Ekspert nie kryje goryczy. "Lekceważenie, a może również spore deficyty empatii" - "...nie rzucajcie swych pereł przed świnie..."

 

Ewangelia (Mt 7, 6-11)

6Nie dajcie tego, co święte psom i nie rzucajcie swych pereł przed świnie,

by ich nie podeptały swoimi nogami i was, obróciwszy się, nie rozszarpały.

 

Biblia Pierwszego Kościoła

Septuaginta

Tłumaczenie: x. Remigiusz Popowski SDB

   Ekspert rozgoryczony – ho, ho..., to jakiś postęp, bo wcześniej mieliśmy "zdziwionych".

  Jak nauczał św. Tomasz z Akwinu: spoufalanie się prowadzi do pogardy - i Polacy poczuli to ma własnych plecach, a to dobrze! - Nie rozumiesz rozumem, słowem, to zrozumiesz knutem na plecach!

Bydło ukraińskie, które nie jest żadnym narodem, ale żydowskim koczownictwem - ma być trzymane na dystans, na odległość strzału z karabinu, inaczej nas zje.

Proste nauki z Ewangelii, nauki Ojców Kościoła, uczyć się!

 

Red. Gazeta Warszawska

 

+

 

Dekret prezydenta Zełenskiego świadczy albo o krótkowzroczności oraz kompletnym zlekceważeniu polskiej wrażliwości i pamięci historycznej lub o braku kompetentnych doradców w obszarze złożonych relacji polsko-ukraińskich lat czterdziestych XX wieku. Doradców, dodajmy, obdarzonych pogłębioną refleksją nad trudną przeszłością, jak również empatią wobec polskiego sąsiada i najbliższego sojusznika - mówi historyk dr Mariusz Zajączkowski.

 
 
 
Historyk dr Mariusz Zajączkowski (w kółku) nie kryje goryczy. "Lekceważenie, a może również spore deficyty empatii". Na dużym zdjęciu Wołodymyr Zełenski
 

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał jednemu z oddziałów wojskowych – Centrum Specjalnych Operacji Północ – imię Bohaterów UPA, której oddziały w latach 1943–1945 wymordowały dziesiątki tysięcy polskich cywilów na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Miesiąc wcześniej polscy i ukraińscy historycy spotkali się w Baranowie Sandomierskim, m.in. żeby odbudowywać zamrożony w 2017 r. z powodów politycznych dialog historyczny w obszarze dramatycznej wspólnej historii Polaków i Ukraińców w czasie II wojny światowej i we wczesnych latach powojennych.

Historyk dr Mariusz Zajączkowski, specjalista od stosunków polsko-ukraińskich, nie kryje zdumienia i goryczy: wydaje się, że prezydent Zełenski powinien wiedzieć, z jakimi wydarzeniami dla Polaków kojarzy się nazwa UPA, a mimo to podjął taką, a nie inną decyzję. Jego zdaniem ktoś w jego otoczeniu wykazał się brakiem pogłębionej refleksji, w jaki sposób postrzegane jest zbrojne ramię OUN-B – partyzantka UPA przez dużą część polskiego społeczeństwa. Uważa, że to niestety dowodzi zbagatelizowania / zlekceważenia problemu, a może również sporych deficytów empatii wobec narodu, który od pierwszego dnia pełnoskalowej agresji rosyjskiej wspiera Ukrainę. A ukraińska infosfera temu przyklasnęła.

Co z relacjami Warszawa-Kijów? "Po pierwsze grać po partnersku"

 

Mateusz Lachowski, Wirtualna Polska: Jak pan jako historyk specjalizujący się w stosunkach polsko-ukraińskich ocenia decyzję prezydenta Zełenskiego o nadaniu brygadzie wojskowej nazwy Ukraińskiej Powstańczej Armii?

Dr Mariusz Zajączkowski: Decyzja prezydenta Zełenskiego jest bez wątpienia politycznym błędem. Tym bardziej niezrozumiałym, że trudno wyobrazić sobie, żeby prezydent Ukrainy i jego najbliższe otoczenie nie wiedzieli, z czym wiąże się w polskiej pamięci historycznej, więcej, jak wpływa na polską wrażliwość nazwa Ukraińska Powstańcza Armia. To nie jest symbol neutralny. To nie jest symbol, który można po prostu przenieść na zupełnie inny grunt bez żadnych konsekwencji.

Polacy nie patrzą na historię UPA w ten sam sposób co Ukraińcy. Polska pamięć skupia się przede wszystkim, a może wyłącznie na początkowym, najbardziej dramatycznym etapie działalności tej formacji. Na tym, co wydarzyło się na Wołyniu, w Galicji Wschodniej, na południowo-wschodniej Lubelszczyźnie w latach 1943–1945 w czasie tzw. akcji antypolskiej OUN-B i UPA. To jest dla polskiej pamięci zbiorowej jedno z najbardziej traumatycznych doświadczeń II wojny światowej. I że prezydent Zełenski tego nie wiedział albo zlekceważył – to jest rzecz, której nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć.

Czy premier naprawdę musi zajmować się Ukraińcem znad Morskiego Oka? [OPINIA]
Czy premier naprawdę musi zajmować się Ukraińcem znad Morskiego Oka? [OPINIA]

A jednak ta decyzja zapadła. Czy mógłby pan nakreślić kontekst – co się działo w polsko-ukraińskim dialogu historycznym w ostatnich miesiącach przed tym dekretem?

I właśnie ten kontekst sprawia, że jestem jeszcze bardziej zdumiony i rozgoryczony. Przez wiele lat, od 2017 r., oficjalne kontakty historyków polskich i ukraińskich zajmujących się najtrudniejszym okresem wspólnej historii były zamrożone. Wynikało to z decyzji politycznych, którym towarzyszyły niekończące się spory interpretacyjne dotyczące dramatycznego okresu lat czterdziestych XX wieku między polskim a ukraińskim IPN-em.

Ponadto z licznych zaniechań urzędniczych, braku kompetentnych i kluczowych decyzji dotyczących ukraińskich upamiętnień w Polsce, w tym zdewastowanych upamiętnień legalnych przez "nieznanych sprawców", w istocie przez osoby wywodzące się ze środowisk radykalnych nacjonalistów i narodowych bolszewików, którzy często nie kryli swoich sympatii do putinowskiej Rosji. Na to nakładały się dewastacje niektórych polskich upamiętnień na terytorium Ukrainy. Wspomniane ekscesy były prawdopodobnie rosyjskimi prowokacjami obliczonymi na zaognianie relacji polsko-ukraińskich, w co niestety decydenci z obu stron dali się wciągnąć.

Wreszcie od 2017 r. mieliśmy również długotrwałe moratorium ukraińskie na poszukiwania, ekshumacje i godne upamiętnienie szczątków ofiar antypolskiej akcji OUN-B i UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, które było następstwem swoistej polsko-ukraińskiej wojny pomnikowej, jaką bardzo skutecznie podpalały prorosyjskie środowiska, w tym agentura wpływu, oraz populistyczni nacjonaliści, w tym niestety również niektórzy nieodpowiedzialni politycy, zaangażowani publicyści czy środowiskowi aktywiści, tak polscy, jak i ukraińscy.

To wszystko zaczęło się zmieniać pod koniec 2024 r., kiedy zapadły decyzje o odblokowaniu wspomnianego ukraińskiego moratorium. Na początku maja 2026 r., po długotrwałych przygotowaniach, odbył się Polsko-Ukraiński Kongres Historyczny w Baranowie Sandomierskim – wydarzenie ważne symbolicznie i merytorycznie. Jako historycy zrobiliśmy krok ku odmrożeniu, ku odnowieniu oficjalnego dialogu wokół spraw najtrudniejszych. Ten kongres dotyczył szerokiego spektrum zagadnień z dziejów tysiącletniego okresu sąsiedztwa polsko-ruskiego / polsko-ukraińskiego, niemniej w wielu momentach zdominowała go historia XX wieku, szczególnie dramat lat czterdziestych.

Rozgrzewanie antyukraińskich emocji? Putin lubi to! [OPINIA]

I w tym właśnie momencie – miesiąc po kongresie – prezydent Zełenski wydaje dekret z 26 maja. Rozumie pan, jak to wygląda z perspektywy kogoś, kto ten dialog starał się w miarę swoich skromnych możliwości budować wspólnie z innymi historykami, w moim przypadku od 25 lat?

Pojawiły się informacje, że pierwotnie w otoczeniu Zełenskiego rozważano nadanie brygadzie imienia "Kłyma Sawura" – jednego z bezpośrednich architektów rzezi wołyńskiej. Jak pan to odbiera?

Jeszcze gorzej. Gdy słyszę, że pierwotnie padł pomysł z "Kłymem Sawurem" – wspomniał o tym w niedawnym wywiadzie dla "Newsweeka" profesor Jarosław Hrycak – naprawdę nie wiem, co myśleć. "Kłym Sawur", czyli Dmytro Kljaczkiwski, to człowiek, który w pełni odpowiada za zbrodnię wołyńską w latach 1943–1944, za śmierć na Wołyniu – według polskich szacunków – od około 40 do 60 tys. cywilów i wypędzenie następnych ponad 100 tys. Polaków, w tym kobiet, dzieci i starców. Był jednym z głównych decydentów w podziemiu banderowskim, który wydawał rozkazy do antypolskiej akcji. To są twarde fakty historyczne, których nie można pomijać ani tym bardziej wybielać czy zaklinać.

Jeżeli ktoś w otoczeniu Zełenskiego wpadł na taki pomysł, to świadczy albo o jego porażającej ignorancji, albo o krótkowzroczności i zupełnym braku empatii wobec strony polskiej – wobec swojego sojusznika – lub może nawet o prowokacji rosyjskiej. Przecież było wiadomo, jak strona polska zareaguje na taką nazwę. To jest kwestia elementarnej wiedzy o tym, co dla polskiej pamięci historycznej jest absolutnie nie do przyjęcia.

Mówi pan o prowokacji rosyjskiej – to poważne oskarżenie. Czy naprawdę uważa pan, że w otoczeniu ukraińskiego prezydenta mogą działać osoby inspirowane przez Moskwę?

Nie twierdzę, że tak jest – mówię, że to jedna z możliwości, której nie można wykluczyć, gdy patrzy się na efekty tej decyzji. Proszę zobaczyć, co się wydarzyło: wzrost nastrojów antyukraińskich w polskim społeczeństwie, wzmocnienie środowisk ukrainosceptycznych, paliwo dla nacjonalistycznej i prorosyjskiej narracji, tarcia między Polską a Ukrainą – między dwoma krajami, które są naturalnymi sojusznikami wobec rosyjskiej agresji. W czyim interesie jest rozbijanie tego sojuszu?

Jeśli nie prowokacja rosyjska, to nieodpowiedzialność lub ignorancja. Żadne z tych wytłumaczeń nie jest dobre. Każde jest niepokojące na swój sposób.

"Ukraina popełniła poważny błąd polityczny". Prezydent Zełenski nie docenił reakcji Polaków?
"Ukraina popełniła poważny błąd polityczny". Prezydent Zełenski nie docenił reakcji Polaków?

Zaskakuje pana to, że ukraińska infosfera – dziennikarze, komentatorzy, zwykli internauci – tak jednomyślnie broni tej decyzji?

To dowodzi jednej ważnej rzeczy: że w czasie wojny następuje naturalna radykalizacja nastrojów i nie ma miejsca na niuanse. Widzimy to w każdym konflikcie zbrojnym – emocje biorą górę nad refleksją, a przestrzeń na skomplikowane oceny historyczne kurczy się drastycznie.

Narracja ukraińska jest klarowna: UPA walczyła przeciwko Sowietom, walczyła o niepodległe państwo ukraińskie. Ukraińcy odbierają tę decyzję Zełenskiego jako gest antysowiecki i antymoskalski, nie - antypolski. Tyle że w Polsce ta narracja jest oceniana zupełnie inaczej, bo polska pamięć o UPA jest nierozłącznie związana z czymś zupełnie innym.

Od 2014 r., a szczególnie od 2022 r., symbolika UPA zaczęła przenikać na Ukrainę Centralną. Nacjonaliści, a nawet osoby o skrajniejszych poglądach, często okazywali się tymi, którzy bohatersko walczyli z Rosjanami. I to sprawia, że rozróżnienie między kultem UPA a patriotyzmem wojennym rozmyło się w ukraińskiej świadomości społecznej w sposób, który jest bardzo trudny do zakwestionowania z zewnątrz.

Czy była jakaś inna droga? Czy Zełenski mógł sięgnąć po symbolikę antyrosyjską i antysowiecką, która nie raziłaby tak bardzo po polskiej stronie?

Tak, i to mnie zdumiewa najbardziej w całej tej sprawie. Takie możliwości istniały – zupełnie realne, niewymagające żadnych intelektualnych akrobacji.

W Baranowie Sandomierskim historycy wspominali wprost o zbliżającej się 80. rocznicy wspólnej akcji zbrojnej polskiego i ukraińskiego podziemia w Hrubieszowie – operacji przeprowadzonej przeciwko Sowietom i aparatowi represji Polski Ludowej w nocy z 27 na 28 maja 1946 r., będącej następstwem rozejmów zawartych między polskim (poakowskim) i ukraińskim (banderowskim) podziemiem w maju i październiku 1945 r. na ziemi Lubaczowskiej i całej wschodniej Lubelszczyźnie, które powstrzymały wzajemny rozlew niewinnej krwi.

Co z odznaczeniem dla Wołodymyra Zełenskiego? Zbiera się Kapituła Orderu Orła Białego
Co z odznaczeniem dla Wołodymyra Zełenskiego? Zbiera się Kapituła Orderu Orła Białego

Proszę zauważyć: dekret Zełenskiego jest z 26 maja. Rocznica tej operacji – dwa dni później, 28 maja. Zbieżność, której nie można było zignorować. Do tej tradycji można się było odwołać: braterstwo broni przeciwko wspólnemu wrogowi, moment, gdy – mimo dramatycznej nieodległej przeszłości, wydawałoby się przepaści nie do zasypania – Polacy i Ukraińcy walczyli ramię w ramię. Dlaczego go nie wykorzystano – naprawdę nie wiem.

Jest też inna możliwość. UPA to nie jest jeden monolit. Na Polesiu i Wołyniu w okresie okupacji niemieckiej działała najpierw tzw. pierwsza UPA Tarasa Borowca "Bulby", odwołująca się do tradycji antybolszewickiej petlurowskiej partyzantki z lat dwudziestych XX wieku. W 1943 r. Borowiec stanął w wyraźnym sprzeciwie wobec banderowców – potępił masowe zbrodnie na polskiej ludności Wołynia. Odmówił w nich udziału. Banderowcy zamordowali jego żonę (z pochodzenia Czeszkę), siłą wchłonęli część jego partyzantów, i przejęli nośną nazwę UPA. Można było się odwołać do tej tradycji, pokazać, że jest w tej nazwie coś, co łączy, a nie dzieli. Tego również nie zrobiono.

Reakcja polskiej strony – w tym prezydenta Karola Nawrockiego – była bardzo ostra. Jak ją pan ocenia?

Reakcja prezydenta Nawrockiego jest według mnie przede wszystkim próbą budowania kapitału politycznego na błędzie prezydenta Zełenskiego i ukłonem w stronę części Konfederacji kojarzonej z Krzysztofem Bosakiem oraz Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, Włodzimierza Skalika czy Sławomira Zawiślaka. Decyzja prezydenta Zełenskiego była dla prezydenta Nawrockiego i jego środowiska politycznego swoistym prezentem oraz przysłowiową wodą na młyn dla środowisk nacjonalistycznych, antyukraińskich i jednocześnie prorosyjskich.

Uważam jednak, że ta histeria jest nieadekwatna do zdarzenia. Gdy bohaterami narodu ukraińskiego zostali oficjalnie ogłoszeni Roman Szuchewycz i Stepan Bandera, polska reakcja ze strony ośrodka prezydenckiego Lecha Kaczyńskiego była stanowcza, lecz merytoryczna – miała charakter dyplomatyczny. Teraz mamy do czynienia z nacjonalistyczno-populistyczną histerią i nieodpowiedzialnymi działaniami i gestami, które tylko podsycają nastroje antyukraińskie w Polsce. To jest bardzo zła, bardzo niebezpieczna droga. I te działania będą / są już paliwem dla rosyjskiej propagandy, która doskonale wie, jak je "właściwie" wykorzystać, w celu skłócenia Polaków i Ukraińców.

A co z polskim prawem do wyrażania niezadowolenia?

Oczywiście, że Polska ma to prawo. I należy to odróżnić od histerii. Mamy pełne prawo wyrażać zaniepokojenie i niezadowolenie wobec postaci i symboli związanych z antypolską akcją OUN-B i UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. To jest uzasadnione, normalne i konieczne z polskiego punktu widzenia.Decyzja Zełenskiego zbliżyła Tuska i Nawrockiego? Ekspert mówi wprost

Decyzja Zełenskiego zbliżyła Tuska i Nawrockiego? Ekspert mówi wprost

Jednocześnie musimy mieć świadomość pewnej granicy. Nie zmienimy panteonu bohaterów narodowych suwerennego państwa ukraińskiego. Niemniej możemy i powinniśmy oczekiwać od naszego sojusznika większej empatii, uwzględnienia polskiej wrażliwości. Polska jest jednym z głównych państw wspierających Ukrainę w tej części Europy. I mamy prawo oczekiwać, że Ukraińcy będą to brać pod uwagę. Ale ekspresja tego prawa powinna być merytoryczna, stanowcza i jednocześnie spokojna – niehisteryczna i nieobliczona na poklask nacjonalistycznej czy ukrainofobicznej widowni.

Skąd bierze się tak silna podwójna reakcja – ogromne oburzenie w Polsce i równoczesne zaskoczenie na Ukrainie, że Polacy są oburzeni?

To jest clou całego problemu. Ukraińcy budują narrację o UPA jako formacji czysto antysowieckiej i niepodległościowej. Zbrodnie na polskiej i żydowskiej ludności cywilnej są w tej narracji marginalizowane, pomijane albo relatywizowane poprzez zestawianie ich z działaniami innych stron konfliktu.

Tymczasem dla Polaków UPA oznacza przede wszystkim Wołyń 1943 r. Dziesiątki tysięcy zamordowanych cywilów – kobiet, dzieci, starców. Traumę pokoleniową głęboko zakorzenioną w pamięci wielu polskich rodzin. Ukraińcy odbierają polskie oczekiwania jako zamach na suwerenność swojej polityki historycznej. Polacy odbierają czczenie upowców jako zlekceważenie ofiar i wyraz niewdzięczności. Obie strony mówią zupełnie różnymi językami. Dlatego powiedziałem na początku, że to był błąd – bo dobry sojusz wymaga choćby minimum empatii i zrozumienia wobec partnera.

Co z Romanem Szuchewyczem? Jego imię nosi od 2017 r. jeden z mostów w Kijowie, a ulice jego imienia pojawiają się w kolejnych ukraińskich miastach. Czy to jest linia, której nie powinno się przekraczać?

Szuchewycz to przypadek szczególny i moja ocena jest jednoznaczna. Roman Szuchewycz jako głównodowodzący UPA wydawał rozkazy do antypolskiej akcji. Te zbrodnicze rozkazy się zachowały. To nie jest kwestia interpretacji ani domysłów. To są dokumenty, dodajmy, dokumenty sprawców antypolskiej akcji.

Polska energia – zarówno dyplomatyczna, jak i historyczna – powinna być skoncentrowana przede wszystkim na kwestii Szuchewycza i Kljaczkiwskiego oraz kulcie formacji odpowiedzialnych za masowe zbrodnie na cywilach. Wyraźne odrzucenie gloryfikacji zbrodniarzy jest kwestią moralną, nie tylko prawną i polityczną. Wydaje się, że nowoczesne państwo demokratyczne, jego klasa polityczna i społeczeństwo aspirujące do integracji z UE i NATO, boleśnie doświadczone rosyjskimi zbrodniami na cywilach, których symbolem są Bucza i Mariupol, powinny być gotowe do rozliczenia się z niełatwą własną przeszłością, jak również do napiętnowania, choćby w wymiarze symbolicznym, pewnych zbrodni raz na zawsze.

"Musi nam odpowiedzieć". Zełenski ujawnia kulisy listu do Putina
"Musi nam odpowiedzieć". Zełenski ujawnia kulisy listu do Putina

Wspomniał pan o ekshumacjach. Czy postęp w poszukiwaniach i godnym pochówku polskich ofiar rzezi wołyńskiej mógłby zmienić atmosferę w relacjach polsko-ukraińskich?

Poszukiwania i ekshumacje są potrzebne, by szczątki ofiar zbrodni wołyńsko-galicyjskiej mogły zostać w końcu po chrześcijańsku pochowane i godnie upamiętnione. To bardzo ważne, ponieważ każda ofiara powinna mieć oznaczony grób, swoje miejsce wiecznego spoczynku, a na nim krzyż. Tak, by rodzina mogła zapalić znicz na grobie, złożyć kwiaty, pomodlić się w ciszy i zadumie. To jest absolutne minimum. Jesteśmy to winni wszystkim tym, którzy stracili życie w bezsensownym konflikcie narodowościowym, który tak dramatycznie podzielił przed laty obywateli jednego państwa, mieszkańców polsko-ukraińskiego pogranicza etnicznego i kulturowego, sąsiadów, a nawet rodziny.

Moratorium ukraińskie na ekshumacje trwało od 2017 r. Zniesienie go w 2024 r. było krokiem w dobrą stronę. Ale do zrobienia jest jeszcze ogrom pracy. To długotrwały proces, obliczony na lata, może nawet na dekady. Niemniej musi być rozwiązany systemowo, w porozumieniu polsko-ukraińskim, bez urzędniczej spychologii i wzajemnego przepychania się instytucji. Nadto bez ulegania negatywnym emocjom oraz mitom i stereotypom z dawno – wydawałoby się – minionej epoki, które jedynie ten proces utrudniają i spowalniają.

Jak pan jako człowiek, który przez lata budował polsko-ukraiński dialog historyczny, czuje się po tym wszystkim? Kongres w Baranowie Sandomierskim, wspólne rozmowy, odbudowywanie zaufania – a miesiąc później ten dekret.

Środowisko, które reprezentuję – historycy, publicyści, aktywiści społeczni, ludzie zaangażowani w taki czy inny sposób w dialog polsko-ukraiński – ma pełne prawo czuć się rozczarowane i bezradne. Bo to nie jest poczucie chwilowego przygnębienia. To jest poczucie głębszej bezsilności: że mimo długoletnich starań, do głosu po obu stronach znowu dochodzą skrajności.

Ważniejsze są głośne krzyki, ważniejsze są głosy nacjonalistów i populistów niż głosy płynące centrum – od ludzi dobrej woli, którzy pragną normalizacji stosunków, zamknięcia najtrudniejszych rozdziałów historii i spokojnego patrzenia na teraźniejszość i przyszłość. W zaistniałej sytuacji środowisko ugodowców jest bezradne i rozgoryczone, bo jak by na nią nie spojrzeć, jest ona – delikatnie rzecz ujmując – nienajlepsza.

To, co się wydarzyło, wzmacnia przeciwników dialogu. Wzmacnia ukrainosceptyków w Polsce oraz środowiska prorosyjskie, nacjonalistów i szowinistów po obu stronach. I to jest może najbardziej bolesna konstatacja: że błąd jednej strony automatycznie staje się wygraną tych, którzy wcale nie chcą, żeby Polska i Ukraina rozumiały się dobrze.

"Bezczelność". Zełenski reaguje na atak koło Czarnobyla
"Bezczelność". Zełenski reaguje na atak koło Czarnobyla

Czy widzi pan jakieś wyjście z tej sytuacji?

Wyjście jest, choć wymaga dobrej woli po obu stronach i rezygnacji z doraźnych korzyści politycznych. Ukraina wywołała ten problem – i to Ukraina powinna zaproponować wyjście z sytuacji. Tym razem inicjatywa musi być po stronie Kijowa.

Możliwości jest kilka. Pierwsza: rekontekstualizacja. Po wizycie Kyryla Budanowa w Polsce Ukraińcy mogą to rozważać. Na przykład dopisanie do nazwy brygady czegoś, co zmieni jej odbiór, tj. podkreślenie oporu UPA przeciwko sowieckiemu totalitaryzmowi. Gdyby chodziło o wyraźne odwołanie do walki z komunistycznym reżimem, czy do petlurowskiej UPA Tarasa Borowcia "Bulby", która odżegnywała się od zbrodni dokonywanych przez partyzantkę banderowską na polskiej ludności Wołynia, stanowczo je potępiając, wydaje się, że sytuacja mogłaby wyglądać zgoła inaczej.

Druga: gesty ukraińskich polityków wobec ofiar zbrodni wołyńsko-galicyjskiej – pozbawione symetryzmu. Ta fałszywa symetria win - zestawianie ofiar SB OUN-B i UPA z ofiarami reakcji AK, BCh i polskich samoobron na akcję depolonizacyjną czy usilne doszukiwanie się, wbrew faktom, innych niż w rzeczywistości sprawców masakr na ludności polskiej na Wołyniu ("czarna sotnia", "siekiernicy", bulbowcy, inspiracja sowiecka w postaci czerwonych partyzantów podszywających się pod banderowców i jakoby dokonujących masowych zbrodni na polskich chłopach, inspiracja niemiecka etc.) - trwa od wielu lat. Jest próbą relatywizacji odpowiedzialności kierownictwa OUN-B i dowództwa podległej mu partyzantki UPA za popełnione zbrodnie na wołyńskich Polakach.

Trzecia: powrót do tego, o czym rozmawialiśmy w Baranowie Sandomierskim. Do rozejmu polsko-ukraińskiego z lat 1945–1947, do pamięci o wspólnej walce przeciwko wspólnemu wrogowi. Do tego, co łączy, zamiast do tego, co dzieli. Bo historia polsko-ukraińska to nie jest wyłącznie Wołyń 1943. To jest też tysiąc lat sąsiedztwa, setki lat wspólnego życia, wspólnych sporów i walk, wspólnego wychodzenia z opresji i dochodzenia do normalizacji, po prostu wspólnych losów.

Alternatywy dla dialogu nie ma. To jest jedyna droga. Żeby móc wywierać jakikolwiek wpływ na to, jak Ukraina kształtuje swoją politykę pamięci, trzeba z Ukraińcami rozmawiać. Izolacja, histeria, zawieszanie pomocy wojskowej – to wszystko uderza w polskie interesy i ukraińskie bezpieczeństwo jednocześnie. A za naszą wschodnią granicą toczy się pełnoskalowa wojna. W tej sytuacji rozbijanie sojuszu polsko-ukraińskiego to luksus, na który nie możemy sobie pozwolić.


Comments (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location