie, Paryżu, Madrycie - może w Londynie i Washingtonie, jak panowała już Moskwa nad Budapesztem, Lipskom i Monachium - tak dziś przez Chojnice, Wejherowo, Kartuzy, przez nieznane wam miasteczka, uśpione wśród jezior, drzemiące wśród lasów - wiedzie niemiecki szlak do władania światem. Tędy właśnie i tędy koniecznie. Polska odcięta od morza, Polska powalona na kolana albo Polska zepchnięta do grobu - to cała Europa Środkowa i Wschodnia w rękach Niemiec. Jeśli uda się Niemcom ponownie zawładnąć Pomorzem, jeśli uda im się pokonać lub zmusić do kapitulacji Polskę, wówczas »Mitteleuropa« staje się faktem. Wówczas władztwo Niemiec rozciąga się bez przeszkód od Bał­tyku do Morza Czarnego, wówczas blok 200 milionów ludzi, pracujących pod kierownictwem niemieckim dla Niemiec - staje się faktem. A to z kolei otwiera perspektywy bez kresu" (I. Matuszewski, Wola Polski, „Wiadomości Polskie", Londyn, 5 X 1941).

 

Ignacy Matuszewski, 1941 r (Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku).

Teksty i działalność Ignacego Matuszewskiego zyskały już wówczas olbrzymi rezonans, nie tylko w kręgach polonijnych, ale i w Europie, a nawet w okupowanym kraju. zaniepokoił się tym premier Władysław Sikorski, któ­ry w listopadzie 1941 r. skierował do Matuszewskiego list, w którym pytał

  • powody jego wyjazdu do stanów zjednoczonych. Matuszewski odpowie­dział bez zwłoki: „stan spraw mego kraju zmusza mnie do zabrania głosu
  • do zwalczania obecnego kierunku polityki Rządu". 25 marca 1942 r. atta­che wojskowy RP w Waszyngtonie płk Władysław Onacewicz zawiadomił Matuszewskiego o wszczęciu przeciwko niemu postępowania sądowego w związku z „dezercją z wojska", „samowolnym opuszczeniu Lizbony i przy­jazdem do USA". Z kolei 26 marca 1942 r., w czasie konferencji prasowej

w Waszyngtonie, gen. Władysław Sikorski wystąpił z gwałtownym atakiem na swoich przeciwników, w tym na Matuszewskiego, któremu odmawiał prawa krytykowania polityki rządu. Poruszony wypowiedzią premiera Matu­szewski odpowiedział listem otwartym:

„Uznał Pan za właściwe przemilczeć w układzie lipcowym z sowietami sprawę naszych granic wschodnich. zmusił więc Pan niezależną opinię pol­ską, aby mówiła.

Ministrowie Rządu, któremu Pan, Panie Premierze, przewodniczy, próbo­wali społeczeństwo polskie trzymać w niewiedzy: jeszcze 21 stycznia br., już po nocie Mołotowa, prof. stroński w przemówieniu radiowym do Polaków całego świata nazwał wiadomości o dążeniu sowietów do przewodnictwa w Europie wschodniej wymysłem Goebbelsa.

Niewdzięczna i pełna trudności jest moja droga. Ale to jest droga obo­wiązku. zna mnie Pan dostatecznie dobrze, Panie Premierze, aby wiedzieć, że nie zwrócą mnie z tej drogi ani groźby, ani inwektywy, ani szykany. ale mogę zapewnić Pana, Panie Premierze, że z radością zamienię krytykę na uznanie w tej samej chwili, gdy osiągnie Pan to, o co Pan walki w lipcu roku zeszłego nie podjął, a mianowicie: uznanie przez sowietów ich własnego podpisu na Traktacie ryskim" (List otwarty Ignacego Matuszewskiego do premiera rządu RP gen. Władysława Sikorskiego, 28 III 1942 r. [w:] I. Matuszewski, Wybór pism, Nowy Jork-Londyn 1952, s. 96-97).

Ignacy Matuszewski kontynuował swoje polemiki na łamach prasy, skierowując ostrze krytyki na układ polsko-sowiecki. Proroczo podawał przykład siedmiu tysięcy polskich oficerów, którzy gdzieś w sowietach „zaginęli" i „nie można ich odszukać". „Zaginięcie" polskich oficerów łączył Matuszewski z prowadzoną przez sowietów propagandą, która miała zatu­szować sowieckie mordy na Polakach, przypisując je Niemcom. „»Zaginięcie« obozu z 7000 ludzi nie jest anegdotą - jest ponurą, krwawą sowiecką rzeczywistością" - pisał na długo przed odkryciem zbiorowych mogił w lesie katyńskim.

„Przeciwnicy paktu w redakcji Sikorski-Majski twierdzili mianowicie - pisał Matuszewski - że wobec złych sformułowań pakt osłabia naszą sytuację prawną i moralną wobec Anglii i Ameryki. Polska była ofiarą zbójeckiej umo­wy Hitler-Stalin. A zatem Polska tylko mogła rozgrzeszyć sowietów w opinii światowej z ich współpracy z Niemcami. Dla wszystkich ideowo pojmujących obecne zmagania ludzkości dopiero podpisanie umowy polsko-sowieckiej

 

oznaczało uznanie Sowietów za moralnie równego sojusznika. Opinia świato­wa z samego faktu podpisania przez nas umowy musiała wyciągnąć wniosek, że albo krzywda została przez tę umowę naprawiona, albo też krzywdy tej nie było w ogóle. Ponieważ zaś pakt Sikorski-Majski krzywdy nie naprawił, tedy pchnął opinię anglosaską do mniemania, że zajęcie przez Sowietów połowy Rzplitej nie było zbrodnicze, lecz usprawiedliwione" (I. Matuszewski, Pakt, „Nowy Świat", 25-30 III 1942).


Ekipie Władysława Sikorskiego pozostał jedynie argument siły. Premier nakazał Ambasadzie Polskiej w Waszyngtonie opublikowanie specjalnego komunikatu w sprawie Ignacego Matuszewskiego. „Komunikat Ambasa­dy Polskiej" z 18 lipca 1942 r. informował, że w związku dezercją z wojska i wyjazdem do Stanów Zjednoczonych toczy się przeciwko Matuszewskie­mu postępowanie przed sądem polowym w Londynie. Chciał w ten sposób skompromitować Matuszewskiego w oczach Polonii.

Ale Ignacy Matuszewski i otaczający go krąg przyjaciół-piłsudczyków (Jędrzejewicz, Rajchman, Długoszowski) nie zamierzał rezygnować z walki. To w tym gronie narodziła się idea powołanego w 1942 r. Komitetu Naro­dowego Amerykanów Polskiego Pochodzenia (KNAPP). Matuszewski był jego głównym pomysłodawcą, krąg zaś jego najbliższych współpracowni­ków już wcześniej nawiązał bliską współpracę ze środowiskiem polonijnych i zamożnych piłsudczyków, którym przewodzili: Maksymilian Węgrzynek - importer towarów z Polski i prezes spółki wydawniczej dziennika „Nowy Świat"; Franciszek Januszewski - agent ogłoszeniowy i wydawca „Dzienni­ka Polskiego" w Detroit; Lucjusz A. Kupferwasser - w czasie I wojny świa­towej żołnierz armii amerykańskiej, później inwestował w nieruchomości na terenie Chicago; Stefan Łodzieński - właściciel sieci piekarni Lakewood Bakery w Detroit i Cleveland oraz agent nieruchomościowy. Celem Komitetu Narodowego była obrona szeroko pojętych interesów polskich, zwłaszcza idei niepodległości i integralności terytorialnej Rzeczypospolitej, oraz lob­bing na rzecz dotrzymania gwarancji wynikających z Karty Atlantyckiej i układów sojuszniczych z Wielką Brytanią. Działacze KNAPP wychodzili z założenia, że prawa Polski do niepodległego bytu są zagrożone nie tylko bezpośrednio przez okupantów - Niemcy i Związek Sowiecki, ale również pośrednio, przez nieodpowiedzialną i cyniczną grę aliantów - Wielkiej Bry­tanii i Stanów Zjednoczonych, dla których gwarancją pokonania III Rzeszy jest utrzymanie za wszelką cenę sojuszu z Sowietami. Środowisko KNAPP występowało także zdecydowanie przeciwko polityce rządów polskich na uchodźstwie, reprezentowanych przez premierów - Władysława Sikorskiego

 

i Stanisława Mikołajczyka, których oskarżano o uległość wobec Sowietów i naiwność wobec aliantów.

Bardzo szybko okazało się, że działalność KNAPP nie znajduje zrozumie­nia w kręgach amerykańskiego establishmentu, natomiast największymi jego wrogami są komuniści, którzy w dodatku mienią się reprezentantami całej Polonii amerykańskiej. Matuszewski miał świadomość, że za brutalny­mi atakami części prasy polonijnej i amerykańskiej na działalność polskich antykomunistów podczas wojny stoi agentura sowiecka. sprzyjała temu wówczas atmosfera społeczno-polityczna w stanach zjednoczonych, będą­ca owocem żmudnej pracy sowieckiej rezydentury wywiadowczej w Ameryce, która począwszy od lat trzydziestych zdołała opanować znaczną część życia intelektualnego, kulturalnego i naukowego Ameryki, by w przededniu oraz podczas II wojny światowej uzyskać znaczące wpływy w administracji rządowej i współdecydować o kierunkach polityki amerykańskiej.

„Komitet amerykanów Polskiego Pochodzenia dla Nieamerykańskiej Działalności Pronazistowskiej", „zamaskowana agentura Tajnej Kliki Becka, Matuszewskiego i Spółki", „komitet, którego pierwszym celem jest prze­szkadzanie w wygraniu wojny w myśl układu angielsko-amerykańsko- -sowieckiego i interesów całej Rodziny Zjednoczonych Narodów", „centrala propagandy pronazistowskiej", „nieliczna garstka faszyzowanych knappowców" - to tylko wybrane epitety, którymi komuniści polsko-amerykańscy obrzucili Komitet Narodowy amerykanów Polskiego Pochodzenia na wieść o jego powstaniu w Nowym Jorku w dniach 20-21 czerwca 1942 r.

Ścisłe powiązania autorów tych prasowych napaści z Komunistyczną Partią USA (KP USA) oraz sowiecką siatką szpiegowską w Ameryce nie pozo­stawiają złudzeń co do tego, że decyzja o rozpoczęciu szeroko zakrojonej kampanii przeciwko działaczom KNAPP została podjęta przez moskiew­ską rezydenturę wywiadowczą w Ameryce, kierowaną od grudnia 1941 do lipca 1944 r. przez sekretarza ambasady sowieckiej w Waszyngtonie gen. mjr. Wasilija Maksima Zarubina (w Ameryce występował jako „Wasilij Zubi- lin"). Uchodził on w NKWD za specjalistę od spraw polskich. Przekonali się

  • tym polscy jeńcy, z którymi konferował w Kozielsku na przełomie lat 1939
  • Nieprzypadkowo Zarubin, kiedy w 1943 r. Niemcy ujawnili sowiecki mord na Polakach w Katyniu, użył również komunistów działających w śro­dowisku polskim w Ameryce w kampanii katyńskiej.

aktywność publicystyczna Ignacego Matuszewskiego wywołała wście­kłość w środowisku polskojęzycznych komunistów w Ameryce, którym przewodził Bolesław Gebert (pseudonim agenturalny „Ataman"). Zaledwie kilkanaście dni od zjazdu założycielskiego KNAPP komunistyczny „Głos

 

Ludowy" frontalnie zaatakował nową organizację polonijną. Zgodnie z ogól­nymi kierunkami dezinformacyjnej strategii sowieckiej, redaktorzy „Gło­su Ludowego" przedstawili powsta­nie KNAPP jako inicjatywę „partii wojny", zmierzającą do podważenia podstaw sojuszu „angielsko-amery- kańsko-sowieckiego", którego celem jest pokonanie III Rzeszy i państw osi. Poza wątkami stricte propagan­dowymi artykuł pod jakże znamien­nym tytułem Komitet Amerykanów Polskiego Pochodzenia dla Nieamery- kańskiej Działalności Pronazistowskiej był także swego rodzaju donosem do władz amerykańskich, że oto powstała w środowisku polonijnym zorganizo­wana grupa, która kwestionuje kieru­nek polityki Stanów Zjednoczonych opartej na sojuszu z Wielką Brytanią i Związkiem Sowieckim. W artykule tym znalazł się nawet apel do prokura­tora generalnego Biddle'a, aby opiera­jąc się na Foreign Agent Registration Act

~7J

Jp “»

W PIĄTEK, DNIA 25-go CZERWCA n S

O GODZINIE 3-o; WIECZOREM                                                                             J

*                                                            1*   .

J                                                                                      *-

>4                                                         «    *

*\                                                           5    1

J                                                                                 J      W'

-*p

*A PROPENIE

W SALI ZWIĄZKU POLEK

ISO* W, ASHLAND AYENUE ODBĘDZIE 5!F.

WIELKI WIEC

rf

£ jI-

Komitetu Narodowego Amerykanów * Polskiego Pochodzenia

FHZKMAWlłt BADZIE

ZNAKOMITY PUBLICYSTA POLSKI

; l

f>

- ; .-5 * T *

Pułk* Ignacy Matuszewski

BYŁY MINISTER SKARBU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ, TEN SA*L KTÓRY WYWIÓZŁ Z WARSZAWY ZŁOTO POLSKIE ZNAJ­DUJĄCE SIę OBECNIE W POSIADANIU RZĄDU POLSKIEGO. CZŁO­NEK AKADEMII UMIEJĘTNOŚCI W FILADELFIE NAJLEPSZY MÓWCA, JAKIECO POLONIA MA DZIŚ MIEDZY SOBĄ.

W przerwach popi*-/ Chóru L Orktofiry.

W B T ę P WOLNY.

Afisz zapowiadający manifestację KNAPP i mowę Ignacego Matuszewskiego (Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku).

z 1938 r. (nowelizacja w 1942 r.), zarejestrować KNAPP jako „obcego agen­ta", czyli reprezentanta „prohitlerowskich" i „nieamerykańskich" interesów.

Skuteczność działań podjętych przez polskich komunistów była impo­nująca. W lutym 1943 r. kontrolowana przez agentów Moskwy Amerykańsko-Polska Rada Związków Zawodowych zażądała od władz federalnych aresztowania lidera środowiska KNAPP Ignacego Matuszewskiego. Rada przesłała prezydentowi F.D. Rooseveltowi rezolucję z żądaniem areszto­wania, do której dołączyła broszurę pułkownika What Poland Wants (Wola Polski). Jak się później okazało, władze amerykańskie podzielały po części stanowisko komunistycznych związków. Na początku 1943 r. Departament Sprawiedliwości uznał, że przez swoją działalność polityczną na terenie Stanów Zjednoczonych były minister skarbu Rzeczypospolitej Polskiej „nadużywa gościnności" i dlatego powinien podlegać przepisom Ustawy o registracji zagranicznych agentów politycznych. Od tej chwili „opiekę"

 

nad Matuszewskim, a pośrednio również nad całym KNAPP, sprawowali agenci FBI.

w nagonce na KNAPP i personalnie na Matuszewskiego komuniści umie­jętnie wykorzystywali konflikty między dużą częścią uchodźstwa polskiego a obozem rządowym skupionym wokół osoby premiera gen. Władysła­wa Sikorskiego. Środowisko, któremu przewodził Bolesław Gebert, w dość przemyślany sposób akcentowało swoją lojalną postawę wobec poczynań Sikorskiego, zwłaszcza jeśli chodzi o kierunek wschodni jego polityki po układzie polsko-sowieckim z lipca 1941 r. Trzeba przyznać, że również Sikorski i jego ministrowie niektórymi swoimi wypowiedziami uwiarygodniali w oczach amerykanów i części Polonii działalność grupy Geberta. słowa premiera i jego bliskich współpracowników (ks. Zygmunta Kaczyńskiego, Jana Stańczyka, Stanisława Mikołajczyka) o „zarzuceniu planu światowej rewolucji" przez sowietów, o „agentach Goebbelsa" w szeregach Polonii,

  • panującej w Rosji sowieckiej „swobodzie religijnej" czy wreszcie o kon­taktach gen. Kazimierza Sosnkowskiego i płk. Ignacego Matuszewskiego z „faszystami" na Węgrzech, w Hiszpanii i we Włoszech były skrzętnie wyko­rzystywane propagandowo przez polskich komunistów. Sikorski jako pre­mier i Wódz Naczelny musiał zdawać sobie sprawę, kim są jego tymczasowi
  • koniunkturalni stronnicy spod znaku stowarzyszenia „Polonia" i Polsko­-Amerykańskiej sekcji Międzynarodowego Związku Robotniczego, ale tracąc sukcesywnie wpływy w środowiskach polonijnych w Ameryce, zależało mu na każdym poparciu, nawet komunistów.

Wyklęty

Ignacy Matuszewski był bodaj jedynym publicystą w stanach Zjednoczo­nych, wobec którego Amerykanie zastosowali tak surowe przepisy. Cenzu­rowany i nachodzony przez agentów FBI w związku ze swoją antysowiecką postawą pytał publicznie pełen oburzenia: „Prawo jest prawem i należy je wykonać. Ale stanąłem zdumiony wobec pytania, czy w całej Ameryce ze wszystkich europejskich publicystów - ekskombatantów - jestem nieza­leżny tylko ja jeden".

sytuacja Polski stawała się coraz bardziej dramatyczna. Kiedy 4 lipca 1943 r. zginął w katastrofie gibraltarskiej gen. Władysław Sikorski, Matu­szewski pisał:

„Dla ułatwiania sytuacji swojemu sprzymierzeńcowi, dla ulżenia ciężaru angielskim politykom podjął generał sikorski imieniem Polski decyzję wyba-

 

czenia Rosji Sowieckiej wszystkich niezmierzonych krzywd, jakie Rosja naro­dowi polskiemu zadała. Przeżył do końca tragedię całkowitej bezowocności tego swojego wysiłku. Przeżył tragedię przekonania się naocznie, jak bardzo osobiste poświęcenie może być niedocenione przez tych, dla których było zrobione, jak cynicznie może być wyśmiane przez tego, komu podarowano zbrodnię" (ibidem).

Śmierć Sikorskiego, a przede wszystkim doświadczenia wyniesione z okresu jego premierostwa stwarzały w przekonaniu Matuszewskiego szansę na uporządkowanie spraw rządu. Zdając sobie sprawę z coraz gor­szej sytuacji Polski, wiązał jeszcze nadzieje z prezydentem Władysławem Raczkiewiczem i gen. Kazimierzem Sosnkowskim. Te złudzenia przekreśliło ostatecznie objęcie funkcji premiera rządu RP przez Stanisława Mikołaj­czyka, którego Matuszewski uważał za marionetkę: „Mikołajczyk jest także narzędziem w ręku Stalina do odciągania uwagi od moskiewskich zbrodni".

Po październikowej konferencji moskiewskiej (1943 r.), a później po spotkaniu Wielkiej Trójki w Teheranie sprawa Polski była już przesądzona. Matuszewski uważał, że konferencja moskiewska przesądziła o utracie nie­podległości przez Polskę. Mimo wszystko w dalszym ciągu nie ustępował. Prowadził walkę, trzymając pióro w ręku. W Granicach na Renie protestował przeciw wymowie artykułu z „The Timesa" (10 III 1944), w którym stwierdzo­no, że Anglia i Stany Zjednoczone nie będą się mieszały w sprawy Europy Wschodniej i że granice wpływów Sowieckich muszą sięgać po Odrę:

„Czy »Times« londyński był odosobniony w swojej aroganckiej naiwności? Czy mało jest i w Anglii, i w Ameryce arogantów właśnie gotowych pouczać nas na łamach takich pism, jak »New York Post«, »P.M.«, »Time« czy »Life«, że Polacy, Łotysze, Litwini, Estończycy, Finowie, Bułgarzy, Jugosłowianie itd. itd. powinni się poddać bez oporu dobrodziejstwu panowania Stalina? Czy to nie ci aroganci, którzy kury macali w domu, kiedy generał Sosnkowski pierwszy rozbijał pancerne dywizje niemieckie pod Lwowem - czy to nie oni dzisiaj wrzeszczą przez radio, że Naczelny Wódz Wojsk Polskich jest »pro-nazi«? Czy nie ma w Anglii i Ameryce całej szkoły myślenia, co uczy, że Stalin zawsze ma rację - inni nigdy; że Rosja prowadzi wojnę - inni się bawią; że porozumienie z Sowietami - polega na spełnianiu ich żądań; że »wyzwolenie« Europy - to oddaje jej we władzę czerezwyczajki; że Anglicy i Amerykanie »double cross« Rosję - ale Rosja tylko poświęca się dla nich; że Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nie ma prawa według swego sumienia wyznaczać Premiera Rządu Polskiego - ale Stalin ma wyjątkowe prawo kwalifikować polskich ministrów;

 

że kiedy ludy Europy Wschodniej mówią o federacji - to zagrażają Rosji, ale kiedy Rosja żąda ich terytoriów - to tylko zabezpiecza siebie; że kiedy angiel­scy i amerykańscy żołnierze giną na Sycylii i obalają faszyzm włoski - to nie jest »drugi front«, ale kiedy Mołotow biesiaduje z Ambasadą Japońską w Mos­kwie - to jest to tylko dowód rozumu Stalina; że - słowem - wszystko, co robią demokracje, może być krytykowane, potępiane i poprawiane przez Sowietów, ale nic, co czynią Sowiety, nie może być nawet tematem trzeźwego myślenia. Taka szkoła myślenia istnieje, jest bardzo potężna, rozporządza dziesiątkami pism, setkami pisarzy, radiokomentatorów, śladów jej nie brak nawet w dzia­łalności niektórych instytucji urzędowych" (I. Matuszewski, Granice na Renie, „Nowy Świat", 3-4 VIII 1943).

Ignacy Matuszewski zdawał sobie sprawę, że coraz mniej można było zrobić. Jego niesłychanie wnikliwy umysł ze zdumiewającą precyzją prze­widywał bieg wypadków wojennych, których kresem będzie zniewolenie Polski. Po 1943 r. był przeciwny jakiejkolwiek straceńczej ofierze, jaką dla demonstracji mieliby złożyć Polacy. Jakże mądrze pisał w kwietniu 1944 r.:

„Kto chce osiągać zwycięstwo polskie przez pomnażanie zastępów polskich męczenników, ten błądzi. Tylko przez pomnażanie sił polskich, tylko przez twardą i jawną obronę praw naszych można coś zdziałać. Tym­czasem ostatnia instrukcja premiera Mikołajczyka czyni na pewno rzecz zgoła odwrotną: rozbraja Polskę przez ujawnienie jej armii przed wro­giem, zwiększa natomiast zastęp polskich męczenników przez naka­zanie najdzielniejszym ludziom, aby oddali się sami w ręce katów. [...]

Zaborcze zamiary sowieckie są dzisiaj znane światu całemu. Wchodząc na ziemie polskie, Sowieci oświadczyli, że wchodzą na ziemie swoje. Jeśli więc pomimo tego Rząd Polski nakazuje swojej Armii Podziemnej współpracę z rosyjskim zaborcą, to tym samym wywołuje wrażenie, iż nie ma zamiaru bronić całości Rzplitej z orężem w ręku.

Tego błędu nic nie usprawiedliwia" (I. Matuszewski, Ujawnienie Armii Pod­ziemnej, „Dziennik Polski", 8 IV 1944).

Stało się zupełnie inaczej. Po katastrofalnej akcji „Burza" nastąpiła hekatomba Warszawy. Odtąd tragiczny obrót spraw na arenie między­narodowej szedł w parze z osobistą tragedią, jaką była śmierć ukochanej córki Ewy Matuszewskiej „Mewy", zamordowanej przez Niemców w egze­kucji 26 września 1944 r. przy Alei Niepodległości 117. Przygnębiony wieś­cią o śmierci Ewy, próbował Matuszewski zaklinać rzeczywistość, pisząc:

 

.1#

 

Ewa Matuszewska - córka Stanisławy Kuszelewskiej i Ignacego Matuszewskiego (zbiory Krystyny Ciupińskiej).

 

„Wydaje mi się, że wiem na pewno tylko jedno: że z tych grobów, w któ­rych jest grób i mego jedynego dziecka - powraca ten szept, który sły­szałem zawsze, ale który teraz jest jeszcze wyraźniejszy i jeszcze bardziej nieodparty, że nie wolno się poddać nigdy, nigdy. Bo wtedy dopiero umrą oni naprawdę i na zawsze. [...] I może ci tylko, co polegli na niepotrzebnym z rachunku i chyba Bogu tylko dla odkupienia ludzkiej godności potrzeb­nych warszawskich Termopilach, chyba ci tylko jedni, Polacy właśnie, oca­lą świat, który był naszym światem - ocalą, jeśli można go jeszcze ocalić. Jeśli przecież chce ginąć, niech ginie przeciw nam. A jeśli nawet Bóg stwo­rzył ten świat bez sensu, to przecież Tamci, co zostali na straconej placów­ce w straconym mieście straconego kraju - rzucili światu swój niezłomny i wspaniały ludzki sens" (I. Matuszewski, Warszawskie Termopile, „Dziennik Polski", 3 VIII 1944).

Kiedy przeczytała te słowa przeszyta bólem pierwsza żona Matuszew­skiego - Stanisława Kuszelewska-Rayska, postanowiła skreślić niezwykle gorzki opis Powstania Warszawskiego, którego sens - zwłaszcza od teraz - konsekwentnie kwestionowała. Pisała o tym wszystkim w październiku 1945 r.:

„Kochany, z zachwytem przeczytałam Twój artykuł o powstaniu, jak zresz­tą zawsze to, co piszesz, czytam. Ale chcę Ci powiedzieć - i tylko Tobie - nie tylko to jest prawdą. Powstaniec warszawski - piszesz - poraził rodzimą nikczemność i obce kłamstwo. I tak, i nie. Byli cudowni młodzi żołnierze, ale byli i tacy, którzy za 10 złotych dolarów sprzedawali choremu garść czarnej kawy, którą kradli na kwaterach, co w rękę wpadło, którzy zwłok »ukochanego« dowódcy (Andrzeja Romockiego, syna tego od Dowbora) nie zabrali spod kul o 15 kroków. Z rzeźni na Mokotowie do moich kwater dochodziły tylko kości. A jednocześnie jedna z kierowniczek (dr Jadwiga Jędrzejewska) posta­nowiła pójść pod kulami - i zginąć - dlatego żeby własnoręcznie wybronić i przynieść mięso dla kuchni - wybronić je od pijanych rzeźników-żołnierzy. Ludność cywilna, bohaterska w sierpniu, już we wrześniu nienawidziła nas i wyrzucała z kwater, bo ją narażamy na obstrzał.

Ewa po ciężkiej gorączce gastrycznej (41 stopni) jadła czarny chleb, żeby bułek nie odbierać rannym, ale tę samą Ewę - i mnie - brutalnie wyrzucili ze schronu wprost pod bomby - dowódca jej batalionu. [...]

Kradzież i pijaństwo nie miało granic. A idiotyzm! W połowie sierpnia przyjechali na Mokotów Węgrzy - że niby się przyłączą. Musiałam wydać dla nich konserwy i wino. Bratano się, wiwatowano i pito. Pokazano wszystko.

Pofotografowano, zaśpiewali »Jeszcze Polska...« i odjechali. A zaraz potem grad bomb poszedł na te fotografowane miejsca i nikt się nie przyłączył.

Bohaterskie łączniczki chodziły kanałami 20 godzin (ze Śródmieścia na Mokotów), ale w tychże kanałach zdejmowano buty kobietom, które zemdla­ły po drodze. (Znam nazwiska). Oficer żywnościowy kompanii 0-2 potrafił w czasie bombardowania ukraść i zarżnąć świnię - do spółki z kochanką. [...]

Dlaczego trwało aż 63 doby? Bo niemcy [pisownia oryginalna - przyp. S.C.] zawsze pod płaszczykiem walki z powstaniem robili antysowieckie przesunię­cia wojsk, a nas nie zdobywali. Tylko ostrzeliwali z ciężkiej artylerii i moździe­rzy, żebyśmy wyzdychali powoli i żeby naszą winą było zniszczenie miasta. Jak tylko potrzebowali jakiejś dzielnicy - zdobywali ją w jeden dzień. Cóż nas broniło? Maleńkie rowy i kilkaset granatów i kilkadziesiąt karabinów. Wjeżdżali czołgami, jak chcieli, ale wtedy, kiedy chcieli, nie wcześniej. Były małe spora­dyczne bitwy, ale przede wszystkim po prostu trwanie i czekanie na pomoc lub śmierć. Rola zajęcy na miedzy, bo myśliwy na razie zajął się czymś innym.

Trwanie było więcej niż trudne i czasami niezwykle bohaterskie, ale jed­nocześnie rozkład szedł do szpiku kości - bo nie mogło być inaczej, i - bo o to właśnie chodziło. Dlatego twierdzę, że sanitariat i kuchnie walczyły czynnie, wojsko uzbrojone - biernie. [...]

Człowiek w warunkach za ciężkich - brak wody, światła, jedzenia, ciągły obstrzał - staje się bydlęciem. Akurat jak w warunkach zbyt lekkich. Już we wrześniu powstańcy dzielili się na nielicznych świętych Jerzych - i na bydło. To też jest prawdą. Prawdą tylko dla Ciebie.

I sama godzina wybuchu? Piąta. Akurat robotnicy wracają z fabryk, aku­rat pół miasta siedzi w tramwaju (wisi na tramwaju). Czyj to był szatański pomysł? Kto ubzdurał sobie, że powstanie zacznie się od desantu na Okę­ciu? Tak przecie mówili oficjalnie spadochroniarze, których instruował »sam« Sikorski! I tego desantu czekano codziennie i mój mąż [gen. Ludomił Rayski] był trzy razy nad Warszawą ze zrzutami i mówi, że to było piekło, a desant dziecinną mrzonką. Stracili 30 załóg na 95 samolotów, które doleciały. [...]

W początkach lata wysyłano z Warszawy wszystkich cywilnych Niemców. Na 1 sierpnia opróżniono koszary, które myśmy tryumfalnie »zajęli« po to tyl­ko, żeby niemcy wiedzieli, co bombardować. Jak genialnie [Niemcy i Sowieci] dali sobie buzi nad naszym trupem! I jak nieskończenie naiwni byliśmy - my.

»Z siłą ukrytego pożaru muszą się liczyć najpotężniejsi na świecie« - piszesz. Nieprawda. Chciałabym wierzyć, że krew ta nie została zmarnowana. Nie wierzę. Wobec Boga - tak. Wobec ludzi - po prostu w błoto" (List Stani­sławy Kuszelewskiej do Ignacego Matuszewskiego, Kair, 28 X 1945 r., Instytut Piłsudskiego w Ameryce, Archiwum Osobowe - Stanisława Kuszelewska).

Ignacy Matuszewski doprowadził do publikacji okolicznościowych nekrologów córki „Mewy" w prasie polonijnej w stanach zjednoczonych. Był od tej pory nieco ostrożniejszy w formułowaniu daleko idących wnios­ków w sprawie powstania, choć wciąż chciał wierzyć, że była to klęska „brzemienna przyszłym zwycięstwem", którą miał - jego zdaniem - dać przyszłej Polsce „prosty powstaniec, rozstrzelana dziewczyna pogrzebana na warszawskim skwerze [miał na myśli córkę Ewę - przyp. S.C.], żołnierz bez odznak pod zwaliskiem potrzaskanych murów" (I. Matuszewski, Dwa lata po powstaniu, „Dziennik Polski", 1 VIII 1946).

Dwa dni po publikacji tego artykułu, wciąż poruszony śmiercią Ewy, a także niespodziewanym zgonem rodzonego brata Tadeusza, mikrobio­loga, wykładowcy Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie i żołnierza AK, płk Ignacy Matuszewski zmarł nagle podczas lektury gazety na zawał serca pod Nowym Jorkiem (3 sierpnia 1946 r.).

W swoim ostatnim artykule, który ukazał się już po jego śmierci, napisał: „Rządy Anglii i Ameryki weszły na drogę niszczenia w Europie najwyższej wartości kultury zachodniej, a mianowicie praworządności. [...] Rząd angielski i amerykański są sygnatariuszami rozbiorów Polski" (I. Matuszewski, Barbaryzacja przez wybory, „Biuletyn Organizacyjny KNAPP", lipiec-sierpień 1946, s. 6).

7 sierpnia 1946 r. ciało Ignacego Matuszewskiego spoczęło na cmen­tarzu „Calvary" na Queensie w Nowym Jorku. W listopadzie 2016 r. wrócił pośmiertnie do swojej ukochanej Warszawy, by wspólnie z przyjacielem - mjr. Henrykiem Floyarem-Rajchmanem - spocząć na wojskowych Powąz-

Grób Ignacego Matuszewskiego i Henryka Floyara-Rajchmana w Nowym Jorku (fot. Sławomir Cenckiewicz).

Msza św. w intencji Ignacego Matuszewskiego i Henryka Floyara-Rajchmana w katedrze św. Patryka w Nowym Jorku, 20 XI 2016 r (WBH).

 

kach wśród towarzyszy broni z wojny 1920 r., nieopodal ukochanej córki Ewy. Teraz „śni dalej swój sen o Polsce wielkiej, potężnej, wolnej, szczęśliwej i rządnej, o Polsce, która by przyniosła pokój i prawo, i sprawiedliwość nie tylko swym ziemiom, ale i bezkresnym obszarom całej Europy wschodniej" (w.A. Zbyszewski, Śp. Ignacy Matuszewski, „Dziennik Polski i Dziennik Żoł­nierza", 7 VIII 1946).

Stojąc w 1946 r. nad jego grobem, poeta Kazimierz Wierzyński ujął wszystko to, co najistotniejsze w postaci Ignacego Matuszewskiego: „Przy­szły historyk określi miejsce tego wielkiego Polaka w przedwojennych cza­sach, lecz miejsce jego w epoce, w której nas opuszcza, jest już wpisane w historii. Ignacy Matuszewski, pierwszy z Polaków, przewidział, że wojna ta, z której Polska miała wyjść w rzędzie zwycięzców, może skończyć się klę­ską. Pierwszy z Polaków odgadł, iż grozi nam nowy rozbiór i nowa niewola. Pierwszy z Polaków dostrzegł, skąd to widmo nadciąga. Pierwszy z Polaków bił na trwogę i wołał o niebezpieczeństwie".

Tak! Był Matuszewski w latach tej strasznej wojny „pierwszym z Polaków"! „Wiecznie trwał, ostrolicy, niezłomny, Civis Romanus, głaz na granicy...".

 

Powitanie na lotnisku wojskowym w Warszawie szczątków doczesnych Ignacego Matuszewskiego i Henryka Floyara-Rajchmana, 23 XI 2016 r (WBH).

 

Powitanie na lotnisku wojskowym w Warszawie szczątków doczesnych Ignacego Matuszewskiego i Henryka Floyara-Rajchmana, 23 XI 2016 r (WBH).

Msza żałobna w intencji Ignacego Matuszewskiego i Henryka Floyara-Rajchmana w Katedrze Polowej Wojska Polskiego pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Warszawie, 10 XII 2016 r. (WBH).

 

Uroczystości pogrzebowe na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie, 10 XII 2016 r. (WBH).

 

Pamięci wielkiego Polaka Ignacego Matuszewskiego

Gdyś nas opuszczał niezłomny a dumny,

Aby w gościnnym głowę złożyć grobie,

Wiązankę chabrów włożyłem do trumny - Z napisem:„Polska niech się marzy Tobie".

Dla Niej to bowiem serce Twoje biło,

Do tchu ostatka broniłeś jej Sprawy,

Chociaż chwilowo kłamstwo zwyciężyło,

Tyś walczył PRAWDĄ - jako Polak prawy.

Nad wyraz skromny, duchem przeogromny,

Padłeś przebojem do zwycięstwa celu,

W walce z podłością jak Tytan niezłomny,

Byłeś przykładem i wzorem dla wielu.

Pamiętam ważkie powiedzenie Twoje:

„Nie tu są wrogi - ale tam są wrogi"...

Nie z karzełkami staczałeś swe boje - Chociaż Ci kłody rzucali pod nogi.

Wielkością KRZYWDY Polsce wyrządzonej,

Do głębi duszy zbolałej dotknięty - Tej Nieśmiertelnej - haniebnie zdradzonej,

Dałeś swe życie - w boju nieugięty.

Nam, pozostałym na szańcach obrony - Został Twój nakaz i honor i męstwo,

Choć wróg zagraża z tej i tamtej strony,

Lecz Twoim będzie za grobem zwycięstwo.

Antoni Wójcicki, Nowy Jork, wrzesień 1946 r.

 

Redakcja Irmina Samulska

Projekt graficzny, skład i łamanie Marcin Koc

Zdjęcie na okładce Ignacy Matuszewski, Warszawa 1927 r. (NAC)

Druk i oprawa PAsAŻ sp. z o.o., ul. Rydlówka 24, 30-363 Kraków

© Copyright by Instytut Pamięci Narodowej - Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Wojskowe Biuro Historyczne im. gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego, Warszawa 2017

ISBN 978-83-8098-147-8

Zapraszamy

www.ksiegarnia.ipn.gov.pl

www.ipn.poczytaj.pl

 

https://ipn.gov.pl/pl/publikacje/ksiazki/40821,Pulkownik-Ignacy-Matuszewski-18911946.html