I.J. PADEREWSKI. SZOPEN

I.J. PADEREWSKI

SZOPEN 

 

WARSZAWA

1926

 

NAKŁADEM CZASOPISMA „MUZYKA"

DRUK M.S. WOJSK

MOWA niniejsza wygłoszona została we Lwowie podczas uroczystego obchodu rocznicy urodzin Mistrza, który odbył się dnia 23-go października 1910 roku w Filharmonji. Zawiera ona myśli tak głębokie i żywe, tak pięknie ubrane w szatę poetyckiego krasomówstwa, że i dziś jeszcze wypada przypomnieć ją społeczeństwu, jako wzór gorącej miłości do sztuki rodzimej szlachetnego entuzjazmu artystycznego, przede wszystkiem zaś wzniosłego patrjotyzmu. Tło, na jakiem widział Mistrz podczas swej natchnionej improwizacji, genjalną postać Szopena, zmieniło się szczęśliwie: powstała nowa, odrodzona Polska, wolna i niezależna. Ale słowa, rzucone przez Paderewskiego w epoce najcięższych gwałtów i prześladowań, zachowają na zawsze swe znaczenie historyczne, świadcząc o nieustannem i niesłabnącem ani na chwilę dążeniu naszem do wolności i niezawisłości, w którem złączyły się w uścisku ideowym postacie genjalnych przedstawicieli sztuki polskiej: wielkiego Mistrza epoki ubiegłej i najgodniejszego spadkobiercy jego tradycji w czasach dzisiejszych.

 

 

ZEBRALIŚMY się tutaj dla uczczenia pamięci jednego z największych synów naszej polskiej ziemi.

  Jak niedawno, w Krakowie, w jasne niezapomniane dni lipcowe składaliśmy hołd dziękczynny wielkim przodkom, co nam zbudowali Ojczyznę, tak dziś temu, co ją wzbogacił i przedziwnie upiększył, przynosimy w miłosnej ofierze wdzięczność i cześć. A czynimy to nietylko przez ukochanie przeszłości pamiątek, nietylko w poczuciu słusznej plemiennej dumy, nietylko dlatego, że w lechickich piersiach naszych drzemią wciąż jeszcze niewygasłe szczątki zamierzchłych wierzeń, których najpiękniejszą cząstką było, jest i będzie święcenie ojców pamięci, lecz w przeświadczeniu zarazem głębokiem, że z tego uroczystego świata wyjdziemy silniejsi na duchu, pokrzepieni na sercach.

  A pokrzepienia, otuchy złaknieni jesteśmy bardzo.

  Grom za gromem uderza w naród znękany, cios spada po ciosie; nie lęku, lecz zgrozy dreszcze całą wstrząsają Ojczyzną. Nowe formy życia, które przyjść musiały, przyjść powinny, obudziły się u nas, śród nocy mar strasznych. Wraz ze zdrowem ziarnem powiało na nas tumanem plewy i pośladu; z jasnym płomieniem wszechludzkiej jakoby sprawiedliwości, przyszły i kłęby ciemnego, kopcącego dymu; z lekkiem tchnieniem wolności przybyły i fale trującego powietrza i ciążą nad nami boleśnie. W sercach nieład uczuć, w umysłach pojęć zamęt.

  Uczą nas szacunku dla obcych, a pogardy dla swoich. Każą nam miłować wszystkich choćby ludożercę, a nienawidzieć ojców i braci, za to, że nie gorzej może, lecz inaczej tylko myślą. Chcą nas wyzuć zupełnie z rasowego instynktu, cały pokoleń dorobek i dobytek oddać na pastwę nieokreślonej przyszłości, na łup chaosowi, którego potworne kształty lada godzina ukazać się mogą ponad tonią czasu. W odwieczną budowę świątyni narodu, której potężne wrogów ramiona zburzyć nie zdołały, biją dziś już młoty bratnią kierowane ręką: dla nowych gmachów pono naszych tylko gruzów potrzeba, jak gdyby owych budowniczych na własną nie stać było cegłę. Nad białoskrzydłym, niezmazanym, nad najczcigodniejszym Ojczyzny symbolem kraczą kruki i wrony, chichocą obce a złowrogie puszczyki, urągają mu nawet swojskie, zacietrzewione orlęta. „Precz z Polską" wołają „niech żyje ludzkość”! Jak gdyby życie ludzkości ze śmierci narodów powstać mogło!...

  W takich to czasach rozterki i zamętu myśl nasza zwraca się ku przeszłości i trwożna zapytuje: Ażaliż wszystko co było, potępienia i pogardy godne? Ażaliż tylko to, co jest, co będzie lub co być może, warte posłuchu i wiary?

  Odpowiedź nie trudna.

  Oto w tej chwili unosi się wśród nas a nad nami jasny duch jednego z tych, co byli. Ileż w nim światła, dzielności a mocy! Ileż w nim wysiłku, pracy, a cierpienia! Toć on znojnym trudem, ciężką, twórczą pracą, a w ser­decznym bólu, na chwałę ojczyzny ślad swego zaznaczył istnienia. Toć on bezkrwawym bojem, na niwach pokoju, zapewnił zwycięstwo polskiej myśli. Toć on nie „działami w kwiatach ukrytemi”, ale dziełami okrytemi kwieciem najcudniejszem świat cały zdobył dla Polski.

  O wielka, święta przeszłości, któraś go wydała, bądź błogosławiona!

 _______________________________________________________________

  Utarło się już takie mniemanie, że sztuka jest kosmopolityczna. Jak wiele rzeczy, które się utarły, tak i to jest przesądem. Tylko to, co sam rozum człowieka tworzy, tylko nauka nie zna granic ojczyzny. Sztuka a nawet filozofja, jak wszystko, co pochodzi z głębin duszy ludzkiej, co powstaje z zespołu uczucia z rozumem, musi no­sić cechy plemienne, musi mieć narodowe piętno. Jeżeli zaś muzyka jest ze wszystkich sztuk naj­dostępniejszą, to nie dlatego, iżby miała być ko­smopolityczną, lecz że jest z natury swej kos­miczną.

  Muzyka jedna jest istotnie żywą sztuką. Pierwiastki jej, wibracje, drgania, to pierwiastki życia. Cicha a dosłyszalna, potężna a niepoznana jest ona wszędzie, gdzie jest życie. Ona się łączy z wód szumem, z wiatrów powiewami, z lasów szmerem; ona jest w żywiołowych ziemi przewro­tach, w ruchu planet potężnym, w ukrytych a za­ciętych atomów walkach; ona jest w światłach i barwach, co olśniewają lub koją nasze oczy; ona jest w krwi naszej krążeniach, w namiętności naszych porywów, w bólach naszych serdecz­nych... Ona jest wszędzie i sięga dalej i wyżej, niż słowo ludzkie sięgnąć może; ona się wznosi ku nadziemskim sferom czystego niebotycznego uczucia.

  Energja wszechświata brzmi nieustannie, brzmi nieskończenie wśród przestrzeni i czasu. Jej objawienie, rytm — z prawa Bożego pilnuje porządku, utrzymuje ład światów. Melodje Boga płyną nieprzerwanie po gwiazdnych obszarach, po mlecznych drogach, po światach, zaświatach, po ludzkich i nadludzkich dziedzinach, tworząc ten zespół cudny, wiekuisty: harmonję wszech­bytu. Powstają ludzie i narody, gwiazdy, słońca, światy, by brzmieć, by dźwięczeć, a gdy ucichną, życie ich gaśnie. Wszystko gra, śpiewa, mówi. Wszystko tylko własnym ruchem, własnym gło­sem i mową własną. Mówi, gra, śpiewa i narodu dusza a jak? słyszymy w Szopenie...

  Muzyka ludzka jest tylko fragmentem muzyki wiecznej. W jej formach, myślą i ręką człowieka stworzo­nych, zachodzą częste przeobrażenia. Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, myśli, uczucia coraz to inne przywdziewają szaty. Synowie niechętnie uchylają czoła przed tem, co było ich ojców — podziwu i zachwytu przedmiotem. Każdemu no­wemu pokoleniu, w zaraniu życia zwłaszcza, w go­dzinach marzeń i pragnień, upojeń i porywów młodości zdaje się, że ono tylko pcha ludzkość ku nieznanym wyżynom, na nowe kieruje je tory, że ono jest tylko powołane do wielkich myśli, do wielkich czynów i do dzieł wielkich. Każde pokolenie pragnie mieć piękno własne. To też powstają dzieła sztuki, w tym poczęte duchu, powstają, by usłużyć potrzebom chwili, powstają i trwają niekiedy krócej, niż ich twórcy.

  Ale powstają i inne, które trwają dłużej, z których po latach wielu widnieje jeszcze znamię pokoleń kilku, znamię epoki i ideału, co jej przyświecał. A są jeszcze i takie, zawsze młodością silne, zawsze szczerością świeże, z których s"ię wciąż odzywa głos pokoleń wszystkich, głos rasy całej i głos ziemi, co je wydała.

  Żaden z narodów na świecie nie może się poszczycić takiem, jak nasz, bogac­twem uczuć i nastrojów. Na harfę narodu nacią­gnęła ręka Boża strun bezmiar cichych i rzewnych, potężnych i głośnych. Mamy i miękkość kochania i dzielność czynu, i liryzm, szeroką płynący falą, i siłę rycerską, waleczną; mamy i tęsknotę dziewiczą i męską rozwagę, i smutek tragiczny starca, i lekko­myślną młodzieńca wesołość. Może w tem tkwi czar nasz ujmujący, a może też to i wada wielka! Zmiany następują szybko, bezpośrednio prawie: od radosnych upojeń do żałosnych szlochań, od szczytnych porywów do upadków ducha dzieli nas często jeden krok tylko, jedno oka mgnienie. Widzimy tego dowody we wszystkich dziedzi­nach narodowego życia: w politycznych wy­padkach, w społecznych przemianach, w pracy twórczej, w codziennym trudzie, w towarzyskich stosunkach, w osobistych sprawach... Wszędzie, wszędzie. Może to tylko taka przyrodzona właści­wość, ale w porównaniu z innymi, sytymi, szczę­śliwymi narodami wygląda to raczej na niedo­maganie. A jeżeli to niedomaganie, to nazwać je można wrodzoną narodową arytmją.

  Z te to arytmji pochodzi zapewne przypisywana nam niestałość i niemoc wytrwania; w niej to należy szukać źródła naszej rzeczywistej niestety nieu­dolności do karnego, zbiorowego działania. W tej to arytmji niewątpliwie tkwi i naszych dziejów tra­gizm nieszczęsny.

  Ani jeden z tych wielkich, którym Opatrzność poleciła duszy polskiej objawienie, nie zdołał tej arytmji dać takiego silnego, jak Szopen, wyrazu. Oni byli poetami. Ich krępowała jasność pojęć, ścisłość słowa, bo nawet nasza mowa, tak dziwnie piękna i bogata, wypowiedzieć wszystkiego nie jest w stanie. On był muzykiem. A muzyka, tylko jego muzyka, mogła oddać tę falistość na­szych uczuć, tę ich rozlewność aż w nieskończo­ność i to ich aż do bohaterstwa skupienie, te szału porywy, co, zda się, skały skruszą, i tę niemoc zwątpienia, w której i myśl się mroczy i chęć do czynu zamiera.

  Tylko w tej muzyce tkliwej a burzliwej, cichej a namiętnej, rzewnej a mocnej i groźnej, w tej muzyce, co się rada wymyka od dyscypliny metrycznej, co się uchyla od karności rytmu, co nie znosi metronomu, jak znienawidzonego rządu, w tej muzyce słyszy się, czuje, poznaje, że naród nasz, ziemia nasza, że cała Polska żyje, czuje, działa: „in tempo rubato”.

  Dlaczegóż w Szopenie właśnie ozwała się tak silnie dusza narodu, dlaczego z jego serca głos rasy naszej, jak zdrój kryształowy z głębin ziemi niezbadanych, wytrysnął potężny, ożywczy, przeczysty? Spytajmy o to Tego, który „łono tajemnic odmyka"... On nam nie wszystko jesz­cze powiedział i bodaj że nigdy wszystkiego nie powie...

  Zwyczajny „krwi polskiej" słuchacz, z wielką sztuką muzyczną nieoswojony, arcydzieł Bacha, Mozarta, Beethovena słucha niechętnie, cza­sem niecierpliwie. Kunsztowna wielogłosowość, bogactwo przeróżnych dźwiękowych powikłań, jasne dla wyćwiczonego umysłu, niedostępne dla jego ucha. Myśl jego się gubi w misternych fugach, uwaga się błąka i rozprasza wśród marmurowych kształtów pięknej, lecz germańskiej sonaty, w prze­dziwnych gmachach klasycznej symfonji zimno mu jakoś i nieswojsko, jak w obcym kościele; prometeuszowego bólu największego z muzyków świata on odczuć nie potrafi. Ale niech się tylko odezwą szopenowskie dźwięki, nasz słuchacz krwi polskiej zmienia się odrazu. Słuch się natęża, uwaga skupia, oko błyszczy jaśniej, krew szyb­ciej krąży: raduje się serce, choć i łzy spadają na lica. Czy to tańce rodzinnego Mazowsza, czy tęskne Nokturny, czy dziarskie Ziemi Krakow­skiej odgłosy, czy tajemne Preludja, czy zama­szyste Polonezy, czy żywiołowe, a przedziwne Etiudy, czy burzliwe a epickie Ballady, czy też: bohaterskie Sonaty, — on wszystko rozumie, od­czuwa wszystko, bo wszystko to jego, polskie.

  Rodzime powietrze owiewa jego istotę, swojski przed nim roztacza się krajobraz. Pod niewy­raźnym smutnego nieba błękitem — szerokie oj­czystej ziemi równiny, sina wstęga lasów, pola uprawne, żyzne łany, ugory, piaski ubogie..„ U stóp łagodnych pagórków — zielone łąk ni­ziny, od których pod wieczór mroczne, tajemnic pełne idą opary. Szemrze woda ruczajów, szepcą płaczliwe rzadkie brzozy i wierzby liście, wiatr muska wierzchołki topól wyniosłe, porusza zie­loną jeszcze falę kłosów żyta i pszenicy, a od borów sędziwych idzie woń zdrowa, żywiczna...

  Twory prastarej przodków wyobraźni zdają się napełniać tę przyrodę, obumarłych bóstw postacie powstają wskrzeszone, mitologja cała wśród wio­sennej nocy budzi się znowu do życia. Scherzo! Niby jakieś bogów i bożków, bogiń i boginek mocarne krotochwile.

  Po łąkach i polach wiją się przeróżne dziwy. W gęstych zaroślach mo­cują się wilkołaki. Igrają figlarne chochliki. Lu- beczki i miłosteńki krążą w pląsach zalotnych, to znów otaczają kołem bogiń królowę, naszą miłości królowę, Dziedzilię, aby pieśni jej posłu­chać, pieśni, co się dobywa z piersi rozwartej, z której widnieje kochaniem wezbrane serce całe — serce Polski. Czasem odwieczny Perun się odezwie i zagrzmi, ponuro, groźnie, uroczyście. Drżą święte gaje, spłoszone rusałki znikają z po­wierzchni jeziora. A oto niebo płonie od bły­skawic ognia. Wicher się zerwał, straszliwy i pę­dzi, i goni, i niszczy, i łamie... Śród burzy od­mętu runęły sklepienia tak ongi dumnej i władnej Derwidów świątnicy...

  Słucha nasz Polak. Tchnie­nie lata na ojców ziemi ogarnia jego duszę. Złote morze pszenicy gdzieś wyschło. Zboże już w snopach i kopach, spoczęły sierpy. Fruwają lekkie przepiórki i poważniejsze kuropatwy, ba­dając skrzętnie zasobne jeszcze rżysko. Od pieśni żniwiarnych drżą jeszcze powietrzne fale: z łę­gów i pastwisk dochodzi odgłos fujarki pastu­szej. W wiejskiej opodal gospodzie raźno i gwarno. Grają zręcznie skrzypki, grają od ucha; potrą­cając często o tę swojską, plemienną zwiększoną kwartę, wtóruje im uparcie pedał prostaczej basetli, a lud nasz tańczy żwawo, zamaszyście, lub śpiewa zwolna z zadumą, ten lud nasz zdrowy a kapryśny, wesoły a przepojony tęsknotą. W kościółku grają ubogie organy...

  Tuż niedaleko, w dworze okazałym, żarzą się światła po kom­natach. Szlachty dostojnej, snąć po sejmiku, tłum barwny, lśniący. Zabrzmiała kapela. Pan podkomorzy, a może ktoś godniejszy, co z wieku i urzędu to mu się należy, poloneza poczyna. Brzęczą karabele, szeleszczą wzorzyste materje i purpurowe kontuszów wyloty. Posuwistym kro­kiem idą dumne pary. Ku pięknym oczom, ku licom gładkim, staropolskiej mowy płyną słowa gładkie, męską łaciną z gęsta przeplatane. Cza­sem ktoś nieśmiało francuzczyzną zatrąci...

  A gdy skończyli, starzec siwowłosy o długiej brodzie, o srebrzystym głosie, przy dźwiękach gęśli, du- darza przy lutni i harf wtórze, jakąś zamierzchłą baśń opowiada. Mówi o Lechu, Kraku, Popielu; o Balladynie, Wenedzie, Grażynie; prawi o za­morskich krajach, o włoskiem niebie, o świetnych turniejach, trubadurów pieśniach; śpiewa o białym Orle i o bratniej Pogoni, o zwycięskich walkach i bitwach przegranych, o bojach sławnych, wiel­kich, nieśmiertelnych, choć nieskończonych, nie­rozstrzygniętych...

  Wszyscy go słuchają, wszyscy rozumieją...

  Podczas gdy w ogrodzie, wśród woni róż, jaśminu, lilii westchnień czystych, pobłażli­wego lip starych poszeptu, przy gwiaździstym nokturnie urocza kasztelanka smętnemu młodzia­nowi czyni miłosne nocy letniej zwierzenia...

  Minęło już lato i lata minęły. Minęły sławne pancernych rycerzy pochody, opadły skrzydła nie­ustraszonych husarzy, co pruli zwycięsko morskie Bałtyku fale, ułanów przemężne szarże zakuły się w spiżowe narodowej chwały wspomnienie... Jesień nadeszła. Preludja jakby Epilogi! Czy to jesień życia? Nie. To życie jesieni. Dni już krótsze, światła skąpiej, mniej już pogody i we­sela. Choć czasem, gdy słońce całym zajaśnieje blaskiem, od bogactwa barw niezrównanych oder­wać się trudno, znać już przewagę mroków, ciem­ności. Staroświecki zegar, co dziadom, pradzia­dom, lepsze mierzył czasy, wybija teraz poważnie późną, nocną godzinę. Wiatr wyje ponuro w pustkę komina. Słychać miarowe krople jesiennego deszczu, słychać spadanie zwiędłych na ziemię liści i osie­roconych gałęzi szmer po nich żałosny.

  Na sta­rych cmentarzach, na dawnych kurhanach i uro­czyskach latają widma, upiory, snują się posępne duchów korowody. Jakież to widma, upiory? Duchyż to czyje? Ażaliż to żółkiewski, Czar­niecki? Ażaliż to Bogusław, Janusz Radziwiłłowie, Radziejowski? Czy to nie ta szlachetna i dziś mimo wszelkie nieszczęścia—wzniosła, świetlana, jasna, ja­snogórska postać? Czy to nie Siciński? A może to Rejtan, a może nieszczęsnej Targowicy marszałek Szczęsny? Może Bartosz Głowacki? A może i Szela?... O nie! Oni do historji należą, a historja to czcigodna, a wybredna strażniczka, co wprawdzie, stojąc u progu wieczności, wpuszcza do przybytku zarówno złych, jak i dobrych, lecz samych tylko wielkich.

  Ta zaś muzyka to cząstka wieczności samej i w niej się wszyscy mieszczą: wielcy i mali, możni i ubodzy, sławni i bezimienni, wszyscy, tylko wyjęci z wad, przywar i zbrodni ziemskiej powłoki, skąpani w zdroju najczyściej­szej duszy, upiększeni, uszlachetnieni.

  Bo Szopen upiększał, uszlachetniał wszystko. On odkrył w głębi ziemi polskiej najdroższe kamienie, on z nich uczynił najcenniejsze skarbnicy naszej klej­noty. On, bodaj że najpierwszy, nadał chłopu polskiemu najponętniejsze szlachectwo, bo szla­chectwo piękna. On wprowadził chłopka na­szego w świat szeroki, wielki, na zamkowe prze­pychem lśniące sale, on postawił go obok dum­nego wojewody, obok sławnego wodza sielskiego postawił pastuszka, obok możnowładnej pani wy­dziedziczoną umieścił sierotę, on poeta, czarodziej, potężny z ducha monarcha zrównał wszystkie stany, nie tu na poziomie, na codziennego życia nizinach, lecz hen wysoko, na najwynioślejszych szczytach uczucia.

  Tak Polak słucha Szopena. Tak słucha on rasy swej całej wielkiego głosu. Od cichej, słodkiej, świetlanej, powiewnej koły­sanki począwszy, aż do tych dwu sonat groź­nych i mocnych, jakby z bohaterskiego kruszcu ukutych—to cała skala jego i jego narodu życia... On widzi siebie niemowlęciem, jak mu nad ko­łyską w dzień słoneczny, upalny, przygrywa orkiestra motyli, jak mu skrzętny rój pszczółek brzęczy miodowo, jak mu chór ptasząt świergoce po ci­chu by nie obudzić uśpionego... On widzi swe dzieciństwo sielskie, anielskie, swoją młodość górną i chmurną, swój wiek męski, wiek klęski... A oto i zima. Z wichrów poświstem przyszły śnieżyce i całą Ojczyznę białą pokryły martwotą. Oto i kres jego żywota: koniec już marzeń, walk i cierpień. Na posępnym wozie dom jego ostatni, ciasny, ubogi... Ku otwartemu łonu macierzystej ziemi wiozą jego szczątki doczesne, a w tej ostat­niej na sen wieczny wędrówce przygrywają mu jeszcze potężne a ponure archaniołów trąby...

  Słucha Polak i roni łzy czyste, rzęsiste. Jak my wszyscy słuchamy. Bo i jakże go słuchać ina­czej, tego z Bożej mocy piewcy polskiego narodu?...

________________________________________________

  Szopen przyszedł na świat już po dokonaniu troistego nad naszą Ojczyzną mordu. Na niebie Europy świeciła wówczas w całej pełni gwiazda Napoleona, ta gwiazda, z której jasne smugi na­dziei miały jeszcze w Polsce długie przetrwać lata Dzieciństwo jego zeszło wśród względnych swobód ówczesnego Królestwa, wykrojonego jak serce z żywego ciała narodu. Już się zanosiło na tę gwałtowną nawałnicę, która całą dawną Polską wstrząsnąć miała, gdy Szopen kraj zegnał na zawsze. Odjechał, ale nie sam. Wywozi ze sobą to co Mickiewicz gdzieś jako „genius loci" określa a co byśmy chętnie: „genius patriae” nazwali, wy­wiózł ducha ziemi ojczystej, który nie opuścił go aż do zgonu. Temu też możemy zawdzięczać, że go nam, choć nie brakło chęci, nie zrabo­wano... Nawet przez ojca spokrewniona z nim Francya nie myśli się zdobić w jego sławy pro­mienie. Nie dlatego, że monarchów nikt o krew nie pyta, że duchy królewskie z berłem i ko­roną przyjmują serc podwładnych narodowość lecz, że w szopenowskiej, tajemnej, głębokiej,’ uczuciowej, wulkanicznych wybuchów pełnej twór­czości niema zgoła pierwiastków rasy francuskiej bo nawet forma nie posiada cech dworackiej zim­nej elegancji, jeno jakąś możnowładczą wytworność.

  Nawet ten naród liczny, mnogi, ten naród silny, a bez morza, który by to morze chętnie ze wszyst­kich rzek słowiańskich wytworzył, ten naród, co nam zabrał już tyle, na Szopena nie podniósł dotychczas zaborczej ręki. Choć on Słowianin — ale taki inny. Bo jakże daleko od jego krasy od jego czaru, od jego bogactwa barw, świateł i cieni do tej ponurej, a monotonnej, choć mądrej rosyjskiej muzy, na której licach uśmiech pogody i promień szczęścia zda się, że nigdy nie postały Jakaż to przepaść dzieli jego tęsknotę, jego smu­tek, jego tragizm przygodny, od tamtej rozpaczy co wieje na nas jak mroźny, groźny wicher od stepu bez miary, bez granic i bez nadziei...

  Wkrótce po wyjeździe Szopena, na ziemi jego rodzinnej, zwłaszcza w ościennych województ­wach ucisk zapanował — jak wiadomo— straszny; ucisk którego bezprzykładne okrucieństwo tylko jakąś' bezmyślną, dziką na niewinnych zemstą za długie jarzmo tatarskie wytłumaczyć można. Zabraniano nam wszystkiego! mowy ojców, wiary przodków, czci dla świętych przeszłości pamiątek, strojów, obyczajów, pieśni narodowych... Zabra­niano nam Słowackiego, Krasińskiego, Mickiewicza. Nie zabroniono nam tylko Szopena. A jednak w Szopenie tkwi wszystko, czego nam wzbra­niano: barwne kontusze, pasy złotem lite, posęp­ne czamarki, krakowskie rogatywki, szlacheckich brzęk szabel, naszych kos chłopskich połyski, jęk piersi zranionej, bunt spętanego ducha, krzyże cmentarne, przydrożne wiejskie kościółki, mo­dlitwy serc stroskanych, niewoli boi, wolności żal tyranów przekleństwo i zwycięstwa radosna pieśń Przez długie lata udręczeń, męki i prześla­dowań, przez długie lata znękanych myśli na­szych najtajniejsze nici z mm się wiązały, ku niemu się tuliły zbolałe serca nasze Ileż on ich ukoił, pokrzepił... a może i nawrócił. Wszak on był i tym przemytnikiem, co w zwitkach nut niewinnych, rodakom po kresach rozsianym ro­zwoził zakazaną polskość; wszak on był i tym kapłanem, co nas rozproszonych w święty Oj­czyzny zaopatrywał sakrament.

  Stoi on teraz w blasku ziemskiej chwały, w nieśmiertelnych promieniach wdzięczności narodu, cały umajony zawsze w świeże wieńce ze czci podziwu, z zachwytu i miłości uwite. Ale nie stoi sam. Genius Patriae, duch ziemi ojczystej, duch narodu nie opuszcza go, nawet po śmierci.

  Człowiek wielki, choćby największy, ani nad narodem, ani poza narodem być nie może. On jest z jego ziarna, jego cząstką, jego kwiatem, jego kłosem, a im większy, urodziwszy, mocniejszy, tem sercu na­rodu bliższy... Szopen może nie wiedział, jakim był wielkim. Ale my wiemy, że on wielki naszą wielkością, że on silny naszą siłą, że on piękny naszem pięknem. On nasz, a my jego, albowiem w nim się objawia cała nasza zbio­rowa dusza.

  Więc krzepmy serca do wy­trwania, do trwania, myśli skrójmy do czynów, do dzielnych, sprawiedliwych, uczucia podnośmy do wiary, do silnej, bo nie ginie naród, co ma taką wielką, nieśmiertelną duszę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


People in this conversation

Comments (2)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
This comment was minimized by the moderator on the site

Dziś nikt tak po polsku, bohatersku nie gra Szopena, pozwoliliśmy Go rozmyć Kitajcom i Japońcom, a oni grają swą mdłą, nijaką muzyczkę, jakieś swe wariacje na temat muzyki Szopena, których On by nie rozpoznał jako swoje. Ich piana są...

Dziś nikt tak po polsku, bohatersku nie gra Szopena, pozwoliliśmy Go rozmyć Kitajcom i Japońcom, a oni grają swą mdłą, nijaką muzyczkę, jakieś swe wariacje na temat muzyki Szopena, których On by nie rozpoznał jako swoje. Ich piana są niesłyszalne, a forte słabe niedożywione, jak oni -WEGANIE, a o rytmach nie ma co mówić jakieś wsobne, dowolne... brak określeń. Tylko dawni pianiści rozumieli tę muzykę i starali się respektować jej własne oryginalne, polskie piękno, taki Nehring, niby Polak, już drugi raz w konkursie szopenowskim, widocznie mało mu wyróżnienia w poprzednim i tylu innych, ale nic, poza doskonaloną techniką, swoją grą nie przekazuje.

Read More
Guest
This comment was minimized by the moderator on the site

James Huneker - Chopin: człowiek i artysta
ROZDZIAŁ DWUNASTY: POLONEZY — BOHATERSKIE HYMNY BOJOWE.

https://pl.wikisource.org/wiki/Chopin:_cz%C5%82owiek_i_artysta/Polonezy_%E2%80%94_Bohaterskie_hymny_bojowe

Guest
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location