Tak naprawdę, to przygotowania do rozbiórki Sowietów rozpoczęły się już u progu lat 60. i nie w samym ZSRR. Kongres USA w 1959 roku przyjął dalekosiężny plan rozbicia Sowłagru na 22 państwa. Rola śmiertelnych korników przypadła żydomasońskiej agenturze wewnątrz ZSRR, usytuowanej w resor- tach siłowych i na szczytach KPZR.
W początkach lat 60. na Uniwersytecie Kolumbia rozpoczynali swoją karierę żydowscy prekursorzy „pierestrojki” A. Jakowlew i O. Kaługin, wysokiej rangi funkcjonariusz NKWD, a pytanie o to, jak oni się tam dostali, jak wyjechali za żelazną kurtynę, jest z gatunku pytań o swobodne wojaże „naszych” prekursorów, takich jak Michnik, Geremek, Blumsztajn, J. T. Gross i dziesiątki innych KOR-ników.
Jakowlew i Kaługin należeli do kadrowych funkcjonariuszy KGB, co ujawnił w 1993 roku przedstawiciel KGB W. Kriuczkow’. W połowie l at 60. Jakowlew w „Litieraturnoj Gazietie” otwarcie krytykował „nacjonalizm” rosyjski, występował antyrosyjsko i jakoś przechodziło mu to bezkarnie.
Jakowlew swobodnie podróżował do Kanady, gdzie wchodził w nieformalne układy z wpływowymi przedstawicielami tamtejszej masonerii, na czele z premierem Kanady Pierre Trudeau.
W połowie lat 60.-70. we władzach centralnych KPZR uformowała się grupa agentów wpływu pochodzenia żydowskiego: F. Burłaszkin, G. Szachnazarow, G. Gierasimow, Arbatow i Bowin. Czołową postacią był w tej grupie Arbatow.
Urodzony w 1923 roku, był członkiem KPZR nieprzerwanie od 1943 do 1991 roku. W latach 60. i 70. Arbatow był jednym z głównych zakulisowych rozgrywających w polityce zagranicznej ZSRR, m.in. jako dyrektor Instytutu USA i Kanady. Zajmował zdecydowanie proamerykańskie stanowisko, o czym wtedy nie wiedziały jeszcze (rzekomo), sowieckie służby wywiadowcze.Przyjacielem Ameryki stał się już w latach 70.
Wtedy też ważnym tuzem żydomasońskiej agentury wpływu okazał się słynny A. Sacharow i jego żona H. Bonner. Wtedy też rozpoczynała się gra o globalną dominację międzynarodowego syjonizmu spod znaku loży Bnai-Brith, Bilderberg Group i Komisji Trójstronnej, której współzałożycielem był „nasz” Zbigniew Brzeziński, zakulisowy promotor wyboru kard. K. Wojtyły na papieża.
Inną międzynarodową atrapą oligarchów świata stał się słynny Klub Rzym- ski. Jego członkiem był późniejszy „rosyjski” premier i miliarder „z niczego” J. Primakow (1972).
Wtedy właśnie harwardzki historyk żydowskiego pochodzenia Ryszard Pipes opracował dla administracji prezydenta Reagana strategiczny program ero- zji sowieckiego molocha za pomocą dywersji w takich dziedzinach, jak polityka międzynarodowa, kultura i ekonomia. Był to na razie program „wojny propagandowej” o powolny demontaż ZSRR. (1. „Młoda Gwardia”, 1992, nr 10 s. 84. Zob.: Oleg Płatonow: „Rosja pod władzą masonerii”, Moskwa 2000, s. 10. Passim)
Na gruncie polskim próbami siłowymi okazała się prowokacja z grudnia 1970 roku, zakończona masakrą stoczniowców Trójmiasta, potem w 1976 r. jedno-razowa podwyżka cen żywości o 70 proc, której wynikiem stały się zamieszki w Radomiu i innych miastach7.
A jeszcze wcześniej – tzw. „wydarzenia marcowe” 1968 w Warszawie oraz „praska wiosna” w Czechosłowacji. Wszystkie te wydarzenia były koronkowo zorganizowanymi prowokacjami.
Na przełomie lat 70. – 80. agentura wpływu usadowiona na szczytach KC KPZ R, KGB i GRU, w ekonomii i polityce zagranicznej ma już zwarty program i funkcjonuje sprawnie. Umyka to uwadze rzekomo wszechwiedzącym KGB i GRU, ale to już dziwić nie może, zwłaszcza w kontekście kariery Andropowa, wkrótce Gorbaczowa.
1. Zob. rozdział: Jaruzelski wykańcza Gierka i gospodarkę.
„Zachód”, czyli głównie USA, wyasygnował na „proces demokratyzacji” ZSRR 90 miliardów dolarów. Te dolarowe dywizje szły głównie na wspieranie setek żydowskich agentów wpływu usadowionych we wszystkich dziedzinach życia Sowłagru, w tym na nowoczesny sprzęt wywiadowczy, na instrukcje, literaturę „drugiego (skąd my to znamy!) obiegu„.
W trakcie, a nawet już po pierestrojce, świat dziwił się tej „nagłej” bezkrwawej, pokojowej transformacji, „demokratyzacji” ZSRR. Cudownej przemianie bestii w baranka.
Arbatow , przy ścisłej współpracy Gorbaczowa i Jakowlewa, zajął czołową ro- lę w kierowaniu procesami „transformacji” ZSRR w masę upadłościową.
Wokół Arbatowa skupili się inni czołowi agenci wpływu, tacy jak Koroticz, Afanasjew, Popów, Primakow. Zwłaszcza Primakow, wkrótce „milioner z ni- czego”.
Dziwnym trafem, byli to w całości tego składu rosyjscy Żydzi, To jeszcze jeden , a tak naprawdę to jedyny cud sowieckiej „pierestrojki”.
Dokładnie jak i u nas. „Nasza” pierestrojka to kalka tamtej.
W tym kręgu głównym rozgrywającym stawał się Gorbaczow.
Charakterystyczne, że poza tym kręgiem pozornie pozostawał Andropow. Nie kojarzono go ze spiskowcami. Przeciwnie, jeszcze uchodził za twardogłowego stalinowca starej daty.
Partyjny aparat KPZR, czołowi działacze kultury i nauki, stanowili otoczkę, zewnętrzny pierścień tego rdzenia.
W Polsce już mieliśmy za sobą rzekomo spontaniczną eksplozję „Solidarności”, umowę sierpniową, stan wojenny, nikomu jeszcze nieznane tajne rozmowy Kuronia i Wałęsy z SB w sprawie przejęcia władzy przez żydomasoński KOR, podczas gdy w ZSRR trwała gigantyczna praca agentury wpływu.
W latach 1989-1992 odbyło się w ZSRR ponad 50 „naukowych konferencji” w czołowych ośrodków ZSRR – w Moskwie, Rydze, Leningradzie, Swierdłowsku, Woroneżu, Tallinie, Wilnie, Irkucku, Tomsku. W samej Moskwie odbyło się sześć takich instruktażowych konferencji.
KGB i GRU nie reagowały. Straciły rewolucyjną czujność! Oficjalnie wszyscy z mocą akcentowali, na czele z Gorbaczowem, „przewodnią” rolę partii.
Ukochane dziecko GRU, organizacja pod nazwą „Narodowy udział w demokracji” (przewodniczący A. Wajnsztejn), finansowała działalność Instytutu Sacharowa, który propagował:
W 1990 roku specjalny fundusz Kongresu USA finansuje działalność tzw. „Mię dzynarodowej parlamentarnej grupy Wierchownogo Sowieta SSSR”.‚
Konsoliduje się czołówka przyszłego reżimu pijaczyny Jelcyna, marionetki żydowskich oligarchów:
I znów, dziwnym trafem, wszyscy, dokładnie wszyscy tu wymienieni mieli po- chodzenie „jerozolimskie”.
Gorbaczow już jako gensek KPZR znał doskonale przebieg i programy szeroko zakrojonej „pierestrojki” ZSRR w wykonaniu tej piątej kolumny.
Nie sprzeciwiał się niczemu. Przeciwnie, dyskretnie roztaczał nad tą robotą parasole ochronne.
KGB go o tej kreciej robocie informowało wielokrotnie, bowiem ta machina wciąż jeszcze „rabotała”rzekomo proradziecko.
Wydarzenia toczyły się już lawinowo. Do gry wchodzi Fundacja Sorosa i jego liczne agentury „pozarządowe”.
Pilotują tę robotę tacy agenci wpływu jak J. Afanasjew redaktor naczelny pis- ma „Znamia” – G. Bakłanow, ideolog pierestrojki – Zasławskaja, sędzia Trybunału Konstytucyjnego Ametystów.
W szóstym numerze pisma „Znamia” (1989) Soros już jawnie nawołuje do wal ki z rosyjskim „nacjonalizmem„, upatrując w nim wielkie niebezpieczeństwo dla światowych sił „demokracji”.
I znów – identycznie w Polsce: „nacjonalizm”, „szowinizm”, „ksenofobia” i, ma się rozumieć,„antysemityzm”.
Cała czołówka rosyjskiej „pierestrojki”, to żydomasoneria.
Pierwsze związki i kontakty żydowskich liderów KPZR z masonerią zachodu, datują się na długo przed faktyczną pierestrojką, już w latach 60. i 70.
Pierwszy kontakt z masonerią zachodu Gorbaczow nawiązał podczas prywatnego urlopu we Włoszech, gdzie prężnie działały loże masońskie na czele ze słynną lożą „P-2″.
Jakowlew wszedł w konspiracyjne związki z masonerią w Kanadzie. Spotykał się tam z masonem Pierre Trudeau, premierem Kanady.
Pierwsze wzmianki o masońskiej inicjacji Gorbaczowa pojawiły się w 1988 ro- ku w niemieckiej prasie i w „Nowym rosyjskim słowie” z 4 października 1989 roku. Tam właśnie ukazały się zdjęcia Grobaczowa z prezydentem G. Bushem (seniorem), przekazującymi wolnomularskim „braciom” masońskie gesty nie znane „profanom”. (1. Sowietskaja Rossija, 26 października 1992.)
Do światowej masonerii Gorbaczow dołączył po wstąpieniu do Komisji Trójstronnej z inicjatywy agenta Mossadu G. Sorosa1.
To Soros finansował rosyjsko-amerykański fundusz pod nazwą „Inicjatywa kulturalna”. Bardzo kulturalna, jak wynikało z jej rezultatów.
Wśród funkcjonariuszy i beneficjentów Funduszu Sorosa znaleźli się m.in. tacy wpływowi rusofobi, jak wspomniany Afanasjew, Makarow i Ametystow.
Gorbaczow stał się członkiem Komisji Trójstronnej w 1989 roku, ale główny, wręcz historyczny w skutkach sabat światowej masonerii odbył się w Moskwie pod wodzą Dawida Rockefellera i członka loży Bnai-Brith Henry Kissingera2 , światowej rangi żydomasona Valery’ego d’Esteinga Giscarda oraz Nakasone.
Ze strony rosyjskojęzycznej żydomasonerii, oprócz Gorbaczowa, w tym ma- sońskim zlocie wzięli udział Jakowlew, Szewardnadze, Arbatow, Primakow, Miedwiediew i inni.
W rezultacie tajnego porozumienia, zostały wtedy opracowane dalekosiężne plany dekompozycji ZSRR, długo jeszcze nieznane nawet liczącym się politykom i obserwatorom sceny politycznej w ZSRR.
Nie rozumieli oni tajnej istoty historycznego spotkania Gorbaczowa na Mal- cie, bastionie światowej loży „Kawalerów Maltańskich” 3 z amerykańskim prezydentem.
Malta stała się miejscem kluczowych ustaleń, które doprowadziły do demontażu Związku Sowieckiego i rzekomo spontanicznych przewrotów w krajach „demoludów” sowieckich.
Dodajmy także, że chronologicznie pierwszą strukturą masońską powołaną w ZSRR była loża żydowskaBnai-Brith.
W 1989 roku „L’Arche” – żydomasoński periodyk wychodzący w Paryżu napisał, że w Moskwie w dniach 23-29 października 1989 roku gościła delegacja francuskiego dystryktu tej światowej loży żydowskiej Bnai-Brith, w składzie 21 przedstawicieli, na czele z prezydentem dystryktu M. Aronem.
W skład powołanego wtedy rosyjskiego dystryktu Bnai-Brith weszło 63 rosyjskich wpływowych Żydów, faktycznych twórców „rosyjskiej” pierestrojki!
W tym samym czasie powołali przedstawicielstwa (filie) Bnai-Brith w Wilnie i Rydze, a w późniejszym czasie w Petersburgu, Kijowie, Odessie, Niżnym Nowogrodzie i Nowosybirsku’.
Najważniejsi członkowie rosyjskojęzycznej loży Bnai-Brith, poza Gorbaczowem to:
Te ekskluzywną sitwę światowej rangi żydomasonów z Bnai-Brith uzupełnią potem następni giganciBnai-Brith i innych rytów:
Wymieńmy jeszcze „rosyjskich przyjaciół” Wielkiego Wschodu Francji. Są to:
Takie to były kulisy, tacy to byli twórcy „rosyjskiej” pierestrojki, pod którą podwaliny położył Żyd Andropow i kontynuował jego protegowany Gorbaczow.
Nasze rozważania o „cudzie” bezkrwawej pierestrojki zakończymy rolą Jana Pawła II w tej międzynarodowej operacji „zwijania” Sowłagru.
W książce Nowotwory Watykanu wykazaliśmy, że promotorem tej nominacji było światowe żydostwo ze wspomnianych dykasterii masońskich, na czele ze Zbigniewem Brzezińskim, H. Kissingerem, D. Rockefellerem, przy współudziale kilku watykańskich kardynałów żydowskiego pochodzenia.
Kardynał Karol Wojtyła odbył promocyjne, nieoficjalne podróże do USA i Kanady, podejmowany m.in. przez masona Trudeau.
W tym czasie ministrem do spraw wielokulturowości był w rządzie Trudeau polskojęzyczny „szlachcic jerozolimski” senator Stanly Haidasz.
Odbywał on spotkania z kard. Karolem Wojtyłą także w prywatnym gronie kanadyjskich Żydów. Jedno z takich spotkań dokumentujemy fotografią nigdzie dotąd nie publikowaną. (patrz poniżej – red.polonica.net)
Po wyborze kard. K. Wojtyły, senator Haidasz i Zbigniew Brzeziński byli pierwszymi gośćmi nowego papieża Jana Pawła II.
1. Zwróćmy uwagę na zbieżność czasową tych wydarzeń z „polskim” Okrągłym Stołem z lutego 1989 roku.
Senator Haidasz to Wielki Mistrz Zakonu Maltańskiego Szpitalników, wyjątkowo wpływowej w Kościele Katolickim loży masońskiej udającej szlachetne cele humanitarne i charytatywne, jak zresztą każda loża masońska.
Na wniosek senatora Haidasza, Senat Kanady wysłał gratulacje Janowi Pawłowi II z okazji jego wyboru na papieża.
Historia XX wieku wciąż bezskutecznie czeka na definitywne ustalenie zleceniodawców zamachu na Jana Pawła II 13 maja 1981 roku.
Papież sam stwierdził, że Agca był tylko wykonawcą zlecenia. Kim więc byli zleceniodawcy?
Czy służby specjalne Andropowa? On sam?
Jeżeli tak, to kłóci się ten zamach z rolą Andropowa jako zakulisowego wodza „rosyjskiej” pierestrojki. Czyżby więc był ten zamach rezultatem niesubordynacji KGB wobec wodza?
Wszak Jan Paweł II spełniał kluczową rolę w tajnych działaniach na rzecz de montażu Sowłagru. Po cóż więc zamach na zwolennika pierestrojki?
Same pytania i ani jednej przekonującej odpowiedzi2.
Tak oto Gorbaczow – „pierestrojkowicz” z nadania Andropowa całkowicie za- panował na Kremlu i mógł przystąpić – etapami – do rozbiórki Sowłagru, a tym samym do odpadania demoludów od „matiuszki” .
Odbywać się to musiało w miarę bezkolizyjnie.
Efektem tego było w Polsce zamrożenie na całe 8-9 lat „demokratyzacji”, dzię ki stanowi wojennemu, a przedtem metodycznemu wyrzucaniu z „Solidarno- ści” jej prawdziwych przywódców i założycieli, przez żydowskich sprzymie-rzeńców Zachodu i Gorbaczowa, na czele z „bandą czterech” - Michnikiem, Kuroniem, Mazowieckim i Geremkiem.
Szło im jak po sznurku, od Moskwy po Berlin Wschodni, bo mieli w cuglach Wałęsę.
Dopiero po takim „wstępie” wyjaśnia się, dlaczego na stanowisko rzekomo głównego rozgrywającego w „Solidarności” desygnowano Wałęsę, oscylatora pomiędzy Bezpieką a „Solidarnością”, który niszczył i wyrzucał ze Związku radykalniejszych „gojów”, bo przeszkadzali w „pokojowej transformacji” Pol- ski i całego bloku, bo myśleli i działali w kategoriach dobra robotników, Pol- ski, a tamci w kategoriach żydolewackiego internacjonału .
Jednocześnie otrzymujemy pośrednią odpowiedź na dotąd nie rozstrzygnięte pytanie: czy Jaruzelski i Kiszczak musieli wprowadzić stan wojenny?
I na drugie pytanie: czy Sowieci weszliby do Polski, gdyby Jaruzelski odmówił „towarzyszom radzieckim” wprowadzenia stanu wojennego?
Przesłanki wyłożone w tym rozdziale wskazują na to, że:
Musiał wprowadzić stan wojenny również dlatego, że nigdy w całej swojej karierze, w żadnej sprawie, nawet nieskończenie mniej ważnej niż stan wojenny, nie powiedział swym kremlowskim mocodawcom: „NIET!”
Gdyby nawet odmówił, to Sowieci i tak by nie weszli, czego gwarantem był sam Andropow i totalnie zażydzone struktury KGB, przygotowane przez And- ropowa do historycznej rozbiórki Sowłagru decyzją światowego syjonizmu, któremu w budowaniu wszechświatowego globalizmu w miejsce wszechświatowego komunizmu, już od dawna przeszkadzał skostniały stalinowski aparat partyjnych mamutów z czasów rewolucji żydobolszewickiej 1917 roku.
Niewprowadzenie stanu wojennego spowodowałoby niekontrolowaną erozję władzy sowieckiej w Polsce metodą strajków, interwencji ZOMO, ogólnego chaosu, ale bez siłowej kontrrewolucji. Zmierzalibyśmy do tego samego finału jak po stanie wojennym – do Okrągłego Stołu.
W latach 1980-1981 Jaruzelski stał się postacią w pewnym sensie tragiczną:
Generał Jaruzelski jak zwykle mijał się z prawdą wmawiając Polakom, że stan wojenny był mniejszym złem niż wejście „Wani” i że Sowieci stawiali to wejś- cie jako nieuniknioną alternatywę rezygnacji ze stanu wojennego.
Z omówionych tu powodów Andropow i potem jego masoński następca Gorbaczow nigdy by się nie zdecydowali na rozpętanie w Polsce „drugich Węgier” z 1956 roku czy Czechosłowacji z 1968 roku.
Czy jednak Jaruzelski, Kiszczak i pozostali z esbeckowojskowej junty wie- dzieli, co tak naprawdę dzieje się podskórnie w Sowłagrze?
To mianowicie, że zachodzą tam zasadnicze przesunięcia sił na korzyść pełnej dominacji KGB i władca imperium Andropow całkowicie wykluczył zbrojną interwencję, bo to by naruszyło dominację KGB i oddało władzę i dawną rangę armii, nadto zamroziłoby na czas nieokreślony od dawna zaplanowaną „pierestrojkę”?
Na to pytanie nie otrzymamy odpowiedzi nawet od samego Jaruzelskiego, bo krętactwo i kłamstwo stanowiło podstawowy rys jego osobowości.
Można jednak pokusić się o założenie, że rządząca klika jednak nie rozumiała tej dalekosiężnej strategii i celu Kremla, jego głównego lokatora.
Reżim sowiecki jeszcze za czasów „wczesnego” Gorbaczowa przynajmniej werbalnie kreował bowiem pozory kontynuacji stalinowskiego monolitu.
Gorbaczow w ówczesnych wystąpieniach posługiwał się twardą retoryką stalinizmu. Mówił o wiecznie żywym komunizmie, o nieuchronnej klęsce kapitalizmu. W tym samym tonie paplała „Prawda”.
Jaruzelski mógł śledzić dość czytelne personalne przegrupowania sił na korzyść KGB, czy jednak już wtedy trafnie rozpoznawał ich dalekosiężny cel, ja- kim był pokojowy demontaż Sowłagru siłami zażydzonego, agenturalnego KGB i partii, będącej już tylko atrapą dawnej KPZR?
Można w to wątpić, ale pewności brak. Propagandową retorykę swych kremlowskich mocodawców Jaruzelski zawsze przyjmował jako nieodwołalne praw- dy.
Utwierdzać go w tym mogła zwłaszcza retoryka Gorbaczowa.
Jeszcze na dwa tygodnie przed XXVII zjazdem KPZR, w wywiadzie dla komu- nistycznego francuskiego „L’Humanite”, Gorbaczow stanowczo zapewniał, że w ZSRR nie istniał żaden stalinizm:
Te słowa padały pięć lat po wprowadzeniu stanu wojennego!
Jeszcze bardziej betonowo przemawiali generałowie Andropowa i on sam aż do swojej śmierci w 1984 roku.
Tak więc Jaruzelski mógł wierzyć w tamten i późniejszy bełkot Andropowa i globalisty Gorbaczowa. Tym bardziej, że był to miód na jego serce, stalinowca oddanego komunizmowi na śmierć i zakłamane do końca życie.
Przecież wszystko zależało, w tym jego życie, od trwałości i potęgi Wielkiego Brata.
Gadając o niezniszczalności komunizmu, Gorbaczow w tym samym czasie czynił wiele na rzecz rozbiórki światowej ojczyzny proletariatu. Potwierdził to swoją postawą już po pomyślnym zakończeniu swej misji, nagle zamieniając się w ideowego, fanatycznego piewcę globalizmu, wolności, „demokracji”, wolnego rynku, uniwersalnego masońskiego „Humanizmu” i New Age. (1. „Praw da”, 8 lutego 1986.)
W „Newsweeku” z 19 września 1998 roku, kiedy już dawno opadły z niego ma- ski werbalne, a ze Związku Sowieckiego żelazna kurtyna, Gorbaczow ogłosił swoje credo:
Gorbaczow otrzymał od rządu amerykańskiego, w podziękowaniu za pokojowe rozbicie Związku Sowieckiego ranczo po byłej bazie wojskowej w Presidio koło San Francisco w Kalifornii.
Ciekawe, że „humanistyczny” wspólnotowy żargon globalizmu zaczynał już opanowywać pozornie niereformowalny „późny” Breżniew, może dzięki temu, że jego żoną była Żydówką rosyjska, a może działały nań fluidy Andropowa i jego niewidzialnych a nietykalnych protektorów zagranicznych i wewnętrznych.
Breżniew jednak nie mógł być tak otwarty, jak wiele lat później Gorbaczow.
Łączył jednak mantrę socjalizmu z czymś nowym:
Wiemy aż do bólu, co oznaczał w praktyce ten proletariacki i socjalistyczny „humanizm”:
Gdybyśmy się wdali w lekturę przemówień generała Jaruzelskiego z tamtych czasów aż po Rakowskiego: Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyprowadzić, otrzymalibyśmy wielce pouczające podobieństwo do tam- tych schematów oficjalnego żargonu naszych okupantów.
Należał bowiem Jaruzelski do niereformowalnych twardogłowych, a jego sztywna sylwetka jakby na zawsze dopasowała się do gorsetu duchowego.
Poszedł na konfrontację z narodem, godząc się nawet z odstraszającą masakrą górników kopalni „Wujek”, co było zresztą całkowicie zbędne, nadto stało w jawnej sprzeczności z nawoływaniem do spokoju, rozwagi, jedności.
Generał Kiszczak był jego twardogłowym alter ego.
Masakra „Wujka” wynikała z ich bolszewickiej, agenturalnej do szpiku kości formacji duchowej:
Gdyby Jaruzelski był inny niż Kiszczak i jego armia zbirów z ZOMO, MO i SB, to zrobiłby wszystko, aby z wysokości swego stanowiska skutecznie powściągać „jastrzębi” i prowokatorów Kiszczaka i jego samego.
Mord na księdzu Jerzym Popiełuszce był oczywistą prowokacją od nich niezależną, obliczoną na wściekłość katolickiego narodu, na radykalizację nastrojów właśnie uciszanych przez konstruktywną opozycję „bandy czterech”:
No właśnie: kto zatem stał za tym mordem?
Gdyby stali Kiszczak z Jaruzelskim, byłaby to akcja samobójcza. Oni przecież wiedzieli, że nastrojów katolickiego narodu nie ucisza się mordowaniem kapłanów, jak w latach 1945-1955.
Czy więc Grzegorz Piotrowski – „szlachcic jerozolimski” działał ponad głowa- mi Jaruzelskiego i Kiszczaka, choć za wiedzą różnych Pietruszków i Płatków, dających Piotrowskiemu jedynie logistyczną osłonę?
Na co mógł liczyć sowiecki potwór zlecając mord na popularnym kapłanie, je- żeli wiemy już, że zależało mu na łagodnej transformacji ZSRR i demoludów?
Co więcej – po śmierci Jana Pawła II prokuratura i sąd włoski, które prowadzi ły śledztwo i skazały Ali Agcę, zaczęły jawnie oskarżać KGB o zlecenie zamachu na papieża, podczas gdy przez 20 lat ustalenia kończyły się na „bułgarskim śladzie”.
Czy Andropow mógł skorzystać na tej śmierci? Z pewnością tak, lecz ryzyko było straszliwe!
Czymś innym był mord na księdzu Popiełuszce, dokonany w Polsce, co nieuchronnie wskazywało na domniemanych policyjno-esbeckich zleceniodawców.
Breżniew i potem Andropow jawnie przypisywali nominację kard. Wojtyły na papieża Zbigniewowi Brzezińskiemu i jego wpływom, o czym pisałem w książce Nowotwory Watykanu.
Potwierdził to sam Brzeziński, w wywiadzie dla kanadyjskiego filmu biograficznego o Janie Pawle II. Papież powiedział do niego po konklawe: — Ty mnie wybrałeś, więc musisz mnie odwiedzić.
Po upływie ćwierćwiecza wiemy o tych dwóch zbrodniach niemal tyle samo co wtedy – nadal nie znamy zleceniodawców. Znamy tylko „rękę i miecz”.
Żydowskie przysłowie mówi:
Zleceniodawcy schowali ją z szybkością światła!
Ten sam Jaruzelski, który jeszcze w latach 70. patronował usuwaniu Żydów z armii, w stanie wojennym i potem radykalnie przestawił azymuty na służalczość wobec nowych panów.
Pod groźbą izolacji reżimu w kręgach politycznych i gospodarczych Zachodu, zaczął usłużnie zabiegać o akceptację wpływowych kręgów żydowskich w Europie i na świecie.
Starając się zyskać poparcie światowego lobby, Jaruzelski oskarżał Polaków o „antysemityzm”, co było szczególną podłością tego zdrajcy i zaprzańca polskości.
Są tego przynajmniej dwa nikczemne przykłady.
Potwierdzał takie przykłady żydowski publicysta z USA Michael Kaufman w książce „Mad dreams saving grace, Poland: A Nation in Conspiracy”, New York 1989, s. 17P.
Tak oto sami światowej rangi Żydzi – syjoniści potwierdzali, że w zniszczeniu pierwszej „Solidarności” junta Jaruzelsko-Kiszczkowa sprzęgła swoje wysiłki z polskojęzycznymi Żydami w walce z „Solidarnością”, z jej twórcami, a nurt ten reprezentowała właśnie „banda czterech” – Kuroń, Geremek, Mazowiecki, Michnik i cały KOR, bastion późniejszej Unii Demokratycznej i Unii Wolności.
Mając dookoła tylu wrogów – w szeregach własnych, w wojsku, Bezpiece, w KOR i w zachodnim syjonizmie – „Solidarność” musiało spotkać to, co ją spotkało rozbicie od wewnątrz, eliminacja jej twórców o narodowym, robotni- czym rodowodzie.
Ciąg dalszy, czyli skutki tej zmasowanej dywersji, sabotażu, pałek ZOMO i pałek propagandy medialnej polskojęzycznej i zachodniej – już znamy.
Zapamiętajmy więc Jaruzelskiemu ten jego zakłamany, koniunkturalny filosemityzm, jego marsz po trupie pierwszej „Solidarności” i po trupach wielu jej działaczy.
Był do końca, przez całą swoją karierę agenta NKWD bezwzględny wobec słabych, śliski jak glista wobec aktualnie silniejszych – wobec żydostwa sowieckiego i potem zachodniego.
Z takimi można było wypić wiadra gorzałki, a potem nagle zobaczyć noże wy- ciągnięte zza cholew walonek…
Z jednym tylko – „historycznym” wyjątkiem – obradami Okrągłego Stołu i spiskowaniem w gabinetach SB, jak to robili Kuroń, Wałęsa.
Protokoły rozmów Kuronia z esbekiem Janem Lesiakiem, sądzonym w 2006 roku za „inwigilację prawicy”, publicysta Stanisław Michalkiewicz nazwał „protokołami mędrca Kuronia”, co było werbalnym nawiązaniem do słynnych „Protokołów Mędrców Syjonu”.
Ale cóż, Michalkiewicz to przecież „antysemita„, więc człek niewiarygodny.
1. Zob. J. R. Nowak: Antypolski separatyzm, „Nasz Dziennik”, 3 października 2006.
2. Tamże.
DRUGIE DNO PIERESTROJKI
Dokopywaniem się do prawdziwych przyczyn i celów sowieckiej pierestrojki zajmuje się niewielu analityków, a wszyscy są porażeni wirusem politycznej poprawności.
Skutek jest taki, że jeżeli nawet trafnie niektórzy z nich rozpoznawali oszukańczą taktykę i retorykę pierestrojki, to jednak zatrzymują się w połowie drogi.
Uważają, albo udają że tak uważają, iż „długi marsz” sowieckiego komunizmu do „wspólnego domu europejskiego” (slogany zarówno Breżniewa, Szewardnadze i głównie Gorbaczowa) był jedynie Fatalną fikcją1, kamuflażem, genialną mimikrą, oszustwem, a najdokładniej to koniem trojańskim, w którym nie reformowalny bolszewizm chciał wcisnąć się do owego „wspólnego domu europejskiego”.
Albo jeszcze inaczej – przenieść Sowłagier na Zachód.
Połowiczność tych „analiz” tkwi w pomijaniu roli prawdziwych sprawców i organizatorów tej pierestrojki – Żydów sowieckich i zachodnioeuropejskich, zwłaszcza amerykańskich.
W tę samą mieliznę dał się wciągnąć analityk owej pierestrojki Dariusz Rohnka w książce (zob. przypis) wydanej w Poznaniu w 2000 roku niemal konspiracyjnie, własnym sumptem, w szacie graficznej typowej dla literatury drugiego obiegu z lat 80.
I taki właśnie drugoobiegowy był los tej książki – konia z rzędem temu, kto ją zdybie nawet w bibliotekach wojewódzkich!
Powód zesłania tej książki do łagru niepoprawności politycznej jest prosty – Rohnka wykazuje, że
Bo tenże zachód, słusznym zdaniem Rohnki, to zakamuflowany endemiczny socjalizm, komunizm, trockizm z jego nieśmiertelną ideą walki permanentnej o światowe, nie tylko europejskie zwycięstwo komunizmu, przybranego teraz w owe szatki demokracji, socjaldemokracji, pokojowego współistnienia, odprężenia, walki o pokój.
1. Dariusz Rohnka: Fatalna fikcja. Nowe oblicze bolszewizmu – stary wzór. Poznań 2000.
Uznanie „demokratycznego” Zachodu za komunizm w nowej wersji, za nowy totalitaryzm, to grzech główny Dariusza Rohnki wobec politycznej poprawności, ale i jego poraziła poprawność polityczna:
To przecież oni w Związku Sowieckim montowali „pierestrojki” w czasach, kiedy się nikomu jeszcze o tym nie wyśniło, a w tym zbożnym dziele wspierali ich pobratymcy usytuowani we wszystkich decyzyjnych strukturach władzy na zachodzie:
Rohnka streszczając program gorbaczowizmu, cytując jego stałe mantry propagandowe, jak m.in.„walkę z rasizmem, ksenofobią”, nigdy nie wymieni sło wa „antysemityzm”.
A to przecież klucz do tych, którzy pchali Związek Sowiecki do wspólnego łagru europejskiego.
Jednym z niesamowitych trików sowieckich harcowników pierestrojki jeszcze przed Gorbaczowem, było organizowanie przez KGB i bezpieki państw obozu socjalistycznego tzw „opozycji”, kreowanie „dysydentów„, całych nielegalnych organizacji politycznych, etc. Cel tych prowokacji był podwójny:
Poletkiem doświadczalnym, a wkrótce wzorcowym, był „dysydentyzm” w Polsce. Drogą takiej właśnie prowokacji zrodził się m.in. żydowski KOR.
Setki postkoszernych „opozycjonistów” wywodziły się z twardego jądra stalinizmu, beriowszczyzny w Związku Sowieckim i bermanowszczyzny w Polsce: synale prominentów komunistycznych.
Oni nie ginęli w podejrzanych okolicznościach, jak setki naiwnych gojów.
I znów dziwnym trafem, głównymi rozgrywającymi stali się odtąd funkcjonariusze niedawnego aparatu terroru, którzy mając szafy spuchniętego od dowodów agenturalności świecznikowych „opozycjonistów„, bezwzględnie nimi sterowali, a sami przeskakiwali na lukratywne stanowiska i pozycje właścicielskie w najcenniejszych perełkach majątku narodowego, zamienianego właśnie w masę upadłościową przez „opozycję” z KOR i okolic.
Te ponure prawidłowości postaramy się udokumentować w szeregu odrębnych rozdziałów tej pracy.
Publicysta Stanisław Michalkiewicz w artykule Pocałunek Almanzora,1 relacjonuje swoją rozmowę ze znanym publicystą politycznym Gwidonem Sormanem na temat „opozycji” w krajach demoludów, heroicznie bijących się o wolność i demokrację w tychże demoludach.
Sorman opowiadał, że ilekroć prezydent Mitterand (jeden z czołowych maso- nów europejskich, kryptokomunista pod przykrywką socjalisty), odwiedzał kraje socjalistyczne, to zawsze życzył sobie spożyć śniadanie z jakimś miejscowym dysydentem. W Bułgarii powstał kłopot:
Wypisz – wymaluj jak w Polsce. Z tą jednak różnicą, że u nas mieliśmy wprost zatrzęsienie takich „dysydentów”.
Nic to dziwnego, wszak pierestrojka pokojowa w demoludach miała się zacząć w Polsce.
W 1956 roku na pierestrojki, na „transformacje ustrojowe” i zwijanie Sowłagru było jeszcze dalece za wcześnie, a jednak zafundowano nam preludium, coś w rodzaju „rozpoznania bojem”, czyli krwawe wydarzenia czerwcowo październikowe.
Gdyby prezydent Mitterand zażyczył sobie podczas wizyty w ZSRR spożyć śniadanie z udziałem jakiegoś wybitnego sowieckiego „dysydenta”, zapewne zasiadłby z nim Andrzej Sacharow.
Jego rola jako świecznikowego „dysydenta” została wpisana przez KGB w długofalowe cele sowieckiej strategii, w tenże „długi marsz”1.
1. „Najwyższy Czas” nr 7, 17 II 2001. Almanzor: ar.: al.-Manzur – „Zwycięski”, przy domek wielu muzułmańskich władców i wodzów, zwłaszcza drugiego kalifa Abbasy dów – Abu abdallah al. Mansur (754-75) i hadżiba (naczelnika dworu) kalifatu Kor- doby, wroga chrześcijan.
Imię Almanzora utrwalił A. Mickiewicz w balladzie „Alpuhara” z poematu Konrad Wallenrod (1828). Zob.: W. Kopaliński Słownik mitów i tradycji kultury, 1987, s. 33.
W całej „dysydenckiej” publicystyce Sacharowa, współtwórcy bomby wodorowej, nie znajdziemy niczego, co by mogło wtedy szkodzić Sowietom.
Jako popularyzator tzw. „teorii konwergencji”, która przyniosła mu sławę może większą niż bomba wodorowa, mógł zaszokować każdego wnikliwego czytelnika zasadami owej konwergencji.
Zaskoczenie wynikało z dychotomii pomiędzy jego oficjalnym statusem „dysydenta pod nadzorem”, a tym co pisał:
Zatrzymajmy się przy tej sekwencji wywodów Sacharowa.
Okazuje się, że Sacharow nie widział „w krajach socjalistycznych”, po nasze- mu demoludach, „narastającej walki” o wyzwolenie spod okupacji sowieckiej , tylko walkę ideową pomiędzy stalinistami a leninowską „konstruktywną lewicą” i „lewymi zachodniowcami”.
Polecam pamięci Czytelnika t frazę Sacharowa, gdy polskojęzyczna „lewica leninowska”, a ściślej trockistowska pod wodzą J. Kuronia, Michnika i pozo- stałych z KOR, będzie starała się ucywilizować polski komunizm, nadawać mu „ludzką twarz”; przebudowywać a nie niszczyć.
Starsi pamiętają to słynne Kuronia:
Kuroń wiedział, że płynie na licencjonowanej przez Bezpiekę fali przemian, teorii konwergencji znanej wtedy tylko takim jak on, Michnik i Geremek, którzy na tajnych konwentyklach w ścisłym gronie Schaffów, Kołakowskich, Żółkiewskich, a potem podczas szkoleń na zachodzie, dokąd wyjeżdżali bez najmniejszych przeszkód, poznawali tajniki zbliżającej się walki nie o zniszczenie komunizmu i Sowłagru światowego proletariatu, tylko o jego pokojową prze- budowę, pierestrojkę.
Kuroń i jego paka w łonie pierwszej Solidarności lali oliwę na wzburzone fale polskiej nadziei na wolność, a wspierał ich w tej robocie posłuszny „zdalnie sterowany” ciemniak Lech Wałęsa.
Pacyfikowali strajki, wolne związki zawodowe, usuwali po kolei radykalnych patriotycznych gojów ze struktur gdańskiej Solidarności;
Wykażemy to w następnych rozdziałach. Nawet dziś, 25 lat później, dotyka się tylko powierzchni tej roli „kuroniady”.
1. O tej roli Sacharowa pisze Anatolij Golicyn w książce New Lies for Old.
Nazywa się ją „trockistowską„, czyli optującą za permanentną rewolucją Bronszteina-Trockiego.
Sacharow:
Sacharow nawołuje więc do powstania systemu wielopartyjnego, a to przecież stanowi podstawę każdej pseudodemokracji zachodniej, bo wielopartyjność to warunek mącenia w partiach i między partiami na korzyść niewidzialnych sterników, co także wykażemy dalej na przykładzie losów tzw. partii prawicowych po 1990 roku w Polsce.
O jakich to „realistach” mówi Sacharow, których zwycięstwo w przyszłości jest jego zdaniem nieuchronne?
Są nimi wszyscy „realiści”, przekonani, że tak dalej być nie może, a ZSRR mu- si się zdemokratyzować na wzór zachodni.
W następnym akapicie Sacharow nie pozostawia już żadnych złudzeń:
Tę mantrę będzie powtarzał do znudzenia Gorbaczow już w roli byłego genseka, masona – globalisty.
Sacharow:
- Jakiego rasizmu?
- Jaki ma związek „walka z siłami rasizmu” z walką o zmiany strukturalne , z walką z militaryzmem?
- Komu, jakiej to „rasie” zagraża rasizm tak radykalnie, że Sacharow w swym memoriale musi go napiętnować z takim zdecydowaniem?
Czy aby nie chodzi tu tylko i wyłącznie o rasizm „antysemicki”, bo przecież i on sam jest stuprocentowym rosyjskojęzycznym Żydem. Sacharow nie mógł sobie otwarcie pozwolić na użycie słowa „antysemityzm”.
1. Andrej Sacharow: Rozmyślania… Zob.: D. Rohnka, passim.
To by rażąco osłabiło uniwersalizm jego wołania o walkę z „rasizmem”, uczyniło ją partykularną prywatą na rzecz nowej rasy panów.
Wreszcie pada słowo „konwergencja”:
Tu Sacharow wykłada karty na stół i kawę na ławę:
Na początek uściślijmy treść słowa „konwergencja”.
Pochodzi ono od średniowiecznołacińskiego słowa convergo – skłaniam się ku czemuś: zbieżność, tworzenie zbieżności. W odniesieniu do konwergencji komunizmu i kapitalizmu oznacza to wzajemne zbliżenie postaw, idei, systemów ekonomicznych, struktur własnościowych. Nie tylko zbliżenie:
Dzięki temu powstanie nowa jakość;
Ani komunistyczna ani kapitalistyczna, taki sobie klon z probówki, twór in vitro.
Okazuje się, że idei konwergencji komunizmu i kapitalizmu nie wymyślił ani Sacharow, ani Gorbaczow, ani tym bardziej enkawudziści Andropow i Szewardnadze.
Istniała ona od dawna, szczególnie modna w okresie „rewolucji 68″, a kiedy pokolenie tej rewolucji symbolizowanej przez Clintona, francuskiego Żyda Cohn-Bendita, u nas przez polskojęzycznych Kuroniów i Michników doszło do władzy, konwergencja stała się ciałem, przerażającą rzeczywistością zwłaszcza współczesnej Europy, a szczególnie w skutkach dramatyczną w Polsce.
Faktycznym ojcem idei konwergencji był pozornie zapomniany Antonio Gram sci (1891-1937), włoski komunista, filozof, politolog, wraz z Palmiro Togliat- tim1 współtwórca i pierwszy przywódca Włoskiej Partii Komunistycznej.
W 1929 roku aresztowany przez rząd Mussoliniego i skazany na 20 lat więzienia, resztę życia spędził w celi. Tam pisał, ale presja odosobnienia, warunki więzienne nie pozwalały mu stworzyć zwartego systemu nowego marksizmu, ale wystarczająco jasno skodyfikował nieuchronną jego zdaniem konieczność konwergencji komunizmu i kapitalizmu i w wyniku tego – przeobrażenie kapitalizmu w zmodyfikowany komunizm.
1. Palmiro Togliatti (1893-1964): od 1927 r. sekr. gen. WPK, od 1925 członek Kom. Wykonawcze go Kominternu, w latach 1926-44 na emigracji we Francji i ZSRR, dzięki czemu uniknął losu Gramsciego.
Zwolennik parlamentarnych metod przechodzenia do socjalizmu, co u jego przyjaciela Gram sciego zaowocowało teorią konwergencji. Gramsci i Togliatti mieli korzenie żydowskie.
Ujmując najkrócej, Gramsci jest prekursorem współczesnego globalizmu na bazie pogodzonych, skonwertowanych, sklonowanych „genetycznie” (programowo) dwóch pozornych przeciwieństw – komunizmu i kapitalizmu.
Idee Gramsciego zwyciężają zza jego grobu.
Dzisiejszy świat to nic innego jak „uszlachetniony”, skonwertowany komunizm i kapitalizm – docelowa realizacja marzeń Gramsciego:
To przecież obecna Unia Europejska. To obecna Polska, ale to wszystko stano wi zaledwie namiastkę tego, co czeka nasze wnuki.
W 1920 roku Gramsci współorganizował tzw. turyńskie rady fabryczne, które w przyszłości miały stać się organami władzy proletariatu.
Nastąpiły represje, a po dojściu do władzy Mussoliniego, Gramsci salwował się rejteradą do Moskwy.
Tam, Gramsci zrażony żydobolszewskim terrorem, postawił na głowie cały teoretyczny marksizm-leninizm. Uznał, że to nie byt – jak w marksizmie – kształtuje świadomość, tylko odwrotnie – to świadomość determinuje byt.
Stąd jego taktyczny wniosek, że rewolucja nie może się ograniczyć do obalenia rządów i tępego terroru. Musi odnieść zwycięstwo przede wszystkim w sferze świadomości, wartości; złamać kulturową, intelektualną dominację klasy rządzącej.
Powinien więc być prowadzony długofalowy „Długi marsz”, wojna pozycyjna. Wojna o umysły i postawy1.
Do takich wniosków skłoniła Gramsciego obserwacja roli chrześcijaństwa, w nim zwłaszcza Kościoła katolickiego we Włoszech.
W tym katolickim państwie społeczeństwo miało od dziewiętnastu wieków wszczepione katolickie antyciała odrzucające wszystko, co nie mieściło się w Dekalogu, w odwiecznych kanonach wartości.
Komunistów, którzy by zdołali obalić siłą władzę państwa katolickiego, czeka ła izolacja, masowy, w tym nawet zbrojny opór, a złamany, mógłby przejść w bierne formy oporu, w „emigrację wewnętrzną”
1. A. Gramsci: Pisma wybrane, W-wa 1961.
Charakterystyczne, że to właśnie u progu lat 60. zostały w Polsce wydane jego Pisma.
To wtedy w Związku Sowieckim potajemnie kiełkowały praktyczne działania na rzecz „konwergencji”. Zapewne najbardziej uważni czytelnicy jego „ teorii” nie zdawali sobie wtedy sprawy z tego, że przyjdzie im oraz ich dzieciom żyć w warunkach praktycznego zwycięstwa „konwergencji”.
Pisał:
Zapanować nad światem – toć to przecież duch trockizmu-leninizmu, wiecznie żywy, tylko modernizowany na bolesnych przykładach bezowocności terroru żydobolszewickiego.
No i ten duch rozłamu!
Oszczędzimy Czytelnikowi cytowania licznych fragmentów osławionych Protokołów Mędrców Syjonu, powstałych przed narodzinami Gramsciego – ma- my tam apologetykę owego ducha rozłamu we wszystkich dziedzinach życia gojów, a już szczególnie w sferze ducha i w jego bastionie – katolicyzmie.
Klatki tego filmu odwijają się nam wstecznie, cofamy się w czasie, ale idea jest ta sama i tożsama.
Zacznijmy od współczesności:
Oleg Płatonow w książce Pod władzą Bestii1 pisał:
Dalej Płatonow przypomina jednym a informuje innych, że zwycięska żydowska szumowina skoncentrowała się na rozbijaniu tradycyjnych struktur państwa uosobionych w Cerkwi prawosławnej, co na tamtym etapie dokładnie wpisywało się w późniejsze postulaty Gramsciego:
Leninowcy-trockiści wybrali krótszą drogę – nagany i strzały w tył głowy.
To błąd i droga donikąd według Gramsciego.
Płatonow:
A był to zaledwie wstęp, przedsionek piekła, pucz masoński, który wkrótce ustąpił leninowskim rzeźnikom na masową ludobójczą skalę.
Tego Gremsci nie mógł akceptować.
Nie z humanitaryzmu, tylko bezsensu takiej taktyki. Zadanie miał zresztą ułatwione. Pisał z dystansu kilkunastu lat praktyki żydobolszewickiej i w dalekiej Italii, tym gigantycznym muzeum humanizmu, sztuki, starożytności. I religii katolickiej.
1. Pod włastiu zwieria. Z cyklu Spisek przeciwko Rosji. Moskwa. Ałgoritm 2005. 2. Rządu żydomasona Aleksandra Kiereńskiego (1881-1970).
Od wczesnych lat 60. dzieła Gramsciego, jego koncepcje konwergencji nagle ożyły. Stały się bardzo popularne, bo jego idea konwergencji komunizmu i kapitalizmu zaczęła „długi marsz” ze wschodu na zachód i z zachodu na ws- chód.
Gramsci „odkrył” bowiem prawidłowość socjologiczną banalnie oczywistą – ogromną, rozstrzygającą rolę instytucji i instancji pozarządowych, takich jak religijne, społeczne, kulturowe. Twierdził, że warunkiem trwałego zwycięstwa komunizmu jest zapanowanie w tych właśnie obszarach, w płaszczyźnie ducha, postaw, przekonań, poglądów.
W tym celu jest niezbędny wspomniany „długi marsz” przez instytucje. Jakimi szlakami? Którędy? Odpowiadał – właśnie poprzez instytucje kreujące postawy i poglądy – przez media, których tak jeszcze nikt nie nazywał; przez uniwersytety, centra władzy i kultury.
A wszystko po to, aby zniszczyć, poddać erozji tradycyjne fundamenty stabilności narodowej i kulturowej, głównie właśnie religię katolicką i w ogóle chrześcijańską, a w nich tradycyjną moralność, rodzinę, harmonię międzypokoleniową.
Rozejrzyjmy się dokładniej po obecnej rzeczywistości. Czyż gramscizm nie święci pełni swego zwycięstwa?
Rzeczywistość przełomu wieków czyni z Gramsciego najskuteczniejszego komunistę XX wieku:
Niszczycielski pochód gramscizmu trwa już ponad trzydzieści lat. Stanowi ideologię elit.
To one, poprzez swoją potęgę wcielają go w życie, atakują tam, gdzie ojciec jest jeszcze ojcem, matka matką, dziecko dzieckiem rodziców i cała trójka sta nowi integralną komórkę społeczną o formacji narodowej, chrześcijańskiej.
Wielopłaszczyznowa erozja chrześcijaństwa, zwłaszcza katolicyzmu, trwają- ca nieprzerwanie od czasów Soboru Watykańskiego II osiągnęła takie rozmiary i skutki, że z pewnością przekroczyła ona najśmielsze marzenia Gramsciego i antykościelnych tajnych dykasterii.
Tragicznym w skutkach faktem jest odejście ostatnich papieży od ich funda- mentalnej obrony Kościoła, przed niszczycielskimi nowinkami. Obserwuje się w ciągu ostatnich czterdziestu lat prowadzone na wielką skalę wprowadzanie niszczycielskich innowacji właśnie przez papieży.
Czasową granicą demarkacyjną był przedsoborowy stan Kościoła. Trwał on w stanie rozkwitu. Nie wymagał żadnych zmian.
Obecny papież Benedykt XVI, były wieloletni prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, w 1988 roku przyznał:
Widział to już papież Paweł VI, co jednak nie skutkowało najmniejszymi próbami ratowania Kościoła przed destrukcją.
Stwierdzał on już w 1968 roku, że Kościół znajduje się w stanie autodestrukcji , a więc sam Kościół niszczy swoje fundamenty, a jego niszczyciele znajdują się wewnątrz, a nie zewnątrz Kościoła.
Autodestrukcja prowadzana przez wielu hierarchów Kościoła miała charakter wyjątkowo podstępny.
Formalnie nie odrzucono żadnego przed-soborowego dogmatu, żadnego artykułu doktryny wiary.
I oto nagle, w ciągu zaledwie kilku lat po Soborze II dokonały się radykalne, wręcz rewolucyjne zmiany w Kościele, wszystkie usprawiedliwiane „duchem soborowym”, „otwarciem” na współczesny świat.
Nikt w Kościele nie daje do dziś przekonującej diagnozy przyczyn katastroficznego porzucenia stanu kapłaństwa i szat zakonnych przez dziesiątki tysięcy księży, zakonników i zakonnic.
W samym Kościele rozpanoszyli się jawni heretycy – teologowie i nikt ich nie usiłował ani dyscyplinować, ani ekskomunikować, poza jednym H. Küngiem, któremu zakazano wykładów w uczelniach katolickich.
W awangardzie nowinkarstwa soborowego znajdował się ówczesny kardynał Karol Wojtyła, który wśród ojców soborowych cieszył się zadziwiającą sympatią i poparciem, Jego postawy i propozycje były wybitnie anty tradycyjne.
W amerykańskim „Commonweal”, tuż przed beatyfikacją papieży Jana XXIII i Piusa IX w 2000 roku, tak oto zbilansowano liberalizm Jana Pawła II i pod- sumowano jego niszczycielski pontyfikat:
To, co zewnętrzni wrogowie Kościoła nie zdołali osiągnąć od wieków, w ciągu kilku dziesięcioleci uczynili jego wrogowie wewnętrzni.
Oto w skrócie opis gruzów, w jakie zamieniono Kościół i wiarę w ciągu zaledwie 40 lat, realizując m.in.„długi marsz” do nihilizmu.
1. „Commenweal„, 12 sierpnia 2000. Cytuje autor eseju na ten temat Lech Maziakowski w Bibule, piśmie wychodzącym w Waszyngtonie, z kwietnia 2004, numer 18.
Nowa liturgia, w tym głównie Msza Święta nie ma żadnego umocowania w Tradycji. Liturgia w nowym„rycie”, w językach narodowych, z kapłanem tyłem do Tabernakulum, z Sakramentem przyjmowanym na stojąco, potem „na rękę”:
— Prawdziwa destrukcja tradycyjnej Mszy św. w tradycyjnym rzymskim rycie, stanowi całkowitą destrukcję wiary…1
— Zniszczenie szacunku dla Najświętszego Sakramentu, Jego transcendentne go przesłania – poprzez Komunię na rękę, świeckich szafarzy i szafarki.
— Brutalna likwidacja łaciny we Mszy Św. – uniwersalnego języka wspólnoty Kościoła. Minęło zaledwie kilka lat od czasu Soboru, gdy papież Paweł VI za- kazał Mszy łacińskiej, trydenckiej.
— „Ekumenizm” jako niszczycielskie narzędzie protestantyzacji Kościoła katolickiego, a poprzez tę protestantyzację – jego judaizację.
To przekreślenie nienaruszalności zasady Extra ecclesia nulla est salus, przejawiające się zwłaszcza w „dialogu” katolicko-żydowskim.
Pius XI w encyklice Mortalium animos pisał, że tzw. spotkania międzyreligijne katolików z wyznawcami innych religii są „zawsze zabronione”:
Na Soborze Florenckim (1438) dekretowano:
Jak więc – zapytajmy otwarcie – zostałby potraktowany przez Ojców florenckiego soboru, Jan Paweł II, animator takich „spotkań międzyreligijnych”?
1. Klaus Gamber, zob. Bibuła, s. 8.
1. Polskojęzyczny ks. prof. M. Czajkowski (anty-ksiądz – polonica.net) domagał się zmiany tytułów niektórych rozdziałów i podrozdziałów Pisma Świętego.
Wspomniana diecezja ma jeszcze przed sobą 25 następnych spraw sądowych z tytułu molestowania dzieci. „Bohaterem” jednej z nich był ordynariusz Sio- ux City bp Lawrence Soens. Miał molestować 15 chłopców.
Oto liczby obrazujące „długi marsz” katolików amerykańskich do „nowego Kościoła”:
Przerażające są postawy „katolickich” nauczycieli w USA:
Przy wzrastającej liczbie nominalnych „katolików” w USA, w latach1965-2002 liczba księży zmniejszyła się o 22 proc.
Z 30.992 księży katolickich w USA w 2000 roku, tylko 27 tysięcy pracowało w parafiach i aż 16 tysięcy z nich pochodziło z obcych krajów.
W 1965 roku w USA był tylko jeden procent parafii bez księdza, a w 2002 roku liczba parafii bez księży wzrosła o 500 proc.
Wystarczy? Chyba tak.
Długi marsz przez instytucje w ramach konwergencji kapitalizmu w komunizm i komunizmu w kapitalizm, zakończył się w połowie drogi – w Europie Zachodniej.
Tam jest jeszcze gorzej. Gramsci zwyciężył.
Ku pokrzepieniu serc przywołajmy słowa Prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego:
Na pogrzebie Prymasa Tysiąclecia nie krzyczano: Santo subito! Nie było ta- kich transparentów.
Kiedy czyta się oceny skutków „długiego marszu przez instytucje” w Ameryce , wypowiadane przez zatrwożonych duchownych i normalnych czyli niezależnych analityków, odruchowo nasuwa się podobieństwo z ofensywą „długiego marszu” przez Polskę, choć skala inwazji na Kościół w Polsce, to zaledwie za- powiedź spustoszeń, jakie nas czekają nieuchronnie, bo pod rygorem wdrażania nihilizmu Unii Europejskiej, tej nowoczesnej formy eurołagru komunistycznego.
Oto jezuicki teolog, członek Fundacji im. kardynała Mindszentiego o. John A. Hardon:
Ktoś by pomyślał, że ten Gramsciego „długi marsz przez instytucje” omijał instytucje
kościelne. Wręcz przeciwnie – właśnie upodobał sobie marsz przez instytucje kościelne.
Ponurym przykładem jest doktrynalna kondycja np. Zakonu Jezuitów, co szeroko przedstawiłem w książce Nowotwory Watykanu.
Od tego czasu marsz ku samozagładzie tego zgromadzenia zakonnego trwa z coraz większą, coraz bardziej diaboliczną siłą i rozpasaniem.
Oto prestiżowy jezuicki Georgetown University w Waszyngtonie: kardynał Francis Arizne, prefekt watykańskiej Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, wygłasza tam 17 maja 2003 roku odczyt, w którym potępia homoseksualizm.
Kadra profesorska uniwersytetu na znak protestu jak jeden mąż opuściła salę wykładową, następnie 70 profesorów w liście otwartym zaatakowało kardynała i nauczanie Kościoła w aspekcie zboczeń homoseksualnych, które przecież expressis verbis są potępione w Ewangelii i to kilkakrotnie.
1. W homilii wygłoszonej w katedrze warszawskiej 9 kwietnia 1974 r. 2. John A. Hardon: Marxisms influence in the USA Today. Mindszenty Report, sierpień 1998. Cytuje D. Rohnka.
Tacy są dzisiejsi jezuici, przynajmniej amerykańscy, niegdyś intelektualna elita całego Kościoła katolickiego!1
W osobnym rozdziale o niszczycielskiej roli prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w „Trzeciej RP” informujemy, że po zakończeniu jego tragicznej dla Polski prezydentury, został zaproszony na cykl wykładów przez tenże Georgetown University, gdzie przedtem uczone gawędy wygłaszali czołowi globaliści, wrogowie Kościoła i państw narodowych, propagatorzy homoseksualizmu i podobna fauna.
Ojciec Hardon stwierdził, że najbardziej zaciekłe ataki idą w USA w stronę instytucji rodziny poprzez propagowanie i wdrażanie tzw. emancypacji kobiet, rozumianej jako ich „prawo” do wycofywania się z życia rodzinnego i opieki nad dziećmi oraz na rzecz niszczenia niegdyś niezbywalnych praw rodziców do wychowania swych dzieci.
Pamiętamy, jak za niedawnych rządów SLD przez cztery lata szalały znane aż do obrzydzenia „cioty rewolucji” obyczajowej w rodzaju Szyszkowskiej, Seny- szyn, Jarugi-Nowackiej (szły w pochodzie homoseksualistów w Warszawie) i Małgorzaty Blidy. To zaledwie początek.
Hannibal (dopiero) antę portas.
Paul Weyrich, prezes Fundacji Kongresu Wolności (ale tej prawdziwej), pisał w liście do sympatyków organizacji:
Gorbaczow już jako były gensek Sowłagru mógł stwierdzić, że społeczeństwo amerykańskie dojrzało do zmian. I wiedział co mówi.
Gramsciego „długi marsz przez instytucje” do tego czasu zrobił swoje:
Gorbaczow:
1. Zob.: Bibuła, Waszyngton, kwiecień 2004 roku, numer 18, s. 21.
Gorbaczow mówił to podczas telewizyjnego programu „Larry King Live” w listopadzie 1994 roku, a Gramsci gdyby mógł, biłby mu brawo w piekle.
Brytyjska premier M. Thatcher, po „babsku” konserwatywna, czuła co sięświę ci, gdy mówiła o zagrożeniach ze strony paneuropejskiego molocha, federacji państw połączonych wspólną konstytucją, wspólnym prezydentem,wspólnym parlamentem i rządem.
To samo powtórzył Michaił Gorbaczow, poszerzając rojenia Trockiego na ob- szary od Atlantyku aż po wybrzeża Pacyfiku.
Dalekosiężny plan „pierestrojki” zdradził Zachodowi Anatolij Golicyn, kiedy w grudniu 1961 roku, jako major KGB zgłosił się do ambasady amerykańskiej w Helsinkach i poprosił o azyl polityczny.
Klimów, to fałszywe nazwisko Anatolij a Golicyna.
1. M. Thatcher: Wykład z 29 września 1988. 2. Sebastian Rybarczyk: Demony CIA. Część II. Zob.: http://http://www.abonet.com.pl/ypl/arty-kul.php?art/id= 1376-token. Także w: Józef Darski: O dezinformacji komunistycznej, W-wa 1989 oraz: Anatolij Golicyn: New Lies for Old, Londyn 1984 r.
Odpowiedzialnym za rozmowy z Golicynem był spec od tajnych operacji w Dziale Planowania Richard Helms, a wspierali go w tym Raymond Rocca szef analityków kontrwywiadu CIA Newtona(„Scotty”), Miller i sam szef sze- fów – Angleton.
Golicyn domagał się bezpośredniej rozmowy z prezydentem Kennedym, ale się tego nie doczekał. Kilka lat później spotkał się z jego bratem Bobim.
Główne rewelacje Golicyna sprowadzały się do czterech wątków:
Golicyn wyszczególnił główne kierunki tej dezinformacji:
Nie był gołosłowny. Dostarczył dziesiątki dokumentów i analiz z powołanego w 1959 roku Departamentu „D” KGB, przemianowanego potem na Służbę „A” w I Zarządzie Głównym (wywiad).
Metody osiągania tych celów:
Rewelacje Golicyna potwierdzone w całości przez wydarzenia w następnych dwóch dziesięcioleciach, przyjmowano wtedy nieufnie, może z powodu trudności w odcedzaniu jego fantazji od faktów.
Rezerwę zachowała zwłaszcza FBI, kiedy to w czerwcu 1962 roku spotkali się z nim: szef kontrwywiadu FBI do spraw sowieckich Don Moor, jego zastępca William Branigan, William Sullivan – szef działu wywiadowczego i jedyny w tym gronie, znający język rosyjski pracownik tego działu Aleks Potanin. CIA reprezentował Angleton.
Golicyn mówił ponad godzinę, lecz agenci FBI pozostali sceptyczni.
W raporcie z tej rozmowy znalazły się wyłącznie negatywne opinie o samym Golicynie i jego „teoriach”.
Moor uznał go za faceta nieprzystępnego, odmawiającego pełnej współpracy z FBI. Za agenta, który wie bardzo wiele, ale to „wiele” zachowującego dla siebie, na później1.
Golicyn nalegał na spotkanie z Hooverem, szefem FBI, ale się nie doczekał.
A przecież Golicyn rozpoznał i podał im nazwiska wszystkich agentów KGB z ambasady w Waszyngtonie i stałego przedstawicielstwa ZSRR w ONZ.
Wspomniał też o kilku innych, ale wiedzę o nich zachował dla siebie na kilka dalszych miesięcy. Poinformował, że do Anglii przybył Rosjanin, który osiadł blisko lotniska i planuje w przyszłości akcje sabotażowe.
Anglicy poszli tym tropem i wytypowali podejrzanego.
Okazał się nim niejaki Sokołow-Grant ożeniony z Brytyjką Rosjanin, przybyły tam pięć lat przedtem, ale ustalono, że Sokołów nie był poszukiwanym szpiegiem, albo dopiero znajdował się na liście KGB do werbunku i na skutek tego został zapamiętany przez Golicyna.
Strategię dezinformacji opracował były szef KGB Aleksander Szelepin.
Polegała na stwarzaniu pozorów, że ZSRR jest słaby i rozbity wewnętrznie, w demoludach wrze podskórnie, piętrzą się trudności ekonomiczne, zatem ZSRR z konieczności porzucił imperialne ambicje, a światu zagraża tylko partyjny post stalinowski beton…
1. Słusznie uznał, że jeśli „wystrzela” całą amunicję, zostanie odsunięty na boczny tor. 2. Antonin Novotny, pierwszy sekretarz KC KP Czechosłowacji i prezydent, od cza- sów przedwojennych agent Kominternu, w 1948 roku (luty), przyczynił się do zdła wienia próby obalenia ustroju komunistycznego, powtórzonej 20 lal później z po- dobnym skutkiem.
Golicyn „przewidział” także pojawienie się Gorbaczowa. Nie jego konkretnie, lecz genseka, który obierze szeroki kurs na liberalizację i zbliżenie z Zachodem. Określił go mianem sowieckiego Dubczeka1. Wybuchnie fałszywa walka wewnętrzna o władzę, Andropowa zastąpi młody gensek, który będzie intensywnie kontynuował liberalizację.
Wiemy teraz, że tym gensekiem okazał się Gorbaczow, pupil Andropowa kreowany do tej roli od dawna. Wyłania się zatem kluczowe pytanie:
Jeżeli Golicyn wiedział, że nie będą to żadne mistyfikacje tylko autentyczna pierestrojka, co potwierdziła praktyka następnych 20-30 lat, to zapewne poinformował o tym swych rozmówców z CIA i FBI, ale ta super tajna informacja nigdy dotąd nie przeniknęła do mediów, do wiadomości milionów ludzi śledzących ze zdumieniem późniejszą pierestrojkę i „głasnost”, zakrawające na istny cud!
Czy więc – postawmy to pytanie jako zuchwałą hipotezę – Golicyn wcale nie „zbiegł” na zachód, tylko został tam wysłany celem przekazania tej super tajnej tajemnicy już wtedy dogadującego się ze sobą Wschodu i Zachodu, czyli globalistów z obydwu stron tej pozorowanej barykady?
Słabym punktem takiej hipotezy jest ujawnienie przez Golicyna zbyt wielu tajemnic ówczesnego Sowłagru. Ale, z drugiej strony patrząc, to ujawnienie zna komiciego uwierzytelniało w oczach starych szulerów z CIA i FBI. Coś za coś. Stara zasada wywiadów.
W akcjach dezinformacji miały wziąć udział zarówno służby specjalne, jak też środowiska opiniotwórcze oraz celowo organizowana i kontrolowana „opozycja”, ruch „dysydencki”.
1. Aleksander Dubczek (Dubćek 1921-1992). Od 1929 do 1938 przebywał z rodzicami w Moskwie, agent sowiecki, od 1939 r. członek KPCz, 1968-1969 I Sekretarz KP Cze- chosłowacji, inicjator „praskiej wiosny” sprowokowanej przez Zachód, podobnie jak „wydarzeń marcowych” w Polsce. Po interwencji sowiecko-polskiej wywieziony do Moskwy, lecz nie zamordowany.
Analitykom tych tajnych planów zdawało się, że to pułapka (jak D. Rohnkemu), tymczasem był to świadomie podjęty „długi marsz” skompromitowane- go bolszewizmu ku bramom kapitalizmu, długi marsz z gałązką pokoju, ale na warunkach wzajemnej konwergencji.
Proklamowano „odprężenie”, czyli zawieszenie ognia jako warunek wspólne- go marszu ku sobie po wyjściu z okopów.
Zachód (USA) rewanżował się pomocą materialną i finansową – płynęły szerokim strumieniem pożyczki i zboże.
Gierek także brał pożyczki i jego dworzanie z pewnością nie domyślali się, skąd ta nagła szczodrość niedawnego wroga.
Henry Kissinger w wywiadzie udzielonym Radkowi Sikorskiemu wprawdzie twierdził, że była to świadoma polityka „kija i marchewki„, ale tak naprawdę, był to „haracz” za oszukańczą maskę „ludzkiej twarzy” sowieckiego komuniz mu.
W 1980 roku doradca ekonomiczny Gorbaczowa Abel Angabegian przedstawił mu dane, z których wynikało, że wzrost gospodarczy Sowietów jest zerowy
Osiem lat później CIA ustaliła, że informacje te były celowo fałszywe, dezinfor mująceale kogo dezinformujące?
Kiedy my w Polsce w 1981 roku liczyliśmy na śmiertelne zmagania Sowiecji z „demokratycznym” Zachodem, Breżniew podczas wizyty w Niemczech powie dział jakże obiecująco:
W tym samym czasie zadawaliśmy sobie dramatyczne pytanie: Wejdą czy nie wejdą?! Po co jednak mieliby wchodzić na gąsienicach czołgów do tego „wspólnego europejskiego domu?”
Za czasów Gorbaczowa ten „wspólny europejski dom” stał się monotonnym sloganem, skwapliwie podchwyconym przez zachodnioeuropejską elitę elit, która już wiedziała co jest „grane” na szczytach.
Formuły o „wspólnym europejskim domu” po raz pierwszy użył Gorbaczow podczas przemówienia w brytyjskiej Izbie Gmin – był 1984 rok.
A my musieliśmy jeszcze czekać ponad cztery lata, aby wtajemniczeni w bezpieczniacką „konwergencję” polityczni oszuści zasiedli do Okrągłego Stołu i udawali, że spierają się ze swymi „starszymi braćmi” o kształt przyszłej Pol- ski.
Był on tymczasem zaklepany na zachodzie już co najmniej przed dziesięciu laty i to w szczegółach. Oficjalnie natomiast Gorbaczow nadal krytykował USA;
1. Zob.: http://.antyk.org.pl/ojczyzna/unia/zatrute-źródła-6.htm 2. Tamże.
Co wkrótce nie przeszkodziło mu w przeniesieniu się na stałe do kraju tego prymitywizmu i pornografii.
Nadchodziła integracja Rosji z Europą.
Reagan z Gorbaczowem dobili targu: my was pokochamy, a wy zgodzicie się na zjednoczenie Niemiec.
A nam się wciąż wydawało, że Rubikonem jest zgoda na Wolne Związki Zawodowe w Polsce, współwładza „Solidarności” z komunistami, „konstruktywnej opozycji” z „konstruktywną lewicą”.
Od Europy zjednoczonej po Pacyfik, od wspólnego domu europejskiego Gorbaczow szybko ewoluował na piewcę zjednoczonego globalizmu, rządu światowe go. Już w 1992 roku oznajmił:
Tym samym potrzebne są formy globalnego systemu bezpieczeństwa.
I natychmiast w te same globalistyczne tony uderzył Edward Szewardnadze, były szef KGB, zwany w Gruzji „rzeźnikiem z Tbilisi”. Uznał, że nieunikniona staje się racjonalna organizacja ludzkiej egzystencji (egzystencjonalista!) na poziomie globalnym:
I o dziwo, w te same tony uderzył sławny „dysydent” sowiecki Sacharow – co już znamy.
Ofiara systemu i jego żandarmi nagle podają sobie ręce we wspólnym marszu do Europy i globalnego zjednoczenia.
Konwergencja, spotkanie w połowie drogi po wyjściu z okopów stało się faktem.
I nikogo już nie dziwiło, a powinno, że już w 1975 roku w helsińskiej pierwszej Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE) Związek Sowie- ckizostał zaproszony do tej organizacji na prawach wspólnego głosu pod wa- runkiem respektowania „praw człowieka” w krzepkim jeszcze Sowłagrze.
O prawach człowieka w ZSRR szybko zapomniano, natomiast Sowiety skutecznie w tym czasie przezbroiły się, uzyskując przewagę militarną nad Zachodem. Dokument helsiński sankcjonował rolę ZSRR jako głównego hegemona w Europie. Jałta i Poczdam w nowej odsłonie.
Idea europejskiej struktury „obronnej” (przed kim?) zrodziła się jeszcze wcześniej i wyszła z głowy Breżniewa.
Kiedy Reagan rok później składał wizytę w Rumunii rzekomo znajdującej się w gniewnej niełasce Kremla, Ceaucescu złożył Reaganowi tę samą propozycję.
Sformułowania o „Europie od Atlantyku do Uralu” po raz pierwszy użył de Gaulle w okresie Zimnej Wojny, ale uczynił to tylko na złość Stanom Zjednoczonym, pragnął bowiem wyzwolić się spod przemożnej kurateli USA w Euro- pie.
Podchwycił to Gorbaczow wiele lat później, lecz w jakże innej intencji i konstelacji politycznej.
Dziś wspólny europejski dom jest aktualny jak nigdy, ale już w innej konfiguracji strategicznej. Wspólny dom od Atlantyku do Uralu buduje Unia Europejska czyli jej lokomotywa – Niemcy i także w coraz wyraźniejszej opozycji do USA, czego namacalnym dowodem jest rosyjsko-niemiecka rura gazowa pod dnem Bałtyku, „zaklepana” bez zgody Unii Europejskiej i na przekór Stanom Zjednoczonym oraz jej skundlonemu wasalowi – rządowi „Czwartej RP”.
Ten nowy pakt Ribbentrop – Mołotow poszedł tak ostentacyjnie na całość, że Niemcy mają stać się jedynym redystrybutorem rosyjskiego gazu do innych państw Unii!
A mówią, że historia się nie powtarza. I rzekomo nigdy nie wchodzi się do tej samej rzeki.
Zbrojni w tę wiedzę o tajnych porozumieniach wielkich tego świata, możemy wreszcie przejść do polskiej tragifarsy pod nazwą „Solidarność”.
Do groteskowego mitu o obaleniu komunizmu za pomocą „spontanicznego” zrywu stoczniowców. I mitu o Wałęsie – jednoosobowym pogromcy komunizmu.
Przechodzimy do „Trzeciej RP”, w której komuniści nic nie stracili, a zyskali miliardy, podobnie jak żydokomuniści sowieccy, którzy w piorunującym tempie przechwycili ponad 50 procent zasobów finansowych upadłego molocha, jego nieprzebrane bogactwa naturalne z ropą i gazem na czele.
Pierestrojka żydowskich enkawudzistów i kagiebistów sowieckich w światłych demokratów-globalistów-milionerów, została skopiowana w PRL-bis.
Jakie to proste. I jakie smutne.
Tamci nurkują ze swoich ekskluzywnych jachtów na Morzu Śródziemnym w rejonach rajów podatkowych,
Z piekła dochodzi chichot Lenina, Marksa, a nade wszystko Gramsciego.
Golicyn zapowiedział, że główną rolę w kontrolowanych pierestrojkach będzie grała bezpieka. Wiedział co mówił.
Właśnie rozpoczynał się wewnętrzny „długi marsz” KGB do władzy nad Sowłagrem, nad partią i wojskiem.
„Proroctwo” Golicyna w pełni potwierdziło się na gruncie polskiej pierestrojki.
Drogę do Okrągłego Stołu od samego początku torowała Bezpieka, organizując, kontrolując ruch solidarnościowy od wewnątrz i majstrując Okrągły Stół.
Można z sarkazmem stwierdzić, że drogę do „wolności” tak naprawdę utorowała nam Bezpieka. Trudno w to uwierzyć, ale tak właśnie było.
Najlepszym tego potwierdzeniem są gorzkie żale Edwarda Gierka i premiera Piotra Jaroszewicza w następnym rozdziale.
W sobotnio-niedzielnym dodatku „Dziennika” – „Europa” z 3 marca 2007 ro- ku, charakteryzowali Rosję Putina dwaj adwersarze:
Wśród przeciwstawnych ocen w jednym się zgadzali, a uściślił to W. Bukowski:
Bukowski jest w takim samym stopniu przeciwnikiem Unii Europejskiej, jak i współczesnej Rosji symbolizowanej przez Putina.
Obaj natomiast pośrednio potwierdzili „proroctwa” Golicyna z pierwszej po- łowy lat 60. o zbliżającej się konwergencji dwóch rzekomo wrogich sobie systemów gospodarczych, politycznych i ideologicznych – kapitalizmu i komunizmu sowieckiego.
Natomiast ani jeden z tych znawców Rosji sowieckiej i posowieckiej nie odważył się postawie kropki nad „i” by stwierdzić, że tak naprawdę nie było zadnej „konwergencji„, żadnego wyjścia z okopów i spotkania w połowie drogi.
Była to jednostronna dalekosiężnie zaplanowana inwazja syjonistycznego globalizmu na Rosję, jej ponowne opanowanie i rozgrabienie.
Konwergencja miała swój dokładny odpowiednik w posoborowej konwergencji religii, zwanej„ekumenizmem”.
W praktyce była to inwazja na dogmaty wiary chrześcijańskiej, jej totalne ni- szczenie przez relatywizację.
Chrześcijaństwo wyszło z okopów z gałązką „dialogu”, a tamci zasypali je dywanowym ogniem modernistycznego nowinkarstwa.
A działo się to dokładnie jednocześnie z „konwergencją” bolszewickiego Sowłagru.
C.D.N. Jesteśmy w trakcie konwersji tekstu książki i opracowywania wersji internetowej – redakcjapolonica.net
http://abelikain.blogspot.se/2015/02/grabarze-polskiej-nadziei-1980-2005.html?view=magazine






