Rz 1221 Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!
"Dobrem zła nie czyń",
Taką mądrość można, należy powiedzieć większości Polaków. Powszechne zawołanie (Rz1221) jest nielogicznie tłumaczone otumanionym wiernym, bo zła nie można zwyciężać złem. Pan Jezus wyjaśnił to nam własnymi słowami.
Polska tolerancja i pomoc żydom w potrzebie jest źródłem strasznego zła w Polsce i na świecie.
A my w dodatku tym się chełpimy, czym przysparzamy siebie pogardę narodów, a największą pogardę wśród żydów.
Red. Gazeta Warszawska
Przyslal Janusz G
W zimny styczniowy dzień w 1988 r. tłum przed kanadyjskim sądem najwyższym skanduje: „Henry, Henry, Henry”. Niski, brodaty okularnik unosi dwa palce w geście zwycięstwa. Sąd właśnie uznał, że nie tylko życie i zdrowie Kanadyjek, ale także ich priorytety i aspiracje są ważniejsze od płodu. – To najszczęśliwszy dzień w moim życiu – mówi dziennikarzom ginekolog Henry Morgentaler.
Polski Żyd, który przetrwał Auschwitz i Dachau, przez 20 lat łamał kanadyjskie prawo, bo uważał, że jest niesprawiedliwe.
Koledzy obrzucali kamieniami
Henryk Morgentaler urodził się 14 marca 1923 r. w Łodzi w rodzinie z klasy robotniczej. Józef był tkaczem, Golda szwaczką, a oboje bundowcami, żydowskimi socjalistami, i trójkę dzieci wychowali na ateistów. – Filozofią mojej rodziny była sprawiedliwość społeczna, idea braterstwa i siostrzeństwa ludzi – powie później.
W międzywojennej Łodzi – gdzie Żydzi stanowili około jednej trzeciej populacji, a ich katoliccy sąsiedzi dawali im odczuć, że nie są mile widziani – wiara w owe ideały wymagała niejakiego samozaparcia. Henryk nie lubił chodzić do szkoły, bo polscy koledzy, zdarzało się, obrzucali go kamieniami. – To było normalne – wzruszy ramionami jego pierwsza miłość Chava Rosenfarb, która wychowała się w tej samej dzielnicy. Sama, choć później zostanie jedną z nielicznych pisarek tworzących w jidysz, pierwsze wiersze pisała po polsku. – Polski nadawał się na wiersze miłosne, jidysz na proletariackie. Jidysz był moją skórą, polski sekretnym językiem, arystokratycznym i romantycznym.
Gdy Łódź znalazła się pod okupacją niemiecką, Morgentalerowie i Rosenfarbowie poszli do getta. Ojciec Henryka, lider związkowy, zginął pierwszy. Starszą siostrę Gitlę zamordowano w Treblince. Henryk z młodszym Mumkiem i matką przetrwali, pracując w fabryce broni, do ostatecznej ewakuacji getta w sierpniu 1944 r. Próbowali się schować w skrytce za fałszywą ścianą i nawet przetrwali w niej dwa dni, ale zostali znalezieni, wpakowani w bydlęce wagony i wywiezieni do Auschwitz. Podczas selekcji matkę przeznaczono do natychmiastowej likwidacji, młodych i w miarę silnych chłopaków wysłano do Dachau.
Gdy pod koniec kwietnia 1945 r. przyszli Amerykanie, 22-letni Henryk ważył 32 kg, stracił zęby.
Ocalałem, więc się zrewanżuję
Studia medyczne zaczął jeszcze w Niemczech, po kilku miesiącach rekonwalescencji. – Zawsze chciałem być lekarzem. Kolejnym Ludwikiem Pasteurem, pomagać ludzkości – powie później. Dołączyła do niego Chava, ocalona z Auschwitz. Oboje nie widzieli dla siebie przyszłości w Polsce Ludowej i w 1950 r. wyemigrowali do Kanady, z trzema kartonami książek o psychologii i 20 dolarami w kieszeni.
Henryk zdobył dyplom, nauczył się angielskiego i francuskiego, zgubił „k” w imieniu i przez 15 lat pracował jako internista – choć porody też mu się zdarzało odbierać – w robotniczej dzielnicy Montrealu. – Czasem stykałem się z problemem aborcji, ale wiedziałem, że nic nie mogę zrobić, przerywanie ciąży było nielegalne, mogłem iść do więzienia na resztę życia. A w szpitalach były wtedy całe oddziały dla kobiet, które same bądź nielegalnie przerwały ciążę – stwierdzi.
W połowie lat 60. Morgentaler miał dom, pracę, żonę, dwójkę dzieci i kochankę (romansowa natura, wyjaśniał, to wina młodszego brata: matka poświęcała niemowlakowi więcej czasu, więc uznał, że kocha go mniej, i od tego czasu zawsze „potrzebował miłości kobiety”; czasem więcej niż jednej). Wiódł niezłe życie klasy średniej – ale nie był szczęśliwy. Męczyły go koszmary i poczucie winy: większość rodziny zginęła, dlaczego on nie? Chciał jakoś swoje ocalenie uzasadnić.
Dołączył do montrealskiego Bractwa Humanistycznego, organizacji idealistów i wolnomyślicieli, z mottem z Bertranda Russella: „Dobre życie opiera się na miłości i rozumie”. Po roku Morgentaler, dziecko bundowców, które wreszcie poczuło się u siebie, został jego szefem. – I pomyślałem: co by tu zrobić, żeby nasze ideały realizować w praktyce?
Frankofoński Quebec, do lat 60. ultrakatolicki – religia, jak w Polsce pod zaborami, była niezbywalnym składnikiem tożsamości w prowincji otoczonej anglojęzycznymi protestantami – właśnie wchodził w czas przyspieszonej sekularyzacji. Dyskutowano o roli Kościoła, świeckości szkół, rozwodach, kontroli urodzeń. Morgentaler w tych debatach bronił postępu. I szybko skupił się na kwestii aborcji.
Aborcja na żądanie w pierwszym trymestrze
W 1967 r. jego kolega z Bractwa Pierre Trudeau został ministrem sprawiedliwości – rok później premierem – i z marszu zaproponował legalizację rozwodów, dekryminalizację antykoncepcji i umiarkowaną liberalizację prawa aborcyjnego. Zamiast absolutnego zakazu przerywanie ciąży miało być legalne w przypadku zagrożenia życia i zdrowia kobiety – ale tylko wtedy, gdy zabieg będzie przeprowadzony w szpitalu, a zatwierdzi go specjalny komitet. Podczas wysłuchania w parlamencie Morgentaler przekonywał, że to za mało: kobiety w pierwszym trymestrze ciąży powinny mieć prawo do aborcji na żądanie. – Ale tak bez podawania powodów? – członek komisji myślał, że się przesłyszał.
Morgentaler zdecydowanie wyprzedzał czasy: idea, że kobieta miałaby mieć prawo do decydowania o sobie tak po prostu, w kanadyjskiej polityce A.D. 1967 była mniej więcej tak popularna jak w polskiej A.D. 2021. Ustawa przeszła w rządowej wersji. Ale Henry został zauważony. Głównie przez Kanadyjki, które nie chciały czekać do ośmiu tygodni, aż komitet rozpatrzy ich sprawę, i zaczęły prosić o pomoc tego empatycznego i rozsądnego lekarza z brodą hipisa i wschodnioeuropejskim akcentem.
Początkowo odmawiał. – Mówiłem: współczuję pani, ale nie mogę pomóc. Stracę prawo do wykonywania zawodu, trafię do więzienia, a mam rodzinę na utrzymaniu – wspominał. Ale prośby dalej spływały, podobnie jak relacje kobiet, którym odmówił zabiegu, a one zrobiły go i tak. Wahał się dwa miesiące, czując się coraz bardziej jak tchórz i hipokryta. – Zdecydowałem się łamać prawo, bo kobiety umierały z rąk rzeźników i niekompetentnych konowałów. To prawo było barbarzyńskie, niesprawiedliwe i okrutne. Byłem w obozie koncentracyjnym, wiedziałem, czym było cierpienie. Jeśli mogłem to cierpienie zmniejszyć, czułem się całkowicie usprawiedliwiony.
Tak rozpoczęła się „największa przygoda mojego życia – tak, stało się stresujące, ale żyłem zgodnie z głoszonymi przez siebie zasadami”.
Publiczna telewizja filmuje aborcję
Pierwszą ciążę przerwał w 1968 r. osiemnastoletniej córce przyjaciółki. W następnym otworzył w Montrealu w pełni wyposażoną klinikę, która oferowała aborcje w pierwszym trymestrze. Jako pierwszy w Ameryce Północnej stosował metodę próżniową, bezpieczniejszą od łyżeczkowania. Nie reklamował swoich usług, ale też specjalnie nie ukrywał. Nielegalne zabiegi uznał za akt obywatelskiego nieposłuszeństwa. – Własnej matki nie zdołałem ocalić. Ale mogłem ratować inne matki. To było jak nakaz: jeśli pomogę kobietom mieć dzieci tylko wtedy, gdy mogą dać im miłość i opiekę, te dzieci nie wyrosną na gwałcicieli i morderców. Nie zbudują obozów koncentracyjnych.
Po raz pierwszy trafił do aresztu już w 1970 r. Jak tylko wyszedł, wrócił do zabiegów; raz zaprosił nawet publiczną telewizję, by sfilmowała całą procedurę; stacja pokazała program w Dzień Matki. Publicznie, na konwencji Canadian Women’s Coalition to Repeal the Abortion Law, zadeklarował, że przez cztery lata zrobił 5 tys. bezpiecznych, choć nielegalnych aborcji. Wysłał do premiera Trudeau list, w którym napisał, co robi, jak i dlaczego nie zamierza przestać. Prowokował państwo do reakcji.
Doczekał się jej w 1973 r., gdy po raz pierwszy stanął przed sądem. Był już tak znany, że demonstracje w jego obronie i marsze przeciwników „mordercy dzieci” odbyły się w całym kraju. – Stanąłem przed ławą przysięgłych, a ona mnie uniewinniła. Wydawało się, że nie mam wiele wspólnego z ławnikami – oni byli katolikami z robotniczych dzielnic, ja żydowskim imigrantem, ateistą i humanistą, który nie przysięgał na Biblię, ale mi uwierzyli.
Oskarżenie w trzech procesach nie zdołało przekonać ławników, że ginekolog robił coś złego, łamiąc złe prawo. Za trzecim razem sąd apelacyjny ten werdykt anulował i wsadził lekarza na 18 miesięcy. Wyszedł po dziesięciu, po ataku serca, wychudzony, wymęczony i w długach – skarbówka dołożyła mu podatek za te 5 tys. aborcji.
Quebec w międzyczasie praktycznie aborcję zalegalizował – ogłosił, że nie będzie ścigać lekarzy – ale w pozostałych prowincjach zabiegi były wciąż nielegalne. Na początku lat 80. Morgentaler otworzył więc nielegalne kliniki w Toronto i Winnipeg, niedługo później znów dostał zarzuty (prokurator mówił potem, że nawet od katolików, ba, od własnych rodziców słyszał pytania, po co go ściga). Tym razem proces zakończył się w sądzie najwyższym. Właśnie weszła w życie nowa konstytucja, z Kartą Praw i Wolności, a sędziowie musieli zdecydować, czy mieści się w niej prawo do aborcji.
W 1988 r. sędziowie stosunkiem głosów pięć do trzech uznali, że mieści. I to do aborcji na żądanie. Przewodniczący Brian Dickinson uzasadniał: „Zmuszanie kobiety, pod groźbą sankcji karnej, do donoszenia płodu, jeśli nie spełnia pewnych kryteriów, które nie mają nic wspólnego z jej własnymi priorytetami i aspiracjami, jest głęboką ingerencją w jej ciało, a tym samym naruszeniem jej osobistego bezpieczeństwa”. – Wyrok potwierdzał wszystko, w co wierzyłem: dał kobietom status pełnoprawnych istot ludzkich zdolnych do podejmowania decyzji dotyczących własnego życia – podsumował Morgentaler.
Stałem się celem i muszę z tym żyć
Ale 65-letni lekarz nie przeszedł na emeryturę. Co prawda aborcja została zdekryminalizowana na szczeblu federalnym, lecz nie wszystkie Kanadyjki miały do niej dostęp: wciąż było za mało lekarzy, za mało szpitali przeprowadzających zabiegi, no i w wielu prowincjach kobiety musiały płacić za nie z własnej kieszeni.
Przez kolejne niemal 20 lat Morgentaler jeździł po kraju, otwierał kliniki w konserwatywnych wschodnich prowincjach i pozywał ich rządy, domagając się refundacji aborcji. No i robił zabiegi – przestał dopiero w 2006 r., w wieku 83 lat, po poważnej operacji serca.
Przemieszczał się w kamizelce kuloodpornej – kanadyjskie ruchy anti-choice zaczęły kopiować taktyki swoich południowych sąsiadów i dostawał stosy listów z pogróżkami. Raz został zaatakowany przez mężczyznę z ogrodniczymi nożycami. Innym razem klinika w Toronto została obrzucona bombami zapalającymi. Morgentaler: – Stałem się celem i muszę z tym żyć. Ale jestem ogromnie zadowolony, że moje życie nie poszło na marne i że mogłem pomóc wielu osobom. To jest moje dziedzictwo: w klinikach kobiety traktowane są z szacunkiem, godnością, ze zrozumieniem, współczuciem i kompetentnie.
Morgentaler do końca budził potężne kontrowersje. Gdy University of Western Ontario przyznał mu honorowy doktorat, darczyńca uczelni wykreślił z testamentu zapis o dwumilionowej dotacji, a 12 tys. osób podpisało petycję, by mu ten doktorat odebrać. Uniwersytet się nie ugiął. W 2008 r. otrzymał jedno z najwyższych państwowych odznaczeń: Order Kanady. W proteście swoje ordery oddało kilku wcześniejszych nagrodzonych, w tym kardynał Jean-Claude Turcotte.
Morgentaler zmarł w 2013 r., w wieku 90 lat. Żegnała go trzecia żona – sporo nekrologów wspominało, że zmarły był „babiarzem” – i czwórka dzieci. Przedstawiciele ruchów antyaborcyjnych wyrazili ubolewanie, że przed śmiercią się nie nawrócił.
Katarzyna Wężyk
Polski Żyd ocalony z Dachau: Przez cztery lata wykonałem pięć tysięcy nielegalnych aborcji
https://dzismis.com/2021/12/08/polski-zyd-ocalony-z-dachau-przez-cztery-lata-wykonalem-piec-tysiecy-nielegalnych-aborcji/







