Paradoksalne twierdzenie, że wojna, nawet nieszczęśliwa, podtrzymuje bolszewizm, opiera się więc na zupełnej nieznajomości rosyjskich stosunków. Rozpowszechnienie i utrwalenie takiego przekonania jest dla Państwa Polskiego podwójnie niebezpieczne. Po pierwsze przedstawia w fałszywym świetle polską akcję wojenną i budzi niechęć dla niej wśród tych sfer, które zasadniczo są i pozostaną bolszewizmowi wrogie. Po wtóre budzi szereg złudzeń co do warunków, które nastaną po ewentualnym zawarciu pokoju; maskuje fakt, że po tym zawarciu bolszewicy będą wciąż istnieli i korzystali z udzielonego im wytchnienia dla odtworzenia swej armii i przygotowania nowych napaści; może więc doprowadzić do niedających się naprawić błędów w prowadzonej w stosunku do nich polityce" (Czy pokój obali bolszewizm?, Referat specjalny ppłk. Ignacego Matuszewskiego, 10 X 1920 r., AAN, Attachaty wojskowe,
A II 65/1, k. 296-297).
Płk dypl. Ignacy Matuszewski (Narodowe Archiwum Cyfrowe).
Ignacy Matuszewski, dyrektor Departamentu Administracyjnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Warszawa 1927 r (NAC).
Nieszablonowość myślenia i inteligencja mjr. Ignacego Matuszewskiego sprawiała, że jego autorytet przekraczał granice podziałów środowiskowych i politycznych. Niedługo po zakończeniu rokowań ryskich, których efekt był dla Polski fatalny, gen. Władysław Sikorski, doceniając niezależność spojrzenia Matuszewskiego, napisał w opinii, że jest on człowiekiem „o niezwykłej inteligencji i silnej woli - gruntownej wiedzy fachowej i wybitnej zdolności decyzji". A ponadto „stanowi bardzo dodatni typ oficera. Ideowy i bezwzględnie prawy, nie zna kompromisu z własnym sumieniem" (CAW, I.122.99.8, Opinia gen. Władysława Sikorskiego o mjr. Ignacym Matuszewskim za 1921 r., k. 7). Matuszewski został wówczas odznaczony Orderem Virtuti Militari (V klasy) i czterokrotnie Krzyżem Walecznych. Absolwenta Wyższej Szkoły Wojennej (rocznik 1923/1924) awansowano też do stopnia podpułkownika (25 października 1922 r.) i pułkownika dyplomowanego (1 grudnia 1924 r.).
Pozycja Matuszewskiego w armii była poważna, początkowo więc wydawało się, że kiedy Piłsudski i piłsudczycy stopniowo tracili wpływy w wojsku i rządzie po
- , nie zostanie on pozbawiony stanowisk. Stało się inaczej. W lipcu
- stracił stanowiska szefa Oddziału II i został przeniesiony do rezerwy w związku z urlopem zdrowotnym. W grudniu 1924 r. skierowano go na niezbyt znaczącą wówczas placówkę attache wojskowego przy Poselstwie RP w Rzymie, co jego przełożeni z Oddziału II (związani z obozem narodowym) trafnie skwitowali jednym zdaniem: „Nie miał na placówce w Rzymie możliwości wybitnej pracy, do której miałby zdolności". Toteż kiedy Józef Piłsudski zdecydował się na odzyskanie władzy w drodze zamachu stanu w maju 1926 r., kazał „niezwłocznie odwołać" z Rzymu płk. Matuszewskiego w związku z „koniecznością użycia" „do służby w kraju". Matuszewski przez blisko dwa lata „filtrował" z ramienia Oddziału II Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w którym pełnił funkcję dyrektora Departamentu Administracyjnego. Swoją służbę w MSZ zakończył jako poseł i minister pełnomocny RP w Budapeszcie (1928-1929). W styczniu 1929 r. został ostatecznie przeniesiony do rezerwy (z dniem 31 października 1928 r.). Uporządkował też swoje sprawy osobiste. Po unieważnieniu małżeństwa ze Stanisławą Kuszelewską, poślubił wkrótce Halinę Konopacką, pierwszą polską złotą medalistkę olimpijską z Amsterdamu w rzucie dyskiem (1928 r.).
Proroczy pesymista
W latach 1929-1931 Ignacy Matuszewski pełnił funkcję kierownika Ministerstwa Skarbu w rządach Kazimierza Świtalskiego, Kazimierza Bartla, Walerego Sławka i Józefa Piłsudskiego. Matuszewski był tak krytyczny wobec etatystycznych koncepcji gospodarczych piłsudczyków, którzy planowali w tym czasie zaciąganie nowych kredytów, że kiedy Świtalski (w dodatku po wybuchu afery Gabriela Czechowicza) zaproponował mu tekę ministra skarbu, z oporami zgodził się przyjąć urząd jedynie pod warunkiem, że będzie mógł zachować minimum autonomii i tymczasowy charakter sprawowanej funkcji, zostając kierownikiem ministerstwa, nie zaś ministrem. Matuszewski zachował przy tym zaszeregowanie w Ministerstwie spraw zagranicznych, a nawet stanowiska Posła Nadzwyczajnego i Ministra Pełnomocnego przy Królewskim Rządzie węgierskim. Premier Świtalski doszedł z czasem do wniosku, że Matuszewski niechętnie wszedł do jego gabinetu, gdyż nie chciał opuszczać Msz. Doświadczenia wyniesione z tajnych służb i dyplomacji sprawiały, że nie widział się w roli polityka użerającego się na krajowej scenie politycznej. Tłumaczył to również względami natury moralnej. Świtalski tak pisał o swoich rozmowach z Matuszewskim w lutym 1929 r.:
„Tłumaczył mi, dlaczego woli służbę dyplomatyczną niż politykę wewnętrzną. w polityce zagranicznej przy powszechnych obyczajach w tej dziedzinie istnieje tolerancja dla takich metod, jak bluffowanie, jak nieszczerość, jak wprowadzanie drugiej strony w błąd, jak wreszcie uciekanie się do szantażu, gdy ma on szanse udania się. Ale te same metody, gdy ucieka się do nich w stosunku do własnych rodaków, a nie w stosunku do obcych, mierżą go i nie miałby ochoty do konieczności stosowania ich w polityce wewnętrznej"
(K. Świtalski, Diariusz 1919-1935, do druku przygotowali A. Garlicki i R. Świętek, Warszawa 1992, s. 375-376).
Cechą charakterystyczną myśli ekonomicznej Matuszewskiego w tym czasie było ograniczenie wydatków budżetowych, równowaga budżetowa, zabezpieczenie złotego w dużych rezerwach złota i obcych walut, walka z monopolami i kartelami oraz spowodowanie spadku poziomu cen przez wzrost siły nabywczej pieniądza (deflacja). Było to zatem zasadnicze odejście od gospodarki planowej, którą Matuszewski po 1929 r. nieustannie piętnował:
„»Gospodarka planowa« oznacza monopolizację produkcji, wymiany i kapitalizacji - że zatem jej wprowadzenie to nie jest rzecz drobna, łatwa i, co najważniejsze, nie jest to rzecz odwołalna ani odwracalna. Że tedy iść na tego rodzaju eksperyment można, tylko mając pewność, że innej drogi nie ma; że secundo »gospodarka planowa« nie jest dla Polski w dzisiejszych warunkach równoznaczna z niezawisłością gospodarczą, lecz przeciwnie: Polska, jako kraj niesamowystarczalny musiałaby bądź wejść w skład jakiegoś większego konglomeratu i nie »planować«, lecz wykonywać część cudzego planu, bądź zależeć od swych dostawców i odbiorców. [...]
»Planowa gospodarka« są to słowa, do których przywykliśmy wszyscy. Ale jeśli wmyślić się głęboko w ich możliwe skutki, dochodzi się do niespodziewanych wniosków. Stać się bowiem może - jeśli nie musi - że to nie wytwórczość iść będzie za potrzebami ludzkości, ale że potrzeby będą musiały nagiąć się do praw wytwórczości. »Nie wyrabiać tego, czego się pragnie, ale pragnąć tego, co się wytwarza...«. Paradoks? Nie. Jest to poruszające się w mroku przyszłości, niewidzialne jeszcze, ale już wyczuwalne niebezpieczeństwo"
(I. Matuszewski, Próby syntez, Warszawa 1937, s. 281-282).
Takie liberalne podejście do mocno już wówczas zetatyzowanej gospodarki było w Polsce nowością. Tłumaczono to osobistymi studiami Matuszewskiego nad przyczynami światowego kryzysu gospodarczego, fascynacją anglosaską doktryną liberalną i coraz bliższymi związkami z redaktorem naczelnym „Polityki Gospodarczej", Stanisławem Lauterbachem, który coraz głośniej ganił piłsudczyków za ograniczanie swobód gospodarczych, etatyzm i ucisk fiskalny. Chwaląc kierunek polityki Matuszewskiego, Lauterbach przeciwstawiał go większości obozu piłsudczykowskiego, czym wcale mu nie pomagał:
„Marszałek Piłsudski jest zdania, że aby kogoś nauczyć dobrze pływać, należy go rzucić na głęboką wodę i nie okazać żadnej pomocy. Będzie doskonałym pływakiem albo - utonie. Tłumacząc to na język ekonomiczny, można powiedzieć, że Marszałek jest liberałem czystej krwi. A oto rząd Marszałka subsydiuje bankrutów, czyli rozdaje premie za brak tężyzny życiowej [...].
Przed wojną życie gospodarcze urabiane było milionami mózgów i rąk ludzi, stojących przy indywidualnych warsztatach zarobkowych, a państwo trzymało się od nich na dystans i tylko w najogólniejszy, ramowy sposób ustalało warunki bytu i rozwoju gospodarczego. Po wojnie procesy gospodarcze stają się przedmiotem ingerencji państwa wprost i bezpośrednio"
(S. Lauterbach, Finansowanie przez skarb życia prywatno-gospodarczego, Kraków 1932, s. 9, 62).
Ignacy Matuszewski z zoną Haliną Konopacką w drodze do lokalu komisji wyborczej przy ulicy Nowowiejskiej, Warszawa, 16 XI 1930 r (NAC).
1|9
Początkowo nowe podejście Ignacego Matuszewskiego do gospodarki zyskało zrozumienie elit przerażonych skutkami światowego kryzysu. Piłsudski chwalił go za politykę oszczędności i wojnę z monopolistami w rodzaju Ivara Kreugera, który w zamian za wydzierżawienie monopolu zapałczanego, pożyczył Polsce 6 milionów dolarów, wpływając przez to na życie polityczne Rzeczypospolitej. Dobrze obrazuje to zapis dyskusji na forum rządu 8 maja 1929 r.:
„Kierownik Ministerstwa skarbu [Matuszewski], stwierdzając, że całkowite wykonanie budżetu mogłoby spowodować deficyt ok. 146 milionów złotych, wnosi o upoważnienie go do przeprowadzenia pertraktacji z poszczególnymi ministrami osobiście w sprawie wstrzymania niektórych nowych płac inwestycyjnych przynajmniej do chwili wyjaśnienia sytuacji budżetowej. Nawiązując do tego oświadczenia Pan Marszałek Piłsudski w dłuższym przemówieniu zaznacza, że od maja 1926 roku dochody państwowe miały tendencję silnie zwyżkową w związku z uporządkowaniem spraw podatkowych i ukróceniem licznych nadużyć skarbowych. wzrost ten spowodował przesadny optymizm przy budżetowaniu, z którym obecnie należy jednak stanowczo zerwać, szczególnie w związku z pogorszeniem ogólnoświatowej sytuacji finansowej, na co w silnym stopniu wpływa ostrożność kredytowa Ameryki w związku ze sprawą reparacji niemieckich długów wojennych. w konkluzji swych wywodów Pan Marszałek Piłsudski oświadcza, że jakkolwiek sytuacja nie jest groźna i bieżący okres budżetowy będzie można przetrzymać bez deficytu, jednak - zgodnie z wnioskiem Kierownika Ministerstwa Skarbu - należy w tym celu zastosować daleko idące ostrożności odnośnie mniej potrzebnych wydatków" (Protokół 9. posiedzenia Rady Ministrów RP z 8 V 1929 r., AAN, PRM, 8, t. 47, k. 520-521).
Matuszewski fascynował i przerażał zarazem swoim wizjonerstwem, kreśląc czasem przyszłość w czarnych barwach. Mówił o Polsce jako przedmiocie gry międzynarodowej finansjery, o potrzebie uwolnienia Polski od długów i więzów kartelowych, o likwidacji deficytu budżetowego, o uwolnieniu inicjatywy gospodarczej i unowocześnieniu armii. Przez swoją niezależność i bezkompromisowość był szanowany, ale nie był popularny! Kiedy wiosną 1931 r. Matuszewski próbował objąć polityką „zaciskania pasa" także wojsko przez obniżenie uposażeń oficerów, Józef Piłsudski postanowił wyrzucić go z rządu, w czym sekundowali mu nieprzychylni kierownikowi Ministerstwa Skarbu rzecznicy etatyzmu - prezydent Ignacy Mościcki i minister Eugeniusz Kwiatkowski. Mimo tego przykrego doświadczenia Komendant pozostał jego największym autorytetem. Zapytany, jak godzi
swój zimny realizm z romantyzmem Piłsudskiego, odparł: „Każdy młody jest romantykiem i każdy kocha swoją młodość. Później przychodzą rozczarowania i trzeba sobie zdać sprawę, że rzeczywistość nigdy nie odpowiada marzeniom i nadziejom".
Po odejściu z rządu Ignacy Matuszewski stawał się coraz większym krytykiem obozu politycznego, którego był przez lata jednym z filarów. Od frontalnej krytyki powstrzymywał go jedynie szacunek do Józefa Piłsudskiego, który nakazywał mu podjąć się kolejnego wyzwania, jakim było włączenie się w prace nad nową konstytucją. W latach 1932-1936 Matuszewski był redaktorem naczelnym „Gazety Polskiej", której nakład wynosił wtedy 35 tys. egzemplarzy (po jego odejściu nakład gazety spadł o połowę). Po śmierci marszałka Piłsudskiego w 1935 r. już na dobre przeszedł do opozycji. Nie godził się na etatystyczną politykę gospodarczą wicepremiera Kwiatkowskiego, kwestionując z czasem całym systemem rządów sanacyjnych. Coraz częściej cenzurowany w prasie rządowej, zaczął publikować na łamach „Polityki Gospodarczej" (również pod pseudonimem), stając się jednym z najwybitniejszych publicystów politycznych dwudziestolecia.
Jego poglądy, które nigdy nie były radykalnie lewicowe, coraz bardziej ewoluowały w kierunku tradycyjnej prawicy. Stanisław Mackiewicz twierdził, że Matuszewski miał podobno „tajny pakt" z Walerym Sławkiem, który po objęciu prezydentury miał mu powierzyć tekę premiera. Snuli wspólne plany polityczne, że odsuną Józefa Becka od polityki zagranicznej i zastąpią go ambasadorem Józefem Lipskim, że ministrem skarbu zostanie Leon Barański, że dogadają się z endecją... U schyłku II Rzeczypospolitej zawiązała się bliska znajomość Ignacego Matuszewskiego ze Stanisławem Mackiewiczem, który udostępnił mu łamy „Słowa". To właśnie w wileńskim „Słowie" Matuszewski w marcu 1939 r. ogłosił artykuł Konieczne wnioski, w którym pisał o nieuchronności wojny, wzywając do podwojenia liczebności armii (po raz pierwszy nawoływał do tego wiosną 1938 r.) i rewizji polityki w każdej dziedzinie:
„Głównym zagadnieniem gospodarczym obecnej chwili dziejowej staje się dostarczenie środków na podwojenie stanów pokojowych armii. Zważywszy, że wchodzimy w okres kryzysu przedwojennego na czas nieokreślenie długi, że nie będzie to jednorazowe obciążenie, jednorazowy wysiłek, że być to musi stałe obciążenie gospodarstwa narodowego, któremu zadośćuczynić można trwale nie tylko przez odmienny podział dochodu narodowego, lecz również i nade wszystko przez jego stałe podniesienie - widzimy następujące wskazania ogólnogospodarcze, które stanowią odpowiednik zasadniczego postulatu podwojenia armii:
Prezydent RP Ignacy Mościcki wśród członków gabinetu Walerego Sławka, obok minister spraw wojskowych Józef Piłsudski. Pierwszy od prawej stoi kierownik w Ministerstwie Skarbu Ignacy Matuszewski, Warszawa, 29 III 1930 r. (NAC).
*
- Natychmiastowe podniesienie opłacalności gospodarki narodowej.
- Poniechanie wszystkich procesów, niszczących gospodarkę, nawet jeśli podejmowane są one z najszlachetniejszych pobudek.
- zdecydowane i radykalne wyrzeczenie się wszystkich fikcji pochłaniających środki wypracowane przez naród.
Natychmiastowe podniesienie opłacalności wszystkich warsztatów wytwórczych jest możliwe. Środki potrzebne wskazywaliśmy wyraźnie już trzy lata temu. Dziś ponownie wymieniać ich ani uzasadniać nie będziemy Każdy z czytelników wie, o co chodzi. zmarnowaliśmy najstosowniejszą chwilę wiosną 1936 roku. zmarnowaliśmy trzy lata po niej. Dziś nie wolno marnować kwadransa. Najbardziej złota fikcja, umiłowana przez najbardziej złotoustych paladynów, nie może i nie powinna ostać się ani jednej chwili wówczas, gdy nie w piękne oblicze fikcji, lecz w groźną twarz prawdy spoglądać tylko wolno. [...]
I dlatego odrzucić należy te wszystkie słodkie majaczenia. Nie ma na nie czasu. Należy wytrzebić wszystkie fikcje. Wszystkie - te nawet, do których przywiązaliśmy się najbardziej.
Bez tego nie zdobędziemy się na to, aby walczyć z rzeczywistością. Budżet państwa od roku 1935 do roku 1939 wzrósł o czterysta sześćdziesiąt milionów. Budżet wojskowy przez ten czas tylko o czterdzieści sześć milionów. Oto jeden z dowodów iluzji, jakimi usypialiśmy siebie w ciągu ostatnich lat czterech, kiedy świat się zaroił. I jest to zarazem bolesny, lecz przekonujący dowód pełnej możliwości realizacji i tego minimalnego pogotowia, o które wołamy.
Środki zdobyte tą drogą powinny się okazać wystarczające dla zdwojenia stanów pokojowych naszej armii. Ale gdyby pomimo ich uczciwego wyczerpania były jeszcze niezaspokojone konieczności - wówczas, sądzimy, wolno porzucić na czas pewien klasyczne metody gospodarki emisyjnej. Albowiem wskazówki na zegarze dziejowym biegną niepowstrzymane. Czynnik czasu stał się czynnikiem decydującym. Pamiętać tylko należy w razie ucieczki do tych metod, że dają one wyniki jednorazowe, że są metodą podziału dochodu narodowego, nie zaś metodą jego podniesienia, że są skuteczne - ale krótkotrwałe, dlatego też wyłącznie na nich nie można opierać wysiłku, który ma być pierwszym, lecz nie jedynym ani ostatnim" ([I. Matuszewski], Konieczne wnioski „Słowo", 24 III 1939).
Ignacy Matuszewski był proroczym pesymistą, którego nikt nie chciał słuchać. Obawiał się, że wojna doprowadzi Polskę do niespotykanej dotąd klęski, że Polski nie stać na wojnę z Niemcami. „Przewaga wojskowa Niemiec jest tak ogromna - powtarzał w przededniu tragicznego września - że w ciągu trzech miesięcy musimy tę wojnę przegrać z kretesem". Prorokował
Paul Morand (drugi rząd, pierwszy z prawej) podczas wizyty w ambasadzie francuskiej.
W centrum widoczny minister Ignacy Matuszewski, Warszawa, październik 1930 r. (NAC).
też „rozstrzelanie" Rzeczypospolitej przez dwóch agresorów - Niemców i sowietów. w napisanym już na wygnaniu szkicu Matuszewski tak wspominał nadciągającą klęskę:
„Kiedy wiosną 1938 r. postawiłem tezę, że na aneksję Austrii winniśmy odpowiedzieć podniesieniem sił wojskowych - trzech tylko publicystów: najświetniejszy może, a na pewno najodważniejszy pisarz polityczny Stanisław Mackiewicz w »Słowie«, Wacław Zbyszewski w »Czasie« i Stanisław Lauterbach w »Polityce Gospodarczej« poparło mnie. Projekt wystawienia 3 dywizji pancernych wysunięty przez Mackiewicza i uzasadniony doskonale przez Zbyszewskiego - wywołał gromy. wszyscy ówcześni czciciele Naczelnego wodza pouczali nas, że »wódz wie lepiej«, a wielbiciele ministra skarbu wykładali nam, że »potencjał gospodarczy« jest ważniejszy od tanków" (I. Matuszewski, Nieprzygotowanie, Instytut Piłsudskiego w Ameryce, Archiwum Ignacego Matuszewskiego, t. 7, k. 2-3).
Kuluary sejmowe. W centrum Ignacy Matuszewski i Bogusław Miedziński, Warszawa, 23 IV 1931 r (fot. Jan Binek/NAC).
We wrześniu 1939 r. Ignacy Matuszewski zwierzył się Michałowi Sokolnickiemu: „Nie mieliśmy samolotów, nie mieliśmy czołgów, nie dosyć armat. Kwiatkowski przeznaczył miliardy na inwestycje, a nie dawał powiększać budżetu wojskowego. COP był nonsensem, pytałem: czy będziecie COP-em strzelać?" (M. Sokolnicki, Dziennik ankarski 1939-1943, Londyn 1965, s. 45). Kiedy indziej powiedział: „Wszyscy mnie uważali za czarnowidza, za pesymistę, gdym prorokował, że będziemy rozbici po trzech miesiącach, a tymczasem nasza wojna trwała trzy tygodnie, a właściwie była przegrana już po trzech dniach" (W.A. Zbyszewski, Gawędy o ludziach i czasach przedwojennych, Warszawa 2000, s. 265).
Tułacz
Płk Adam Koc (NAC).
W przededniu wybuchu wojny Ignacy Matuszewski nie otrzymał jakiegokolwiek przydziału do wojska. Po pierwszych nalotach niemieckich bombowców na warszawę ewakuował się z żoną na wschód. Matuszewscy dotarli w okolice Łucka, gdzie 9 września 1939 r. spotkali prezesa Banku Polskiego płk. Adama Koca. Kolega z Oddziału II formalnie objął wówczas stanowisko wiceministra skarbu i podjął decyzję o ewakuacji polskiego złota na terytorium sojuszniczej Rumunii. Przed przekroczeniem granicy zaplanowano koncentrację wszystkich transportów ze złotem w Śniatyniu - powiatowym miasteczku w województwie stanisławowskim. Jednak płk Koc otrzymał nowe wytyczne - miał przez Rumunię wyjechać na Zachód, by negocjować dla Polski pomoc finansową i wojskową. Zastanawiał się, komu powierzyć złoto. Kiedy Koc spotkał w Łucku swoich dawnych przyjaciół - płk. Ignacego Matuszewskiego oraz byłego attache wojskowego w Tokio, ministra przemysłu i handlu, mjr. Henryka Floyara-Rajchmana, przestał mieć wątpliwości. Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji oraz wiedząc o „energii, odwadze i umiejętności pobierania decyzji w trudnych warunkach i niecofaniu się przed napotykanymi przeszkodami", prezes Banku Polskiego bez wahania zaproponował Matuszewskiemu i Rajchmanowi kierowanie dalszą ewakuacją złota.
Koc miał na myśli przede wszystkim Matuszewskiego, ale ten zwrócił mu uwagę, że dla dobra sprawy lepiej będzie oddać formalne kierownictwo transportu niższemu rangą Rajchmanowi. Jak się wydaje, nie chodziło jedynie o mundur, który mimo braku wojskowego przydziału miał na sobie Rajchman.
Matuszewski, choć był piłsudczykiem, dla wielu sukcesorów Marszałka spod znaku Śmigłego-Rydza, Becka czy Mościckiego był po prostu niestrawny. Zaprzyjaźnieni ze sobą oficerowie „bez przydziału" szybko podzielili się zadaniami. Ustalili też, że mjr Rajchman
kieruje złotą kolumną na odcinku Łuck-Śniatyń, płk Matuszewski zaś ze Śniatynia aż do Francji. w obawie przed bombardowaniami, przerwaniem ciągów komunikacyjnych z Rumunią, dywersją i agenturą przystąpili od razu do reorganizacji kolumny transportowej. zmniejszyli ilość pojazdów, większość samochodów benzynowych wymienili na dieslowskie autobusy, pozbyli się zbędnego balastu (bagaży), dokonali selekcji personelu, zmniejszając go do ok. 30 osób, sformowali eskortę policyjną, a później ściągnęli cysternę kolejową z paliwem z równego. Mieli rezerwy paliwa na 350 km podróży! w nocy z 9 na 10 września kolumna transportowa ruszyła w stronę Dubna.
Sztabki złota w skarbcu Banku Polskiego w Warszawie (NAC).
według niektórych relacji jednym z autobusów miała kierować żona Matuszewskiego - Halina Konopacka. Podczas postojów Rajchman kilkukrotnie zwoływał naczelników wydziałów drogowych i policjantów z okolicznych powiatów, aby przedyskutować z nimi stan dróg i mostów. Ustalono marszrutę: Brody-Tarnopol-Tłuste-Horedenka-Śniatyń. W międzyczasie Matuszewski krążył między kolumną a Tarnopolem i Krzemieńcem, gdzie próbował nawiązać łączność telefoniczną z przedstawicielami władz centralnych i samorządowych, ambasadą RP w Bukareszcie, a podczas osobistych spotkań uzgadniał szczegóły dalszej podróży, w tym pomocy ze strony Anglików i Francuzów (m.in. z wiceministrem spraw zagranicznych Janem Szembekiem). 12 września kolumna dowodzona przez Rajchmana dotarła do Śniatynia. Następnego dnia wieczorem, mimo nękających nalotów Luftwaffe, dołączył do niej tzw. transport brzeski, siedlecki i zamojski, z którego wcześniej Naczelne Dowództwo WP na potrzeby woj
ska wyłączyło 70 skrzyń złota (o wartości ok. 23 mln zł). W ten sposób całość ewakuowanego skarbu zgodnie z planem skoncentrowana została w jednym miejscu w pobliżu granicy polsko-rumuńskiej. Późnym wieczorem 13 września na stacji kolejowej w Śniatyniu przeładowano około 75 ton złota do wagonów kolejowych, które zamknięto na kłódkę, zaplombowano i przydzielono im ochronę. O godz. 23.40 Rajchman przekazał kierownictwo transportu Matuszewskiemu, któremu pomagał główny skarbnik Banku Polskiego Stanisław Orczykowski. razem z nimi w podróży brało udział jeszcze szesnastu pracowników banku, a także dziewięć dodatkowych osób (m.in. żona pułkownika - Halina Konopacka, oraz majorowa Zofia Rajchmanowa). Pociąg z polskim złotem wyruszył ze Śniatynia do rumuńskiego portu Konstanca nad Morzem Czarnym. Wkrótce później Niemcy zbombardowali stację kolejową w Śniatyniu.
Mjr Henryk Floyar-Rajchman, 1934 r. (NAC).
Ale misja mjr. Henryka Floyara-Rajchmana nie zakończyła się w Śniatyniu. W Tarnopolu otrzymał rozkaz odszukania i przejęcia kontroli nad transportem złota, srebra i innych kosztowności (m.in. rękopisów, szabel i drogocennych eksponatów z tzw. Muzeum Belwederskiego) Funduszu Obrony Narodowej, który był w drodze z Tarnopola do Horodenki. 16 września 1939 r. Rajchman wyjechał do Horodenki z zadaniem wyekspediowania skarbów FON za granicę. Odnalazł złożoną z trzech ciężarówek kolumnę FON i tylko cudem nie wpadł w ręce Sowietów. „Na krótko przed zajęciem Horodenki przez bolszewików - wspominał Rajchman - transport ten wraz z jednym eszelonem walorów Banku Polskiego wyprowadziłem i skierowałem do Kut, gdzie przyłączył się do końcowej fazy ewakuacji w nocy z 17 na 18 września. Transport FON-u przybył do Czerniowiec i łącznie z transportem Banku Polskiego znalazł się na dziedzińcu koszar żandarmerii". Walczył później o zgodę Rumunów na przewóz FON-u do ambasady RP w Bukareszcie. Pomagał mu w tym spotkany w Czerniowcach płk Wacław Jędrze
jewicz. Po kilku dniach perypetii walory FON-u przewieziono wreszcie do ambasady. ze zbiorów wydzielono 2,5 tony srebra i ukryto w piwnicach ambasady, natomiast złoto i pieniądze postanowiono niezwłocznie przekazać do dyspozycji prezydenta Władysława Raczkiewicza w Paryżu. Po kilku tygodniach „pod pozorem, że są to przedmioty kultu i przedmioty artystyczne" Rumuni zezwolili na przewóz FON-u drogą morską do portu w Marsylii. Tak też się stało. Już pod koniec października 1939 r. Rajchman z Jędrzejewiczem mogli z satysfakcją zameldować ministrowi skarbu: „FON został ocalony przed dostaniem się w ręce bolszewików, uchroniony przed sekwestrem rumuńskim, uporządkowany, sprotokółowany".
15 września 1939 r. płk Ignacy Matuszewski i jego ekipa bez przeszkód dotarli z transportem złota do Konstancy. W porcie przy molo oczekiwał już na załadunek zarekwirowany przez Brytyjczyków na potrzeby Polaków statek „Eocene". Anglicy podporządkowali Matuszewskiemu kapitana statku. Pojawiły się jednak pierwsze kłopoty. Niemcy zaczęli wywierać presję na Rumunów w sprawie polskiego złota i straszyli ostrzałem statku. Później w obawie przed jego zatopieniem z pokładu uciekło sześciu członków załogi, co opóźniło wypłynięcie z portu. Z kolei Matuszewski otrzymał rozkaz z Ambasady Polskiej w Bukareszcie, by po dopłynięciu do Turcji przekazać cały ładunek konsulowi RP w Konstantynopolu. Pułkownik nie podporządkował się tej decyzji, obawiając się zarówno stanowiska Turcji naciskanej przez Niemców, jak i Anglików, którzy mogliby potraktować tę sytuację jako formalne zwolnienie ich z dalszego obowiązku pomocy. Matuszewski uznał nalot Luftwaffe za mało prawdopodobny. Nakazał kapitanowi natychmiast wypłynąć z portu i bez świateł oraz sygnałów radiowych kierować się na Stambuł. W Turcji pojawiły się kolejne kłopoty. Matuszewski nie mógł długo zejść na ląd, władze tureckie ograniczyły możliwość postoju „Eocene" do 24 godzin i zaoferowały „pomoc" polegającą na przechowaniu polskiego złota w Banku Ottomańskim, Brytyjczycy zaś oznajmili, że ich statki nie mogą wypływać w Morze Śródziemne bez eskorty wojennej. Ponadto 17 września Matuszewski dowiedział się o napaści sowieckiej na Polskę i wyjeździe tureckiego ministra spraw zagranicznych do Moskwy. Dwoił się i troił, aby uratować skarb. Wpadł na pomysł, żeby ambasador polski w Ankarze Michał Sokolnicki przejął odpowiedzialność za całość transportu na terenie Turcji. Miał też podjąć starania dyplomatyczne w Ankarze, umożliwiające przerzut złota drogą lądową z Turcji przez Syrię do Libanu, a stamtąd do Francji za niezbyt wygórowaną opłatą. Już 19 września Sokolnicki zrealizował ten plan niemal w stu procentach. Pojawiła się tylko jedna przeszkoda - Turcy zażądali od Polaków natychmiastowej wypłaty 30 tys.
dolarów amerykańskich za transport koleją. Takim funduszem ambasada nie dysponowała, a Matuszewski odmówił spieniężenia części skarbu. Pieniądze wyłożył od razu Amerykanin Archibald walker, który reprezentował w Turcji firmę Vacuum Oil Company (późniejszy Mobil). Nasi sojusznicy z Paryża i Londynu, którzy tak jak Polska byli już wówczas w stanie wojny z Niemcami, dali gwarancję bezpiecznego transportu do Francji. złożony z 12 wagonów pociąg (w tym dwa sypialne i restauracyjny) 23 września dotarł do libańskiego miasta Rayak. Tu przeładowano złoto na dwa składy kolei wąskotorowej i jeszcze tego samego dnia dotarły one do Bejrutu. Dzięki uporowi płk. Matuszewskiego złoto podzielono na części i na pokładzie trzech okrętów francuskiej marynarki wojennej - krążownika „Emil Bertin" i kontrtorpedowców „Vauban" i „Epervier" - w odstępie czasu bezpiecznie dotarło wreszcie do portu w Tulonie. Operacja przerzutu złota do Francji zakończyła się 5 października 1939 r.
Jesienią 1939 r. bohaterscy organizatorzy ewakuacji polskiego złota znaleźli się na Zachodzie. W ostatnich dniach września płk Adam Koc został ministrem skarbu w gabinecie gen. Władysława Sikorskiego. Chcąc przypodobać się Sikorskiemu, pozował na krytyka „sanacji" i atakował swoich niedawnych przyjaciół, sugerując nadużycia finansowe przy wywozie złota z kraju. Mimo tego już w grudniu stracił stanowisko ministra. Z kolei płk Ignacy Matuszewski po przyjeździe do Paryża zamiast zasłużonych podziękowań i uznania został oskarżony o nadużycia finansowe w trakcie transportowania złota. Otoczenie premiera zarzucało mu „przewiezienie na koszt Banku wielu osób postronnych", „zbyt hojne wydawanie pieniędzy", zakup z kasy państwowej proszków od bólu głowy (rachunek z apteki przez pomyłkę dołączono do rozliczenia), nazbyt wysoki koszt lemoniady, którą wypili tragarze niosący polskie złoto, czy też „bezprawną wymianę złotych polskich na walutę". Matuszewski był tym wszystkim wstrząśnięty, tym bardziej że już wkrótce okazało się, iż z chwilą kapitulacji Francji jego oskarżyciele nie zdołali ewakuować polskiego złota na Wyspy Brytyjskie!
Wiosną 1940 r. ucichło wokół Ignacego Matuszewskiego. Starając się nie zrażać intrygami, próbował nawiązać bliższą współpracę z premierem Sikorskim. W czerwcu 1940 r. płk Matuszewski wspólnie z płk. Janem Kowalewskim przygotował memoriał na temat warunków, na jakich Polska byłaby skłonna nawiązać współpracę ze Związkiem Sowieckim przeciwko Niemcom (uznanie granicy ryskiej i zaniechanie terroru wobec Polaków na Kresach). Nie powierzono mu jednak żadnych odpowiedzialnych funkcji państwowych. Był bezrobotnym politykiem i żołnierzem, którego aktywność ograniczała się do rozmów i publikowania tekstów na łamach reaktywowanego
w Paryżu „Słowa", kierowanego przez Stanisława Mackiewicza. Przez krótki czas wydawało się wprawdzie, że „zapis" na Matuszewskiego przestał obowiązywać, kiedy przywrócono go do regularnej służby wojskowej. Jednak wojskowy przydział nie trwał długo i rozkazem płk. Izydora Modelskiego (późniejszego generała) z 6 maja 1940 r. Matuszewski został ponownie bezterminowo i bezpłatnie urlopowany.
Klęsce Francji przyglądał się Ignacy Matuszewski z bliska. Jej rozmiary budziły grozę. W sierpniu 1940 r. za pośrednictwem bliskiego premierowi ks. Zygmunta Kaczyńskiego Matuszewski oddał się do dyspozycji Naczelnego Wodza. Jednak premier RP nie odpowiadał. Pułkownik postanowił więc opuścić Francję. 14 października 1940 r. przekroczył granicę francusko-hiszpańską i został aresztowany przez Hiszpanów. Po pięciomiesięcznym areszcie w Madrycie udało mu się opuścić Hiszpanię i 19 marca 1941 r. przedostać się do Portugalii. W Lizbonie zgłosił się do polskiej ambasady. W liście do Sikorskiego z 16 kwietnia 1941 r. ponownie zgłosił swoją gotowość do podjęcia pracy. Tym razem Wódz Naczelny postanowił odpowiedzieć na prośby pułkownika. W depeszy z 31 maja 1941 r. Sikorski napisał: „Liczę na współpracę Pana Pułkownika jako mego łącznika z gen. Weygandem i jako tajnego reprezentanta Naczelnego Wodza w Maroku". Ale już 3 czerwca minister Stanisław Kot napisał sprzeczny z wcześniejszą depeszą premiera list, w którym zapowiedział powierzenie Matuszewskiemu obowiązki polskiego agenta w najważniejszych ośrodkach francuskiej Afryki. Według instrukcji Kota, Matuszewski miał tam stworzyć silny ośrodek wywiadowczy z siecią korespondentów. Pułkownik odmówił przyjęcia propozycji Kota. W liście do ministra z 27 czerwca 1941 r. napisał, że nie ma „dość odwagi, aby podjąć się tej pracy", gdyż m.in. wiązałoby się to z ponownym dysponowaniem publicznymi pieniędzmi. Jednocześnie w tym samym czasie, kiedy Sikorski i Kot przedstawiali Matuszewskiemu mętne propozycje współpracy, wobec byłego szefa polskiego wywiadu kontynuowano postępowanie w sprawie rzekomych „nadużyć finansowych" w czasie ewakuacji złota Banku Polskiego.
W międzyczasie Ignacy Matuszewski korzystał kilkakrotnie z mediacji zaprzyjaźnionego z Sikorskim swojego dobrego znajomego prof. Karola Estreichera. Na jego ręce kierował swoje portugalskie polityczne memoriały z nadzieją na przekazanie ich premierowi Sikorskiemu. W jednym z nich (24 czerwca 1941 r.) z uznaniem odnosił się do deklaracji Naczelnego Wodza z 23 czerwca 1941 r., że rząd polski uzależnia swoje stanowisko wobec Sowietów od przekreślenia polityki zaborów i napiętnowania napaści na Polskę w 1939 r. Obawiał się jednak, czy prosowiecki kurs Winstona Churchilla (szczególnie po napaści Niemiec na Sowiety) nie „wyłagodzi"
stanowiska rządu RP. Matuszewski prosił Estreichera, aby uświadomił Sikorskiemu, że jeśli koalicja aliantów przyjmie do swojego grona sowietów, nie potępiając jednocześnie zbrodniczego charakteru komunizmu i nie żądając od Związku Sowieckiego deklaracji piętnującej układ Ribbentrop-Mołotow, to katolickie państwa Portugalia i Hiszpania (obawiał się też o postawę Kościoła katolickiego), ale także Litwini, Estończycy, Łotysze, Finowie, Węgrzy, narody kaukaskie oraz Turcja i Persja mogą poprzeć Niemców przeciwko Sowietom. Matuszewskiego twierdził, że zadaniem dyplomacji polskiej powinno być uczynienie z Polski ważnego członka antyniemieckiej koalicji, a przez jej autentycznie antysowiecki kurs aliancka koalicja zyskałaby wiarygodność w oczach wszystkich antykomunistycznie nastawionych państw i narodów. Rzeczpospolita powinna być „sumieniem antyniemieckiej koalicji", dlatego w przyszłej umowie Polski z Sowietami winien znaleźć się fragment o zniewolonych krajach nadbałtyckich. „Trzeba stanowisko nasze wyryć w brązie wystąpień dyplomatycznych" - pisał Matuszewski do Estreichera.
Sikorski nie skorzystał z tych rad i 30 lipca 1941 r. podpisał w Londynie umowę z Sowietami, która przez swoją niejednoznaczność ściągała na Polskę niebezpieczeństwo utraty połowy terytorium i stała się powodem wielkiego kryzysu rządowego. Wśród naturalnych krytyków układu Sikor- ski-Majski znalazł się także Matuszewski. Pytany o swój stosunek do tego układu, przywoływał przykład sowieckiej „Izwiestii" (3 VIII 1941), która nie kryjąc zadowolenia z umowy polsko-sowieckiej, podkreślała, że sprawa granicy polsko-sowieckiej wciąż pozostaje otwarta. W tak dramatycznej sytuacji, nie otrzymawszy żadnych nowych instrukcji od premiera, Matuszewski podjął decyzję o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Uważał, że przywiązana do wolności słowa Ameryka będzie najlepszym miejscem dla swobodnego, nieskrępowanego cenzurą artykułowania wolnej myśli w obronie praw Polski. Przewidywał, że od polityki Stanów Zjednoczonych zależeć będą przyszłe losy wojny, dlatego uznał, iż najlepszym polem do walki o sprawę polską będzie ziemia amerykańska. Oficjalnie żegnany na przystani w Lizbonie przez posła RP i przedstawiciela attachatu wojskowego, 22 sierpnia 1941 r. opuścił Portugalię.
Wola Polski
We wrześniu 1941 r. Halina i Ignacy Matuszewscy byli już w Nowym Jorku. Spotkali tam wielu przyjaciół i znajomych, a zwłaszcza płk. Wacława Jędrzejewicza, mjr. Henryka Floyara-Rajchmana i gen. Bolesława Wieniawę-Długo-
szowskiego. Działalność publicystyczną w Stanach Zjednoczonych rozpoczął Matuszewski w październiku 1941 r., kiedy to nowojorski „Nowy Świat", „Dziennik Polski" z Detroit i londyńskie „Wiadomości Polskie" przedrukowały jego głośny esej Wola Polski (wydany wkrótce również w formie anglojęzycznej broszury), w którym domagał się podmiotowego traktowania Polski przez Brytyjczyków, przypominając jej geopolityczne znaczenie dla świata:
„Wy, szczęśliwi ludzie szerokiego świata, rozumiecie doskonale znaczenie takich warunków, jak Singapur czy Panama. Nie rozumiecie jednak, że Polska leży geograficznie i politycznie w miejscu tak samo ważnym, że jej kształt, jej siła są być może dla dziejów świata jeszcze ważniejsze.
Polska leży bowiem między dwoma olbrzymimi ludami opętanymi przez demony. I Polska - samym swym istnieniem - paraliżuje dwa imperializmy. Imperializmy, których siły z daleka nie można ocenić. Ponury, szary imperializm rosyjski, imperializm negacji i nędzy, imperializm odnalezienia własnej wartości w poniżeniu innych, imperializm oparty na ubóstwianiu liczby i przestrzeni, mnogości i bezkresu - i przeciwstawieniu tej smutnej, niezliczonej ilości, wszelkiej jakości, i lśniący, chytry, drapieżny, sprawny jak maszyna imperializm niemiecki - imperializm bałwochwalstwa organizacji, imperializm wzorowego więzienia, nowoczesnych koszar... Polska zna je oba.
Polska zatrzymała w 1920 r. imperializm rosyjski, sięgający po władzę nad Europą. Imperializm sięgający po władzę nad Europą wówczas z szansami tryumfu. Nikt nam w tym nie dopomógł - mało kto to rozumiał. Ale my wiemy, wiemy z bezpośredniego zetknięcia, że imperializm ten chce i chcieć będzie władztwa nad światem. Jak wtedy przez Wilno, Grodno, Warszawę wiodła droga do panowania namiestników moskiewskich w Berlinie, Paryżu, Madrycie - może w Londynie i Washingtonie, jak panowała już Moskwa nad Budapesztem, Lipskom i Monachium - tak dziś przez Chojnice, Wejherowo, Kartuzy, przez nieznane wam miasteczka, uśpione wśród jezior, drzemiące wśród lasów - wiedzie niemiecki szlak do władania światem. Tędy właśnie i tędy koniecznie. Polska odcięta od morza, Polska powalona na kolana albo Polska zepchnięta do grobu - to cała Europa Środkowa i Wschodnia w rękach Niemiec. Jeśli uda się Niemcom ponownie zawładnąć Pomorzem, jeśli uda im się pokonać lub zmusić do kapitulacji Polskę, wówczas »Mitteleuropa« staje się faktem. Wówczas władztwo Niemiec rozciąga się bez przeszkód od Bałtyku do Morza Czarnego, wówczas blok 200 milionów ludzi, pracujących pod kierownictwem niemieckim dla Niemiec - staje się faktem. A to z kolei otwiera perspektywy bez kresu" (I. Matuszewski, Wola Polski, „Wiadomości Polskie", Londyn, 5 X 1941).
Ignacy Matuszewski, 1941 r (Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku).
Teksty i działalność Ignacego Matuszewskiego zyskały już wówczas olbrzymi rezonans, nie tylko w kręgach polonijnych, ale i w Europie, a nawet w okupowanym kraju. zaniepokoił się tym premier Władysław Sikorski, który w listopadzie 1941 r. skierował do Matuszewskiego list, w którym pytał
- powody jego wyjazdu do stanów zjednoczonych. Matuszewski odpowiedział bez zwłoki: „stan spraw mego kraju zmusza mnie do zabrania głosu
- do zwalczania obecnego kierunku polityki Rządu". 25 marca 1942 r. attache wojskowy RP w Waszyngtonie płk Władysław Onacewicz zawiadomił Matuszewskiego o wszczęciu przeciwko niemu postępowania sądowego w związku z „dezercją z wojska", „samowolnym opuszczeniu Lizbony i przyjazdem do USA". Z kolei 26 marca 1942 r., w czasie konferencji prasowej
w Waszyngtonie, gen. Władysław Sikorski wystąpił z gwałtownym atakiem na swoich przeciwników, w tym na Matuszewskiego, któremu odmawiał prawa krytykowania polityki rządu. Poruszony wypowiedzią premiera Matuszewski odpowiedział listem otwartym:
„Uznał Pan za właściwe przemilczeć w układzie lipcowym z sowietami sprawę naszych granic wschodnich. zmusił więc Pan niezależną opinię polską, aby mówiła.
Ministrowie Rządu, któremu Pan, Panie Premierze, przewodniczy, próbowali społeczeństwo polskie trzymać w niewiedzy: jeszcze 21 stycznia br., już po nocie Mołotowa, prof. stroński w przemówieniu radiowym do Polaków całego świata nazwał wiadomości o dążeniu sowietów do przewodnictwa w Europie wschodniej wymysłem Goebbelsa.
Niewdzięczna i pełna trudności jest moja droga. Ale to jest droga obowiązku. zna mnie Pan dostatecznie dobrze, Panie Premierze, aby wiedzieć, że nie zwrócą mnie z tej drogi ani groźby, ani inwektywy, ani szykany. ale mogę zapewnić Pana, Panie Premierze, że z radością zamienię krytykę na uznanie w tej samej chwili, gdy osiągnie Pan to, o co Pan walki w lipcu roku zeszłego nie podjął, a mianowicie: uznanie przez sowietów ich własnego podpisu na Traktacie ryskim" (List otwarty Ignacego Matuszewskiego do premiera rządu RP gen. Władysława Sikorskiego, 28 III 1942 r. [w:] I. Matuszewski, Wybór pism, Nowy Jork-Londyn 1952, s. 96-97).
Ignacy Matuszewski kontynuował swoje polemiki na łamach prasy, skierowując ostrze krytyki na układ polsko-sowiecki. Proroczo podawał przykład siedmiu tysięcy polskich oficerów, którzy gdzieś w sowietach „zaginęli" i „nie można ich odszukać". „Zaginięcie" polskich oficerów łączył Matuszewski z prowadzoną przez sowietów propagandą, która miała zatuszować sowieckie mordy na Polakach, przypisując je Niemcom. „»Zaginięcie« obozu z 7000 ludzi nie jest anegdotą - jest ponurą, krwawą sowiecką rzeczywistością" - pisał na długo przed odkryciem zbiorowych mogił w lesie katyńskim.
„Przeciwnicy paktu w redakcji Sikorski-Majski twierdzili mianowicie - pisał Matuszewski - że wobec złych sformułowań pakt osłabia naszą sytuację prawną i moralną wobec Anglii i Ameryki. Polska była ofiarą zbójeckiej umowy Hitler-Stalin. A zatem Polska tylko mogła rozgrzeszyć sowietów w opinii światowej z ich współpracy z Niemcami. Dla wszystkich ideowo pojmujących obecne zmagania ludzkości dopiero podpisanie umowy polsko-sowieckiej
oznaczało uznanie Sowietów za moralnie równego sojusznika. Opinia światowa z samego faktu podpisania przez nas umowy musiała wyciągnąć wniosek, że albo krzywda została przez tę umowę naprawiona, albo też krzywdy tej nie było w ogóle. Ponieważ zaś pakt Sikorski-Majski krzywdy nie naprawił, tedy pchnął opinię anglosaską do mniemania, że zajęcie przez Sowietów połowy Rzplitej nie było zbrodnicze, lecz usprawiedliwione" (I. Matuszewski, Pakt, „Nowy Świat", 25-30 III 1942).






