Polska objęła z początkiem roku półroczną prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Jej uroczysta inauguracja odbywa się dzisiaj tj. 3 stycznia 2025 r. w Warszawie w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. Miała się na niej pojawić Ursula von der Leyen, ale jednak nie przyjechała. Media informują, że się rozchorowała, jednak zdaniem protestujących, nie chciała się spotkać z rolnikami. To ją, i decyzje unijne, krytykują rolnicy również przez postulaty, bo hasło 5 x STOP dotyczy: Mercosur, Zielonego Ładu, Importu z Ukrainy, Niszczenia polskich lasów i łowiectwa, Wygaszania Polskiej Gospodarki. My w poniższym artykule zapytaliśmy, nie głównych przedstawicieli licznego Porozumienia Organizacji Rolniczych, ale rolników – uczestników tego wydarzenia, z czym się mierzy rolnictwo? Zarówno w tym, jak i kolejnych artykułach, będziemy prezentować sylwetki farmerów z różnych stron Polski, którzy pokazali swój sprzeciw.

 

Dlaczego protestują rolnicy?

Wojciech Malec to rolnik z powiatu drawskiego z województwa zachodniopomorskiego.

- Jesteśmy tutaj, aby zaprotestować przeciwko planowanej umowie UE z krajami Mercosur. Uważam, że z tych pięciu postulatów, to ten jest teraz najważniejszy. Należy zwrócić na niego uwagę ogółu społeczeństwa. Nie tylko samych rolników – mówi nam Malec.

Jak dodał, chcieli pokazać swoje „nie” szczególnie przewodniczącej von der Leyen, a tu dzisiaj okazało się, że jej nie będzie. Nie krył swojego rozczarowania, bo to właśnie przy okazji inauguracji prezydencji, rolnicy się kolejny już raz zorganizowali.

- Co prawda będą inni przedstawiciele, jak szef Rady Antonio Costa, ale to właśnie przewodnicząca zdecydowała praktycznie za nas o wszystkim. Protest jednak będzie transmitowany w mediach i w taki sposób chcemy zwrócić uwagę na problemy, na bezpieczeństwo żywnościowe, które jest zagrożone – dodawał rolnik.

 

Wojciech Malec to rolnik z powiatu drawskiego z województwa zachodniopomorskiego, fot. M. Tyszka
Wojciech Malec to rolnik z powiatu drawskiego z województwa zachodniopomorskiego, fot. M. Tyszka

 

Wojciech Malec prowadzi gospodarstwo o areale 75 ha, a razem z rodziną to w sumie 200 ha. Nastawiony jest na produkcję bydła mięsnego, dlatego temat umowy handlowej z Mercosur jest mu osobiście bardzo bliski. Czuje się zagrożony napływem taniego i produkowanego w innych standardach mięsa wołowego. Poza tym mimo iż jest to gospodarstwo ekologiczne, ekstensywne, które poniekąd wpisuje się przecież w zasady Zielonego Ładu, to biurokracja i nierówna konkurencja z krajami poza unijnymi, może znacząco wpłynąć na opłacalność produkcji i dalsze losy gospodarstwa.

- Ten miniony rok dla nas pod względem pogody był łaskawszy, bo nie mieliśmy w naszym regionie, tak jak w trzech poprzednich latach – suszy. Plony były całkiem korzystne, ale ja z reguły wszystko wykorzystuję w swoim gospodarstwie na pasze – dodaje nasz rozmówca, który pokonał ogromną drogę, aż z województwa zachodniopomorskiego. Rolnictwo to jest jednak fabryka pod chmurką, która jest nieprzewidywalna, podobnie jak zmieniające się wymagania stawiane przed europejskimi rolnikami.

Blisko granic. Problem dla rolników 

Kolejnym naszym rozmówcą był Mateusz Berbecki z okolic Tomaszowa Lubelskiego na Lubelszczyźnie.

- Jest źle. Nie możemy pozwolić na to, żeby napływała do nas żywność spoza Unii Europejskiej, jak z krajów Mercosur i z Ukrainy. Przecież to nasze gospodarstwo rozłoży na łopatki. Zasady produkcji żywności tam, a u nas, są nieporównywalne. My mamy koszty dwukrotnie, no można powiedzieć trzykrotnie większe. My mamy zdrową żywność. W sytuacji, kiedy ona będzie napływać z poza Unii Europejskiej to przecież my sobie nie damy rady. Dlatego tu jesteśmy, aby się sprzeciwić. Tak być nie może. My upadniemy – mówi obrazowo rolnik.

Szczególnie doskwiera mu temat ukraiński, bo jego gospodarstwo położone jest relatywnie blisko granicy. Polacy mimo iż Ukraina nie jest w Unii już teraz muszą toczyć nierówną walkę. Jak dodaje, wie, że tam toczy się wojna, ale jednocześnie pyta, jak w takich warunkach są oni w stanie inwestować i się rozwijać.

 

Mateusz Berbecki z okolic Tomaszowa Lubelskiego na Lubelszczyźnie, fot. M. Tyszka
Mateusz Berbecki z okolic Tomaszowa Lubelskiego na Lubelszczyźnie, fot. M. Tyszka

- Był taki moment, że w moim regionie mieliśmy ceny pszenicy niższe niż 200 zł na tonie niż reszta Polski, bo sprawiła to konkurencja z Ukrainy. Byliśmy zalani zbożem, nie mieliśmy, gdzie go sprzedać – przypomniał. I zaznaczał, że oni tam mają zdecydowanie niższe koszty produkcji i inne wymagania środowiskowe. - Mało tego, nasza gospodarka przygraniczna jest wykupowana przez Ukraińców. Jak tak może być, żeby państwo, które jest w czasie wojny, inwestowało w Polsce, czyli w kraju sąsiadującym? To jest nierealne, niewytłumaczalne dla mnie – dodał Berbecki.

 

Rolnik prowadzi gospodarstwo o powierzchni 80 ha. Uprawia paprykę, pszenicę, fasolę i rzepak. Nastawiony jest tylko na produkcję roślinną.

Ważne aby zwrócić uwagę na problem

Marek Boruc z Mazowsza również nastawiony jest tylko na produkcję roślinną. Jego gospodarstwo liczy sobie kilkanaście hektarów. Również obawia się o swoją przyszłość.

- Do tych pięciu dzisiejszych postulatów można dołożyć jeszcze kilka, ale to są te jakby najgłówniejsze, które dzisiaj są na wokandzie życia naszego, społecznego – mówi Boruc. Jego zdaniem mimo iż umowa UE – Mercosur nie została jeszcze do końca przyjęta, to jest to w sumie kwestia formalna. - To jest tylko wyczekiwanie odpowiedniego momentu, żeby zacząć jakby dopełnić tego dzieła. Dlatego ten nasz dzisiejszy protest jest początkiem takiego, jakby chyba większego zrywu społecznego, żeby to całe zło przynajmniej zatrzymać – wyjaśnił.

 

Marek Boruc z Mazowsza (w środku), fot. M. Tyszka
Marek Boruc z Mazowsza (w środku), fot. M. Tyszka

 

Na moje pytanie, że mimo iż w ubiegłym roku rolnicy strajkowali, to u władzy w UE nadal są te same osoby co wcześniej, które nie zbaczają ze swojej ścieżki m.in. Europejskiego Zielonego Ładu, odpowiedział, że to właśnie media odegrały w tym względzie dużą rolę i nadal takową mają.

Jako największą obecną bolączkę rolnictwa Boruc wymienił tzw. papierologię. – Tyle dokumentów, ile musimy wypełnić, aby zaorać tę ziemię, zasiać i zebrać, to przechodzi ludzkie pojęcie. Pamiętam czasy, jakby minionej epoki, czasów komuny, gdzie narzekaliśmy na biurokrację, ale to była pestka w porównaniu z tym, co dzisiaj – dodał.

 

 

Wkrótce więcej relacji z protestu rolników w Warszawie 3 stycznia 2025 r.