Sektor rybacki jest w wyjątkowo trudnej sytuacji, Polskie rybołówstwo przybrzeżne zmaga się z olbrzymimi problemami. Wielu rybaków już teraz stoi na skraju bankructwa, a rozwiązań ze strony ministerstwa nadal nie ma.
Problemy w rybołówstwie przybrzeżnym pojawiły się kilka lat temu i z roku na rok przybierają na sile. Nielogiczne zakazy połowów, brak odpowiednich dotacji, a do tego urzędnicze absurdy powodują, że gospodarstwa rybackie umierają.
Problem pierwszy: zakazy
Jednym z największych problemów z jakimi mierzy się branża rybactwa przybrzeżnego są zakazy połowów. Od przyszłego roku nie będzie można już prawdopodobnie na stałe łowić węgorza, od 2019 roku nałożone są zakazy na odłów dorsza, a połowy śledzia mają być ograniczone o 90%. Dodatkowo funkcjonują zakazy dotyczące połowu łososia i węgorza.
Ograniczenia i zakazy połowów są, według rybaków, wprowadzane zupełnie nielogicznie, czyli w miesiącach, w których jest najlepszy okres na odłowy
Jeśli mówimy o tym roku, to zakaz łowienia węgorza został wprowadzony od 15 września 2024 do 15 marca 2025 – mówi Tomasz Rożek, rybak z Zalewu Wiślanego – To najlepszy okres na połowy.
Zakazy to jedno. Drugim, równie dużym problemem są limity połowowe. Każdego roku rybacy mają przyznawane z ministerstwa kwoty połowowe, które określają ilość ryb, z podziałem na gatunki, które w skali miesiąca mogą złowić.
W przypadku Ireneusza Nowaka, rybaka z Mrzeżyna, kwota ta wynosi 11 ton śledzia w skali roku, tj. 2,7 tony w skali miesiąca.
Te kwoty są zwyczajnie śmieszne – mówi Nowak. – Mój ojciec kpi, że takie ilości to w czapkę łapał.
Przy okazji tematu kwot połowowych, oprócz ich wielkości, pojawia się także temat ich składu. Jednostki pływające otrzymują przydziały na odłów kilku gatunków ryb. Kutry jednak są przygotowane do odłowy konkretnych gatunków. W związku z tym, rybak, który dostaje przydział na odłów np. śledzia, a jest kuter przystosowany jest do odłowu węgorza, nie może tej kwoty wykorzystać.
Dawniej mogliśmy między rybakami wymieniać te kwoty – mówi Tomasz Gołębiewski, rybak. - Obecnie zostaliśmy tej możliwości pozbawieni. W efekcie niewykorzystane kwoty trafiają do ministerstwa, a my zostajemy na głodowych, lub zupełnie nieopłacalnych ilościach.
Wszystko to stawia całą branżę w bardzo trudnej sytuacji. Kutry stoją przy kejach i właściwie nie mogą wypływać w morze. Tym samym nie zarabiają. Wyjściem z tej sytuacji miało być wprowadzenie postojowego. Tylko, czy faktycznie jest to realna pomoc?
Problem drugi: postojowe
Sposobem na uratowanie sytuacji w rybołówstwie przybrzeżnym miało stać się postojowe. Miało, bo jedyne, co udało się osiągnąć to olbrzymia awantura i podzielenie wśród rybaków.
Postojowe ma obejmować 30 dni przerwy w połowach w roku, za które rybacy otrzymają rekompensaty. W tej kwestii jednak, wszystko co mogło pójść źle, źle poszło.
Pierwszym problemem jest narzucony okres tymczasowego zaprzestania działalności, który został określony na Zalewie Wiślanym na kwiecień 2024. Jest to okres, w którym połowy są opłacalne. Dlatego też rybacy nie rozumieją, skąd akurat ta decyzja.
Dlaczego nie można zrobić postojowego w lecie, kiedy łowienie jest niemożliwe ze względów technicznych? Zalew Wiślany porasta wtedy trawami, glonami, woda jest ciepła. Wprowadzenie postojowego w tym okresie miałoby realny sens – przekonuje Tomasz Rożek. – Wprowadzając je teraz pozbawia się nas możliwości zarobkowania w jednym z lepszych okresów, i zostawia bez pomocy w okresie, kiedy faktycznie połowów wykonywać nie możemy – dodaje.
Rybacy podkreślają również, że wnioski, które mieli złożyć do ARiMR zawierały błąd merytoryczny - zamiast węgorza we wniosku figuruje zakaz odłowu śledzia. Ministerstwo przyznało się do tego błędu.

Ministerstwo przekazało rybakom błędne wnioski, fot. TR
Kolejną wątpliwą dla rybaków sprawą jest wysokość rekompensaty. Dla Zalewu Wiślanego została ona ustalona na poziomie 1400 zł za dzień. Oznacza to, że za miesiąc postojowego rybacy otrzymają 42 000 zł. Na pozostałych akwenach Morza Bałtyckiego stawka ta została ustanowiona na poziomie 1900 zł. Oznacza to, że rybacy z Zalewu Wiślanego są stratni o 500 zł za każdy dzień postoju, co daje 15 000 zł. Jasno podkreślają, że jest to dyskryminowanie rybaków wprowadzanie niepotrzebnych napięć. Oczekują w tym temacie zmian.
Usiłujemy się dowiedzieć wg jakiego algorytmu została wyliczona ta kwota – mówi Teresa Ruksztełło, rybak z Zalewu Wiślanego. – Ministerstwo nie chce nam przekazać tej informacji. Rybacy europejscy dostają rekompensaty w wysokości 1000 euro za dzień. U nas ta stawka jest znacznie okrojona i w dodatku różni się w zależności od części wybrzeża. Urzędnicy opierają się na algorytmie, którego nie ma, dlatego nie chcą nam go pokazać. A sama kwota jest wzięta z sufitu. Wdrażają jakieś działania nie do końca przemyślane, nie do końca uczciwe wobec każdego, rybaka bo w tym momencie jesteśmy skrzywdzeni tym tymczasowym zaprzestaniem działalności. Ja jestem za zmianą, ale zróbmy te zmiany tak wspólnie, porządnie, żeby nie były krzywdzące i żeby wspierały rybołówstwo.
Jak przekonuje Ruksztełło dużym błędem jest również moment wprowadzenia postojowego. Rybacy wielokrotnie sygnalizowali to na spotkaniach z ministerstwem, ale to pozostało głuche na ich apele.
Kolejnym problemem związanym z postojowym jest brak jasnych wytycznych dotyczących tego, kto może z niego skorzystać. Czy tzw. tymczas powinny otrzymywać również podmioty, które weszły w program trwałego zaprzestania działalności rybackiej? Tu zdania są mocno podzielone.
Oczywiście rybacy, którzy zdecydowali się przystąpić do programu, w ramach którego otrzymają rekompensaty za zaprzestanie działalności połowowej uważają, że również powinni otrzymać wsparcie. Innego zdania są rybacy, którzy nie zamierzają porzucać zawodu.
Podczas spotkania rybaków z wiceministrem rolnictwa Jackiem Czerniakiem, który odpowiada za rybołówstwo wywiązała się w tym zakresie bardzo emocjonalna dyskusja.
Dlaczego chcecie brać tymczas i pomniejszać pulę środków, kiedy się likwidujecie? – denerwował się jeden z rybaków. – Wy już podjęliście decyzję, zamykacie się i chcecie nas za sobą pociągnąć na dno? Zostawcie wsparcie dla tych, którzy chcą pracować – dodał.
Odejście od zawodu jednak wcale nie jest tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Jednym z warunków jest wypływanie w ciągu dwóch lat 180 dni, co w przypadku nałożonych zakazów i ograniczeń jest w większości przypadków zwyczajnie niemożliwe.
Problem trzeci: brak logicznego finansowania
Unijne dotacje dla rybołówstwa przyznawane są w ramach trzech priorytetów:
-
Priorytet 1: Wspieranie zrównoważonego rybołówstwa i ochrony żywych zasobów wodnych.
Wsparcie oferowane jest w zakresie kapitału ludzkiego, dywersyfikacji działalności rybackiej, poprawy bezpieczeństwa i warunków pracy, inwestycji w portach, trwałego zaprzestania działalności połowowej, tymczasowego zaprzestania działalności połowowej kontroli i egzekwowania przepisów WPRYB, gromadzenia danych, a także ochrony środowiska naturalnego i zmniejszenia wpływu działalności rybackiej na nie.
-
Priorytet 2: Wspieranie zrównoważonej działalności w zakresie akwakultury oraz przetwarzania i wprowadzania do obrotu produktów rybołówstwa i akwakultury.
Wsparcie oferowane jest w zakresie kapitału ludzkiego, inwestycji i innowacji w akwakulturze, akwakultury środowiskowej, organizacji producentów i świadomości konsumenckiej.
-
Priorytet 3: Wkład w rozwój zrównoważonej niebieskiej gospodarki oraz wsparcie dobrobytu społeczności nadbrzeżnych
Wsparcie oferowane jest w zakresie organizacji Rybackich Lokalnych Grup Działania.
W teorii dokument brzmi dobrze, gorzej z praktyką. Przyglądając się bowiem bliżej harmonogramowi składania wniosków widzimy, że znaczące kwoty przyznawane są nie na wsparcie, ale na dywersyfikację i… promocję.
Nasze jednostki są już zmodernizowane, świetnie przygotowane do pracy – co my mamy jeszcze zmieniać? – denerwuje się Teresa Ruksztełło. – Montować klimatyzację, czy łazienki na kutrach? To absurd! Teraz priorytetem jest wsparcie rybaków, ale wsparcie natychmiastowe, bez długich czasów oczekiwania. Inaczej nie przetrwamy – dodaje.
Rybacy podkreślają również, że środki, które otrzymuje państwo polskie na wsparcie rybaków są rozdysponowywane w sposób, delikatnie rzecz ujmując, nielogiczny.
Doskonałym przykładem takich działań jest finansowanie kampanii promujących spożycie dorsza, którego połowy są obecnie zabronione. Jak informują nas rybacy, na ten cel złożonych obecnie jest 11 wniosków opiewających na kwotę 63 mln zł. Dla porównania zaplanowana kwota wsparcia dla rybaków to 20 mln zł.
Przecież to jest absurd – denerwuje się Teresa Ruksztełło. – Wkłada się olbrzymie pieniądze w fikcyjne działania, kiedy wsparcia dla rybaków nadal nie ma. Urzędnicy kpią z nas w żywe oczy – za poprzedni WPRYB do budżetu unijnego wróciło 460 mln złotych, które kierowane były na rybactwo. Z samego pierwszego priorytetu było to 140 milionów. Dlaczego? Przecież my tych pieniędzy potrzebujemy! Dlaczego ministerstwo robi wszystko, żeby nas wykończyć? – pyta kobieta.
Podobnym absurdem jest zarybianie Zalewu Wiślanego węgorzem, w momencie, gdy istnieją zakazy jego odłowu.
Rosja takich zakazów nie ma. Więc dla kogo my to zarybiamy? To jest totalny absurd – zastanawia się pani Teresa.
Temat finansowania rybołówstwa morskiego to jednak opowieść na osobą historię. Przejdźmy tymczasem dalej.
Problem czwarty: foki i morświny
Oprócz nieprzychylnej polityki rybacy musza mierzyć się także z zagrożeniami ze strony środowiska. Jednym z nich jest olbrzymia populacja fok.
Na Bałtyku powinno być około 2 500 fok. Wtedy ekosystem mógłby działać sprawnie – mówi Ireneusz Nowak. – Tymczasem mamy ich 160 000. Każda z nich z potrzebuje pokarmu. Dziennie foki zjadają nawet 800 ton ryb. Dodatkowo niszczą sieci.
Jak podkreślają rybacy foki są poważnymi szkodnikami. W wielu krajach ich populacja jest regulowana. W Polsce tak się jednak nie dzieje.
Drugim problemem jest morświn, który jest chroniony. Jak mówią rybacy morświna na Bałtyku nikt nie widział. Problem, którego właściwie nie ma został rybakom narzucony przez Unię.
Rybacy podkreślają, że karani są właściwie za wszystko. I tu również absurd goni absurd.
Nie możemy przywieźć do portu większej ilości ryb, niż założona w limicie, ale jednocześnie, kiedy złowimy ich więcej nie możemy ich wyrzucić do morza – mówi Tomasz Gołębiewski. – Musimy przywieźć je do portu i zapłacić olbrzymia karę. W ten sposób nigdy nie będzie się to opłacało – przekonuje.
https://www.farmer.pl/fakty/umieramy-rybacy-przybrzezni-sa-w-rozpaczy-kolejny-sektor-w-zapasci,144555.html






