PUŁKOWNIK IGNACY MATUSZEWSKI

Article Index

Paradoksalne twierdzenie, że wojna, nawet nieszczęśli­wa, podtrzymuje bolszewizm, opiera się więc na zupełnej nieznajomości rosyjskich stosunków. Rozpowszechnienie i utrwalenie takiego przekonania jest dla Państwa Polskie­go podwójnie niebezpieczne. Po pierwsze przedstawia w fałszywym świetle polską akcję wojenną i budzi niechęć dla niej wśród tych sfer, które zasadniczo są i pozostaną bolszewizmowi wrogie. Po wtóre budzi szereg złudzeń co do warunków, które nastaną po ewentualnym zawar­ciu pokoju; maskuje fakt, że po tym zawarciu bolszewicy będą wciąż istnieli i korzystali z udzielonego im wytchnie­nia dla odtworzenia swej armii i przygotowania nowych napaści; może więc doprowadzić do niedających się napra­wić błędów w prowadzonej w stosunku do nich polityce" (Czy pokój obali bolszewizm?, Referat specjalny ppłk. Ignace­go Matuszewskiego, 10 X 1920 r., AAN, Attachaty wojskowe,

A II 65/1, k. 296-297).

Płk dypl. Ignacy Matuszewski (Narodowe Archiwum Cyfrowe).

 

Ignacy Matuszewski, dyrektor Depar­tamentu Administracyjnego Minister­stwa Spraw Zagranicznych, Warsza­wa 1927 r (NAC).

Nieszablonowość myślenia i inteligencja mjr. Ignace­go Matuszewskiego sprawiała, że jego autorytet przekra­czał granice podziałów środowiskowych i politycznych. Niedługo po zakończeniu rokowań ryskich, których efekt był dla Polski fatalny, gen. Władysław Sikorski, doceniając niezależność spojrzenia Matuszewskiego, napisał w opinii, że jest on człowiekiem „o niezwykłej inteligencji i silnej woli - gruntownej wiedzy fachowej i wybitnej zdolności decyzji". A ponadto „stanowi bardzo dodatni typ oficera. Ideowy i bezwzględnie prawy, nie zna kompromisu z włas­nym sumieniem" (CAW, I.122.99.8, Opinia gen. Władysława Sikorskiego o mjr. Ignacym Matuszewskim za 1921 r., k. 7). Matuszewski został wówczas odznaczony Orderem Virtuti Militari (V klasy) i czterokrotnie Krzyżem Walecznych. Absol­wenta Wyższej Szkoły Wojennej (rocznik 1923/1924) awan­sowano też do stopnia podpułkownika (25 października 1922 r.) i pułkownika dyplomowanego (1 grudnia 1924 r.).

Pozycja Matuszewskiego w armii była poważna, początkowo więc wydawało się, że kiedy Piłsudski i piłsudczycy stopniowo tracili wpływy w wojsku i rządzie po

  • , nie zostanie on pozbawiony stanowisk. Stało się inaczej. W lipcu
  • stracił stanowiska szefa Oddziału II i został przeniesiony do rezerwy w związku z urlopem zdrowotnym. W grudniu 1924 r. skierowano go na niezbyt znaczącą wówczas placówkę attache wojskowego przy Poselstwie RP w Rzymie, co jego przełożeni z Oddziału II (związani z obozem narodo­wym) trafnie skwitowali jednym zdaniem: „Nie miał na placówce w Rzymie możliwości wybitnej pracy, do której miałby zdolności". Toteż kiedy Józef Piłsudski zdecydował się na odzyskanie władzy w drodze zamachu stanu w maju 1926 r., kazał „niezwłocznie odwołać" z Rzymu płk. Matuszewskie­go w związku z „koniecznością użycia" „do służby w kraju". Matuszewski przez blisko dwa lata „filtrował" z ramienia Oddziału II Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w którym pełnił funkcję dyrektora Departamentu Admi­nistracyjnego. Swoją służbę w MSZ zakończył jako poseł i minister pełno­mocny RP w Budapeszcie (1928-1929). W styczniu 1929 r. został ostatecznie przeniesiony do rezerwy (z dniem 31 października 1928 r.). Uporządkował też swoje sprawy osobiste. Po unieważnieniu małżeństwa ze Stanisławą Kuszelewską, poślubił wkrótce Halinę Konopacką, pierwszą polską złotą medalistkę olimpijską z Amsterdamu w rzucie dyskiem (1928 r.).

Proroczy pesymista

W latach 1929-1931 Ignacy Matuszewski pełnił funkcję kierownika Mini­sterstwa Skarbu w rządach Kazimierza Świtalskiego, Kazimierza Bartla, Walerego Sławka i Józefa Piłsudskiego. Matuszewski był tak krytyczny wobec etatystycznych koncepcji gospodarczych piłsudczyków, którzy planowali w tym czasie zaciąganie nowych kredytów, że kiedy Świtalski (w dodatku po wybuchu afery Gabriela Czechowicza) zaproponował mu tekę ministra skarbu, z oporami zgodził się przyjąć urząd jedynie pod warunkiem, że będzie mógł zachować minimum autonomii i tymczasowy charakter sprawowanej funkcji, zostając kierownikiem ministerstwa, nie zaś ministrem. Matuszewski zachował przy tym zaszeregowanie w Mini­sterstwie spraw zagranicznych, a nawet stanowiska Posła Nadzwyczaj­nego i Ministra Pełnomocnego przy Królewskim Rządzie węgierskim. Premier Świtalski doszedł z czasem do wniosku, że Matuszewski niechęt­nie wszedł do jego gabinetu, gdyż nie chciał opuszczać Msz. Doświad­czenia wyniesione z tajnych służb i dyplomacji sprawiały, że nie widział się w roli polityka użerającego się na krajowej scenie politycznej. Tłuma­czył to również względami natury moralnej. Świtalski tak pisał o swoich rozmowach z Matuszewskim w lutym 1929 r.:

„Tłumaczył mi, dlaczego woli służbę dyplomatyczną niż politykę wewnętrzną. w polityce zagranicznej przy powszechnych obyczajach w tej dziedzinie istnieje tolerancja dla takich metod, jak bluffowanie, jak nieszczerość, jak wprowadzanie drugiej strony w błąd, jak wreszcie uciekanie się do szantażu, gdy ma on szanse udania się. Ale te same metody, gdy ucieka się do nich w stosunku do własnych rodaków, a nie w stosunku do obcych, mierżą go i nie miałby ochoty do konieczności stosowania ich w polityce wewnętrznej"

(K. Świtalski, Diariusz 1919-1935, do druku przygotowali A. Garlicki i R. Świętek, Warszawa 1992, s. 375-376).

Cechą charakterystyczną myśli ekonomicznej Matuszewskiego w tym czasie było ograniczenie wydatków budżetowych, równowaga budżetowa, zabezpieczenie złotego w dużych rezerwach złota i obcych walut, walka z monopolami i kartelami oraz spowodowanie spadku poziomu cen przez wzrost siły nabywczej pieniądza (deflacja). Było to zatem zasadnicze odej­ście od gospodarki planowej, którą Matuszewski po 1929 r. nieustannie piętnował:

„»Gospodarka planowa« oznacza monopolizację produkcji, wymiany i kapitalizacji - że zatem jej wprowadzenie to nie jest rzecz drobna, łatwa i, co najważniejsze, nie jest to rzecz odwołalna ani odwracalna. Że tedy iść na tego rodzaju eksperyment można, tylko mając pewność, że innej drogi nie ma; że secundo »gospodarka planowa« nie jest dla Polski w dzisiejszych warunkach równoznaczna z niezawisłością gospodarczą, lecz przeciwnie: Polska, jako kraj niesamowystarczalny musiałaby bądź wejść w skład jakiegoś większego konglomeratu i nie »planować«, lecz wykonywać część cudzego planu, bądź zależeć od swych dostawców i odbiorców. [...]

»Planowa gospodarka« są to słowa, do których przywykliśmy wszyscy. Ale jeśli wmyślić się głęboko w ich możliwe skutki, dochodzi się do niespodziewa­nych wniosków. Stać się bowiem może - jeśli nie musi - że to nie wytwórczość iść będzie za potrzebami ludzkości, ale że potrzeby będą musiały nagiąć się do praw wytwórczości. »Nie wyrabiać tego, czego się pragnie, ale pragnąć tego, co się wytwarza...«. Paradoks? Nie. Jest to poruszające się w mroku przyszłości, niewidzialne jeszcze, ale już wyczuwalne niebezpieczeństwo"

(I. Matuszewski, Próby syntez, Warszawa 1937, s. 281-282).

Takie liberalne podejście do mocno już wówczas zetatyzowanej gospo­darki było w Polsce nowością. Tłumaczono to osobistymi studiami Matuszew­skiego nad przyczynami światowego kryzysu gospodarczego, fascynacją anglosaską doktryną liberalną i coraz bliższymi związkami z redaktorem naczel­nym „Polityki Gospodarczej", Stanisławem Lauterbachem, który coraz głośniej ganił piłsudczyków za ograniczanie swobód gospodarczych, etatyzm i ucisk fiskalny. Chwaląc kierunek polityki Matuszewskiego, Lauterbach przeciwsta­wiał go większości obozu piłsudczykowskiego, czym wcale mu nie pomagał:

„Marszałek Piłsudski jest zdania, że aby kogoś nauczyć dobrze pływać, należy go rzucić na głęboką wodę i nie okazać żadnej pomocy. Będzie dosko­nałym pływakiem albo - utonie. Tłumacząc to na język ekonomiczny, można powiedzieć, że Marszałek jest liberałem czystej krwi. A oto rząd Marszałka subsydiuje bankrutów, czyli rozdaje premie za brak tężyzny życiowej [...].

Przed wojną życie gospodarcze urabiane było milionami mózgów i rąk ludzi, stojących przy indywidualnych warsztatach zarobkowych, a państwo trzymało się od nich na dystans i tylko w najogólniejszy, ramowy sposób ustalało warunki bytu i rozwoju gospodarczego. Po wojnie procesy gospo­darcze stają się przedmiotem ingerencji państwa wprost i bezpośrednio"

(S. Lauterbach, Finansowanie przez skarb życia prywatno-gospodarczego, Kraków 1932, s. 9, 62).


Ignacy Matuszewski z zoną Haliną Konopacką w drodze do lokalu komisji wyborczej przy ulicy Nowo­wiejskiej, Warszawa, 16 XI 1930 r (NAC).

1|9

 

Początkowo nowe podejście Ignacego Matuszewskiego do gospodarki zyskało zrozumienie elit przerażonych skutkami światowego kryzysu. Piłsud­ski chwalił go za politykę oszczędności i wojnę z monopolistami w rodzaju Ivara Kreugera, który w zamian za wydzierżawienie monopolu zapałcza­nego, pożyczył Polsce 6 milionów dolarów, wpływając przez to na życie polityczne Rzeczypospolitej. Dobrze obrazuje to zapis dyskusji na forum rządu 8 maja 1929 r.:

„Kierownik Ministerstwa skarbu [Matuszewski], stwierdzając, że całkowite wykonanie budżetu mogłoby spowodować deficyt ok. 146 milionów złotych, wnosi o upoważnienie go do przeprowadzenia pertraktacji z poszczególnymi ministrami osobiście w sprawie wstrzymania niektórych nowych płac inwesty­cyjnych przynajmniej do chwili wyjaśnienia sytuacji budżetowej. Nawiązując do tego oświadczenia Pan Marszałek Piłsudski w dłuższym przemówieniu zaznacza, że od maja 1926 roku dochody państwowe miały tendencję silnie zwyżkową w związku z uporządkowaniem spraw podatkowych i ukróceniem licznych nadużyć skarbowych. wzrost ten spowodował przesadny optymizm przy budżetowaniu, z którym obecnie należy jednak stanowczo zerwać, szcze­gólnie w związku z pogorszeniem ogólnoświatowej sytuacji finansowej, na co w silnym stopniu wpływa ostrożność kredytowa Ameryki w związku ze sprawą reparacji niemieckich długów wojennych. w konkluzji swych wywodów Pan Marszałek Piłsudski oświadcza, że jakkolwiek sytuacja nie jest groźna i bieżący okres budżetowy będzie można przetrzymać bez deficytu, jednak - zgodnie z wnioskiem Kierownika Ministerstwa Skarbu - należy w tym celu zastosować daleko idące ostrożności odnośnie mniej potrzebnych wydatków" (Protokół 9. posiedzenia Rady Ministrów RP z 8 V 1929 r., AAN, PRM, 8, t. 47, k. 520-521).

Matuszewski fascynował i przerażał zarazem swoim wizjonerstwem, kreśląc czasem przyszłość w czarnych barwach. Mówił o Polsce jako przed­miocie gry międzynarodowej finansjery, o potrzebie uwolnienia Polski od długów i więzów kartelowych, o likwidacji deficytu budżetowego, o uwol­nieniu inicjatywy gospodarczej i unowocześnieniu armii. Przez swoją nieza­leżność i bezkompromisowość był szanowany, ale nie był popularny! Kiedy wiosną 1931 r. Matuszewski próbował objąć polityką „zaciskania pasa" tak­że wojsko przez obniżenie uposażeń oficerów, Józef Piłsudski postanowił wyrzucić go z rządu, w czym sekundowali mu nieprzychylni kierowniko­wi Ministerstwa Skarbu rzecznicy etatyzmu - prezydent Ignacy Mościcki i minister Eugeniusz Kwiatkowski. Mimo tego przykrego doświadczenia Komendant pozostał jego największym autorytetem. Zapytany, jak godzi

 

swój zimny realizm z romantyzmem Piłsudskiego, odparł: „Każdy młody jest romantykiem i każdy kocha swoją młodość. Później przychodzą rozczaro­wania i trzeba sobie zdać sprawę, że rzeczywistość nigdy nie odpowiada marzeniom i nadziejom".

Po odejściu z rządu Ignacy Matuszewski stawał się coraz większym kry­tykiem obozu politycznego, którego był przez lata jednym z filarów. Od frontalnej krytyki powstrzymywał go jedynie szacunek do Józefa Piłsud­skiego, który nakazywał mu podjąć się kolejnego wyzwania, jakim było włą­czenie się w prace nad nową konstytucją. W latach 1932-1936 Matuszewski był redaktorem naczelnym „Gazety Polskiej", której nakład wynosił wtedy 35 tys. egzemplarzy (po jego odejściu nakład gazety spadł o połowę). Po śmierci marszałka Piłsudskiego w 1935 r. już na dobre przeszedł do opo­zycji. Nie godził się na etatystyczną politykę gospodarczą wicepremiera Kwiatkowskiego, kwestionując z czasem całym systemem rządów sanacyj­nych. Coraz częściej cenzurowany w prasie rządowej, zaczął publikować na łamach „Polityki Gospodarczej" (również pod pseudonimem), stając się jednym z najwybitniejszych publicystów politycznych dwudziestolecia.

Jego poglądy, które nigdy nie były radykalnie lewicowe, coraz bardziej ewoluowały w kierunku tradycyjnej prawicy. Stanisław Mackiewicz twierdził, że Matuszewski miał podobno „tajny pakt" z Walerym Sławkiem, który po objęciu prezydentury miał mu powierzyć tekę premiera. Snuli wspólne pla­ny polityczne, że odsuną Józefa Becka od polityki zagranicznej i zastąpią go ambasadorem Józefem Lipskim, że ministrem skarbu zostanie Leon Barański, że dogadają się z endecją... U schyłku II Rzeczypospolitej zawiązała się bliska znajomość Ignacego Matuszewskiego ze Stanisławem Mackiewiczem, który udostępnił mu łamy „Słowa". To właśnie w wileńskim „Słowie" Matuszewski w marcu 1939 r. ogłosił artykuł Konieczne wnioski, w którym pisał o nieuchron­ności wojny, wzywając do podwojenia liczebności armii (po raz pierwszy nawoływał do tego wiosną 1938 r.) i rewizji polityki w każdej dziedzinie:

„Głównym zagadnieniem gospodarczym obecnej chwili dziejowej staje się dostarczenie środków na podwojenie stanów pokojowych armii. Zważywszy, że wchodzimy w okres kryzysu przedwojennego na czas nieokreślenie dłu­gi, że nie będzie to jednorazowe obciążenie, jednorazowy wysiłek, że być to musi stałe obciążenie gospodarstwa narodowego, któremu zadośćuczynić można trwale nie tylko przez odmienny podział dochodu narodowego, lecz również i nade wszystko przez jego stałe podniesienie - widzimy następujące wskazania ogólnogospodarcze, które stanowią odpowiednik zasadniczego postulatu podwojenia armii:

 

Prezydent RP Ignacy Mościcki wśród członków gabinetu Walerego Sławka, obok minister spraw wojskowych Józef Piłsudski. Pierwszy od prawej stoi kierownik w Ministerstwie Skarbu Ignacy Matuszewski, Warszawa, 29 III 1930 r. (NAC).

 

*

 

  1. Natychmiastowe podniesienie opłacalności gospodarki narodowej.
  2. Poniechanie wszystkich procesów, niszczących gospodarkę, nawet jeśli podejmowane są one z najszlachetniejszych pobudek.
  3. zdecydowane i radykalne wyrzeczenie się wszystkich fikcji pochłania­jących środki wypracowane przez naród.

Natychmiastowe podniesienie opłacalności wszystkich warsztatów wytwórczych jest możliwe. Środki potrzebne wskazywaliśmy wyraźnie już trzy lata temu. Dziś ponownie wymieniać ich ani uzasadniać nie będziemy Każdy z czytelników wie, o co chodzi. zmarnowaliśmy najstosowniejszą chwilę wiosną 1936 roku. zmarnowaliśmy trzy lata po niej. Dziś nie wolno marnować kwadransa. Najbardziej złota fikcja, umiłowana przez najbardziej złotoustych paladynów, nie może i nie powinna ostać się ani jednej chwili wówczas, gdy nie w piękne oblicze fikcji, lecz w groźną twarz prawdy spoglądać tylko wolno. [...]

I dlatego odrzucić należy te wszystkie słodkie majaczenia. Nie ma na nie czasu. Należy wytrzebić wszystkie fikcje. Wszystkie - te nawet, do których przywiązaliśmy się najbardziej.

Bez tego nie zdobędziemy się na to, aby walczyć z rzeczywistością. Budżet państwa od roku 1935 do roku 1939 wzrósł o czterysta sześćdziesiąt milionów. Budżet wojskowy przez ten czas tylko o czterdzieści sześć milionów. Oto jeden z dowodów iluzji, jakimi usypialiśmy siebie w ciągu ostatnich lat czterech, kiedy świat się zaroił. I jest to zarazem bolesny, lecz przekonujący dowód pełnej możliwości realizacji i tego minimalnego pogotowia, o które wołamy.

Środki zdobyte tą drogą powinny się okazać wystarczające dla zdwojenia stanów pokojowych naszej armii. Ale gdyby pomimo ich uczciwego wyczer­pania były jeszcze niezaspokojone konieczności - wówczas, sądzimy, wolno porzucić na czas pewien klasyczne metody gospodarki emisyjnej. Albowiem wskazówki na zegarze dziejowym biegną niepowstrzymane. Czynnik czasu stał się czynnikiem decydującym. Pamiętać tylko należy w razie ucieczki do tych metod, że dają one wyniki jednorazowe, że są metodą podziału dochodu narodowego, nie zaś metodą jego podniesienia, że są skuteczne - ale krót­kotrwałe, dlatego też wyłącznie na nich nie można opierać wysiłku, który ma być pierwszym, lecz nie jedynym ani ostatnim" ([I. Matuszewski], Konieczne wnioski „Słowo", 24 III 1939).

Ignacy Matuszewski był proroczym pesymistą, którego nikt nie chciał słuchać. Obawiał się, że wojna doprowadzi Polskę do niespotykanej dotąd klęski, że Polski nie stać na wojnę z Niemcami. „Przewaga wojskowa Nie­miec jest tak ogromna - powtarzał w przededniu tragicznego września - że w ciągu trzech miesięcy musimy tę wojnę przegrać z kretesem". Prorokował

 

Paul Morand (drugi rząd, pierwszy z prawej) podczas wizyty w ambasadzie francuskiej.

W centrum widoczny minister Ignacy Matuszewski, Warszawa, październik 1930 r. (NAC).

też „rozstrzelanie" Rzeczypospolitej przez dwóch agresorów - Niemców i sowietów. w napisanym już na wygnaniu szkicu Matuszewski tak wspo­minał nadciągającą klęskę:

„Kiedy wiosną 1938 r. postawiłem tezę, że na aneksję Austrii winniśmy odpowiedzieć podniesieniem sił wojskowych - trzech tylko publicystów: najświetniejszy może, a na pewno najodważniejszy pisarz polityczny Sta­nisław Mackiewicz w »Słowie«, Wacław Zbyszewski w »Czasie« i Stanisław Lauterbach w »Polityce Gospodarczej« poparło mnie. Projekt wystawienia 3 dywizji pancernych wysunięty przez Mackiewicza i uzasadniony doskonale przez Zbyszewskiego - wywołał gromy. wszyscy ówcześni czciciele Naczel­nego wodza pouczali nas, że »wódz wie lepiej«, a wielbiciele ministra skar­bu wykładali nam, że »potencjał gospodarczy« jest ważniejszy od tanków" (I. Matuszewski, Nieprzygotowanie, Instytut Piłsudskiego w Ameryce, Archi­wum Ignacego Matuszewskiego, t. 7, k. 2-3).

Kuluary sejmowe. W centrum Ignacy Matuszewski i Bogusław Miedziński, Warszawa, 23 IV 1931 r (fot. Jan Binek/NAC).

 

We wrześniu 1939 r. Ignacy Matuszewski zwierzył się Michałowi Sokolnickiemu: „Nie mieliśmy samolotów, nie mieliśmy czołgów, nie dosyć armat. Kwiatkowski przeznaczył miliardy na inwestycje, a nie dawał powiększać budżetu wojskowego. COP był nonsensem, pytałem: czy będziecie COP-em strzelać?" (M. Sokolnicki, Dziennik ankarski 1939-1943, Londyn 1965, s. 45). Kiedy indziej powiedział: „Wszyscy mnie uważali za czarnowidza, za pesy­mistę, gdym prorokował, że będziemy rozbici po trzech miesiącach, a tym­czasem nasza wojna trwała trzy tygodnie, a właściwie była przegrana już po trzech dniach" (W.A. Zbyszewski, Gawędy o ludziach i czasach przedwo­jennych, Warszawa 2000, s. 265).

Tułacz

Płk Adam Koc (NAC).

W przededniu wybuchu wojny Ignacy Matuszewski nie otrzymał jakiegokol­wiek przydziału do wojska. Po pierwszych nalotach niemieckich bombow­ców na warszawę ewakuował się z żoną na wschód. Matuszewscy dotarli w okolice Łucka, gdzie 9 września 1939 r. spotkali prezesa Banku Polskiego płk. Adama Koca. Kolega z Oddziału II formalnie objął wówczas stanowisko wiceministra skarbu i podjął decyzję o ewakuacji polskiego złota na tery­torium sojuszniczej Rumunii. Przed przekroczeniem granicy zaplanowano koncentrację wszystkich transportów ze złotem w Śniatyniu - powiatowym miasteczku w województwie stanisławowskim. Jednak płk Koc otrzymał nowe wytyczne - miał przez Rumunię wyjechać na Zachód, by negocjować dla Polski pomoc finansową i wojskową. Zastanawiał się, komu powierzyć złoto. Kiedy Koc spotkał w Łucku swoich dawnych przyjaciół - płk. Ignacego Matuszewskiego oraz byłego attache wojskowego w Tokio, ministra przemy­słu i handlu, mjr. Henryka Floyara-Rajchmana, przestał mieć wątpliwości. Zda­jąc sobie sprawę z powagi sytuacji oraz wiedząc o „energii, odwadze i umiejęt­ności pobierania decyzji w trudnych warunkach i niecofaniu się przed napo­tykanymi przeszkodami", prezes Banku Polskiego bez wahania zaproponował Matuszewskiemu i Rajchmanowi kiero­wanie dalszą ewakuacją złota.

Koc miał na myśli przede wszyst­kim Matuszewskiego, ale ten zwrócił mu uwagę, że dla dobra sprawy lepiej będzie oddać formalne kierownictwo transportu niższemu rangą Rajchmanowi. Jak się wydaje, nie chodziło jedynie o mundur, który mimo braku wojskowe­go przydziału miał na sobie Rajchman.

Matuszewski, choć był piłsudczykiem, dla wielu sukcesorów Marszałka spod znaku Śmigłego-Rydza, Becka czy Mościckiego był po prostu niestraw­ny. Zaprzyjaźnieni ze sobą oficerowie „bez przydziału" szybko podzielili się zadaniami. Ustalili też, że mjr Rajchman

 

kieruje złotą kolumną na odcinku Łuck-Śniatyń, płk Matuszewski zaś ze Śniatynia aż do Francji. w obawie przed bombardowania­mi, przerwaniem ciągów komunikacyjnych z Rumunią, dywersją i agenturą przystąpili od razu do reorganizacji kolumny transpor­towej. zmniejszyli ilość pojazdów, większość samochodów benzynowych wymienili na dieslowskie autobusy, pozbyli się zbędnego balastu (bagaży), dokonali selekcji personelu, zmniejszając go do ok. 30 osób, sformowali eskortę policyjną, a później ściągnęli cysternę kolejową z paliwem z równego. Mieli rezer­wy paliwa na 350 km podróży! w nocy z 9 na 10 września kolumna transportowa ruszyła w stronę Dubna.

Sztabki złota w skarbcu Banku Polskiego w Warszawie (NAC).

według niektórych relacji jednym z auto­busów miała kierować żona Matuszewskiego - Halina Konopacka. Podczas postojów Rajchman kilkukrotnie zwoływał naczelników wydziałów drogowych i policjantów z okolicz­nych powiatów, aby przedyskutować z nimi stan dróg i mostów. Ustalono marszrutę: Brody-Tarnopol-Tłuste-Horedenka-Śniatyń. W międzyczasie Matuszewski krążył mię­dzy kolumną a Tarnopolem i Krzemieńcem, gdzie próbował nawiązać łączność telefo­niczną z przedstawicielami władz centralnych i samorządowych, ambasadą RP w Bukaresz­cie, a podczas osobistych spotkań uzgadniał szczegóły dalszej podróży, w tym pomocy ze strony Anglików i Francuzów (m.in. z wicemi­nistrem spraw zagranicznych Janem Szembekiem). 12 września kolumna dowodzona przez Rajchmana dotarła do Śniatynia. Następnego dnia wieczorem, mimo nękających nalotów Luftwaffe, dołączył do niej tzw. transport brze­ski, siedlecki i zamojski, z którego wcześniej Naczelne Dowództwo WP na potrzeby woj

 

ska wyłączyło 70 skrzyń złota (o wartości ok. 23 mln zł). W ten sposób całość ewa­kuowanego skarbu zgodnie z planem skoncentrowana została w jednym miej­scu w pobliżu granicy polsko-rumuń­skiej. Późnym wieczorem 13 września na stacji kolejowej w Śniatyniu przeła­dowano około 75 ton złota do wagonów kolejowych, które zamknięto na kłódkę, zaplombowano i przydzielono im ochro­nę. O godz. 23.40 Rajchman przekazał kierownictwo transportu Matuszewskie­mu, któremu pomagał główny skarbnik Banku Polskiego Stanisław Orczykowski. razem z nimi w podróży brało udział jeszcze szesnastu pracowników banku, a także dziewięć dodatkowych osób (m.in. żona pułkownika - Halina Kono­packa, oraz majorowa Zofia Rajchmanowa). Pociąg z polskim złotem wyruszył ze Śniatynia do rumuńskiego portu Kon­stanca nad Morzem Czarnym. Wkrótce później Niemcy zbombardowali stację kolejową w Śniatyniu.

Mjr Henryk Floyar-Rajchman, 1934 r. (NAC).

 

Ale misja mjr. Henryka Floyara-Rajchmana nie zakończyła się w Śnia­tyniu. W Tarnopolu otrzymał rozkaz odszukania i przejęcia kontroli nad transportem złota, srebra i innych kosztowności (m.in. rękopisów, szabel i drogocennych eksponatów z tzw. Muzeum Belwederskiego) Funduszu Obrony Narodowej, który był w drodze z Tarnopola do Horodenki. 16 wrześ­nia 1939 r. Rajchman wyjechał do Horodenki z zadaniem wyekspediowania skarbów FON za granicę. Odnalazł złożoną z trzech ciężarówek kolumnę FON i tylko cudem nie wpadł w ręce Sowietów. „Na krótko przed zajęciem Horodenki przez bolszewików - wspominał Rajchman - transport ten wraz z jednym eszelonem walorów Banku Polskiego wyprowadziłem i skierowa­łem do Kut, gdzie przyłączył się do końcowej fazy ewakuacji w nocy z 17 na 18 września. Transport FON-u przybył do Czerniowiec i łącznie z transpor­tem Banku Polskiego znalazł się na dziedzińcu koszar żandarmerii". Walczył później o zgodę Rumunów na przewóz FON-u do ambasady RP w Buka­reszcie. Pomagał mu w tym spotkany w Czerniowcach płk Wacław Jędrze

 

jewicz. Po kilku dniach perypetii walory FON-u przewieziono wreszcie do ambasady. ze zbiorów wydzielono 2,5 tony srebra i ukryto w piwnicach ambasady, natomiast złoto i pieniądze postanowiono niezwłocznie prze­kazać do dyspozycji prezydenta Władysława Raczkiewicza w Paryżu. Po kilku tygodniach „pod pozorem, że są to przedmioty kultu i przedmioty artystyczne" Rumuni zezwolili na przewóz FON-u drogą morską do portu w Marsylii. Tak też się stało. Już pod koniec października 1939 r. Rajchman z Jędrzejewiczem mogli z satysfakcją zameldować ministrowi skarbu: „FON został ocalony przed dostaniem się w ręce bolszewików, uchroniony przed sekwestrem rumuńskim, uporządkowany, sprotokółowany".

15 września 1939 r. płk Ignacy Matuszewski i jego ekipa bez przeszkód dotarli z transportem złota do Konstancy. W porcie przy molo oczekiwał już na załadunek zarekwirowany przez Brytyjczyków na potrzeby Polaków statek „Eocene". Anglicy podporządkowali Matuszewskiemu kapitana stat­ku. Pojawiły się jednak pierwsze kłopoty. Niemcy zaczęli wywierać presję na Rumunów w sprawie polskiego złota i straszyli ostrzałem statku. Później w obawie przed jego zatopieniem z pokładu uciekło sześciu członków zało­gi, co opóźniło wypłynięcie z portu. Z kolei Matuszewski otrzymał rozkaz z Ambasady Polskiej w Bukareszcie, by po dopłynięciu do Turcji przekazać cały ładunek konsulowi RP w Konstantynopolu. Pułkownik nie podporząd­kował się tej decyzji, obawiając się zarówno stanowiska Turcji naciskanej przez Niemców, jak i Anglików, którzy mogliby potraktować tę sytuację jako formalne zwolnienie ich z dalszego obowiązku pomocy. Matuszewski uznał nalot Luftwaffe za mało prawdopodobny. Nakazał kapitanowi natychmiast wypłynąć z portu i bez świateł oraz sygnałów radiowych kierować się na Stambuł. W Turcji pojawiły się kolejne kłopoty. Matuszewski nie mógł dłu­go zejść na ląd, władze tureckie ograniczyły możliwość postoju „Eocene" do 24 godzin i zaoferowały „pomoc" polegającą na przechowaniu pol­skiego złota w Banku Ottomańskim, Brytyjczycy zaś oznajmili, że ich statki nie mogą wypływać w Morze Śródziemne bez eskorty wojennej. Ponadto 17 września Matuszewski dowiedział się o napaści sowieckiej na Polskę i wyjeździe tureckiego ministra spraw zagranicznych do Moskwy. Dwoił się i troił, aby uratować skarb. Wpadł na pomysł, żeby ambasador polski w Ankarze Michał Sokolnicki przejął odpowiedzialność za całość transpor­tu na terenie Turcji. Miał też podjąć starania dyplomatyczne w Ankarze, umożliwiające przerzut złota drogą lądową z Turcji przez Syrię do Libanu, a stamtąd do Francji za niezbyt wygórowaną opłatą. Już 19 września Sokol­nicki zrealizował ten plan niemal w stu procentach. Pojawiła się tylko jedna przeszkoda - Turcy zażądali od Polaków natychmiastowej wypłaty 30 tys.

 

dolarów amerykańskich za transport koleją. Takim funduszem ambasada nie dysponowała, a Matuszewski odmówił spieniężenia części skarbu. Pie­niądze wyłożył od razu Amerykanin Archibald walker, który reprezentował w Turcji firmę Vacuum Oil Company (późniejszy Mobil). Nasi sojusznicy z Paryża i Londynu, którzy tak jak Polska byli już wówczas w stanie wojny z Niemcami, dali gwarancję bezpiecznego transportu do Francji. złożony z 12 wagonów pociąg (w tym dwa sypialne i restauracyjny) 23 września dotarł do libańskiego miasta Rayak. Tu przeładowano złoto na dwa składy kolei wąskotorowej i jeszcze tego samego dnia dotarły one do Bejrutu. Dzię­ki uporowi płk. Matuszewskiego złoto podzielono na części i na pokładzie trzech okrętów francuskiej marynarki wojennej - krążownika „Emil Bertin" i kontrtorpedowców „Vauban" i „Epervier" - w odstępie czasu bezpiecznie dotarło wreszcie do portu w Tulonie. Operacja przerzutu złota do Francji zakończyła się 5 października 1939 r.

Jesienią 1939 r. bohaterscy organizatorzy ewakuacji polskiego złota znaleźli się na Zachodzie. W ostatnich dniach września płk Adam Koc został ministrem skarbu w gabinecie gen. Władysława Sikorskiego. Chcąc przy­podobać się Sikorskiemu, pozował na krytyka „sanacji" i atakował swoich niedawnych przyjaciół, sugerując nadużycia finansowe przy wywozie złota z kraju. Mimo tego już w grudniu stracił stanowisko ministra. Z kolei płk Igna­cy Matuszewski po przyjeździe do Paryża zamiast zasłużonych podziękowań i uznania został oskarżony o nadużycia finansowe w trakcie transportowa­nia złota. Otoczenie premiera zarzucało mu „przewiezienie na koszt Banku wielu osób postronnych", „zbyt hojne wydawanie pieniędzy", zakup z kasy państwowej proszków od bólu głowy (rachunek z apteki przez pomyłkę dołączono do rozliczenia), nazbyt wysoki koszt lemoniady, którą wypili tra­garze niosący polskie złoto, czy też „bezprawną wymianę złotych polskich na walutę". Matuszewski był tym wszystkim wstrząśnięty, tym bardziej że już wkrótce okazało się, iż z chwilą kapitulacji Francji jego oskarżyciele nie zdołali ewakuować polskiego złota na Wyspy Brytyjskie!

Wiosną 1940 r. ucichło wokół Ignacego Matuszewskiego. Starając się nie zrażać intrygami, próbował nawiązać bliższą współpracę z premierem Sikorskim. W czerwcu 1940 r. płk Matuszewski wspólnie z płk. Janem Kowa­lewskim przygotował memoriał na temat warunków, na jakich Polska byłaby skłonna nawiązać współpracę ze Związkiem Sowieckim przeciwko Niemcom (uznanie granicy ryskiej i zaniechanie terroru wobec Polaków na Kresach). Nie powierzono mu jednak żadnych odpowiedzialnych funkcji państwo­wych. Był bezrobotnym politykiem i żołnierzem, którego aktywność ogra­niczała się do rozmów i publikowania tekstów na łamach reaktywowanego

w Paryżu „Słowa", kierowanego przez Stanisława Mackiewicza. Przez krótki czas wydawało się wprawdzie, że „zapis" na Matuszewskiego przestał obo­wiązywać, kiedy przywrócono go do regularnej służby wojskowej. Jednak wojskowy przydział nie trwał długo i rozkazem płk. Izydora Modelskiego (późniejszego generała) z 6 maja 1940 r. Matuszewski został ponownie bez­terminowo i bezpłatnie urlopowany.

Klęsce Francji przyglądał się Ignacy Matuszewski z bliska. Jej rozmiary budziły grozę. W sierpniu 1940 r. za pośrednictwem bliskiego premierowi ks. Zygmunta Kaczyńskiego Matuszewski oddał się do dyspozycji Naczel­nego Wodza. Jednak premier RP nie odpowiadał. Pułkownik postanowił więc opuścić Francję. 14 października 1940 r. przekroczył granicę francusko­-hiszpańską i został aresztowany przez Hiszpanów. Po pięciomiesięcznym areszcie w Madrycie udało mu się opuścić Hiszpanię i 19 marca 1941 r. prze­dostać się do Portugalii. W Lizbonie zgłosił się do polskiej ambasady. W liście do Sikorskiego z 16 kwietnia 1941 r. ponownie zgłosił swoją gotowość do podjęcia pracy. Tym razem Wódz Naczelny postanowił odpowiedzieć na prośby pułkownika. W depeszy z 31 maja 1941 r. Sikorski napisał: „Liczę na współpracę Pana Pułkownika jako mego łącznika z gen. Weygandem i jako tajnego reprezentanta Naczelnego Wodza w Maroku". Ale już 3 czerwca mini­ster Stanisław Kot napisał sprzeczny z wcześniejszą depeszą premiera list, w którym zapowiedział powierzenie Matuszewskiemu obowiązki polskiego agenta w najważniejszych ośrodkach francuskiej Afryki. Według instrukcji Kota, Matuszewski miał tam stworzyć silny ośrodek wywiadowczy z siecią korespondentów. Pułkownik odmówił przyjęcia propozycji Kota. W liście do ministra z 27 czerwca 1941 r. napisał, że nie ma „dość odwagi, aby pod­jąć się tej pracy", gdyż m.in. wiązałoby się to z ponownym dysponowaniem publicznymi pieniędzmi. Jednocześnie w tym samym czasie, kiedy Sikorski i Kot przedstawiali Matuszewskiemu mętne propozycje współpracy, wobec byłego szefa polskiego wywiadu kontynuowano postępowanie w sprawie rzekomych „nadużyć finansowych" w czasie ewakuacji złota Banku Polskiego.

W międzyczasie Ignacy Matuszewski korzystał kilkakrotnie z mediacji zaprzyjaźnionego z Sikorskim swojego dobrego znajomego prof. Karola Estreichera. Na jego ręce kierował swoje portugalskie polityczne memo­riały z nadzieją na przekazanie ich premierowi Sikorskiemu. W jednym z nich (24 czerwca 1941 r.) z uznaniem odnosił się do deklaracji Naczelne­go Wodza z 23 czerwca 1941 r., że rząd polski uzależnia swoje stanowisko wobec Sowietów od przekreślenia polityki zaborów i napiętnowania napa­ści na Polskę w 1939 r. Obawiał się jednak, czy prosowiecki kurs Winstona Churchilla (szczególnie po napaści Niemiec na Sowiety) nie „wyłagodzi"

stanowiska rządu RP. Matuszewski prosił Estreichera, aby uświadomił Sikor­skiemu, że jeśli koalicja aliantów przyjmie do swojego grona sowietów, nie potępiając jednocześnie zbrodniczego charakteru komunizmu i nie żądając od Związku Sowieckiego deklaracji piętnującej układ Ribbentrop-Mołotow, to katolickie państwa Portugalia i Hiszpania (obawiał się też o postawę Koś­cioła katolickiego), ale także Litwini, Estończycy, Łotysze, Finowie, Węgrzy, narody kaukaskie oraz Turcja i Persja mogą poprzeć Niemców przeciwko Sowietom. Matuszewskiego twierdził, że zadaniem dyplomacji polskiej powinno być uczynienie z Polski ważnego członka antyniemieckiej koali­cji, a przez jej autentycznie antysowiecki kurs aliancka koalicja zyskałaby wiarygodność w oczach wszystkich antykomunistycznie nastawionych państw i narodów. Rzeczpospolita powinna być „sumieniem antyniemie­ckiej koalicji", dlatego w przyszłej umowie Polski z Sowietami winien znaleźć się fragment o zniewolonych krajach nadbałtyckich. „Trzeba stanowisko nasze wyryć w brązie wystąpień dyplomatycznych" - pisał Matuszewski do Estreichera.

Sikorski nie skorzystał z tych rad i 30 lipca 1941 r. podpisał w Londy­nie umowę z Sowietami, która przez swoją niejednoznaczność ściągała na Polskę niebezpieczeństwo utraty połowy terytorium i stała się powodem wielkiego kryzysu rządowego. Wśród naturalnych krytyków układu Sikor- ski-Majski znalazł się także Matuszewski. Pytany o swój stosunek do tego układu, przywoływał przykład sowieckiej „Izwiestii" (3 VIII 1941), która nie kryjąc zadowolenia z umowy polsko-sowieckiej, podkreślała, że sprawa granicy polsko-sowieckiej wciąż pozostaje otwarta. W tak dramatycznej sytuacji, nie otrzymawszy żadnych nowych instrukcji od premiera, Matu­szewski podjął decyzję o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Uważał, że przywiązana do wolności słowa Ameryka będzie najlepszym miejscem dla swobodnego, nieskrępowanego cenzurą artykułowania wolnej myśli w obronie praw Polski. Przewidywał, że od polityki Stanów Zjednoczonych zależeć będą przyszłe losy wojny, dlatego uznał, iż najlepszym polem do walki o sprawę polską będzie ziemia amerykańska. Oficjalnie żegnany na przystani w Lizbonie przez posła RP i przedstawiciela attachatu wojskowe­go, 22 sierpnia 1941 r. opuścił Portugalię.

Wola Polski

We wrześniu 1941 r. Halina i Ignacy Matuszewscy byli już w Nowym Jorku. Spotkali tam wielu przyjaciół i znajomych, a zwłaszcza płk. Wacława Jędrzejewicza, mjr. Henryka Floyara-Rajchmana i gen. Bolesława Wieniawę-Długo-

 

szowskiego. Działalność publicystyczną w Stanach Zjednoczonych rozpoczął Matuszewski w październiku 1941 r., kiedy to nowojorski „Nowy Świat", „Dzien­nik Polski" z Detroit i londyńskie „Wiadomości Polskie" przedrukowały jego głośny esej Wola Polski (wydany wkrótce również w formie anglojęzycznej broszury), w którym domagał się podmiotowego traktowania Polski przez Brytyjczyków, przypominając jej geopolityczne znaczenie dla świata:

„Wy, szczęśliwi ludzie szerokiego świata, rozumiecie doskonale znaczenie takich warunków, jak Singapur czy Panama. Nie rozumiecie jednak, że Polska leży geograficznie i politycznie w miejscu tak samo ważnym, że jej kształt, jej siła są być może dla dziejów świata jeszcze ważniejsze.

Polska leży bowiem między dwoma olbrzymimi ludami opętanymi przez demony. I Polska - samym swym istnieniem - paraliżuje dwa imperializmy. Imperializmy, których siły z daleka nie można ocenić. Ponury, szary impe­rializm rosyjski, imperializm negacji i nędzy, imperializm odnalezienia włas­nej wartości w poniżeniu innych, imperializm oparty na ubóstwianiu liczby i przestrzeni, mnogości i bezkresu - i przeciwstawieniu tej smutnej, niezliczo­nej ilości, wszelkiej jakości, i lśniący, chytry, drapieżny, sprawny jak maszyna imperializm niemiecki - imperializm bałwochwalstwa organizacji, imperializm wzorowego więzienia, nowoczesnych koszar... Polska zna je oba.

Polska zatrzymała w 1920 r. imperializm rosyjski, sięgający po władzę nad Europą. Imperializm sięgający po władzę nad Europą wówczas z szan­sami tryumfu. Nikt nam w tym nie dopomógł - mało kto to rozumiał. Ale my wiemy, wiemy z bezpośredniego zetknięcia, że imperializm ten chce i chcieć będzie władztwa nad światem. Jak wtedy przez Wilno, Grodno, Warszawę wiodła droga do panowania namiestników moskiewskich w Berlinie, Paryżu, Madrycie - może w Londynie i Washingtonie, jak panowała już Moskwa nad Budapesztem, Lipskom i Monachium - tak dziś przez Chojnice, Wejherowo, Kartuzy, przez nieznane wam miasteczka, uśpione wśród jezior, drzemiące wśród lasów - wiedzie niemiecki szlak do władania światem. Tędy właśnie i tędy koniecznie. Polska odcięta od morza, Polska powalona na kolana albo Polska zepchnięta do grobu - to cała Europa Środkowa i Wschodnia w rękach Niemiec. Jeśli uda się Niemcom ponownie zawładnąć Pomorzem, jeśli uda im się pokonać lub zmusić do kapitulacji Polskę, wówczas »Mitteleuropa« staje się faktem. Wówczas władztwo Niemiec rozciąga się bez przeszkód od Bał­tyku do Morza Czarnego, wówczas blok 200 milionów ludzi, pracujących pod kierownictwem niemieckim dla Niemiec - staje się faktem. A to z kolei otwiera perspektywy bez kresu" (I. Matuszewski, Wola Polski, „Wiadomości Polskie", Londyn, 5 X 1941).

 

Ignacy Matuszewski, 1941 r (Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku).

Teksty i działalność Ignacego Matuszewskiego zyskały już wówczas olbrzymi rezonans, nie tylko w kręgach polonijnych, ale i w Europie, a nawet w okupowanym kraju. zaniepokoił się tym premier Władysław Sikorski, któ­ry w listopadzie 1941 r. skierował do Matuszewskiego list, w którym pytał

  • powody jego wyjazdu do stanów zjednoczonych. Matuszewski odpowie­dział bez zwłoki: „stan spraw mego kraju zmusza mnie do zabrania głosu
  • do zwalczania obecnego kierunku polityki Rządu". 25 marca 1942 r. atta­che wojskowy RP w Waszyngtonie płk Władysław Onacewicz zawiadomił Matuszewskiego o wszczęciu przeciwko niemu postępowania sądowego w związku z „dezercją z wojska", „samowolnym opuszczeniu Lizbony i przy­jazdem do USA". Z kolei 26 marca 1942 r., w czasie konferencji prasowej

w Waszyngtonie, gen. Władysław Sikorski wystąpił z gwałtownym atakiem na swoich przeciwników, w tym na Matuszewskiego, któremu odmawiał prawa krytykowania polityki rządu. Poruszony wypowiedzią premiera Matu­szewski odpowiedział listem otwartym:

„Uznał Pan za właściwe przemilczeć w układzie lipcowym z sowietami sprawę naszych granic wschodnich. zmusił więc Pan niezależną opinię pol­ską, aby mówiła.

Ministrowie Rządu, któremu Pan, Panie Premierze, przewodniczy, próbo­wali społeczeństwo polskie trzymać w niewiedzy: jeszcze 21 stycznia br., już po nocie Mołotowa, prof. stroński w przemówieniu radiowym do Polaków całego świata nazwał wiadomości o dążeniu sowietów do przewodnictwa w Europie wschodniej wymysłem Goebbelsa.

Niewdzięczna i pełna trudności jest moja droga. Ale to jest droga obo­wiązku. zna mnie Pan dostatecznie dobrze, Panie Premierze, aby wiedzieć, że nie zwrócą mnie z tej drogi ani groźby, ani inwektywy, ani szykany. ale mogę zapewnić Pana, Panie Premierze, że z radością zamienię krytykę na uznanie w tej samej chwili, gdy osiągnie Pan to, o co Pan walki w lipcu roku zeszłego nie podjął, a mianowicie: uznanie przez sowietów ich własnego podpisu na Traktacie ryskim" (List otwarty Ignacego Matuszewskiego do premiera rządu RP gen. Władysława Sikorskiego, 28 III 1942 r. [w:] I. Matuszewski, Wybór pism, Nowy Jork-Londyn 1952, s. 96-97).

Ignacy Matuszewski kontynuował swoje polemiki na łamach prasy, skierowując ostrze krytyki na układ polsko-sowiecki. Proroczo podawał przykład siedmiu tysięcy polskich oficerów, którzy gdzieś w sowietach „zaginęli" i „nie można ich odszukać". „Zaginięcie" polskich oficerów łączył Matuszewski z prowadzoną przez sowietów propagandą, która miała zatu­szować sowieckie mordy na Polakach, przypisując je Niemcom. „»Zaginięcie« obozu z 7000 ludzi nie jest anegdotą - jest ponurą, krwawą sowiecką rzeczywistością" - pisał na długo przed odkryciem zbiorowych mogił w lesie katyńskim.

„Przeciwnicy paktu w redakcji Sikorski-Majski twierdzili mianowicie - pisał Matuszewski - że wobec złych sformułowań pakt osłabia naszą sytuację prawną i moralną wobec Anglii i Ameryki. Polska była ofiarą zbójeckiej umo­wy Hitler-Stalin. A zatem Polska tylko mogła rozgrzeszyć sowietów w opinii światowej z ich współpracy z Niemcami. Dla wszystkich ideowo pojmujących obecne zmagania ludzkości dopiero podpisanie umowy polsko-sowieckiej

 

oznaczało uznanie Sowietów za moralnie równego sojusznika. Opinia świato­wa z samego faktu podpisania przez nas umowy musiała wyciągnąć wniosek, że albo krzywda została przez tę umowę naprawiona, albo też krzywdy tej nie było w ogóle. Ponieważ zaś pakt Sikorski-Majski krzywdy nie naprawił, tedy pchnął opinię anglosaską do mniemania, że zajęcie przez Sowietów połowy Rzplitej nie było zbrodnicze, lecz usprawiedliwione" (I. Matuszewski, Pakt, „Nowy Świat", 25-30 III 1942).


Comments (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location