czony, który giównie był popierany przez Kanta. My wszyscy kłamiemy i musimy kłamać, bądź to słowami, bądź milczeniem, lub nawet tylko ruchami. Kłamstwo jest całkowicie uzasadnione, o ile chodzi o konieczną obronę, a dopiero wtedy staje się niemoralne, gdy bywa używane do zdobycia osobistych korzyści lub nawet wprost do szkodzenia komu. Jednak potrzebne kobiecie w życiu plciowem udawanie lub kłamstwo jest konieczną obroną j dlatego nie zasługuje na naganę. Sądziłem, że wyraziłem się całkiem jasno, ale to nic nie pomogło, dlatego byłem zmuszony dwa razy to powtarzać. Dalszym zmartwieniem jest to, że napól żartem zacytowałem paradoks, iż kobieta powinna być „zdrowa i glupia“. Także i tu przypuszczałem, że czytelnik mnie zrozumie i słowa głupia nie będzie brać dosłownie, lecz domyśli się, że to było powiedziane w popularnem znaczeniu. W różnych miejscach mojego pisma zwróciłem właśnie uwagę na to, jak ważne są umysłowe zdolności matki, jeśli chodzi o synów i że przy wyborze małżeństwa mądrość dziewczyny nabiera dużej wagi. Ja sam na szczęście miałem mądrą i dobrą matkę, i jestem przekonany, że te uzdolnienia, które posiadam, jej po większej części mam do zawdzięczenia. Samo jej wspomnienie wstrzymałoby mnie od tego, aby pisać cośkolwiek „przeciw kobietom". Ale rozchodzi się tutaj przecie o „wrodzony dowcip", o naturalne uzdolnienia, a nie o wiadomości i nabytą wprawę. Po trzecie wyraziłem się, że kobiecy talent jest poprostu zdolnością do miłostek. Więc miałem powiedzieć, że kobiety nie mają pozatem żadnego talentu. Dlatego chcę tutaj dodać, że oprócz głównego talentu ma kobieta jeszcze inne. Tutaj nie mam na myśli talentu muzycznego, malarskiego lub tym podobnego kunsztu. Jeżeli kobieta posiada jeden z nich, to posiada właściwie męski talent. Zdaje się, że tylko talent aktorski i 'do pewnego stopnia poetycki należy uważać za pierwotną właściwość obu płci. Natomiast kobiecym talentem w ścisłym słowa znaczeniu jest talent do gadania, albo, o ileby to brzmiało .bez szacunku, talent do rozmowy. Jasno to zrozumiałem, skoro niedawno przeczytałem książkę o Racheli L.evin; Yarnhagen v. Ense1). Przy czytaniu robiło nti się z początku miejscami mdło, później jednak zaciekawiło mnie pytanie, co to właściwie Iza kobieta i tak dałem radę książce, zawierającej 460 stron. Rachel była bezwątpienia rozsądną i dobrze myślącą kobietą. Pozatem poczciwa dusza, poważna, lubiąca myśleć i mająca skłonność do filozoficznej kontemplacji. To wszystko jednak nie tłumaczy roli, jaką odegrała. 'Nic nie wydała, nie potrafiła napisać czegoś znaczniejszego ani wierszem, ani prozą i nie wyszła wcale poza listy i aforyzmy. Jej styl | jest oryginalny, pełen dowolności i błędów mowy. Brak wszelkiej nowej myśli. Wszystko to co ona mówi można znaAeść bardzo często u współczesnych pisarzy, najwyżej daje tu i ówdzie jakiej myśli nową oprawę. Przytem szczególnie odpychająco działa to .ustawiczne podziwianie samej siebie, wyrażanie się w superlatywach o własnej osobie, która zawsze bywa stawiana jako coś jedynego i wyłącznego. Wszystko bywa przesadzane, okropne cierpienie i niewysłowiome szczęście zmieniają się wzajemnie.
') Rachel Yarohagen, Ęin Lebens — and Zeitbild przez Ottona Berdrow. Stuttgard 1900.
Goethe nazwałby ją naciągniętą osobą (aufgespann- te Person). Mimo braku poetyckiej i naukowej twórczości powstała o Rachel cała literatura, chociaż uderzono w potężną może przesadzoną reklamę, to jednak w każdym razie ta kobieta musiała być czemś osobliwem. Była genjuszem gadulska. Dużo uczyła się, dużo przeżyła, miała dobrą pamięć, przytomność umysłu, nadmiernie żywe usposobienie, a przytem niezmierną chęć do gadulstwa. Mogła ona dzień po dniu spędzać wiele godzin na dowcipnej rozmowie. Biograf jej nazywa ją bardzo dobrze „fanatyczką towarzyskości“; żyła że tak powiem mówieniem. Dziwnym zbiegiem okoliczności żyła z nią współcześnie niejaka Bettina Brentano V. Armin, drugi genjusz gadulstwa. Ta kobieta była od Rachel mniej poważna i znacząca, przewyższała ją jednak o wiele umiejętnością poetycką i silą obrazowania. Jest ona interesująca szczególnie przez swoją kłamliwość, kłamie całkiem mimowoli i przypomina wyraźnie pseu- do.logia phantastica opisaną przez Delbriicka. >Wo- góle był to wówczas jakiś okres gadulstwa, gadali również i znamienici mężowie, znajdując zadowolenie dziwne w pustej salonowej paplaninie. W stosunku jednak do wymienionych kobiet byli mężczyźni w plotkowaniu ubogimi talentami. Yamhagen, mająca w sobie wiele ze starej matrony wydaje się doskonała.
Zupełną rację mają ci, co mówią, że dane przedstawione przezemnie odnoszą się tylko do wartości przeciętnych. Ależ moi drodzy, tak właśnie chciałem. Czy może kto na paru stronach druku więcej uczynić i wieje potrzebaby stronić na to, aby wyszczególnić wszystkie odchylenia od przeciętności? W przedmiotach dających się zmierzyć można podać oprócz średniej także i maksimum i minimum, ale tutaj sprawa nie jest taka prosta. Różnice jakie zachodzą u obu pici znane są w swych głównych zarysach, Podobnie jak obie pici mają te same zwoje mózgowe, tak też widocznie mają wszystkie umysłowe właściwości wspólne, a różnice są tylko ilościowe. Nikt nie jest w stanie dokładnie oznaczyć, do jakiego stopnia może się w poszczególnym przypadku rozwijać u kobiety wybitnie męskie uzdolnienie i naod- wrót. To jeszcze jest w granicach normy, prócz tego mamy jednak patologiczne stany umysłowego obojnactwa, które prawdopodobnie są częstsze i wybitniejsze, niż się zazwyczaj myśli. Jeżeli zwłaszcza bierze się pod uwagę stosunki w .naszych czasach, to trzeba pamiętać, że nasze kulturalne narody są zazwyczaj mocno przerośnięte patologicznemi elementami. Tymczasem moim krytykom zdaje się są obce takie głębiej sięgające wiadomości. Ich zmartwieniem jest tylko to, że niby za mało uwzględniłem te kobiety, które Kvznoszą się ponad przeciętność. Robią mi z tego powodu zarzut, że wcale nie pomyślałem o kobietach świętych', o dobroczynnych współczesnych działaczkach o dobrych księżniczkach i o różnych innych pełnych ducha kobietach. Czy oni mają mnie rzeczywiście za tak głupiego. Jest to jednak powszechnym błędem, że dla wyjątków zapominamy chętnie o regule. Jeżeli na długiej linji znajdują się poszczególne punkty świecące, to one ściągają na siebie nasz wzrok, a my zapominamy przez nich o długich ciemnych przestrzeniach. O istotnych właściwościach Judu wielu literatów jak się zdaje nie ma wogóle żadnego pojęcia. Zarzucono ,mi np., że istnieje przecież tyle starych kobiet świeżych pod względem umysłu. Takie i ja również dobrze znam, jak i moi krytycy. Ale wystarczy iść między ludzi, porównać piędziesięcioletniego mężczyznę z piędzie- sięcioletnią kobietą, robić badania i nie uważać o- brotnego języka i przejętych myśli za sprawność umysłową, a wtedy się pokaże czy nie mam racji. Wogóle mój pogląd o równoległości umysłowego rozwoju i umysłowego cofania się wraz z cielesnym rozwojem i cielesnem starzeniem się spotkał się z wielce niesłuszną naganą. W przyszłości okaże się, że zwrócenie uwagi na te tak bardzo zaniedbane rzeczy było istotną zasługą.
Trzecia grupa mówi, że biorąc naogół może on ma rację, ale to tylko z tego powodu, ponieważ kobiece zdolności umysłowe nie były dotychczas dostatecznie rozwijane Wszystko wogóle podlega rozwojowi, jeżeli się rozwijamy, to możemy zostać tern, czem chcemy Przedewszystkiem dalszy rozwój rodzaju niewieściego może być uważany w duchu mi- styczno-darwinistycznym jako proces przebiegający z przyrodniczą koniecznością bez zamierzonego celu. Dowodów dla takiego przypuszczania brak całkowicie, gdyż historja przeczy temu wyraźnie; wprawdzie wddzimy wahania w tym i w tamtym kierunku, ale naogół panuje niezmienny stan, o ile chodzi c rzeczy istotne Gdy n. p. czytamy w starym testamencie, to widzimy, że wówczas, t. j. mniejwięcej przed ja- kiemi 2.500 laty, było zachowanie się i stanowisko kobiety prawie takie same, jak obecnie. Arystopha- nes przedstawia „ruch kobiecy" zupełnie podobny do naszego. Rzymianki również miały stanowisko takie mniejwięcej jak nasze kobiety. Z drugiej strony w wielu okolicach Wschodu mają jeszcze dzisiaj kobiety to samo względnie niekorzystne stanowisko, co przed iooo lub 2000 laty. A więc jak się zdaje stanowisko kobiety nie zależy tyle od czasu, ile raczej od charakteru ludzkiego, który naturalnie obejmuje charakter obu płci Ci co słyszeli o tern, że do rozwoju gatunków potrzeba bardzo długiego czasu zapewnie odpowiedzą, że te parę tysięcy lat nic nie znaczy, a .dotychczasowy bieg dziejów nie dowodzi tego wcale, iżby rozwój nie miał jednak jeszcze nastąpić. Tacy .niechaj łudzą się swoją wiarą, ale przytem niech pozwolą nam twierdzić, że podobnie jak w ostatnich tysiącleciach tak i w najbliższych nie należy spodziewać się zasadniczej zmiany. Inni znów pod rozwojem rozumieją świadome postępowanie. pewien rodzaj celowego wychowania. Ci sądzą, że skoro tylko zacznie się dziewczęta dostatecznie kształcić i przełamie zapory moralności i prawa, wówczas kobiece zdolności nie będą w niczem różnić się od męskich. Z tymi dziwnego nabożeństwa świętymi trudno mówić. Gdy wskazuje się im fakta jak n. p. dzieje muzyki i t. p., to nie dadzą się przekonać. Gdy wykazuje się im, że niemożliwością jest, aby kobieta mogła wypełniać te zadania, które natura rozłożyła na dwa rodzaje, wciąż upierają się przy swojem. Mówiłem o tern, że gdyby życzenia feministek spełniły się, wtedy liczba porodów spadłaby tak znacznie, że zostałby zagrożony byt poszczególnych stanów czy też narodów. Na to słyszy się odpowiedź, że wysoko wykształcona kobieta będzie rodzić wprawdzie mało dzieci, ale zato będzie je lepiej wychowywać. I to ma się brać na serjo: Doszliśmy zatem do kresu wszelkiej dyskusji. Chcę tylko zrobić jedną uwagę, że mianowicie bezmyślne przecenianie wychowania, co w tej dyskusji każdemu rzuca się ,w oczy, jest oznaką zacofania. Tak było w 18 stuleciu, a każdy z żyjących dzisiaj chyba wie, że żadne wychowanie nie potrafi wskrzesić zdolności, natomiast wychowanie, które nie zadawala się isa- mem tylko troskliwem czuwaniem nad naturalnym rozwojem i oddalaniem wszelkich szkodliwych wpływów więcej szkody niż korzyści przynosi. Nie mogę niestety zamilczeć, że duchowni i nauczyciele, którzy ubzdurali sobie „tworzyć charaktery11, złą oddali przysługę tym podobnemi sztuczkami całej tej głupocie ożywiającej ruch kobiecy. W jednym liście spotkałem się z osobliwym zapatrywaniem. Wprawdzie pojęcie,kobiety przedstawionej przezemnie odpowiada naturalizmowi, jednak przez Boga miało być postanowione, aby ona drogą samowychowania stała się uszlachetnioną kulturalną kobietą. Nikt bardziej odemnie nie może pragnąć, aby szlachetnych i mądrych kobiet było nagrawdę dużo; nie widzę tylko wcale, aby ich liczba została przez feministki powiększona. Naturalna kobieta jest przecież równie kobietą z woli Boga i każde uszlachetnianie może odbywać się tylko na drodze rozwoju naturalnych skłonności. Jeżeli naturalnem przeznaczeniem kobiety jest być dobrą matką, to uszlachetnianie może tylko na tern polegać, że kobieta stara się coraz głębiej przeniknąć istotę macierzyństwa, że całą swoją wiedzę i wszystkie siły stawia na usługi swego szlachetnego powołania Naturalne zdolności są czemś świętem i nie leżało w zamiarze wiecznej mądrości, byśmy zakłócali spokój naturze, dlatego ponieważ dziwaczni ludzie wytworzyli sobie nienalturalne ideały. Zdanie: kobieta, która nie jest matką minęła się ze swoim powołaniem, pozostanie prawdziwem, choćby niewiem jak niemile brzmiało dla tych, które w tern uchylaniu się nie chcą widzieć własnej winy. Ale trzeba dodać, że i kobieta, która wcale nie ma dzieci, może swojemi matczynemi przymiotami stać się błogosławieństwem. Jakiej zaś wiedzy i jakiej wprawy wymaga zawód główny i co w nim jest potrzebne, to zależy wogóle od okoliczności, od stopnia kultury i stanowiska. Kobieta z ma- łomieszczańskiego stanu nie wiele będzie mieć korzyści, choćby mówiła wieloma językami, zajmowała się malarstwem, historją sztuki lub tym podobne, nawet przeciwnie dorobek ten i posiadanie podobnej umiejętności mogą kryć w sobie niejedną niedogodność. Natomiast. żona jakiegoś księcia, którą sytuacja życiowa uwalnia od właściwej pracy, potrzebuje na swojem stanowisku wiele wiadomości i umiejętności, które w niższych stanach byłyby zbędnym lub poprostu szkodliwymi luksusem. Sądzę, że z tym można się zgodzić. Pomijając zatem te różnice stanowe, można powiedzieć, że dla (prawdziwej) kobiety ze średniego stanu wiadomości i umiejętności są piękną ozdobą, ale o tyle o ile obracają się w zakresie życia rodzinnego lub przynajmniej mu nie przeszkadzają. Również u mężczyzny ceni się nietylko konieczną znajomość swojego zawodu, ale także z drugiej strony ma się mu za złe, gdy jakieś błazeństwo przeszkadza mu w jego czynności zawodowej. To napisałem z myślą o czcigodnej korespondentce, chociaż to rozumie się samo przez się.
Lecz dźwięczy mi jeszcze w uszach: Chwal sobie jak chcesz zawód matki, ale przecież nie wszystkie
dziewczęta mogą zostać matkami i dlatego nasze dziewczęta musimy w ten sposób wychowywać, aby mogły być samodzielne. Chociaż ta rzecz nie należy do mojego tematu, chcę jednak jeszcze powiedzieć parę słów. Już dałem raz do zrozumienia, że moglibyśmy mieć więcej matek i widzieć więcej szczęścia, gdybyśmy nauczyli się cenić dzieci nietylko te, które pochodzą z małżeństwa. Możnaby przecież zdobyć się na więcej wyrozumiałości. Ja przynajmniej czułbym respekt, gdyby jakaś dziewczyna powiedziała: to jest moje dziecko, o które się troszczę, z kim je mam, to was nie obchodzi. „Stój, nieszczęsny, zaczepiasz o podstawy chrześcijańskiego państwa". Dajcie spokój z kłamstwem o chrześcijańskim państwie, ono jest tak niechrześcijańskie, jak tylko możliwe. Gdyby nie to, że nasze życie przepojone jest oziębłością i obłudą, sprawa rozsądnego zaopatrzenia dziewcząt byłaby również łatwiejsza. Jeżeli obecnie rozmawia się z rodzicami, należącymi do t. zw. lepszej klasy, to się słyszy: nasza córka musi złożyć egzamin na nauczycielkę, przychodzi jej to wprawdzie dosyć ciężko, ale przecież trzeba o to starać się na wszelki wypadek. Tymczasem egzamin nauczycielski jest, mówiąc delikatnie torturą, a te, które zdały go nakładem pewnej części swego zdrowia, też nie dochodzą do złotych gór. Ale wszystko inne nie jest „stosowne". Co czynią kobiety u wszystkich ludów? Oprócz troski o dzieci mają w zarządzie kuchnię i wogóle gospodarkę domu, starają się o odzież; przynajmniej częściowo, kupują i sprzedają, co potrzeba. Dlaczego to, czego nie wstydzą się nasze panie domu, ma być złem dla dziewcząt skazanych na zarobek? Dlaczego nie ceni się każdej uczciwej pracy?
Chodzi tylko o to, aby skończyć z tym dawnym przesądem. Gdy dziewczyna powie, chcę zostać kucharką, żądam jednak przyzwoitego pokoju i odpowiedniego traktowania mojej osoby, to może uczynić dla siebie i dla drugich wiele dobrego. Właściwie nie brak chyba rozsądnych ludzi, a ci, jeżeli'dotychczas przypuśćmy nie mogli dojść ze służbą do ładu, będą wkońcu chętnie przyjmować dziewczęta pochodzące z wykształconych rodzin za kucharki, pokojówki itd. z tern zastrzeżeniem, że będą obchodzić się z niemi jak z równemi sobie. Tym sposobem zaradziłoby się również tej nędzy służby domowej, której winę ponosi 'zarówno Iwyniosłość i obojętność państwa, jak i braki nienależycie wychowanych i zwykle od dzieciństwa samopas puszczonych i złym wpływom zostawionych dziewcząt. Oprócz Jzajęć domowych zawód kupiecki dawałby jeszcze od biedy niejednej kobiecie utrzymanie, gdyby z jednej strony jjraca była ceniona, z drugiej zaś gdyby kupcy byli zmuszeni do szanowania zdrowia swych pracownic. W każdym razie praca w bazarze lub za ladą sklepową, o ile nie byłaby za długą i była dostatecznie wynagradzana, jest lepsza, niż straszliwie oschła służba przy telefonie, telegrafie i poczcie. Zawód kupiecki nastręcza TÓwnież możliwość samodzielności. Tylko potrzeba skłania kobiety do parobkowania, lecz w naszych \varunkach jest to nieuniknione. Nie można przewidzieć, czy później będzie lepiej. Prawdziwym krokiem ku lepszemu byłoby cofnięcie się do idei klasztornej. Radykalna walka z istotą klasztoru była i jest jednym z największych głupstw reformacji i liberalizmu. Niedawno powołano Ido życia, naśladując bezwiednie klasztory, zakłady, dja- konek, czy też domy sióstr. Powinno się przystąpić do rzeczy o wiele bardziej zasadniczo. Pod klasztorem w ludzkim znaczeniu rozumie się: i. Bezinteresowny cel, t. zn. pewma liczba ludzi tej samej płci musi się zebrać, aby dążyć do jednego celu. Cel ten może polegać na niesieniu pomocy potrzebującym, jak również dobrze może nim być każdy inny cel nawet naukowy, lecz z wykluczeniem osobistych korzyści i musi być na wysokości zadania całego życia. 2. Wspólne życie tych wszystkich złączonych jednym celem, w sposób uwalniający uczestników od troski o własną osobę. Członek uważa cel stowarzyszenia za swój, a stowarzyszenie bierze za to na siebie troskę o zaopatrzenie poszczególnych jednostek. Śluby dozgonne sprzeciwiają się naszemu myśleniu, ale dawne śluby mogłyby do peumego stopnia zostać utrzymane, posłuszeństwo bowiem jest konieczne, czystość rozumie się sama przez się (wystąpienie jest dopuszczalne), a ubóstwo to właśnie nieposiadanie swej własności. Naturalnie możliwe są różne modyfikacje, naogół jednak da się powiedzieć, że szczęście jednostki będzie tern większe, im szlachetniejszym będzie cel, i im oddanie się będzie całkowdtsze. I to również jest pewmem, że właśnie dla kobiecej natury życie klasztorne w tutaj przedstawionej formie będzie najlepszą nagrodą w zamian za naturalne szczęście. Zapewne bieda musi jeszcze wzrosnąć, nim rozsądek przyjdzie do głosu, ale napewno przyjdzie.
Wracając jednak od tych nadzieji na przyszłość do przygotowania dziewcząt, widzimy, że przecież i teraz duża liczba dziewcząt później wychodzi zamąż, że wszystko powinno do tego zmierzać, aby przygotować je do małżeństwa. Z tego punktu widzenia współczesne wychowanie jest nie wiele warte. Sama jednostka nie może tu nic zmienić, za to rodziców należy usilnie przekonywać, że nie powinni całej odpowiedzialności zrzucać na publiczne urządzenia. Ich najświętszym zadaniem powinno być utrzymać dziewczęta w pełni zdrowia, potem niech będzie co chce: chora dziewczyna jest do niczego. Spowodu tej klasowej dumy i spowodu przeceniania tego tak zwanego wykształcenia umysłowego padają „niesłychane ofiary ludzkie". Jednym z najpoważniejszych zarzutów stawianych studjowaniu i wyższemu wykształceniu kobiet jest ten, że aby z tego studjum była jaka korzyść musi dziewczyna, podobnie jak i chłopiec przygotowywać się do zawodu począwszy od 11 roku, a więc w tym czasie, w którym jeszcze wo- góle nie można wnioskować o przyszłym rozwoju. Pomijając te całkiem rzadkie przypadki, w których dziewczyna wcześnie objawia wybitny talent, zdecydowanie się na wychowanie dziecka dla innego zawodu, niż naturalny zawód kobiety, jest naprawdę zbyt śmiałym krokiem. Często się słyszy, że dziewczyna może się przecież douczyć tego, co będzie jej potrzebne jako żonie. Tak źle znowu nie myślę o zdolnościach dzielnej gospodyni domu. Jeżeli dziewczyna wychodzi zamąż we właściwym czasie, t. j. mniej- więcej między 18 a 23 rokiem, to jest na to dosyć czasu, aby ją bez uszczerbku dla zdrowia przygotować należycie do strony praktycznej. Odnosi się to przynajmniej do tak zw. średniego stanu. Mogą sobie nowe kobiety' być jakiemi chcą, czarować jednak nie potrafią i dlatego będą zawsze wykazywać braki, choćby nawet posiadały nieco większą władzę umysłu, niż mężczyźni.
Gdy wkońcu rzucimy okiem w przyszłość, to dla tego, kto spodziewa się po przejściu obecnego zamieszania nastania lepszych czasów, zarysowują się dwie drogi: Albo można sądzić, że to indywidualistyczne błądzenie jest dla kobiecego umysłu okresem przejściowym. Jeżeli kobieta przedtem bezwiednie zgadzała się ze swym losem, jeżeli z bezwiedną pobożnością służyła dla celów gatunku, to skoro dostrzeże błąd dążeń wyzwoleńczych, może i nadal czynić to samo, lecz już jako zupełnie uświadomiona i w świadomym oddaniu się dążąca do dobra nie własnego Ja, lecz dobra mężczyzny i dzieci. Albo można przypuszczać, że podobny rozwój ze stanu niewinności przez winę do cnoty sprzeciwia się istocie kobiecej, że prawdziwa kobieta musi też i w przyszłości instynktowTiie czynić dobrze. W sensie pierwszego przypuszczenia należałoby raczej popierać swawolę, gdyż im większy haos, tern szybciej można spodziewać się powrotu do ładu. Jeżeli przyłączymy się do drugiego zapatrywania, to należałoby, o ile leży to w ludzkiej sile, oczekiwać wtedy zbawienia od wyrozumiałości mężczyzny w tym znaczeniu, że mężczyzna dałby kobiecie do zrozumienia, iż nie chce nic wiedzieć o jej zupełnej swobodzie. Jeżeli mężczyzna zabiera się do tego nie na żarty, wtedy skończy się „ruch kobiecy".
Również trzecie wydanie spotkało się zarówno z życzliwym jak i nieżyczliwym uznaniem. Jak się okazało, to praca ta nadaje się bardzo dobrze jako odczynnik na kobiecy rozsądek. Jeżeli nie jest się pewnym co do uzdolnienia jakiej kobiety, to wystarczy polecić jej, by przeczytała „Niedorozwój1’. Jeżeli po tern sądzi, że autor nie jest właściwie tak bardzo daleki od prawdy, to należy ją uścisnąć w ramionach, gdyż to niepospolita kobieta. Próba ta okazała się już bardzo często trafną.
Na pocieszenie dla krytykujących dam chcę dodać, że tym razem najsłabsza krytyka pochodziła od jakiegoś mężczyzny; znajduje się w „Jugend”. Przykro mi z tego powodu a zwłaszcza spowodu postępowania wielu mężczyzn, gdyż teraz muszę mężczyznom wytłumaczyć, jak feminizm jest niedorzeczny. Lecz z jakimi przesądami trzeba tutaj walczyć! Niedawno odwiedził mnie pewien psychologicznie nastrojony przyjaciel. „Pan niema racji, twierdząc, że kobieta jest mniej wartościowa od mężczyzny”. Tego wcale nie twierdzę; mówię tylko, że wydolność jej mózgu jest słabsza. „Tego również nie możesz Pan udowodnić, bo jak?” Otóż poprostu porównu-
‘) Poprzednio przedmowa do czwartego wydania.
jąc szczegółowo najważniejsze czynności mózgu, ich maksymalne i przeciętne wartości. „Wtedy napew- no znajdziesz Pan właściwości, które u kobiety są bardziej rozwinięte". Naprzykład? Pomyślał chwilę, a potem powiedział: „zdolność do poświęceń". Tu musiałem się roześmiać i odpowiedziałem: oj wy psycholodzy, wystarczy was uderzyć, a wylatują z was mole. Czyż zdolność poświęcania się jest czemś istotnie żywotnem? Czy wartość i znaczenie ofiary nie różnią się między sobą zależnie od tego, co i dla czego się poświęca? Przecież jagnię pozwala się prowadzić pod nóż, ale czy to jest jakiś uczynek? Jeśli chodzi o sam fakt, to nie ulega żadnej wątpliwości, że po wszystkie czasy mężczyzna złożył więcej ofiar niż kobieta.')
Kwestja poświęcania się stoi wogóle w związku z zagadnieniem moralności. Zbyt często muszę słyszeć: prawda, że intellektualnie stoi kobieta niżej od mężczyzny, ale moralnie nie. Krasomówstwo chętnie posługuje się zwrotem: Mężczyzna ma być głową, kobieta sercem; lub mówi się podobne rzeczy jak- gdyby kwieciste mowy prowadziły do wyjaśnienia. Przykro jest, gdy musi się objaśnić proste rzeczy, lecz trzeba jeszcze dorzucić parę słów dla tych, którym nie wystarcza własne rozumowanie, albo dla tych, którzy nie mogą ze spokojem spojrzeć prawdzie w oczy. Każdy człowiek, gdy ma działać, wie co jest „slusznem". Jest rzeczą obojętną, jaką moralność kto wyznaje, czy opiera się na objawieniu, czy na rozumie, jakiś głos, który nazywamy sumieniem mó-
>) Z ofiarnością nie należy mieszać pasji do poświęcania się, tą spotyka się bardzo często u kobiet nerwowych i może ona stać się nawet niemiłą.
wi mu jużto głośno L wyraźnie jużto cicho i niewyraźnie, co dla niego w danym wypadku jest rzeczą moralną. Można myśleć o sumieniu i jego istocie, co się chce, ono istnieje i tylko w przypadku bardzo skomplikowanym lub gdy dany człowiek jest chory może nie być jasnem, co można czynić, a co trzeba. Gardzi człowiek głosem sumienia, to czyni źle, przyznaje mu racje a postępuje jednak inaczej, to działa chwiejnie, idzie za nim, to czyni dobrze. Człowiek zły i człowiek słaby stawiają własną korzyść przed „prawem", czyto z żądzy zysku, próżności, miłości lub z jakiej innej przyczyny. Jeżeli dobry nie idzie za tymi samolubnymi popędami, które zresztą i on posiada, to musi mieć w sobie jakąś szczególną siłę, którą (zastrzegając sobie dalsze wyjaśnienia) można nazwać moralnym uzdolnieniem. To uzdolnienie moralne może zwyciężyć w takich razach, kiedy albo odznacza się dużą siłą, albo kiedy działanie przeciwnych popędów jest słabe. Ogólnie mówiąc, jeśli ma się postępować moralnie, musi ono być tern silniejsze, im silniejsze są inne popędy. Dlatego jasnem jest, iż ze względu na to, że popędy męskie są naogół silniejsze niż kobiece, nie mógłby mężczyzna bez większej siły moralnej osiągnąć moralności nawet równej kobiecej. Sądzę, że takim sposobem myślenia można najłatwiej zrozumieć to, w taki sposób kobieta spowodu małej siły przeszkadzających popędów może niekiedy robić wrażenie posiadania wyższej moralności, jak z drugiej strony, dlaczego mężczyźnie trudniej utrzymać się na dobrej drodze. Lecz idźmy dalej. Ostatecznym celem lub najwyższym dobrem (powiedzieć można również: wolą Bożą) jest, aby w ciągu przestrzeni i czasu rozkosz wzrastała, rozprzestrzeniała się i szlachetniała, zaś niezadowolenie malało. Im więcej, im skuteczniej zwraca się człowiek ku najwyższemu dobru, t. zn. im bardziej spełnia wolę Bożą, tern bardziej jest w wyższym znaczeniu moralnym. Dopuściłbym się obrazy moich czytelników, gdybym na podstawie historji i życia chciał udowadniać, że ta czynna moralność, która stanowi
- prawie, ma więcej męski niż kobiecy charakter. To błędne mniemanie, że kobieta pod względem moralności mężczyźnie dorównuje albo go przewyższa, powstało widocznie nie tylko dlatego, że moralne uzdolnienie znajduje u kobiety przeciętnie mniejsze opory niż u mężczyzny, lecz także dlatego, że kobieta naskutek swego przyrodzonego zadania inaczej duchowo jest skonstruowana, że u niej wzajemny stosunek popędów jest inny. Ponieważ budowla kobiecej duszy jest prostsza niż męskiej, przeto
- w'alka w niej jest mniejsza. Miłość do męża i miłość macierzyńska są o tyle silniejsze od innych popędów, że w normalnych warunkach bez trudu odnoszą zwycięstwo. Chwali się kobiecą cierpliwość. Tam, gdzie jest godną pochwały, jak w pokoju dziecięcym, przy łożu chorego i t. d., bywra spowodowana kobiecą miłością. Natomiast często w innych przypadkach, jak przy jednostajnej pracy, przy znoszeniu różnego rodzaju przykrości, jest raczej pewnego rodzaju stępieniem, pewnym brakiem siły i żywotności ducha. Mężczyzna będzie się wzdrygał albo ucieknie, gdyż swoją cierpliwość zachowa do czasu, gdy ona się opłaci, a przy odpowiedniej dla siebie czynności cierpliwość jego jest dostatecznie wielka. Podobnie jest z innemi „cnotami kobiccemi“. Jeżeli za niemi kryje się miłość, to mogą być czemś dobrem. Pozatem jednak wychodzą na jaw ujemne cnotki albo nawet poprostu zaprzeczenia cnoty. Wszyscy rodzice wiedzą, że łatwiej jest wychować córki niż synów, mimo to wcale nie Uważają je za moral- niejsze od tychże. W życiu sprawa jest jasna, ale w literaturze ustaje zdrowy ludzki rozsądek. Mężczyźni zawsze wychwalali kobiece zalety (może i nie bez racji), ale niechże mówią o rzeczach pożytecznych, przyjemnych, wzruszających a nie wiecznie na moralny temat.
Chcę jeszcze teraz parę słów powiedzieć o kilku książkach, które ostatnio poznałem. Dzielnym bojownikiem jest F. Bettex,') Szwajcar, uczący w Stut- gardzie. Wykazał on bardzo dobrze różnice płciowe i rąbie prawdę bałamutom feministycznym. Niestety jego sposób operowania biblijnymi zwrotami nie każdemu przypada do smaku i ja sam-również nie mogę zgodzić się z nim we wszystkiem.
Adela Gerhard i Helena Simon[25] [26]) zajęły się w sposób godny uznania tym najważniejszym zagadnieniem na temat, o ile macierzyństwo da się pogodzić z umysłową pracą kobiety. Przestudjowały one z jednej strony biografje, z drugiej zaś uzyskały" pisemne wynurzenia od większej liczby kobiet pracujących w jednym z tak zw. wyższych zawodów.
I tak wzięły pod uwagę jako matkę: aktorkę, kobietę muzyka, malarkę, poetkę, uczoną, agitatorkę i dziennikarkę. Z pośród 420 „ekspertek", które podały dokładne dane, było 156 niezamężnych, 264 zamężnych. Bezdzietnych było 213 '(w tero mieszczą się niezamężne, kobiety bez dzieci i takie, co urodziły tylko martwe dzieci). Matek było 207. Ponad jedno dziecko zdolne do życia urodziło 147 kobiet (te cyfry nie są dostateczne; musiałoby się wiedzieć, ile dzieci przypada na małżeństwo, gdyż istnieje podejrzenie, że mogą tutaj zbyt często zachodzić małżeństwa o dwóch dzieciach). A oto ogólny wynik jako rezultat badań tych autorek. Dla przeważnej części dziedzin „trzeba wręcz powiedzieć: ponieważ przesunięcie umysłowej pracy na wiek późniejszy dzieje się niekiedy ze szkodą, często i z bezpośrednim uniemożliwieniem realizacji, przeto w przeważnej liczbie zawodów staje się nieuniknionym konflikt między twórczością umysłową i artystyczną a wypełnieniem kobiecych zadań. Rozwiązanie tego konfliktu wydaje się nam wykluczone, ponieważ zarówno ucisk kobiety jako istoty odmiennej płci, jak również gnębienie pędu do twórczości kryją w sobie niebezpieczeństwa tak dla jednostki, jak i dla ogółu". Skoro, jak przyznają autorki istnieje sprzeczność między naturalnem powołaniem kobiety a powołaniem artystycznem lub naukowem, przeto rozumie się samo przez się, że ten ostatni jest przeciwny naturze kobiecej, i, że kobiety, które swe zdolności jednak w tym kierunku obracają, przedstawiają zboczenie lub zwyrodnienie natury kobiecej. Autorki nie chcą nic wiedzieć o tern co powiedziałem, że „u- czone i kobiety o upodobaniach artystycznych są przypadkami zwyrodnienia", lecz cala ich książka jest właśnie dowodem tego zdania. Tylko słowo zwyrodnienie nie trzeba rozumieć w popularnym znaczeniu i myśleć, jak o czemś, co pod każdym względem jest ziem. I pełne kwiaty są gatunkami zwyrodniałymi, a przecież tak nam się podobają. Trzeba jednak przyznać rację autorkom, że praktycznie biorąc, niemożność pogodzenia tych rzeczy jest zagadnieni mnie do rozwiązania. Ponadmiarę uzdolnione dziewczęta będą się rodzić bez względu na to, czy będziemy chcieć Lub nie i byłoby niepotrzebnym okrucieństwem, gdybyśmy istotnym talentom kobiecym chcieli robić trudności. Utalentowane kobiety są ofiarami czyto dlatego, że spowodu swego talentu muszą zrezygnować z naturalnego powołania czy też dlatego, że jako matki muszą próbować dwom panom służyć. Nie jest to znowu takim nieszczęściem, gdyż ofiary być muszą, ale byłoby zuchwałą lekkomyślnością, gdyby się chciało mimo widocznej sprzeczności pchać ku niej dziewczęta bez potrzeby, t. zn. bez koniecznych zdolności. Emancypacja kobiety jest uzasadniona tam, gdzie zmusza do niej albo materjalna albo umysłowa konieczność, ale ona sama jest potrzebą, ponieważ wynika z potrzeby. Ci jednak, którzy „dla wolności celu“, albo dla innej zasady podniecają kobiecy umysł, uprawiają szkodliwy sport. Ten fakt uznały autorki, jakkolwiek z ciężkiem sercem, co się im chwili. Dlatego nie można brać im za złe, jeżeli starają się usprawiedliwić to niebezpieczeństwo przez „niedozastą- pienia wartość kulturalną" kobiecej pracy. Jest rzeczą zrozumiałą, że o zdolnościach swych sióstr mają one możliwie najlepsze wyobrażenie, to też słowem genjalność szafują zbyt chojnie, lecz prawdę mówiąc z tą niedozastąpienia wartością kulturalną tak źle nie jest. W rzeczywistości niezastąpione są tylko aktorki i śpiewaczki. Nikt rozumny nie będzie twierdził, że malarki, rzeźbiarki, uczone są niedozastą- pienia. Pozostaje zatem tylko poezja, a ponieważ właściwe poetki są rarissimae aves, więc głównie powieściopisarstwo. Rzeczywiście słyszy się ciągle, że uczucia i myśli piszących kobiet są czemś zupełnie osobliwem („tajemnicze światy"). Jakkolwiek nie brak zajmujących książek kobiecych, jednak napróż- no szukałoby się w nich czegoś nowego, niezbędnie potrzebnego. Autorki uważają jak się zdaje n. p. G. Sand za niepowetowaną ale istotnie nie byłoby szkody, gdyby nie powstały te z gruntu niezdrowe książki.
Oby sumienna praca autorek wydala dobre owoce. Niech służy jako ostrzeżenie dla całej masy przeciętnych kobiet głównie przez to, że w niej wykazały, jak trudno jest nawet umysłowo najlepiej uposażonym dziewczętom i kobietom, tej nieskończenie małej mniejszości, wykonywać pracę męską i równocześnie być matką.
Ukazała się świeżo gruba książka o „kwestji kobiecej" Lily Braun1)- Napisana jest z dużą pilnością i roztropnością. Autorka wykazuje we wszyst- kiem jasny sąd i zbija jako śmieszne i przesadne wiele niemądrych zapatrywań feministek. Wszystkie podane przez nią fakta[27] [28]) zgadzają się bardzo dobrze z moimi zapatrywaniami. Jednak dobre pomieszane jest ze złem, ponieważ autorka hołduje dwom zasadniczym poglądom. Po pierwsze jest zwolenniczką ogólnego ruchu kobiecego, które wytknął sobie za cel „wyzwolić" wszystkie kobiety z gospodarczej niewoli przez samodzielną pracę, t. zn. uniezależnić od tego złego mężczyzny, a powtóre jest ona gorliwą socjalną demokratką. Na „ruch kobiecy" patrzy jako na wytwór nędzy i chce go z całym oddaniem popierać, stronę gospodarczą osądza dobrze, a jednak nie może uwolnić się od głupoty feministek. Dopóki autorka przemawia jako feministka i przyznaje kobiecie te same uzdolnienia co mężczyźnie, niewiele jest rzeczy godnych pochwały, pizeciwnie wychodzą niekiedy na jaw istne nonsensa (na str. 191 napisano, że niedorozwinięci umysłowo mają pantję czołową mózgu większą!). Nuci starą idjotyczną piosenkę, że niewiadomo wcale, co może jeszcze mieścić się w malej głowie kobiecej i t. d. Curiosum jest, gdy autorka przyznaje, że dotychczas nie było kobiecego geniuszu, zatazem jedniak objaśnia, że zjawi się na polu socjalnej eko- nomji (przytem jednak skromność nie pozwoliła jej wkazać na własną książkę). Gdyby autorka zdjęła z siebie tę zarozumiałość feministki i uznała fizjologiczną prawdę, to na tern zyskałaby tylko jej książka, a to, co w niej jest istotnem pozostałoby niezachwiane. Feministki ulegają nałogowi emancypacji, chcą one wolności za wszelką cenę i w rezultacie dochodzą do anarthji. Ta jednak nie ma nic wspólnego ze socjalizmem, który chciałby zaradzić przeciw gospodarczej biedzie zapomocą prawa, sprawiedliwości, a nie samą tylko wolnością. Jeżeli socjalni demokraci zapuszczą się w te feministyczne brednie, to zaszkodzą tylko swojej sprawie. Równouprawnienie w mądrym znaczeniu może tylko oznaczać, że nikomu nie dzieje się krzywda, że uzdolnienia nawzajem się uzupełniają. Jeżeli jednak żąda się równouprawnienia, ponieważ jak chcieli dawni rewolucjoniści, wszyscy ludzie są równi, to żąda się niedorzeczności, gdyż ludzie nie są sobie równi, a tern mniej nie są równe rodzaje. Pani Braun zrobi w'krótce doświadczenie: feministki de pur sang odtrącą ją, ten jednak kto stoi na moim stanowisku, ze spokojem przyjmie do wiadomości jej poglądy o robotnicach. W samej rzeczy przy „proletarjackim ruchu kobiecym" owa bezsensowna równość wogóle nie wchodzi w rachubę, tu chodzi jedynie o usunięcie tej nędzy, którą nasze nieszczęśliwe warunki życiowe wywołują, chodzi o sprawiedliwość dla kobiet i dziewcząt, które muszą pracownć na swój chleb. Autorka pokazuje nam całą nędzę, która ciąży na pracy kobiecej. Można powiedzieć, maluje szare na szarem, boć przecie nie wszędzie jest tak źle, lecz to nie wiele zmienia postać rzeczy, rzeczywistość jest i tak okropna. Prawdopodobnie i w tern ma autorka rację, że tylko walką wszystkich robotnic ramię w ramię razem z męskimi robotnikami przeciwko przedsiębiorcom energicznie prowadzona może sprowadzić gruntowną poprawę. Nie mogę tego bliżej poruszać gdyż ocenianie ekonomicznych teoryj nie należy do mnie. A teraz parę słów co. do prognozy na przyszłość. Według autorki również w społeczeństwie przyszłości powinna robotnica pozostać robotnicą a tylko życie jej dozna ułatwienia przez to, że po większej części odpadną domowe zajęcia. Możemy chętnie na to się zgodzić, że w specjalnych zakładach będzie się gotować, prać itd., jak również przystać na to, aby kobieta, mając takie ułatwienia stała się użyteczną w czem innem, mimo to spodziewamy się, że i w tej lepszej przyszłości płci będą tak zróżnicowane, że dla mężczyzny zawód będzie rzeczą główną, dla kobiety poboczną. Prawdziwe macierzyństwo i o- bowiązki zawodowe w znaczeniu męskim nie dadzą się nigdy pogodzić, a również w najodleglejszej przyszłości macierzyństwo pozostanie głównym zadaniem kobiety, eaś jej „zawód“ ubocznym zajęciem.
Chciałbym zwrócić uwagę na jedno pismo polemizujące ze mną, ponieważ pod pewnym względem dostarcza ono wody na mój młyn, mianowicie na książkę Ody Olberg (Das Weib und Intellektuałis- mus. Berlin — Bern 1902). Czytała ona bardzo wiele mądrych rzeczy, przemyślała nad niemi gorliwie i w przeciwieństwie do innych walczących kobiet wyraża się o mnie w całkiem przyzwoitym tonie. Uchwyciła całkiem właściwie mój sposób myślenia i pojęła jego znaczenie aż do momentu, gdy opanowało ją modne bałamuctwo i przyćmiło jej rozsądek. Dlatego warto odpowiedzieć tej uczonej i umiejętnej autorce nieco dokładniej. Jest ona żarliwą zwolenniczką nietylko intellektualizmu wogóle, aleprze- dewszystkiem „nowoczesnego intellektualizmu1', a „nowoczesne idee“ mają dla niej wartość niezachwianych dogmatów. Znamieniem każdego intellektualizmu jest 2 jednej strony przecenianie wiedzy, z drugiej zaś ludzkiej własnej woli, a zwłaszcza wychowania. Lecz nowoczesny intellektualizm nabiera swojego niemiłego specyficznego zabarwienia przez to, że opiera się na „mechanicznym światopoglądzie" i na „rozwoju" w sensie Darwina. Moderniści, a z nimi Oda widzą w mechanistycznym światopoglądzie nie jakąś hypotezę, lecz podstawę dla swojego my-
ślcnia i dlatego łatwo pojąć, że oni uważają ten jedyny, jaki ich zdaniem istnieje, pomysł dotyczący człowieka, za bardzo ważny. Jednak ja wierzę w opatrzność t. zn. w to, że jakaś duchowa Moc doprowadza do przeznaczonych celów i uważam to za słuszne, ponieważ wydaje mi się nietylko bardziej możliwe ale przedewszystkiem lepiej uzasadnione. Dla naszego tematu darwinizm jest jeszcze ważniejszy. Intellektualiści wierzą raz w nieograniczony rozwój, a drugie w możliwość przemiany rodzaju w sposób wymieniony przez Darwina. Jest rzeczą naturalną, że te ogólne zagadnienia opierają się tylko na prawdopodobieństwie, a stopień jego jest przecież różny. Możliwość rozwoju ziemskiego królestwa obecnie jak i poprzednio wydaje mi się bardzo niewielka, raczej jak uważam, należy przyjąć, że cale ziemskie królestwo pod tym względem podobne jest do gotowego człowieka, że ono też zostało stworzone, rosło, a obecnie jest w stadjum wykończonymi. Tak wnioskuję na podstawie „onto- genezy“ o ,,phylogenezie“‘). Dorosły człowiek również nie pozostaje niezmieniony, wzrasta jeszcze pod niejednym względem, ale w gruncie rzeczy pozostaje aż do początku starości mniejwięcej na tym samym stopniu lozwoju. Jeżeli taksamo rzecz się ma z rodzajami, to obecnie jeszcze pewne nieznaczne zmiany są możliwe, ale nie istotne i podobnie jak nie możemy spodziewać się rozwoju człowieka do jakiegoś nadczlowieka, tern nie mniej nie jest prawdopodobna zmiana raz ustalonego charakteru płcio-
') Ontogeneza =rozwój jednostki. Filogeneza = rozwój gatunku. Przyp. tłum.
wego. Następnie zmiana potomstwa przez nabyte właściwości rodziców, bez których nasza autorka nie może się wcale obejść, możliwa jest prawdopodobnie tylko w bardzo szczupłych granicach, jeżeli się abstrahuje od uszkodzenia zarodka. Gdyby ona była możliwa w podobny sposób, to dla dalszego rozwoju kobiecego mózgu musiałoby wystarczyć in- tellektualne wykształcenie kobiecego mózgu. Gdyby bowiem wszyscy mężczyźni byli zasobni w wiedzę, to swój rozwinięty mózg przekazywaliby również swoim córkom, a ponieważ te znajdywałyby tylko uczonych mężów, więc wkrótce cała rasa ludzka składałaby się z intellektualistów samych. Niestety tak nie jest, jakkolwiek istotnie mądrzy mężczyźni, mają zwykle mądre córki, gdyż męskie właściwości nie powtarzają się u córek, a one zachowują swoją małą kobiecą głowę i uzdolnienia ich również nie osiągają stopnia męskiego. Nietylko rodzaj jest niezmienny, ale także niezmienne są różnice płciowe w rodzaju. Mimo małych wahań zawsze wraca na nowo ten sam poziom. Gdzie występują duże wahania, tam według mego zdania rozchodzi się nie o rozwój rodzaju, tylko o zwyrodnienie.
Ja twierdzę, jednostronny rozwój mózgu jest zwyrodnieniem; nie, mówi Oda, on jest błogosławionym w skutkach przystosowaniem i sprzyja rodzajowi. Ja powiedziałem, wykształcenie gubi, Oda tna mnie z lego powodu za wroga kultury i reakcjonistę. Tak złym nie jestem znowu. Sądzę, że tak zwaną pracę kulturalną można porównać ze zdobywaniem jakiegoś kraju, gdyż obie te czynności wymagają ofiar i podobnie jak padają żołnierze, tak giną dla rodzaju pionierzy kultury. Korzyści da
nej pici rosną kosztem tych, którzy je zdobywają. Ofiary powinno się ponosić tam, gdzie się to opłaca. Gdyby się chciało utworzyć armję z ludzi słabych, to poniosłoby się wiele strat, a mało korzyści. Gdyby się chciało pracę nad kulturą pozostawić do wykonania kobietom, to również szkoda byłaby duża, pożytek mały. Co dla męskiej głowy jest wysiłkiem średnim to dla kobiecej jest nadmiernym i mimo całego tego wysiłku rezultaty pracy kobiecej nie dorównają nigdy męskim, co zresztą Oda przyznaje. Sławny mężczyzna może zdziałać rzeczy niewiarygodne, a jeżeli nawet jego potomstwo będzie do niczego, to znowu nie taka szkoda. Wszystkie intellektualist- ki, które dotychczas żyły nie dokonały tyle, co jeden jedyny wielki mąż, a przecież są one prawie wszystkie jak i ich potomstwo mało wartościowe. Najgorszą stratą jest naturalnie niepłodność, zwłaszcza gdy przybiera duże rozmiary. Do tego zaraz powrócę, wprzód jednak muszę podnieść, jak niesprawiedliwie odnosi się Oda do mnie. Przedstawia ona zawsze rzecz w ten sposób, jakobym życzył sobie umysłowo tępych kobiet i używa słowa niedorozwój umysłu w potocznem znaczeniu, nie uwzględniając mojej definicji niedorozwoju fizjologicznego. Byłbym naprawdę osłem, gdybym wyżej cenił kobiety głupie od rozumnych i dzielnych. To, że użyłem żartem słowa „zdrowa i głupia", przyczem głupia znaczy tyle co nieuczona, nie powinno przecież tak mądrą kobietę jak Oda Olberg spowodować do przypisywania mi najstraszniejszej niedorzeczności. Że wykształcenie na nie właściwym miejscu ogłupia i że modne dążenia są wstanie z prostych i dzielnych dzieci natury uczynić zdziczałe gęsi, oto jest moje zdanie. Odpowiedniego
zakresu nauki (t. zn. nie tak zwanych wyższych szkól), wiadomości o tem co kobiecie może przynieść pożytek, wreszcie rozszerzania w rozsądny sposób widnokręgu myśli, oto czego życzę z serca wszystkim dziewczętom, gdyż to wszystko da się osiągnąć bez narażenia umysłu i zdrowia na szkodę. Ale przy tem w-szystkiem pozostanie fizjologiczny niedorozwój umysłowy, t. j. naturalna różnica między męskim a kobiecym umysłem. Gdyby kobiety były takie mądre, jak tego pragną, to mogłyby całkiem dobrze to zrozumieć. Na zarzut, że skoro istnieje fizjologiczny niedorozwój umysłowy wszelkie gadanie jest niepotrzebne, gdyż brak rezultatu przyspieszy koniec „ruchu kobiecego", chcę jeszcze raz odpowiedzieć co następuje. W rzeczywistości wierzę, że naogół rezultat będzie zero, skoro kobiece czynności mają być równe męskim, lecz ten negatywny rezultat da się osiągnąć tylko z wielką biedą. Pośród „działaczek" należy rozróżnić dwie kategorie. Przewódczy- nie, to istoty zwyrodniałe, mają one (przynajmniej w znaczeniu duchowem) pewną część wtórnych cech płciowych męskich, t. zn. pewne talenty i pociąg do wolności. Tym trzeba drogę ułatwić, takimi już są i zmienić ich nie można, wstrzymywanie je gwałtem byłoby więc tylko okrucieństwem. Chociaż nadzwyczajnego nic nie robią, jednak w naśladowaniu męskich czynności znajdą własne zadowolenie. Większość składa się z dziewcząt, które naśladują to co modne lub którym zdegenerowane zaszczepiły swoje suggestje. Te należy ratować, gdyż one wyrządzają szkodę nietylko innym, ale największą sobie samym, a przy tem cierpią tem więcej, im bardziej oddalają się od swej naturalnej drogi.
Więc teraz kwestja płodności! Powiedziałem, że przez intellektualizm spada liczba urodzin. Tak, to jest prawda, mówi Oda, ale jest dobrze. To jest jej właściwy błąd. Im potomstwo jakiegoś zwierzęcia mniej jest zagrożone, tern mniejsza jest płodność. Ponieważ przy wysokiej kulturze życie ludzkie jest więcej ochraniane niż przy niższej, przeto płodność jest o tyle mniej potrzebna, im dalej kroczy kultura. Darwinowska i socjalna teorja rozwoju, jak również czysto nowoczesne poglądy mieszają się ze sobą. Istotnie liczba dzieci zmniejsza się stosownie do w-zrostu bogactwa i wykształcenia i to dzieje się przeważnie ze świadomym celem. To jest prawda i stanowi dowód na to, że tak zwana kultura jest morderczynią. Oda jednak zaleca postępowanie we- dla sposobu zwanego metodą Malthusa. Gdyż według Ody, jeżeli będzie się rodzić mniej dzieci, to będą lepiej chowane i wychowane. Kobiety oświecone przez intellektualizm, to jest takie, które nic nie chcą wiedzieć o błogosławieństwie dzieci, będą znać się na zasadach hygieny, one potrafią nietylko wypia- stować swoje dzieci, ale też wyprowadzić je na wyżyny intellektualizmu, tak że ta niewielka ilość dzieci pięknie się uda i będzie bogata w zalety umysłu. Podobne głupstwa wypisuje uczona pani „socjolog", poniew-aż nie chce się zgodzić na sposób mojego rozumowania, a z drugiej strony nie chce zrezygnować z feministycznych dążeń. Robi młynka i w skazuje na to, ile dzieci ginie marnie w robotniczych rodzinach. Czy wobec tego nie byłoby lepiej, gdyby rodzice wydawali na świat tylko parę dzieci, lecz zato, żeby je naprawdę troskliwie wykarmili? Owszem ograniczenie liczby dzieci w ubogich rodzinach miejskich jest polecenia godne, ale to w granicach naszego problemu nie da się uskutecznić. Nie brak intellektua- lizmu, lecz brak najprymitywniejszych warunków życiowych, niedostatek mleka, brak powietrza, jednym słowem społeczna nędza zabijają w mieście dzieci ludzi ubogich. Niech ulepszy się okropne warunki życiowe, niechaj usunie się przedewszystkiem alkoholizm, a wtedy dzieci robotników będą akurat zdrowo i krzepko rosły, jak dzieci na wsi. Twierdzenie, że „wykształcona" kobieta wychowa swoje dzieci lepiej niż zwyczajna kobieta, jest czystą niedorzecznością. Gdzie to najlepiej się dzieci udają? W skromnych warunkach i przy dzielnych, obdarzonych zdrowym rozumem rodzicach. Wystarczy przeczytać biografję tych, którzy należeli do gromadki dzieci ubogich rodziców. Ostatnio wykazał H. Ellis dla stosunków angielskich, że genialni ludzie z reguły należą do rodzin bogatych w dzieci, że z rodzin ubogich w dzieci zwykle nie pochodzi nic wybitniejszego. Ja znalazłem już przedtem podobne stosunki dla matematyków i dla artystów. Trzeba pójść na wieś między lud, gdzie pieniędzy mało, wykształcenie skąpe, gdzie jednak niema nędzy i pijaństwa, a można zobaczyć od czego to zależy, wówczas inte- llektualistyczne frazesy niejednemu zbrzydną. Są to wszystko rzeczy tak proste, że najchętniej nie mówiłbym o nich, gdyby nie to, że muszę brać pod wzgląd „słabsze siostry". Jeszcze w mniejszym stopniu niż przy pielęgnacji ciała może intellektualizm zastąpić naturę przy wychowaniu ducha. Czego potrzebuje dziecko do wychowania? Przykładu moralnych ludzi, zwłaszcza dobrych rodziców i towarzystwa równych sobie. Oddawna znaną jest rzeczą, że dzieci wychowują się między sobą i że idzie to tem łatwiej, im więcej jest dzieci. Następnie mowa jest o szkole, Oda wyobraża sobie, że kobieta bez „wyższego wykształcenia'* stoi bezradna wobec dzieci przewyższających ją umysłowo, podobnie jak kura, co wysiedziała kacze jaja stoi na brzegu, gdy kurczęta idą na wodę. Matka Goethego i wiele innych przykładów najlepiej zadaje kłam podobnym przypuszczeniom. Syn musi matkę pod pewnym względem przerosnąć, ale serce łączy ich razem. Gdzie brakuje serca, tam nie pomoże nawet wyższe wykształcenie (porównaj Schopenhauera).
Co pociąga za sobą ograniczenie płodności, widzimy to obecnie na przykładzie Francji. Prawda, że Zola przeholował nieco w swym hymnie pochwalnym na cześć płodności, ale on był właśnie człowiekiem o naturze skłonnej do przesady, jednak w gruncie rzeczy miał przecież rację. Albowiem wskutek tak zwanego systemu dwóch dzieci ulegnie zaludnienie nietylko postępującemu zmniejszaniu się, ale też i pogarszaniu. Na tym przykładzie można najlepiej poznać niedorzeczność, która kryje się w twierdzeniach Ody Olberg. Jeśli panie nie chcą mi wierzyć, to niech posłuchają, co mówi jedna z ich sióstr. Kathe Schirmacher uczyniła całkiem dobre spostrzeżenia w swoim artykule o „francuskich .kłopotach zaludnenia"1). Pozwolę sobie na przedruk jednego ustępu, może to uratuje duszę Ody, a inne uchroni od zbłądzenia.
„Socjalna wartość tych fils lub filles uniąues nie jest .wcale lepsza od jakości licznych braci
') Westermaans Monatshefte XLVI, 5 luty, 1902.
i sióstr. Niema porównania. Jedyne albo bardzo nieliczne francuskie dzieci są przedmiotem lęku, koło których życia i zdrowia wszystko w rodzinie się obraca, których choroby to klęska, a kaprysy prawem. Stanowią one przedmiot rodzicielskich pieszczot. Papy jedynak, mamy bożek; być pierworodnym i zarazem benjaminkiem, tego nie zniesie żadne dziecko. Od dnia ich urodzin koncentruje się na jego małej osobie całkiem nienależąca się im i niestosunkowo wielka część uwagi, robi ich samowładcą, tyranem, panem swych rodziców, którzy w swej zaślepionej miłości poświęcają się dla nich: Przy jednym dziecku jest się iego niewolnikiem, przy sześciu ich panem! Zasadą jest, że dla ulubieńca musi poświęcać się wszystkie chęci. Rozpieszczenie jak i małpia miłość przy takim systemie odbywa się kosztem wygody rodziców.
Natomiast w licznej rodzinie wzajemne myślenie o sobie jest na porządku dziennym, względność wzajemna i solidarność są w praktycznym u- życiu. Charaktery hartują się i wygładzają wzajemnie. Udział każdego jest mniejszy, szacowanie własnej osoby kurczy się przez porównanie z właściwą miarą. Duża rodzina jest jak mała republika, która przygotowuje do praktycznego życia.
Natomiast jedyny syn, jedyna córka rosną w tym nienaturalnym otoczeniu na pretensjonalnych autokratów i tylko czarodziejskie stoliczku nakryj się może ich jeszcze zadowolić! Jako skończeni indywidualiści, egoiści, o sobie tylko myślący, przedstawiają oni dla społeczeństwa małą wartość, a dla narodu niewielką korzyść.
Jeżeli chodzi o syna, to ten sposób wychowania da się przedstawić następująco: Moje dziecko, ty możesz liczyć na swoich rodziców. Patrz, jak oszczędzamy dla twojej przyszłości! Licz również na nasze ustosunkowanie, na naszych przyjaciół, będą cię oni polecać, protegować, posuwać naprzód! Miej ha względzie też rząd, który szafuje dużą ilością posad. Musiałoby być szczególną rzeczą, gdybyś ty której nie otrzymał. Ponieważ jednak takie posady nie zawsze przynoszą wystarczający dochód, a dobre jest do chleba mieć także i masło, przeto powinieneś ożenić się z bogatą kobietą. Ale to jest naszą rzeczą, zostaw to dla nas, a my znajdziemy ci dziedziczkę!"
Z lekarskiej strony otrzymałem naganę za to, że okazałem się tolerancyjnym w stosunku do lekarzy kobiet. Jednak nie zmieniam mojego zdania: Nie należy sprawy popierać, ale też nie zamykać drogi poszczególnym dziewczętom, które chcą studjować medycynę. Jak już powiedziałem przedtem, ten ruch w przeciwieństwie do mechanicznego ruchu tern prędzej ustanie, im mniejsze jest tarcie. Dla mojego twierdzenia znajduję dowód w New-Jorskim miesięczniku lekarskim ze stycznia 1902. Tam (p. 42) donoszą, że kierownictwo Nortwestern University Womans Medical School w Chicago postanowiło zamknąć instytut po 32 latach istnienia, gdyż pracowano z rocznym deficytem wynoszącym 25000 dolarów. Newjorski dziennik z 3 stycznia 1902 sądzi, że to oznacza bardzo ciężki cios dla t. zw. ruchu kobiecego, reporter bowiem wyjaśnił że kobiety niedorosły do zadania tak w labolatorjum chemicz- nem, jako też na sali sekcyjnej. Przez te 32 lata eksperymentowania zrobiono najpierw próbę z koedukacją, ale przed 15 laty uznano ten system za chybiony i zbudowano osobny zakład dla studentek. „Na kobiecych lekarzy niema popytu, kobieta jako doktor medycyny nie spełniła pod żadnym względem .oczekiwanych nadzieji". Ma to naturalnie wartość z pewnymi wyjątkami, ale w każdym razie nawet w praktyce kobiecej i dziecięcej nie uczyniły lekarze kobiety męskim ż;adnej poważnej konkurencji1). Jużto nie dopisały siły kobiet, jużto lekarki wysunęły żądania, które z wykonaniem zawodu nie dały się pogodzić. Przypomnijmy sobie stare przysłowie, że należy baczyć, aby drzewa nie rosły do nieba, powiedzmy sobie jednak równocześnie, że 32 lat trwający eksperyment był nieco za kosztowny i bolesny [29]
Chętnie się kształcę, dlatego z przyjemnością czytam książkę, z której mogę się czegoś nauczyć. Z tego powodu w ostatnich latach przeczytałem wiele książek feministycznych. Niestety jednak doznałem przy tern dużego rozczarowania i gdyby miejsce na to pozwoliło, mógłbym wiele bolesnych rzeczy opowiedzieć. Dam tylko jeden przykład. Otóż Marja Stritt przetłómaczyła książkę pani Charlotte Perkins-Stetson (Women and Economics), którą nazwała Standardwork i zestawiła z książki MilTa „Biblja ruchu kobiecego1'.. Oryginał ukazał się prawdopodobnie w r. 1899, tłumaczenie nosi tytuł „Mężczyzna i kobieta" (Drezno i Lipsk, H. Minden). Aj,
pomyślałem sobie, to będzie coś dobrego, a tu znalazłem właśnie okropną partaninę. Krótki sens długiego wywodu do tego zmierzał, że wtedy zniknie gnębiące nas zlo, gdy kobieta sama zarobi na pieniądze. W gruncie rzeczy ten cel niezbyt trudno można osiągnąć, gdyż skoro w domu już więcej nie będzie się gotować, a dzieci (te niepotrzebne, jak należy przypuszczać) odda się do żłóbków dziecięcych, wówczas może kobieta tak samo dobrze jak mężczyzna chodzić do zajęcia. Przed tą amerykańską mądrością staje się oniemiały z podziwu. Mogłoby jeszcze ujść, gdyby autorka wypowiedziała swą niedorzeczność w prostych słowach, ale gdzie tam, ona tworzy „naukowo", żongluje „socjologją", podobnie jak dziki wywija swą pałką a najszaleńsze pomysły podaje jako pewne fakta. Wychodzi z tego, że u zwierząt każda samica sama szuka sobie pożywienia, natomiast u ludzi mężczyzna żywi kobietę. Zdanie to nie jest zupełnie słuszne, gdyż np. wieśniak i wieśniaczka pracują i zarabiają oboje. O ile jednak zdanie to ma rację, tłumaczy się to całkiem prosto z jednej strony długą potrzebą pielęgnacji dziecka, z drugiej strony zwiększoną potrzebą dostarczania pokarmu powodowaną przez o wiele większą czynność umysłu i o wiele większy mózg i powstającą wskutek tego koniecznością podziału pracy. To brzmi jednak bardzo prozaicznie w stosunku do baśni autorki, która, jak się zdaje hołduje zaciekłemu darwinizmo- wi. Według niej kobieta była początkowo wszyst- kiem, mężczyzna jakimś dodatkiem, tylko dla utrzymania gatunku. Myśli przytem o pająkach, u których mały samiec bywa pożerany przez samicę i prawdopodobnie przypuszcza, że ludzie pochodzą od pająków. Dopiero powoli rozwija się mężczyzna, a „jako ostatnie stadjum tego procesu rozwojowego było podniesienie mężczyzny do zupełnego zrównania z kobietą, skutkiem czego doszło później nawet do jej podporządkowania". (Str. 115). W każdym razie była kobieta początkowo równie zręczna i silna jak mężczyzna Pewnego razu przyszło na myśl mężczyźnie, temu nicponiowi, aby ujarzmić kobietę i o- graniczyć jej rolę do funkcji rozrodczej a nieszczęście chciało, że ten sromotny czyn udał mu się. Tak więc stało się źle, kobieta dostała się w „ekonomiczną zależność" a to doprowadziło do zwyrodnienia rodzaju ludzkiego a zwłaszcza kobiet. Kobieta utraciła pewną część swoich właściwości i stała się „ponad wszelką wątpliwość nadmiernie i do tego chorobliwie pod względem płciowym upośledzoną". Ponieważ kobieta nie produkuje, a tylko konsumuje, dlatego jest lekkomyślna, chciwa, rozrzutna, przykłada wagę do strony zewnętrznej i cielesnej a przy- tem również uwodzi mężczyznę. Wogóle i mężczyzna spada powoli coraz niżej, gdyż wychował sobie w kobiecie tylko istotę płciową, co go podnieciło do tego stopnia, że stał się ofiarą swego nadmiernie wybujałego popędu płciowego. Nadmiar płciowego popędu jest właściwością człowieka w przeciwieństwie do zwierząt (autorka zapomniała zupełnie o obyczajnych małpach). Następnie przychodzi autorce na myśl dziedziczność, że mianowicie dziewczęta dziedziczą również po ojcu i t. d.; i teraz rozpoczyna wprost okropnie bredzić, jednak tern nie będę się zajmował. Lecz zawsze w straszliwie długich roztrzą- saniach powtarza się motyw przewodni: „Każda poszczególna kobieta, urodzona jako człowiek, z odziedziczonych w żyłach po ojcu pędem do wykazania swych ludzkich uzdolnień, a równocześnie urodzona jako kobieta przytłoczona gniotącym ciężarem tradycji, musi we własnej swej osobie przebyć podobny proces poniżenia, uciemiężenia, wyrzeczenia się swej ogólno ludzkiej natury, dla każdej z osobna dźwięczy bolesne „Nie“, które powinno zgłuszyć cały jej pęd do nauki, do twórczości, do odkryć, pęd do wypowiedzenia się, do postępu11. (Str. 65). „Na dalekich prerjach lub w domach na uboczu stojących, gdzie kobiety dziś jeszcze żyją całkowicie skrępowane gniotącymi więzami płci, tam znajdziecie je tuzinami i setkami w tym obłędzie11. (Str. 228). Oh! Gospodarcza zależność kobiety jest przyczyną spadku liczby urodzin (Str. 147). Oh! Lecz na wszystkie te obrzydliwości znalazły radykalny sposób amerykańskie panie. Obecnie właśnie odbywa się największa i najważniejsza przemiana, jaką kiedykolwiek świat przeżył, mianowicie powolne podnoszenie się z ziemi uciśniętej kobiety do pełnego człowieczego równouprawnienia (Str. 126). Następuje pochwala i sławienie amerykańskiej świetności; przez to, że kobieta wstąpiła w życie zarobkowe, wszystko stanie się nowem, wszystko będzie dobre. Ludzka dusza ulegnie wydoskonaleniu, a mózg kobiety przeformowaniu. Nawet biedne małe dzieci lepiej na tern wyjdą, gdyż nowa kobieta ma do dyspozycji, jeżeli chodzi „o rodzenie (I), opiekę i wychowanie potomstwa o wiele lepsze, delikatniejsze i skuteczniejsze metody11 (Str. 138), niż dawniejsze kobiety, które były właściwie tylko „pieszczonemi świnkami morskiemi11. — Dotychczasowe rezultaty okazują dostatecznie, jak się sprawa przedstawia z tą feministyczną uczonością. Jak to jest we Fauście?
Das ist noch lange nicht voriiber
Ich kennes wohl, so klingt das ganze Buch;
Ich habe manche Zeit damit verloren‘).
Bardzo wiele krytyk, które otrzymuję do czytania, są niżej miary, jakiej można wymagać. I tak pytają się ludzie, czy ja jestem niekulturalny, mało uprzejmy, czy jestem wrogiem kobiet, czyby nie można niejednej rzeczy łagodniej wyrazić, czy pojedyncze typy kobiet odpowiadają w zupełności mojemu przedstawieniu, czy ja nie uprawiam nieuzasadnionej teleologji i czy nie zadużo tej niepotrzebnej gadaniny. Lecz z moim sposobem myślenia nikt się nie zgodził. Kobieta wyposażona jest skąpiej w u- myslowe przymioty niż mężczyzna i szybciej je traci. Ten stan istnieje od dawien dawna i nie da się odmienić. Cala ta robota z równouprawnieniem przynosi szkodę społeczeństwu, gdyż odbija się ujemnie nie tylko na zdrowiu kobiety, lecz także na jakości i liczbie dzieci. Widocznem jest, że właściwy spór toczy się „oddawna o słowa i nie da się zmienić". To, że moje obrazowanie odpowiada mniejwię- cej obecnie żyjącemu pokoleniu, na to zgadzają się bez wahania wszyscy rozumni. Również nie zaprzeczam, że pewne zmiany, wywołane czyto samowolnie, czy wynikające z natury rzeczy są możliwe. O- becnie zachodzi pytanie, jak wielkie mogą być te [30]
zmiany, czy istniejące umysłowe różnice płciowe będzie można zmienić przez wychowanie, względnie w inny sposób i to tylko w rzeczach drobnej wagi, czy również w istotnych. Jeżeli się wskaże na przeszłość, t. zn. na historję ludzkości, to się słyszy, tak, ale wtedy warunki zewnętrzne były niekorzystne. Dopiero przyszłość okaże, co kobieta potrafi zrobić, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość. Tak więc toczy się rozmowa o tern i owem. Trzeba szukać nowych dróg, aby pojąć istotę życia. Jedną rzeczą, jak mi się zdaje mało się jeszcze interesowano; mam na myśli spostrzeżenia nad psychicznemi różnicami płciowemi u wyższych zwierząt, ssaków i ptaków, a nie u pszczół i pająków. Jeżeli się pokaże, że te różnice, które widzimy obecnie u ludzi, znajdziemy też u wyższych zwierząt, to można przyjąć, że mamy do czynienia z zaledwo dającym się usunąć złem, gdyż to co utrzymało się przez niezliczone tysiące lat, stawi opór również i nowoczesnemu wychowaniu. Niestety, byłoby naprawdę trudno zebrać wystarczający materjał. Ja pokusiłem się o to, ale jak narazie mało znalazłem rzeczy, które nadawałyby się do zużytkowania; a dziwnem jest, jak dotychczas niewielu badaczy interesowało się psychicznemi różnicami płciowemi u zwierząt (pomijając naturalnie życie miłosne). Poszczególne dobre spostrzeżenia znajduje się to tu, to tam, ale do tego potrzeba większego materjału. Można zapewne robić też pojedyncze doświadczenia, tak, jak to spróbował ostatnio pewien Amerykanin na parce małp Rhesus1).
A teraz coś wesołego. Zwracam uwagę na dołączone w dodatku, francuską krytykę, jak również listy szwedzkie. Francuski frazesowicz widzi we mnie głównego przedstawiciela typu nowoniemieckiej brutalności; na .tym przykładzie widzimy, do jakich niedorzeczności może doprowadzić polityczna nienawiść. Jeszcze więcej humorystyczne są listy szwedzkie. Od jakiego pół roku otrzymuję ze Szwecji prawie co cztery tygodnie list pisany ręką kobiecą; dotąd jest ich sześćl). W każdym charakter pisma jest nieco odmienny, w każdym są nieco inne błędy językowe, ale wciąż powtarzają się tesame myśli (żeby z respektem powiedzieć) i panuje swoiste grubijaństwo. Ładne okazy kobiet muszą być w Szwecji, przypuszczam, że te Manady utworzyły spisek, aby obrzucać mnie zelżywemi słowy. Gdyby wielka ewolucja naszych kobiet miała prowadzić na podobne wyżyny, jakie już osiągnęli Szwedzi, to nie mam więcej co robić! A przecież nie mogę czynić sobie wyrzutów, chyba że odzywałem się zbyt łagodnie!
Pan nakładca wyraził życzenie, aby do nowego wydania dołączyć jako dodatek wybór krytyk, dotyczących mej pracy. Po pewnym wahaniu zgodziłem się, gdyż jako documents humains zasługują przecież niektóre wynurzenia na pewne zainteresowanie, które zresztą im się należy, a pozatem podoba mi się to, aby poszczególnych „łotrzyków móc powiesić". Zachodzi teraz pytanie, które głosy należy wybrać. Między innymi spotkałem się również z opozycją ze strony lekarskiej krytyki. Pochodzą te krytyki po części od doświadczonych psychjatrów, a więc ludzi, których pewnemu sądowi powinno się zaufać. A tu właśnie byłem przerażony brakiem rozsądku. U wielu wykształconych mężczyzn spotykamy przeważnie w odniesieniu do kwestji kobiecej pewną nieśmiałość, która przynosi szkodę im i samej sprawie. Po bliższej rozwadze uważam za słuszne następujące tłumaczenie. Mężczyzna ma z jednej strony tyle zajęć, uczenia się i czytania, że nie pozostaje mu już czasu do tego, co właśnie stanowi przedmiot jego zainteresowania i upodobań. Potrzeby kobiet wydają się dla wielu jako rzecz podrzędna, nad wyjaśnieniem której nie potrzeba się specjalnie ani zastanawiać, ani rozczytywać. Z drugiej strony są mężczyźni z różnych względów, czyto jako syno-
wie, bracia, małżonkowie, ojcowie w stosunku do kobiet uprzejmie usposobieni i o ile możności obchodzą się z niemi jak najlepiej. Jeżeli teraz przychodzi do dyskusji, to reprezentantom „praw ko- biecych“ udaje się swoje deklamacje uczynić przekonywującymi, jako, że zwyczajnie są to ludzie bardziej w literackiej umiejętności wyćwiczeni, a nawet niekiedy poświęcający tej jednej sprawie cale swoje myślenia. Poczucie sprawiedliwości skłania do wzięcia w obronę uciemiężonych, uprzejmość zaś chciałaby spełnić chętnie każde usilne życzenie. Ponadto my lekarze mamy właśnie liberalizm we krwi. Krótko mówiąc, brak właściwego zainteresowania się przedmiotem i rycerski sposób myślenia wyjaśniają to nieporozumienie.
Przeważna liczba krytyków, to literaci i kobiety walczące. Wiadomo, że te ostatnie chętnie przypinają sobie brody jako pisarki; dlatego niejedna pozornie męska krytyka może pochodzić z ręki kobiecej. Tutaj to widzi się cala rubaszność: Wolność i równość brzmi wokoło, a dzikie dziewczę chwyta za brońl). W takim miejscu można naturalnie coś zacytować. Więcej nie chcę nic mówić, niech sami krytycy działają wyrazem swej siły i piękności.
Ani nie chwalę tego wszystkiego, co napisano w przychylnych głosach, ani nie ganię wszystkiego u przeciwników, nie wyszukałem również z tamtych opinji najlepszych, z tych najgorszych. Niektórych listów dlatego tylko nie wybrałem, ponieważ były za długie. Mnie zainteresowało głównie to, jak ta sprawa rozmaicie przedstawia się w głowach ludzkich, a sądzę, że zaciekawi to także innych. [31]
KATINKA v. ROSEN
O MORALNYM
NIEDOROZWOJU KOBIETY
Przekład z niemieckiego z upoważnienia autorki
|
|
Profesor Móbius wykazał kobietom — według mego zdania w zupełnie grzecznej formie — ich niższą wartość pod względem umysłowym. Ujemne krytyki kobiecych piór potwierdziły prawdziwość jego słów. W swoich odpowiedziach dostarczyły kobiety dowodu fizjologicznego niedorozwoju umysłowego.
Ja niogłabym zająć się moralnym niedorozwojem kobiety, gdyż on wydaje mi się być większą przeszkodą dla rozwoju ludzkości, niż fizjologiczny a przecież ważniejszą jest rzeczą jego zwalczać i o ile możności poprawiać, aniżeli dążyć do czynności mózgu, przekraczającej jego wydolność.
Byłoby mi przykro, gdyby moja mała broszurka sprawiła to wrażenie, jakobym ja nie miała szacunku dla kobiety. W mojej matce nauczyłam się kobietę czcić, kochać, szanować. Nowoczesna jednak kobieta, która wyzbywa się swoich lepszych cnót, nie napawa mnie ani szacunkiem, ani podziwem. Z religijnych, obyczajowych i narodowych względów jestem jej przeciwniczką.
K- V. R.
|
|
Wszystkie kobiety, czy zaliczają się do feministek, czy do zwolenniczek dawnych dobrych czasów, roszczą sobie pretensje do wszelakich cnót, zaś zle właściwości przyznają mężczyznom. Wiele kobiet godzi się z faktem fizjologicznego niedorozwoju umysłu więcej z lenistwa i tępoty umysłowej niż z powodu właściwego ujęcia rzeczy. Zato pocieszają się one myślą, że jeżeli chodzi o moralność, to stoją o wiele wyżej od mężczyzny.
Dopóki my kobiety nie zerwiemy z niektórymi błędnymi wyobrażeniami i nie dojdziemy do zrozumienia, że cierpimy również na moralny niedorozwój i że cnoty, które my uważamy za niewieście, znajdują się w dużo wyższym stopniu u mężczyzny, dopóty usiłowania w kierunku rozwoju kobiety nie będą czynić żadnych postępów.
Jako przykład wyższej moralności zwykło się wskazywać na to, że liczba męskich przestępców jest większa. Gdzie rozchodzi się o popełnienie wielkich przestępstw, które wymagają użycia fizycznej siły, tam zawsze mężczyzna dzierży pierwszeństwo. Czy jednak mordercy lub podpalaczowi nie pomagała jakaś wspólniczka lub pomocnica i czy to nie ona była tą, co suggerowała go do czynu? To jest pytanie, które nasuwa mi się często. Sprzeniewierzenia wszelkiego rodzaju, których winnymi stają się mężczyźni, obciążają kobiety. To, że mężczyźni są pożałowania godni, iż dają się bałamucić, nic zmienia w niczem moralnego niedorozwoju kobiety.
Wszystkie zbrodnie, które mężczyzna popełnia stoją zawsze w pewnym związku z jakąś kobietą, ona jest tą, która pobudza w nim chęć i pragnienie i podnieca go, gdy jego odwaga zaczyna słabnąć, ona jest tą, która zabija w nim każde ludzkie uczucie a w końcu wydaje go w ręce ludzkiej sprawiedliwości. Mężczyzna nie upadnie nigdy tak nisko, jak kobieta, jakieś ślady człowieczych uczuć pozostają zwykle nawet u najbardziej zdziczałego zbrodniarza, u kobiety są one wygasłe. Kobieta oddająca się nałogowi pijaństwa lub prostytutka, mimo prób ratunku humanitarnych związków, skończy marnie w rynsztoku!
O okrucieństwie i zimnej krwi kobiet Świadczą liczne zbrodnie trucicielstwa przeszłości i teraźniejszości. Podawać truciznę tygodniami, miesiącami, udawać obłudnie miłość i pielęgnować nieszczęśliwą ofiarę, jest zbrodnią, której nie podołałby najgorszy mężczyzna!
Zbrodnie popełniane przez mężczyzn odznaczają się mniej więcej jakimś rysem wielkości — nie mają nic wspólnego ze słabością, co znajduje zrozumienie w duszy tłumu. Skazanie mordercy Kneisla budziło u wszystkich mniejsze lub większe współczucie. Jego zbrodnie potępił lud, a jednak jego odwaga, jego zuchwałość i zimna krew z jaką ryzykował swe życie przy wykonywaniu tych zbrodni, wzbudzały podziw. — Wszyscy też jakby odnosili to wrażenie, że ten przestępca posiada przymioty, którymi mógłby dokonać czegoś wielkiego.
Co do Elizy Hansler, to burzyły się tłumy. Dla zbrodniarki okazywał lud tylko pogardę. U Elizy Hansler nie można było dopatrzeć się najdrobniejszego przymiotu, który mógłby w nas budzić zainteresowanie lub współczucie. Przeszłość może nam dosadnie unaocznić tą różnicę między mężczyzną a kobietą jako zbrodniarzem. U mężczyzn — o ile będziemy chcieli i mogli zdobyć się na objektywny sąd, co kobietom nie zawsze łatwo przychodzi — znajdziemy zawsze jakąś właściwość, może być nawet występną, której wielkość i brutalna siła budzi nasze zainteresowanie i nasz podziw. Nie umiałabym wymienić ani jednej kobiety z historji, na której zbrodnie moglibyśmy inaczej patrzeć, jak z pogardą.
Pociąg do okrucieństwa, który u złej kobiety osiąga swój punkt kulminacyjny w akcie truciciel- skim, jest zaznaczony u wszystkich w łagodniejszej formie. Drwinki i żarty kobiet pozbawione są stale dobrego smaku. Z uśmiechem na ustach umieją nawet najlepszym przyjaciołom rozdzielać małe uderzenia, tak jakby one nie były bolesne. Cieszymy się spowodu nowej sukni, skoro usłyszymy, że jest za długa, albo za krótka, za wąska lub za szeroka i gdy się pokaże, że lepiej byłybyśmy zrobiły wybierając kolor niebieski zamiast zielonego. — Radość nasza zupełnie znika i ile razy ubieramy suknię, gniewamy się. Albo zrobiłyśmy jakieś głupstwo — przyjaciółka zamiast ostrzec nas, milczy przed nami. Nie należy mieszać się w czyje sprawy! Może i to racja — skoro jednak popełniłyśmy głupstwo, za które nieraz musimy ponosić niemiłe skutki, wtedy dopiero: Przecież ja to mówiłam" — lub .„Gdybyś była tio tak a nie tak zrobiła" etc. etc. — Z takiego sposobu mówienia można sobie ostatecznie nic nie robić, jednak okrucieństwo i złośliwość, które kryją się pod pozorną naiwnością i pod maską przyjaźni, pozostawiają swoje żądło. — Pani i służba prześcigują się
we wzajemnym okrucieństwie, zwyciężczynią zostaje ta, która osiągnęła wyższy stopień doskonałości tego talentu. Znane jest okrucieństwo, którego dopuszczają się na własnych dzieciach matki z niższych warstw. Ale również wykształcona kobieta, tak zwana ,,dobra matka“ udręcza swoje dzieci. W obecności obcych osób wypomina im ich niegrzeczność już ukaraną lub złe świadectwa, w niewłaściwym czasie udziela nagany, bezlitośnie odpycha od siebie dziecko wówczas, gdy jest zatopiona w lekturze jakiegoś płytkiego romansu, odmawia mu jakiejś przyjemności, ponieważ jest w złym humorze lub cierpi na nerwy, jak się zwykło mówić. Przyczyną tego bezowocnego i bezcelowego dręczycielstwa ze strony matek jest okrucieństwo. Te kaprysy, na które tak często cierpi ród niewieści, o ile nie są powodowane schorzeniem systemu nerwowego, są również okrucieństwem. Dręczenie swoich bliskich sprawia jej rozkoszne uczucie, któremu też oddają się z całą świadomością. Również przy okazywaniu dowodów swej czułości wychodzi niekiedy z kobiety bestja.
Przypatrzmy .się teraz mężczyźnie. Niewykształcony może wskutek nałogu opilstwa stawać się brutalną bestją, żonę i dzieci na śmierć skatować: wykształcony może przez niewierność sprawić swej małżonce niedające się opisać cierpienie, może on być karciarzem, pijakiem, może robić długi, sam skończyć samobójczą śmiercią i rodzinę zostawić w nędzy. Lecz są to źli ludzie i należą do wyjątków. Okrucieństwo nie leży w charakterze niemieckiego mężczyzny, — on może być gwałtowny, porywczy, gru- bijański i niemiły. On może czasami bić swoje dzieci, służbie rzucić jakieś nieparlamentarne słowo, a gdy
małżonka mu bardzo dokuczy może bez pożegnania się z nią opuścić dom, ale nie potrafiłby swoich bliźnich dręczyć przez ustawiczne drobne ukłucia. Jego dowcipy i żarty nie zawsze może nadają się do salonu lub w obecności małych córek, jednak one nie ranią. Nie, mężczyzna nie jest okrutny — a jeżeli takim jest, to należy do osobników obarczonych, obdarzonych kobiecymi rysami, którzy jako zbrodniarze są karani lub zasługują na nasze współczucie.
Z okrucieństwem idzie w parze u kobiety mściwość i pragnienie odwetu. Kobieta nie zapomina nigdy wyrządzonej sobie krzywdy, jeżeli nawet pozornie przebaczy, to przebaczenie to spada na grzesznika jak przytłaczający ciężar, jej zaś sprawia uczucie zadowolonej dumy. Kobieta nie tak prędko załatwi isię z daną rzeczą, jeszcze .po latach wraca do przeszłości, każda wyrządzona krzywda bywa wyolbrzymiona, a dobrodziejstwa zapomniane, powstają wymówki — wymówki o tyle bardziej gorzkie, że popełniona krzywda jest często przedawniona i nie może być wynagrodzona.
Mężczyzna daruje przyjacielowi, o ile go nie zabije, — przebaczenie, niemy uścisk dłoni przywraca starą przyjaźń, dawne zaufanie i na tern sprawa jest raz na zawsze załatwiona. Jeżeli mężczyzna nie może lub nie chce przebaczyć, to wykreśla przyjaciela lub kobietę, która mu krzywdę wyrządziła ze 'swego życia i ze swego serca. Tego kobieta nie zrobi, przykłada bowiem wagę do zewnętrznych form i u- waia to za swój obowiązek wobec bliźnich — a przecież jest to tylko zemsta, która nieświadomie drzemie w jej duszy. — Przy sposobności małych niedy- spozycyj, jakie w codziennym życiu są nieuniknione,
mają kobiety wielką okazję do małych zemst — jeżeli nie skutkują „moje bóle głowy", to odmawiają przyjmowania pożywienia — poszczą i sądzą, że przez to ukarzą swoje otoczenie. Na podobne błazeństwa nie pozwoliłby sobie żaden mężczyzna!
Zmysł sprawiedliwości i poczucie cudzej własności są kobiecie obce. Dziecko nie rozróżnia między moje a twoje, pożąda wszystko co widzi. Rodzice zwykle rozwijają ten wrodzony pociąg. Z tym całkowitym brakiem zrozumienia dla tego co moje i twoje wstępuje dziecko do szkoły. Chłopcy wpajają sobie poszanowanie prawa swej własności we wzajemnych bójkach. Ten drastyczny lecz celowy środek wychowawczy niema miejsca w szkołach żeńskich Bronić swej własności zapomocą pięści nie uchodzi u dziewcząt za objaw dobrego wychowania. Z pedagogicznego punktu widzenia uważa się „skarżenie" jako bardziej odpowiednie dla charakteru kobiecego; nie ulega wątpliwości, że skarżenie nie zawsze polega na bezwzględnej prawdzie, — jak również j to, że skarżenie przyczynia się do rozwroju donosicielstwa, kłamstwa, obmowy itp. kobiecych wrodzonych wad. W jaki sposób przy podobnym systemie wychowania mogą dziewczęta przyswoić sobie pojęcia prawne, to należy do rzeczy, których zrozumienie przeszkadza mi mój fizjologiczny niedorozwój umysłu. Jeżeli twierdzę, że kobiecie brakuje poszanowania cudzej własności, to naturalnie przez to jeszcze nie uważam kobiety za złodziejkę w zwy- klym słowa znaczeniu. A jak jest z tajemnicą listową? Czy przeważna ilość kobiet nie czuje się uprawniona do czytania listów swych mężczyzn? a nawet do cdpieczętowywania ich i przejmowania — gdy drę-
czy je zazdrość? A jakże często ciekawość skłania kobiety do czytania listów, które nie są dla nich' przeznaczone.
Również i dla tego lekceważenia tajemnicy listowej znajdziemy odpowiedni grunt w błędnem wychowaniu. W pensjonatach czyta przełożona listy, które jej wychowanki wysyłają lub otrzymują, nawet korespondencja z rodzicami podlega nadzorowi. Doprawdy nie wiem, co zamierza się osiągnąć przez ten niczem nieuzasadniony zamach na osobistą wolność dziewcząt. Znałam przełożone zakładów, które o swojej czujności były bardzo przekonane, a które zapewniały, że we wszystkich pensjonatach lisy miłosne fruwają tam i spowrotem i, że uwaga z ich strony — nawet gdyby miały tysiąc oczów — na nic się nie zda, gdyż nie dorosły do przebiegłości swych wychowanek. Listy miłosne są całkiem niewinną rzeczą, poetyczne często nieortograficzne wylewy młodzieńczego Seladona jeszcze żadnej dziewczyny nie skusiły do występku. Faktem jest jednak, że pensjonaty swoją chybioną pedagogiką kultywują rozwój wszystkich tych przywhr zarzucanych nam, jak kłamstwo, udawanie, obłuda, zawiść, skłonność do intryg i tyle innych i w ten sposób przyspieszają rozwój moralnego niedorozwoju, zamiast go poprawiać, i to jest fakt, którego nie da się w drodze dyskusji załatwić, a którego zmiana należy do najważniejszych zadań naszych reformatorskich czasów. Dziewczęta, które w niezepsutym stanie opuszczają podobne Nakłady należą do wyjątków — sama elita! Bogu dzięki jednak można je znaleść jeszcze w na- szem piemiecldem państwie!
Ul
Największy jednak zamach na prawa człowieka czyni kobieta, gdy pożąda miłości żonatego mężczyzny. .Niestety przy nowoczesnym „ubóstwianiu swego Ja“ są rozwody na porządku dziennym. Nic bardziej nie wskazuje na moralny niedorozwój kobiety, jak kiedy zużytkowuje swój kunszt uwodzicielski, aby przyciągnąć do siebie mężczyznę innej kobiety. Biedna niewiasta, która kradnie chleb dla swojego dziecka zostanie zasądzona, tymczasem jej siostrzyca, która rabuje miłość małżonka nietylko nie poniesie kary, lecz nawet często osiągnie swój cel i zostanie żoną tego mężczyzny. Zarzuca się jednak winę niewiernemu małżonkowi, że on jest tym, co kobietę uwodzi — możliwe, ale każda kobieta ma możność pokazać uwodzicielowi drzwi i uchronić się przed grzeszną miłością.
Nie wykluczam wcale możliwości zakochania się której kobiety w żonatym mężczyźnie, mimo to można jednak od każdej uczciwej kobiety wymagać, aby szanowała prawa swej bliźniej siostry, a własnego szczęścia, które prawdę zawsze polega na złudzeniu, nie budowała na nieszczęściu drugiej. — Jednak mężczyzna czyni też to samo! uwodzi niezliczoną ilość kobiet i burzy najszczęśliwsze małżeństwa! słyszę ze wszystkich stron. Z pewnością są mężczyźni bez honoru, jednak w swoim stosunku do kobiet są oni stroną słabszą i prawdę zawsze uwodzoną. Z nieokrzesanymi ludźmi, którzy używają brutalnej przemocy nie chcę mieć przecież nic do czynienia, piszę dla inteligentnych ludzi, a żadnemu inteligentnemu mężczyźnie nie przyjdzie na myśl uwodzić zamężną kobietę, gdy ona nie chce. Pozatem może mąż zastrzelić uwodziciela — jak później sobie z nią po-
stąpi, to jest jego rzecz. Tymczasem żona, której mąż usidłany przez uwodzicielkę ulega pokusie, jest bezsilna i czy chce czy nie chce, musi go poświęcić.
Litość, współczucie i miłość bliźniego to są ' atrybuty kobiecości i jako takie odmawia się ich mężczyźnie. Istnieją kobiety, które mają w sobie ten niebiański dar i umieją znaleść odpowiednie słowo we właściwym czasie, kobiety, których obecność sama już wystarcza, aby zbolałemu sercu przynieść spokój i ukojenie — są to jednak wyjątki, dla bardzo wielu jednak litość i współczucie jest rodzajem sportu. Próżność, ciekawość, zaprawione pewną małą dozą radości na widok czyjej straty skłaniają je do poszukiwania widoku nieszczęścia. Chorych i cierpiących pocieszać jest dla niej rozkoszą. Ofiary jej współczucia zostają zasypane słowami pociechy i wkońcu napomniane, — że przecież powinny być wdzięczne, gdyż są inni, którzy znoszą jeszcze większe cierpienia. Czy to ma być pociechą? Gdy ja cierpię — co mnie obchodzi, że inni płaczą! I jeżeli potrafimy wznieść się do owego chrześcijańskiego i moralnego ideału, którego osiągnięcie powinno być naszym najgorętszym życzeniem — to już sama myśl, że inni cierpią, jeszcze więcej niż my, musiałaby nasz ból powiększać. Zawodowe pocieszycielki są dla cierpiących serc prawdziwą męką!
Miłość bliźniego jest jakby twarzowym płaszczykiem, który się wdziewa, aby ściągnąć na siebie oczy ludzkie; na uznaniu i nagrodach nie zbywa też damom, których „sportem" jest miłość bliźniego.
Z miłością bliźniego obchodzi się nieszczerze i dlatego mimo postępów humanitaryzmu, ona zanika.
Czy mam teęaz wyśpiewać hymn pochwalny na cześć mężczyzny? Mój udek pozwala mi na taką przyjemność. Znalazłam tyle serdecznego współczucia u moich męskich przyjaciół, że doszłam do tego przekonania, iż mężczyzna posiada również litość, współczucie i miłość bliźniego. Kobiety szczególnie lubią podniecenie umysłowe, to co dosadniej określa francuskie wyrażenie „emotion“, a które podobnie jak szampan sprawia łaskoczące uczucie i dlatego bywa przez ród niewieści poszukiwane, natomiast mężczyzna unika go. Małe nieszczęścia nie budzą jego współczucia i dlatego pośpiesznie chroni się ucieczką, gdy przewiduje u swej małżonki zbliżający się ból głowy lub nerwowe spazmy. Również dla rzeczywistego cierpienia tylko wówczas okazuje zainteresowanie, kiedy może pomóc lub złagodzić ból. Ale mimo tego posiada mężczyzna i te przymioty, które są opiewane jako cnoty kobiece. W ich spełnianiu często on nad nami „góruje".
Zarzuca się kobietom próżność, manię strojenia się i rozrzutność. Od błędu próżności chciałabym je usprawiedliwić, jest on bowiem o wiele mniejszy, niż zwykło się przyjmować. Ładna kobieta jest świadoma swej piękności — mówi jej o tem zwierciadło i ludzkie hołdy — i słusznie, gdyż widok pięknej kobiety sprawia przyjemność. Mogłabym ją porównać z człowiekiem, który ciesząc się swoją siłą i zdrowiem, nie przykłada jednak szczególnej wagi do tych wartości. Dopiero wtenczas uczy się cenić zdrowie, gdy od nas odeszło. Tak też i kobieta, wtedy dopiero staje się próżną, gdy młodość i piękność poczynają zanikać, wówczas to na gwałt stara się je zatrzymać,
by choć pod pudrem i szminką dać sobie i drugim złudzenie.
Przyznam, że mania strojenia musi istnieć u kobiety do pewnych granic. Jeżeli kobieta nie jest próżna, ani nie lubi się stroić, to będzie się zaniedbywać i ubierać niegustownie i bez smaku. Tak nie powinno być, gdyż każdy człowiek, mężczyzna czy kobieta ma swoje ciało pielęgnować jako ten cenny dar, a do tego celu służy również choćby skromny i do odpowiednich okoliczności przystosowany, a jednak gustowny ubiór. O powodach, dlaczego kobieta kocha się w stroju panuje dosyć fałszywy pogląd. Mężczyźni spowodu swej próżności uroili sobie, że cały ród niewieści ubiera się i stroi dla nich. To nieporozumienie chciałabym wyjaśnić dla dobra płci silnej. Dziewczę, której serce poczyna się budzić, będzie się dla „niego" stroić, tylko „jemu" chcieć podobać. Jasnem jest, że będzie się starała wystąpić w jak najkorzystniejszem świetle wobec 'mężczyzny, którego kocha i za którego miłością tęskni. Także mężczyzna nie będzie pokazywać się jej z rękawami od koszuli i w pantoflach — tego nie powinien czynić i później wobec swojej żony — chyba tylko sam na sam! Kobieta stroi się zawsze tylko dla jednego mężczyzny, nie wchodzę w to, czy z miłości, próżności lub interesu, a dopiero skoro nie żywi żadnego uczucia do któregokolwiek z nich — .stroi się tylko dla kobiet.
Hołdy wszystkich mężczyzn nie dają jej tyle zadowolenia, co świadomość, że może inne kobiety przewyższyć blaskiem i bogactwem swych toalet, poirytować i wzbudzić w nich zazdrość — kobiety nie są wobec siebie przyjaźnie usposobione! Zapew-
nieiiie mężczyzny, że jego kobieta podoba mu się również w najskromniejszej sukni, bywa przyjmowane z uśmiechem politowania, gdyż świadczy to o jego głupocie i próżności. Ona przecież nie dlatego potrzebuje nowej sukni, aby się jemu podobać, lecz ponieważ jakaś inna kobieta gdzieś w towarzystwie była ubrana według najnowszych wymagań mody.
Właściwie kobieta nie ma talentu do rozrzutności, raczej skąpstwo jest jej właściwe. Wprawdzie trwoni duże sumy, często robi długi i doprowadza mężczyznę do niejednego występku — ale czyni to więcej dla próżności i ponieważ tak „się robi“, niż dla własnej korzyści. Jest drobiazgowa w rozrzutności, płaci tysiące za toalety, a nie ma na zapłatę wynagrodzenia służbie.
Zarzutu zazdrości nie może kobieta od siebie odeprzeć i w żadnej właściwości nie występuje tak wyraźnie moralny niedorozwój kobiecej natury, jak w napadach ślepej, niczcm nieuzasadnionej zazdrości. Tego uczucia, które kobietą owłada, gdy miłość jego małżonka wygasła i skierowała się ku innej nie można określić słowem zazdrość. To jest cierpienie! Szczęście całego życia leży zniszczone, a największą kobiecie sprawna mękę to, że z nim razem idzie w gruzy wiara w minione szczęście i w doznaną miłość! — Jeżeli miłość była prawdziwą, to nie wygaśnie ona ani u mężczyzny ani u kobiety!
Małe zboczenia na górę Wenery można porównać z rauszem po szampanie, który znika po jednej przespanej nocy. Ani rauszu, ani góry Wenus nie uważam za absolutną konieczność, sądzę jednak, że rozumna kobieta mądrzej postąpi, gdy pozwoli swemu mężowi spokojnie się wyspać i zaoszczędzi sobie
wyrzutów. Gromadzi płonące żagwie nad głową grzesznika, a on będzie na drugi raz starał się unikać pokusy, gdyż nie jest rzeczą milą dla pana stworzenia w oczach małżonki uchodzić za słabego. Tymczasem zachowanie się żony, skoro pojawi się domniemana rywalka jest jakby zesumowaniem się fizjologicznego i moralnego niedorozwoju. Cały rozsądek i moralność idą w niwecz, a ona staje się głupią i zlą. Podziwia mężczyzna piękno jakiej kobiety, albo wdaje się chętnie w rozmowę z jaką umysłowo wyżej stojącą — to zaraz budzi się zazdrość. Najpierw zwraca się uwagę męża na nieznaczne błędy piękności — kobiety zawsze je odkryją! On zaprzecza w swojej wzruszającej naiwności — gdyż nic nie zauważa — są rzeczy, na które mężczyzna nie może wpaść; jeżeli jest przekonany o miłości swej żony, to może ona podziwiać wszystkich mężczyzn świata, bez wzbudzenia w nim zazdrości. Powoli zaczynają się zarzuty, sceny kończące się łzami, do których każdy mężczyzna żywi uzasadnioną nienawiść. Potem przychodzą spazmy nerwowe, ona okrywa się milczeniem — bardzo znamienny znak! — staje się nieprzystępną — usuwa się od niego! Mężczyzna w swojej niewinności i nieznajomości kobiecego charakteru nie przeczuwa jej zmartwienia i z całkowitą bezstronnością oddaje tamtej hołdy. Wkońcu jednak otwierają mu się oczy — jego małżonka oczernia rywalkę, staje się niemożliwa, kłamliwa i wreszcie zapomina się do tego stopnia, że znieważa niewinną kobietę. Tego nie może znieść żaden mężczyzna, niesprawiedliwość oburza go. Do zazdrości dołącza się upór, a rzadko kiedy dojrzy kobieta niesłuszność, by chcieć dążyć do pojednania. Jak
następnie ułoży się stosunek między mężczyzną a tą drugą, zależy to od niej. Jeżeli ona jest rozsądną i dobrą kobietą, to pozna słabą stronę zazdrosnej mąłżonki i wycofa się na czas — jeżeli jednak i ona cierpi na moralny niedorozwój, to porażka głupiej kobiety stanowić będzie dla niej tryumf i będzie starała się przykuć do siebie mężczyznę. Nieuzasadniona zazdrość i z nią połączone udręki mogą doprowadzić małżonka do niewierności, podejrzewanej u niego. Wina spada na kobietę! Zazdrość kobiety rozciąga się często na własne dzieci szczególnie na synów a ten nieznośny stosunek między żoną a teściową polega prawie zawsze na zazdrości. Nawet przyjaciele męża stają się niemiłymi dla kobiety, a typy o szczególnie dziecinnych echach gotowe byłyby nawet zawód męża sprzątnąć ze świata.
Lecz również i przyjaciółki dręczą się wzajemnie zazdrością. Przyjacielskie stosunki dziewcząt i kobiet są zgoła osobliwą rzeczą, niepozbawioną pewnego odcienia histerji. Stosunki przyjaźni między dziewczętami są przegrywką miłosną — jakby stad- jum przejściowem. Związki przyjacielskie, które bywają później zawierane przez samotnie stojące kobiety — to pewnego rodzaju surogat brakującej miłości i niezaznanego szczęścia, dlatego nie można mówić o nich nigdy, że pozbawione są sentymentu. Przyjacielskie stosunki dziewcząt kończą się prawie zawsze w chwili zamążpójścia. Kobieta w małżeństwie szczęśliwa nie odczuwa wcale potrzeby kontynuowania nadal przyjaźni — mąż jest jej przyjacielem. Nieszczęśliwa nie powinna mieć ani przyjaciółki ani powiernicy. Nieszczęście w małżeństwie nie nadaje się do omawiania i już bardzo często bywały przy-
jaciólki powodem rozbicia małżeństwa, ponieważ powiększały one owe nieznaczne dysonanse, które zwyczajem kobiecym zostały im w zaufaniu powierzone i wreszcie przez ubolewanie i współczucie sprowadzały katastrofę, która bez nich dałaby się uniknąć. Małżonkom mogę tylko udzielić rady, aby trzymali zdała przyjaciółki.
W ramach kobiecej przyjaźni mieści się zazdrość, obraźliwość, pojednanie i wielka poufałość, która bywa uważana za zaufanie. Omawia się każdą drobnostkę i przywiązuje do niej największą wagę. Choć wszystkie ożywia pragnienie, aby móc codziennie się widzieć i wygadać, mimo to jednak każda zamyka tajniki swego serca, to też zupełna szczerość polegająca na prawdzie, rzadko ma miejsce. Przyjaźnie dziewczęce pochodzą ze szkoły, późniejsze zależą od przypadku, który sprowadza je razem, plecie się tyle różnych rzeczy o potrzebie duchowego zbliżenia, a nazwę przyjaciółka ma kobieta odrazu pod ręką. Wdgóle wydziwia się z tym nadzwyczajne irzeczy, choć niejedna przyjaźń zawodzi i często kończy się nienawiścią.
Jakże inaczej postępuje mężczyzna, on ma towarzyszów, ma kolegów znajomych, ma kolegów w biurze, a z nazwą przyjaciel jest oszczędny, ale jeśli takiego posiada, to już na całe życie. Nie ukrywa przed przyjacielem zakamarków swego serca, ale nie dzieli się z nim wiadomością, czy kupił sobie czerwony czy czarny krawat, gdyż uważa to za żbędne. I choćby nawet całe lata się nie widzieli i nic o sobie nie wiedzieli, jednak przyjaźń pozostaje, a gdy jako starsi mężczyźni znów razem się zejdą, to odrazu w pierwszej pół godziny powróci dawne zaufanie.
Nie chciałabym, aby mój sąd o przyjaźni kobiecej wywołał wrażenie — jakobym uważała kobietę za niezdolną do przyjaźni — sama znam kobiety, które w przyjaźni również umieją się poświęcić, umieją być wierne i prawdziwe, że jednak należą one do wyjątków, o tern dobrze wiedzą wszyscy ci, co potrafią patrzeć na świat otwartymi oczyma. Że przyjaźń kobiet rzadko opiera się na wewnętrznej prawdzie, można wytłumaczyć tern, że są one z natury rzeczy do siebie wrogo usposobione. Weźmy na przykład pod uwagę państwo zwierzęce, to ^najdziemy, że samice nigdy nie znoszą się wzajemnie. A że my mimo całej kultury wykazujemy pod wieloma względami duże podobieństwo do zwierząt, więc wydaje mi się, że to otwarte czy skryte wrogie nastawienie rodzaju kobiecego jest zgodne z prawem natury. Bojow- niczki o prawa kobiece nie będą podzielać tego poglądu, tymczasem bowiem połączyły się przyjaźnią, aby wspólnego wroga — zwanego mężczyzną — zwalczać. Jest to mienaturalne przymierze i dlatego wcześniej czy później zemści się.
Jakkolwiek wrogie ustosunkowanie się kobiet nie zawsze wychodzi na światło dzienne, a nawet niektóre z nich mogą zawiązywać serdeczną nić przyjaźni, to przecież nie powinniśmy tego zatajać przed sobą, że wpływ jaki kobiety wzajemnie na siebie wywierają jest znaczny, ale rzadko dobry. — Mężczyzna jest naturalnym przyjacielem kobiety — i on jest jej najlepszym wychowawcą! A ponieważ my kobiety tak chętnie lubimy bujać w obłokach marzeń i bałamucić siebie ideałami, które z rzeczywistością się nie zgadzają, przeto panuje zapatrywanie, że tylko kobieta potrafi wychować dziewczynkę i że kobiecy wpływ jest najlepszą obroną. To przekonanie stało się dogmatem i wiele matek chroni własne córki przed znajomością z mężczyznami, jak ta kwoka swoje kurczęta przed kuną.
Samotnie stojąca kobieta zwykła prawie wyłącznie przestawać z przyjaciółkami, mężczyzna występuje tylko sporadycznie w jej życiu; jako skutek tego jednostronnego stosunku jest wzrost moralnego niedorozwoju i chorobliwe pragnienie kultywowania swego „Ja“. Kobiety, które stoją obok swego małżonka, nad nim lub pod nim i mają to szczęście, że są matkami, nie przykładają takiej wagi do swego „Ja“ — ono rozwija się samo od siebie. — Ubóstwianie swego Ja w naszych czasach należy do zaraźliwych chorób, na które szczególnie kobieta jest wrażliwa. Musi się dążyć do tego, aby go wytępić. Jest ono niebezpieczne i zatruwa naszą żeńską młodzież. Czy rozumj swego „Ja“ ma rzeczywiście to znaczenie, jakie mu się przypisuje? i czy drogi, które myśmy obrały prowadzą do celu? Siebie poprawiać, o ile możności wyzwalać z błędów, to powinno być dążeniem każdego człowieka, jednak to, co się obecnie rozumie pod słowami „rozwój własnego Ja“, „życie indywidualne" i jak tam jeszcze nazywają się te wszystkie modne hasła, nie ma nic wspólnego z uszlachetnianiem człowieka. To co kobiety nazywają rozwojem, jest egoizmem, próżnością, wywyższaniem się. Te właściwości dochodzą do najwyższego rozwoju u tych wszystkich kobiet, które nie mają sposobności, by w obcowaniu z mężczyzną mogły u- świadomić sobie swoje słabe strony — zapewne również z tego powodu stronią od niego w obawie, by swej mądrości nie ujrzeć na własne oczy w opłakanym sianie. Mężczyzna i kobieta są naturalnymi członkami jednego związku, oni uzupełniają 'się wzajemnie, ich przyjacielski, nieuprzedzony stosunek przyczynia się do wzajemnego rozwoju i .uszlachetniania swego „Ja“.
Lecz teraz muszę nieco rozprawić się z profesorem Mobiusem! — W jego pracy: „O fizjologicznym niedorozwoju umysłowym kobiety*' znalazłam jedno tylko miejsce, które można zaczepić, a które tak przez zwolenników jak i przez przeciwników nie zostało poruszone. Mówi on str. 69: „.Rzeczywistym postępem na drodze do poprawy byłby powrót do myśli klasztornej. Radykalne zwalczanie idei klasztorów było i jest jedną z największych niedorzeczności reformacji i liberalizmu. Niedawno znowu, nie zdając sobie z tego sprawy przywołano ilo życia naśladownictwa klasztorów, jak zakłady diakonek, wogóle zakłady sióstr*' — na zakończenie pisze jeszcze profesor Móbius: „I to również jest pewnem, że właśnie dla kobiecej natury życie klasztorne w tej tutaj formie ujęte będzie najlepszą nagrodą wrzamian za naturalne szczęście. Zapewne bieda musi jeszcze wzrosnąć, zanim rozsądek przyjdzie do głosu, ale napewno przyjdzie".
Te słowa stoją w sprzeczności ze sądem, który autor zawyrokował o kobiecie, sądem do którego otwarcie trzeba się przyłączyć. To, że profesor Móbius broni klasztoru, powinno jego przeciwniczki mile pastroić, w tern bowiem leży dła kobiety uznanie — na które ona nie zasłużyła. Sądzę, że pod tym względem zawiodło profesora jego doświadczenie. Gdyby udało mu się znaleść niedostrzeżenie w którymś klasztorze sióstr, to kilka dni wystarczyłoby,
aby pod każdym względem zmienił swój dodatni sąd o klasztorze.
O ile jnoże być godna szacunku pojedyncza kobieta, to — muszę tutaj użyć dosadnego wyrażenia — staje się pogardy godną w dużych skupieniach. Gdyby to odemnie zależało, to należałoby pozamykać na równi z klasztorem, feakłady diakonek i zakłady sióstr, szkoły żeńskie i pensjonaty. Tutaj to zostaje kobieta narażona na zepsucie! Stało się obecnie modnem, mężczyznę piętnować jako uwodziciela kobiety i jego obarczać winą za kobiece występki. Jest to kłamstwo — z dziesięciu bowiem dziewcząt może jedna uległa sepsuciu przez mężczyznę — Wina za zepsucie innych ciąży na sumieniu kobiet.
Naszym jednak glówmym błędem, od którego pochodzi niezliczona ilość wad — jest falszywość. Przez falszywość rozumiem nie kłamstwa okolicznościowe, które wr stosunkach ludzkich nic dadzą się prawie zmienić a można je również dobrze pogodzić z prawdomównością człowieka. Fanatycy prawdy, którzy uważają za swój obowiązek prawić nam grubiaństw'a, są w swojej bezwzględności niemożliwi do zniesienia. Również kłamstwa złych ludzi obojga płci, które bywają popełniane dla własnej korzyści lub dla szkody drugich, można zaliczyć do wyjąt- ków. Kłamstwa w znaczeniu pozytywnem dopuszcza się kobieta rzadko, do tego brakuje jej odwmgi Anglicy mają na określenie kobiety, w której prawdomówność wątpią, bardzo trafne wyrażenia, mówią oni: „She did not go round the comer“ — to znaczy, dochodzi ona do narożnika, czyli mówń tylko pół prawdy, zamilcza więcej niż kłamie. Kobieta jest podobna do człowieka, którzy przy podawaniu
swoich długów, zawsze kilka zamilczy, choć wie, że mógłby je zapłacić.
Kobieta jest pod względem moralnym tchórzliwa. Nie odpowiada ona nigdy za swoje słowa i czynności. Każdy człowiek musi cierpieć i pokutować za skutki popełnionych grzechów, tylko kobieta umie zawsze zrzucić z siebie odpowiedzialność i w głębi ducha będzie całą winę przypisywać stale komu innemu. Moralne tchórzostwo i złośliwość kryją się poza każdym plotkarstwem, zatajeniem, pisaniem anonimowych listów. Kobiety z temperamentem dają się często ponosić, by wypowiadać swoje osobiste zapatrywania o kimś nieobecnym. Zapewne każdej wolno, mądrzej byłoby jednak trzymać swój język za zębami, lecz krzywda nie na tem polega. Przecież jest to rzeczą prostacką, gdy całkiem niewinne słowo dojdzie do uszów zainteresowanego — tem podlejszą, jeżeli jest to robione z umyślnym zamiarem, aby siać niezgodę i nieufność między małżonkami, rodzeństwem, między przyjaciółmi. Od tego zarzutu nie mogę kobiet uwolnić. Swojego własnego sądu nie wypowiadają one, natomiast podają sąd innych i opowiadają nam plotki, o których prawdziwości nie przekonały się. Co ludzie mówią poza naszymi plecami, może to być nam zupełnie obojętne, byleby naszą cześć, której musielibyśmy bronić pozostawili w spokoju. Ale jest rzeczą okrutną i podłą kąsać nas nieznacznie pod pozorem przyjaźni. Tego rodzaju przyjaciołom należy się nasza pogarda.
Co do duchowego życia, to kobieta zwykła cierpieć na dziwaczne złudzenia, które mniej lub więcej nie odpowiadają prawdzie. Niemiecka kobieta jest zdrowa i w swoim uczuciu prawdziwa — a raczej
była taką. Obcy jednak wpływ przyczynił się do rozwoju zalążka tej falszywości, która jest właściwą płci niewieściej. Nowoczesna kobieta jest fałszywa, w swoich poczynaniach i sądach, fałszywa w swoich uczuciach. Literatura feministek, jak te srodze obarczone kobiety nazywa profesor Móbius, jest pustą gmatwaniną kłamstw. Podobnie jak anatom zajmuje się ciałem ludzkim dla celów naukowych i usiłuje zbadać wnętrze organizmu, tak też nowoczesna kobieta rozkłada na najdrobniejsze atomy ten dziwaczny twór — zwany duszą kobiecą i opisuje nam wrażenia, uczucia, poruszenia, które odpowiadają raczej jej fantazji, ale nigdy rzeczywistości. Jedne przedstawiają nam „niewolę1' — a wszystko co piszą na ten ulubiony temat — jest kłamstwem. Inne obrabiają tęsknotę za „dzieckiem" we wszystkich możliwych odmianach, a o „macierzyństwie" opublikowano tomy. Całkiem śmiałe, te które uważają kobiety za istotę bezpłciową, rozwodzą się nad „plciowością", zaś sentymentalne bawią nas poetycznymi wylewami o „krzyku duszy kobiecej".
Lecz zanim rozstanę się z feministkami, chciałabym jeszcze poddać miłość pod ocenę prawdy. Życie uczuciowe kobiety i jej zdolność kochania bywa często przeceniana tak przez nią samą, jak i przez mężczyznę. Gdyby można było oszacować miłość według miary i wagi, to pokazałoby się, że miłość mężczyzny jest cięższą. Niema ani jednej uzasadnionej podstawy do przypuszczenia, aby słabsza kobieta miała przewyższać męższyznę w miłości pod względem siły, namiętności i wierności!
Wiara, że zdolność do kochania jest wrodzona wszystkim kobietom i że one tylko w miłości żyją,
jest czystym poetyckim urojeniem. Gdy wglądniemy nieco bliżej w życie duchowe kobiety, to nie trudno nam będzie zauważyć, że dusza ta, jeżeli ona wogóle istnieje, często drzemie i że serce kobiety to jednak pusty worek mięśniowy, który reguluje czynnością życiową, ale z uczuciem miłości niema hic do czynienia. A to, co w życiu potocznym nazywamy miłością kobiety niewiele jest warne. To jednak do rozstrzygnięcia zostawiam mężczyznom. Co do mnie, to znajduję, że miłość jest często tylko dekoracją, pfewnego rodzaju świątecznym strojem, który przywdziewa się z okazji uroczystości, aby pokryć nim swą goliznę. Miłość jest więc właściwością .kobiety, wiele z nich nawet wyobraża sobie mylnie, że bez ,,niej“, mianowicie bez miłości nie potrafiłyby żyć. Zdaje mi ,się, ze przeważnie obchodzą się całkiem dobrze bez miłości — wystarcza im zadowolenie popędu płciowego. Jednak popęd płciowy to nie miłość, jedno może się bez drugiego obejść, a tylko w tym wypadku, gdy oba te czynniki 'zachodzą razem, powinno się i można zanucić wzniosły hymn miłości!
Miłość wymaga dla siebie zdrowego, silnego podłoża, nie wszędzie się udaje i tylko rzadko spotyka się ją. Popęd płciowy jest odmiennego gatunku, wypuszcza wszędzie korzenie i rośnie bujnie również wśród chwastów. — Prawdziwa miłość taka, która trwa w swej sile do późnej starości potrzebuje wykształcenia umysłowego i kultury. W klasach nie- oświeconych, gdzie popęd płciowy uchodzi za miłość, wygasa ona w młodzieńczych latach, la czynnikami, które później łączą małżonków razem jest przyzwyczajenie, są dzieci i codzienne troski. Nie znają pni tego, co my nazywamy imiłością. Jednak
nasza współczesna kultura zabija miłość, a ponieważ my jesteśmy zanadto wykształceni, abyśmy mogli zadawalać się popędem płciowym, dlatego to kobiety uciekają się do różnych kłamstw. Tęsknotę za dzieckiem znajdziemy w jej naturalnej czystości jeszcze tylko u ludów nie mających kultury, u nas jest ona kłamstwem w ustach bojowniczek o prawa kobiece — poetyckiem określeniem na tęsknotę za mężczyzną! W niższych klasach dzieci znaczą tyle, co praca i niedostatek — dlatego tęsknota nie może być wielka — w wyższych natomiast znajduje ona swoje zaspokojenie w narodzeniu się spadkobiercy. Dziewczęta, zanim udadzą się do urzędu .cywilnego, najpierw dowiadują się o środkach zapobiegawczych, niedopuszcziających do zajścia w ciążę — gdyż według nich danie życia dziecku wrymaga ofiary ich piękności i młodości. Nie przyjdzie im wcale na myśl, że w ten sposób popełniają występek przeciw naturze i siebie poniżają do roli metresy swego męża. — I czy te występki popełnione przeciw kiełkującemu życiu świadczą o tej „tęsknocie za dzieckiem"? Czy trudno domyślić się, co chcą powiedzieć inseraty, jakie czyta się codziennie wf gazetach, a które obiecują „radę i pomoc w^e wszystkich dyskretnych przypadłościach" ? To nie są uwiedzione dziewczęta, które skłoniła do popełnienia zbrodni obawa przed wstydem, to są kobiety, które nie chcą dzieci, ponieważ one są dla nich uciążliwe! Tęsknota za dzieckiem jest najbezwstydniejszym kłamstwem współczesnej kultury, wymysłem tych kobiet, które istotę małżeństwa chciałyby znieść z powierzchni ziemi, aby móc oddawać się wolnej miłości z nieograniczoną swobodą.
źóa dawnych dobrych czasów bawiły się małe dziewczynki lalką o wiele gorliwiej niż dziś — tęsknoty za dzieckiem nie znały wcale, ta przychodziła im dopiero w małżeństwie.
Oprócz tęsknoty za dzieckiem, drugim takim humbugiem jest macierzyństwo. Słowo matka zostało zepchnięte do biota, „macierzyństwo", które jest czemś najświętszem na ziemi, obrzydło nam. Przedtem matki kochały swoje dzieci — teraz rozprawiają o „macierzyństwie". Książki pisze się o macierzyńskich obowiązkach — tylko ich się nie spełnia.
Matkom niższych warstw brakuje czasu, aby mogły się poświęcić swoim licznym dzieciom, które bezmyślnie i bez uczucia obdarzyły życiem. Miłość bliźniego doszła do szczególnego upadku, skoro chce odebrać matkom dzieci na czas pielęgnacji i wychowania, aby w ten sposób uwolnić kobiety od obowiązku macierzyństwa. Jeżeli się pragnie naród u- trzymać w zdrowiu i w sile, to musi się dbać o dzieci ubogich, lecz odbierać je powinno is’ę tylko złym matkom, zaś dobrym powinno się dać środki, by mogły spełnić swój macierzyński obowiązek. Tłumić w kobiecie to, co najlepszego, nie wydaje mi się dobrodziejstwem.
Kobiety wyższych i najwyższych warstw wyzbywają się swych obowiązków, zwalając troskę o swe dzieci na innych. Nie — takie macierzyństwa nic nie warte. Wprawdzie po świecie dużo chodzi matek, ale są niemi tylko z imienia. Niektóre mvażają swoje dzieci, o ile są piękne, za ozdobę — która ich własnej piękności służy jako oprawa. Matką zostać, jest to zwyczajny proces natury, matką być, to po-
ważny, często ciężki obowiązek, który powinien wypełniać cale życie kobiety. Sama gadanina na temat macierzyństwa tu nie wystarcza.
Jeżeli więc chodzi o wzajemny stosunek obojga pici do siebie, to „nowe kobiety" wywołały swoimi poglądami, pismami i odczytami taki zamęt, że nieraz .człowiek nie wie, czy to rzeczywistość, czy to sen. Z mniemaniem, jakoby kobieta była uzdolniona do podjęcia się walki z mężczyzną na polu umyslowem, rozprawił się profesor Móbius gruntownie. Kogo to jeszcze nie przekonało, temu już nic nie pomoże. Wobec innych kłamstw, które obecnie bywają rozgłaszane i które demoralizują naszą dorastającą młodzież, musimy my kobiety energiczny stawić opór. Żądanie równouprawnienia, którego współczesna kobieta domaga się również w seksualnym znaczeniu sprzeciwia się prawu natury i jest kłamstwem. Jeżeli w młodej zdrowej kobiecie chwilowo obudzi się popęd płciowy i nie zostanie zaspokojony, to skończy się tylko na przejściowym zmaganiu się, ale nie dojdzie do pełnego rozwoju, jak się teraz mówi „swego Ja“. Normalna kobieta jest w stanie i będzie musiała znaleść się odpowiednio, gdy los odmówi jej spełnienia swego powołania. Z popędem płciowym kobiecym tak znowu sprawa źle nie stoi, jak to przedstawiają feministki, a kto usiłuje zrównać kobietę pod tym względem z mężczyzną — ten poniża ją. Podobnym żądaniem równouprawnienia wytrąca się z równowagi naszą niemiecką rodzinę — bo to jest wolna miłość, którą się naszym niemieckim kobietom suggeruje.
Wolność jest hasłem, za pomocą którego ,,nowa kobieta" nęci ku sobie żeńską młodzież. Słowo wol-
ność ma w sobie nieprzeparty urok, któremu rzadko tylko może się oprzeć nieokrzesany lud, młodzież i kobiety. Jednak wolność jest pojęciem, które niewielu tylko rozumie, dla dużego ogółu jest ona równoznaczna 2 lekceważeniem zasad moralności, prawa i obyczaju, z jakiemś nieokielzanem „wyżyciem się“. Nie wyczuwają oni tego, że wolność można znaleść tylko w sobie samym.
Lecz posłuchajmy, co profesor Móbius mówi
- kobietach, które przywłaszczyły sobie u nas rolę przywódczyń („Geschlecht und Entartung“).
„Umężczyźniona kobieta dąży do wolności
- chciałaby być wolną od wszelkich zasad. Zrobiła odkrycie, że życie jej to niewola i że dla niej być tylko kochanką i matką jest czemś niegodnem, dlatego domaga się spodni. Dalejże do męskich zawodów, byle zdała od domu i dzieci. Mężczyzna, to pociągowe niezgrabne zwierzę, jest wrogiem, gdyż tylko jego żądza władzy zatrzymała kobietę w jej dążeniach rozwojowych i on to wytworzył sztucznie różnice płciowe pod względem umysłowym. Celem jest równość a życzeniem serca upodobnienie się do tego złego mężczyzny. Na zwyczajną kobietę patrzy ona z pogardliwym współczuciem i uważa ją jako rezultat zwyrodnienia. Ta dziwaczna przewrotność pojęć jest z punktu widzenfa tych nastawionych na wyzwolenie lub emancypację zupełnie zrozumiała. One czują się dlatego inncmi, ponieważ są dwupłciowe. W rzeczywistości znajdują one pozor ne potwierdzenie swoich zapatrywań, gdyż to samo zwyrodnienie, jakiego one same są skutkiem, powoduje również pojawianie się nadmiernej liczby dziewcząt obdarzonych zasadniczo męskimi talentami i
skłonnościami; one tworzą jej orszak, a ponieważ wiele nie — emancypantek również chętnie naśladuje nowe prądy, przeto rośnie okazały zastęp. Niestety rezultat tego wszystkiego wykazuje chorobliwy sfan całości, gdyż polega on z jednej strony na podaży pośledniejszej twórczości męskiej, a z drugiej n'a zmniejszeniu się typowo kobiecych zdolności".
Przypatrzmy się teraz nieco bliżej owej niewoli, w której kobieta pod jarzmem małżeńskim pędzi żywot w tęsknocie i zaniedbaniu. Dziewczyna — mówi się — czyni z siebie ofiarę i poświęca swoją wolność. Każde społeczeństwo, każdy zawód, każda umowa nakłada na człowieka obowiązki, a każdy obowiązek wymaga ofiar. Małżonkowie mają ponosić obowiązki i ofiary, przypuszczalnie i wolna miłość również będzie ich wyrńagała, gdyż bez wzajemnych obowiązków i ofi'ar żadna bojowniczka o prawa kobiece nie mogłaby nawet wyobrazić sobie konkubinatu, bez nich bowiem kobieta byłaby tylko „kwoką do wysiadywania jaj".
Pierwszą ofiarą jaką dziewczyna robi dla mężczyzny jest jej dziewiczość, czyni to „nieświadomie". Obecnie, j1ak sądzę, zajmują się feministki „uświadamianiem" tak gruntownie, że już chyba nikt nie wierzy w „nieuświadomienie" naszej nowoczesnej młodzieży.
Nie jestem tak zacofana, abym wymagała „nie- uświadomienia", ale nie lubię walki z wiatrakami i nie żądam rzeczy niemożliwych. Nasz modny postęp — możnla go uważać za krok wstecz, wymaga uświadomienia we wszystkich dziedzinach i dlatego powinno się i trzeba udzielić go również i dziewczętom. Mój protest odnosi się przeto tylko do rodztaju
i sposobu, w jaki feministki udzielają go za pośrednictwem swoich odczytów, pism i romansów. „Uswia- domienie“ może odbywać się tylko w szkole przez Zawołanych pedagogów i to na podłożu przyrodniczym. Ustawiczne ględzenie o „popędzie płciowym", „tęsknocie za dzieckiem" i „macierzyństwie" jest rzeczą szkodliwą i musi ustać. Przyznaję, że mimo przyrodniczego pouczania mogą jeszcze grozić dziewczętom w małżeństwie niespodzianki, gdyż szara jest każda teorja, a wprowadzenie w praktykę przypada w udziale tylko małżonkowi. To jest jego nietykalne prawo. Oprócz dziewictwa składa dziewczyna w ofierze na ołtarzu małżeńskim ,swoją wolność i rozwój swego „Ja". Wydaje mi się, że jeżeli można mówić o poświęcaniu wolności w małżeństwie, to poświęca ją mężczyzna — on jest tym niewolnikiem! — Nie mogę pojąć, dlaczego obecność męża, dzieci i kuchnia miałyby tamować rozwój kobiety, raczej wydaje mi się, że właśnie małżeństw'0 przyczynia się do rozwoju kobiecego „Ja" — również nie znam takich mężczyzn, którzyby stawiali przeszkody w rozwoju swych żon — niestety ustępują oni stale zal dużo miejsca temu kobiecemu niedorozwojowi umysłowemu i dają sobie suggerować masę niedorzeczności, a wielu nawet upodabnia się do kobiet. W rzeczywistości niema niewoli — ona istnieje tylko w głowach wynaturzonych kobiet.
W swoim wolnościowym obłędzie zapomniały feministki liczyć się z opinją zdrowo myślących i moralnie wysoko stojących kobiet. Im wyżej stoi kobieta, tern większe ma pragnienie podporządkowa
li
ni'a się swemu mężowi i tem mniej pcha ją do zewnętrznej swobody — a pozatem stanowi ona typ kobiety niemieckiej, który jak sądzę, chcemy wysoko cenić.
Co znów tyczy się zdolności zlawodowej nowoczesnej kobiety, to nie opłaci się wiele o tem mówić. Jeżeli przytem ta lub tamta znajdzie swój kawałek codziennego chleba, to z takiego rezultatu można się cieszyć i życzyć im tego, jedriak dla świata, dla ludzkości są one zupełnie bezwartościowe. To, że kobieta wybiera sobie z konieczności jakiś zawód męski, nie jest znowu tak niebezpieczne, przecież jednak przeważna ilość młodych dziewcząt woli mężczyznę. — Małżeństwo i macierzyństwo nie dadzą pogodzić się z ż’adnym zawodem męskim. Jest to niebezpieczny błąd, Ta skoro fizjologiczny niedorozwój umysłowy kobiety nie jest w stanie go poznać, to musi wdać się w ;to państwo i orzec. Bez celibatu — w szerokim znaczeniu — nie ma posady. Na to może ktoś odpowiedzieć, że kobieta proletarjacka pracuje we fabrykach etc. — jest to nieszczęście, a troską państwa powinno być zaradzenie złemu, ale powiększać jeszcze nieszczęście przez odciąganie również i wykształconej kobiecej ludności od jej naturalnego powołania, jest już zbrodnią. Podział pracy jest wszędzie w życiu uznawany, niechże kobieta zadowoli się tym przydziałem, który jej wyznaczyło mądre Przeznaczenie. Jeźli dziewczyna nie miała tego szczęścia, aby w małżeństwie znaleść wypełnienie .swego powołania, jeżeli z własnej .woli lub z woli losu nie miała szczęścia zostać żoną i matką, to musi sobie szukać takiego pola do działania, które odpowiada jej naturalnym skłonnościom. Rzadko
2nowu przecież jest która kobieta tak od wszystkich osamotniona, aby nie mogła znaleść ludzi, dla których mogłaby stać się pożyteczną swojemi zdolnościami i zaletami. O ile nie ma do spełnienia żadnych bliższych sobie obowiązków, to wszędzie tyle biednych, chorych, dzieci, nieszczęśliwych.
Umężczyźnione kobiety nie są znowu tak niebezpieczne, wpradzie wabią młodzież na fałszywe tory, jednak instynkt kobiecy każe wkońcu dziewczętom odnaleść właściwą drogę.
Niebezpieczna jest literatura feministek — ten jad, rozkładający, który demoralizuje. Nie można się tern pocieszać, że młodzież tych książek nie czyta, one wszystkie są czytane chciwie i połykane niemal z rozkoszą. Znaleźć je można w szkolnych teczkach i po pensjonatach.
Sąd profesora Móbiusa o nowoczesnej literaturze kobiecej brzmi zatem: „Dawniej miłosne historje piąali mężczyźni, kobiety zaś je czytały. Teraz oboje czytają je i piszą; wytworzyła się literatura her- m,afrodytyczna, która stara się wszystko przedstawiać naopak“.
Wieje od nich ąapach trupi, który jest właściwy wszystkim kobietom fizycznie i moralnie obciążonym. Tylko chora kobieta może podobne książki pisać — zdrowe nie powinny ich czytać.
, Lecz jeden jeszcze zarzut muszę zrobić feministkom — że idą ręka w rękę ze socjalizmem i z internacjonalnem żydostwem. Przyczyniać się do zguby własnego narodu jest zbrodnią. Taki naród, który wydał Lutra, Goethego i Bismarcka, mężów, któ-
rych n,am cały świat zazdrości, musi isię bronić przed obcym, szkodliwym wpływem. Najwyższy czas, by poznać wroga we własnym kraju i odważnie [wydać mu wojnę!
Niemieckie kobiety podjęły się tej w,alki — wszak chodzi tu o obronę ich niemieckiej rodziny i ochronę ich córek!
|
|
str.
Od tłumacza ...... 3
Wspomnienia o Dr. P. J. Mobiusie ... 9
Przedmowa do ósmego wydania ... 13
O fizjologicznym niedorozwoju umysłowym kobiety
- Część Pierwsza . . . . . . 21
Rozdział I. ...... 21
Rozdział II. ...... 45
- Część druga. Objaśnienia .... 55
Rozdział I. ...... 55
Rozdział II. ...... 65
Rozdział III. ...... 100
Rozdział IV. ...... 111
Rozdział V. ...... 122
Dodatek ....... 129
O moralnym niedorozwoju kobiety . . .131
Przedmowa ....... 133
Społeczne zagadnienia omawia również książka ADAMA DROWICZA
- t.
Odbronzowienie kobiet
Jest to oryginalna praca, w której autor ujmuje odwieczne zagadnienie walki płci w zajmującą formę Studium kobiety na tle jej dążeń emancypacyjnych. Książka ta, swoją bogatą treścią zajmuje i kształci.
Niema zapewne
człowieka, któryby nie interesował się zagadnieniami seksuologji zwłaszcza w odniesieniu do kobiety. Zawiera 200 stron druku. Cena zł. 2'80.
Do nabycia we wszystkich księgarniach! ......
Główny skład:
DOM KSIĄŻKI POLSKIEJ W WARSZAWIE
*) Czyt.: Adam Drowicz „Odbronzowienie kobiet".
[1]) r. 1903 (przyip. tłum.).
[2] Drugą tabelę dla upro ści) pomijam. Przyp. tłum/jg"|
*) Objaśnień autora na temat znaczenia i pochodzenia niemieckich słów Frau i Weib nie tłumaczę, jako niecharak- terystycznych dla polskiego języka. Przyp. tłum.
[4]) W niem. gra słów występuje wyraźniej: gescheit ist einer, der unterscheiden kann. Przyp. tłum.
[5] W polskim języku na określenie tyfusu mamy nazwę dur, która trafnie charakteryzuje tą chorobę zakaźną, w której przy wysokiej gorączce występuje rzeczywiście odurzenie chorego, czyli zamroczenie jego świadomości. Przyp. tłum.
[6]) treściwą (przyp. tłum.)
[7]) t. zn. w stosunku do całego ciała. Przyp. tłum.
[8]) Nierzadko znajdywałem u kobiet średniego wzrostu obwód głowy 51 cm. Tego nie spotyka się u mężczyzn umysłowo normalnych, a tylko u niedorozwiniętych i idjotów. Kobiety owe są jednak w swoim rodzaju całkiem rozgarnięte. (Jeżeli znajdziemy u mężczyzny w przybliżeniu duchowo zdrowego obwód głowy równy 51 cm, to chodzi o t. zw. głowę -wieżową, a więc anomalję kształtu głowy).
badań zgoła nie odpowiada praktycznej stronie życia, że różnice przeciętnie sa. nieznaczne, że inni badacze doszli do odmiennych rezultatów, to wogóle można mieć zastrzeżenia. To samo odnosi się do badania czterech głównych zmysłów. Dla wywołania tego samego skutku mają wystarczać u k. mniejsze podniety, „zdolność odróżniania jest naogół u mężczyzny lepszą". Dopóki mowa o wrażeniach zmysłowych
[10] ich ocenie, można się na takie eksperymentowanie zgodzić. Skoro jednak na ich podstawie mają być wyciągane wnioski co do stopnia umysłowych zdolności, to trzeba się poważnie zastrzec. Na serjo można brać pod uwagę tylko to, co człowiek rzeczywiście może _w życiu wykonać, a nie laboratoryjne sztuczki. To też wyniki badań są całkiem nikłe. Autorka jest zdau'ia, że pamięć i asocjatywne myślenie są u k. lepsze. W rzeczywistości znalazła, żc dziewczęta uczą się na pamięć nieco łatwiej szeregów zgłosek bez wzajemnego związku i że u nich nie słuszność, ale trwałość kojarzenia jest nieco większą. Jeśli się weźmie pod uwagę, żo myślący człowiek nawet przy ^najlepszej woli wzdryga się przed uczeniem się bezmyślnych zgłosek i że tak zwane zewnętrzne asocjacje u chorych umysłowo często są bogatsze niż u zdrowych, to nie będzie się przeceniać wartości tych wyników. Powiedziano dalej, że „rozsądek" jest
') Tu należą także spostrzeżenia Kerschensteinera i Spech- ta, które autor zużytkował, zwłaszcza w 9 wydaniu. K. mianowicie znalazł (Die Entwicklung der zeichnerischen Bega- bung, Munchen 1905), że dziewczęta pod względem zdolności do rysunków stoją w tyle poza chłopcami, za wyjątkiem rysunków kwiatów, ornamentacji... W. Stern znalazł, że dziewczęta gorzej zapamiętują widziane obrazy niż chłopcy.
[12]) Hermafrodyta: osobnik o cechach męskich i żeńskich. Frzyp. tłum.
- s) Porównaj mowę uroczystą M. Runges (Mannliche und weibliche Prauenheilkunde, Góttingen, 1899), o której dow.iedzialem się dopiero po zredagowaniu niniejszej pracy. . również: H. Schelenz, Frauen im Reiche Aeskulaps, Lipsk 1900. To samo w Deutsch. Aerzte Zeitung z 15 czerwca 1904.
(Lobel — „Świat medycyny" — pisze również: A jednak jako najbardziej może ważki argument przeciw emancypacji kobiet posłużyć mógłby fakt, że choć kobieta zajmowała się położnictwem od tysiącleci, rozwinęło się ano w naukę dopiero wtedy, gdy zajęli się niem mężczyźni, i że aDi jedna kobieta nie dokonała w tej dziedzinie jednego bodaj odkrycia. — Przyp. tłum.).
[14] F. Lewald, „Gefiihltes wid Gedachtes", 1900. Sądy tej bardzo mądrej kobiety o jej siostrach wypadły niezwykle ostro.
[15] W Grenzboten (LIX. 31, p. 235, 1900) jest artykuł: „Co dają nasze wyższe szkoły żeńskie?” Autor badał często dziewczęta w wieku około 16 lat w kierunku ich wiadomości: Rezultat był równy zeru... Skoro zatem nauka poszła całkowicie w zapomnienie, to czy czas tych ośmiu lub dziesięciu lat spędzonych na ławach szkolnych, których rezultatem są zepsute oczy, osłabione nerwy i błędnica nie jest za drogo opłacony? Czy nie byłoby lepiej przykroić naukę dla kobiet od samego początku do przedmiotów niezbędnych jak dawniej, a wolny czas przeznaczyć na wyuczenie się rzeczy pożytecznych i na pielęgnację zdrowia?" Dziwnem jest, że tę małą umiejętność dziewcząt uważa autor za skutek braków samej szkoły i sądzi, że tylko szkołę trzeba ulepszyć. Nic, to szybkie zapominanie jest samoobroną natury przeciw tyranji szkolnej; w ten sposób z reguły pozbywa się kobiecy mózg szybko tego, co na nim wymuszono.
- J) U nas wprowadza się natomiast w niektórych szkołach idjotyezne pomysły uczenia chłopców robót ręcznych. Przyp. tłum.
■) W szczegóły nie mogę się wdawać. Jeżeli ktoś miesza ze sobą pojęcie głupoty i biak wiedzy, to nie może domagać się, abym z nim dysputował.
[17]) Przypadkowo ja sam to zrobiłem; wszyscy możemy grzeszyć.
[18])„Das Weib". W następującym ustępie zamieszcza autor dysertację na temat znaczenia słów Weib i Frau (kobieta i pand). Wiele czytelniczek czuło się dotkniętemi użyciem przez Móbiusa w tytule słowa Weib a nie Frau, dlatego obecnie autor tłumaczy powody swego stanowiska. U nas w języku polskim słowa kobieta i pani nie mają takiego znaczenia i prawdopodobnie nie przyszłoby na tem tle do do scysji. Nasze feministki jednak jak się zdaje mają rów-
*) Das Wort „weiblich" durch „frautich" erastzon.
[20]) Frauchea des Tigers, dosłownie: żoneczka tygrysa. Przyp. tłum.
[21]) Kobieta w jęz. niem. jest rodzaju nijakiego. Przyp. tłum.
[22] Pracą Runge’go: „Das Weib in seiner geschlechtlichen Eigenwt" (4 wyd. Berlin. 1900), czytałem dopiero po ukazaniu się mojej. Tem niemniej cieszy mnie, że zgadzamy się we wszystkich zasadniczych punktach.
[23] Proszę przeczytać moją rozprawę „Geschlecht und Kopfgrósse", która ukazała 31'e w r. 1903.
[24] Por. równjeż Guillaume, Marie Annę, Que le sexe fćmi- nin mierne que le masculin. Paryż 1668.
>) Mann und Weib. Bielefeld, Lipsk 1900. 2. wyd. 8".
[26]) Mutterscliaft und geistige Arbeit. Berlin 1901. O. Reiner 8°. IX.
*) Die Frauenfrage, ihre geschichtliche Entwickelung und ihre wirtsckafliche Se i te. Lipsk. S. Hirzel 1901, 8". XII. i str. 557.
[28]) Przeciwko przeinaczeniu cyfr robiono zastrzeżenia, ale to mnie nie obchodzi.
’) Ustęp V-ty omawiający kradzieże systematycznie popełniane przez młode z lepszych ■sfer kobiety w wielkich magazynach i domach handlowych paryskich, na podstawie książki Dra Paula Dubuissona („Les Yoleuses de Grandes Magasins". Paryż, A. Storck et Comp.), naczelnego lekarza paryskiego zakładu psychiatrycznego Sainte-Anne, pomijam, jako mniej ciekawy i dla naszych polskich stosunkiem niecharaktery- styczny. Móbius powołując się na wspomnianą książkę znajduje w tem nowy dowód moralnego defektu kobiety, wyrażający się małą odpornością na -wpływy zewnętrzne i łatwym uleganiem pokusom, co wszystko razem stanowić ma jeszcze jeden przykład fizjologicznego niedorozwoju umysłowego kobiety. Przyp. tłum.
[30] Nie koniec na tein; nie inaczej brzmi owa księga, którą znam w całości; Wysiłki moje nad nią były nadaremne (w tłum. Wacliholza).
') Por. moje prace, jakie w międzyczasie ukazały się: „O płci zwierząt" (9—12 zeszyt „Beitrage zur Lehre von den Geechlechts-Unterschieden, 1906-06).
') Od tego czasu przyszło jeszcze kilką,
[31] Słowa Schillera. Przyp. tłum.






