O UMYSŁOWYM I MORALNYM NIEDOROZWOJU KOBIETY. Dr P. J. MÖBIUS, KATINKA v. ROSEN (w edycji)

Article Index

 

Dr P. J. MÓBIUS, KATINKA v. ROSEN

O UMYSŁOWYM I MORALNYM

NIEDOROZWOJU KOBIETY

Przekładu z 9-łego wydania niemieckiego dokonał

ADAM DROWICZ

K R A K Ó W 1937

Drukarnia
Powściągliwość i Praca

Kraków, Kazimierza Wielkiego 95

OD TŁUMACZA

Wydawałoby się komuś może czystym anachro­nizmem rozprawianie na temat różnic między urny- słowością mężczyzny a kobiety i kwestjonowanie niższości umysłu kobiecego dzisiaj, gdy tyle kobiet garnie się do wyższych studjów, zdobywając stop­nie naukowe dla siebie. W chęci dorównania męż­czyźnie rzuciły się kobiety na wszystkie stanowiska, zajmując je z dużym nakładem pracy i z większym jeszcze rozgłosem.

Dla płytkiego obserwatora życia, biorącego pod uwagę tylko powierzchowną stronę zjawisk, kwestja sporu co do równorzędności kobiety z mężczyzną może wydawać się za załatwioną. — No i dla kobiet.

Bo te uchodziły zawsze — w swoim mniemaniu oczywiście — za skończone doskonałości*). Tem bar­dziej dzisiaj nie wątpią one o swej wartości.

Lecz dla uczonego przywykłego do przystępowa­nia do każdego zagadnienia ze szkiełkiem w oku i z wagą analityczną w ręku kwestje te nie są tak łatwe do przyjęcia. Dlatego też w świetle badań naukowych obraz kobiety wychodzi jak w krzywym zwierciedle znacznie pomniejszony.

  1. J) Że wyjątki się zdarzają — przekona się o tem czy­telnik z drugiej części tego przekładu.

Do takich uczonych należy zmarły już (1908 r.) niemiecki neurolog Dr. Móbius, znany w kolach lekarskich ze swoich badań nad chorobą zwaną chorobą Basedowa. Nawet ci, co znają nazwisko Móbiusa z jego naukowej strony nie wiedzą zapewne, że ten uczony jako psychiatra i psycholog zajmował się żywo zagadnieniami różnicy między mężczyzną a kobietą i napisał na ten temat szereg prac.

Jedną z nich najbardziej charakteryzującą po­glądy Móbiusa na kobietę jest praca zatytułowana: „Uber den physiologischen Schwachsinn des Wei- bes“. Dziewięć wydań, których doczekała się ta pra­ca w Niemczech jest chyba dostatecznym uzasad­nieniem obecnej przeróbki jej na język polski. Wy­dobyta z niezasłużonego zapomnienia i otarta z py­łu nie traci nic ze swej wartości ani aktualności.

Osią zagadnienia jest dla Móbiusa budowa a- natomiczna mózgu człowieka, jego różnice zacho­dzące u obojga płci. {A. czy od tego czasu (około 30 lat wstecz) mogły stosunki te uledz zmianie? Mam tu na myśli anatomiczne i fizjologiczne. Bo co do społecznych, to te uległy dużym zmianom.

Bo oto mamy dziś dużo intellektualistek, pseudo- uczonych, pisarek powieściowych i lirycznych ńd., obdarzonych tym samym małym mózgiem co ich babki i myślące temi samemi kategorjami, co tam­te, lecz obdarzone zato większą swobodą wypowiedze­nia się i śmiałością. Również krąg zainteresowań kobiety pozostał ten sam. Kobieta dzisiejsza, podob­nie jak czyniły to jej poprzedniczki, myśli przede- wszystkiem o upiększeniu siebie. Dlatego zresztą mia­łaby sobie tego odmawiać? Nie byłaby chyba ko­bietą.

W obecnej chwili, gdy już dopuszczono kobie­ty do wszelkiego rodzaju pracy, kiedy to medycyna społeczna zajmuje się szkodliwościami, jakie praca fizyczna wywiera na organa kobiece, warto też za­stanowić się, jakie szkodliwości wywołuje znowu praca umysłowa na mózg kobiecy.

Lecz odnosi się wrażenie, że ten cały nakład jaki loży się na wykształcenie kobiet idzie na mar­ne. Jakie korzyści odnosi świat z tej falangi wy­kształconych kobiet, których całą troską jest wła­sne ja? Czy opłaci się państwu ten kosztowny wy­datek idący na utrzymanie tylu wyższych szkół żeń­skich ?

Wychowanie dziewcząt jest na błędnej drodze. Czyż nie byłoby z tego większej korzyści, gdyby te pieniądze obrócono na wybudowanie i utrzyma­nie wielkich zakładów gospodarstwa domowego, w których wszystkie młode dziewczęta przechodziły­by obowiązkowo (na wzór obowiązkowej służby woj­skowej mężczyzn) 2-letni internat, gdzie po skończe­niu szkół powszechnych wdrażałyby się w obowiąz­ki żony, matki i gospodyni. Bez skończenia tego internatu żadna kobieta nie mogłaby np. ani wyjść zamąż, ani otrzymać posadę i tp. Byłoby wtenczas mniej filozofek, intelektualistek, a więcej dobrych żon i matek, świadomych nie tylko swoich praw, lecz i obowiązków. Za rozbicie dzisiejszego małżeń­stwa trzeba winić kobietę.

Bo tak jak dziś sprawa się przedstawia, kobieta współczesna, mimo swej pewności siebie czuje się za słabą, aby być samodzielną. Tak jak jej poprzed­niczki, tak i ona szuka oparcia o mężczyznę i mimo równouprawnienia jest mu nadal ciężarem. Przez

swoje równouprawnienie utrudniła stanowisko męż­czyźnie, a jednak nie wyrobiła w sobie poczucia odpowiedzialności za swoje czyny natyle, by nie o- czekiwać od niego alimentacji.

Dla podniesienia nastroju każą feministki cie­szyć się kobietom z dokonanych zdobyczy na polu równouprawnienia, jednak ogół kobiet odczuwa o- becną sytuację jako pogorszenie.

Są książki, które się nie przeżywają, zwłasz­cza te, które mówią 'o „wiecznej kobiecości1*. A ta kobiecość jest taka, jaką pokazuje ją książka Móbiusa.

Drugą stroną medalu, to strona moralna kobie­ty-

I tu oddamy glos samej kobiecie. Dziełko: „Uber den moralischen Schwachsinn des Weibes", które czytelnik znajdzie w przekładzie na końcu tej książki, napisała kobieta.

Oto co myśli kobieta o kobiecie. Katinka v Rosen bowiem zna kobiety.'

Jej praca nosi na sobie wszystkie cechy pióra kobiecego i jako taka w zestawieniu z dziełkiem Móbiusa stoi dużo niżej. Jednak dla uzupełnienia sylwetki kobiecej i by nie być posądzonym o stron­niczość, podaję ją w tłumaczeniu.

Przecież to pisała kobieta, którą nie można po­sądzać o stronniczość.

 

O FIZJOLOGICZNYM NIEDOROZWOJU

UMYSŁOWYM KOBIETY

 

 

 

 

 

Oto mamy przed sobą małą pracę: „O fi­zjologicznym niedorozwoju umysłowymi kobiety'[1] w 9 wydaniu. Na początku tego roku*) wyrwała śmierć pióro z nigdy niezmordowanej dłoni tego bez wy­tchnienia tworzącego autora.

Żadne z jego licznych a cennych dzieł nie wsła­wiło tak imię Móbiusa wśród szerokich kół, jak niniejsza praca. Replika, której należało się spodziewać nie dała na siebie czekać; i tak już przy ukazaniu się 1 wydania zawrzała zajadła walka ścierających się poglądów.

Jakkolwiek możnaby zapatrywać się na te wy­nurzenia autora, pozostaną one zawsze jako intere­sujące wyznanie pełnego myśli człowieka.

Zasadniczy punkt poglądów Mobiusa leży jed­nak głębiej; można go dobrze zrozumieć tylko w związku z innymi pracami (12 Beitriigen zur Lehre von den Geschlechtsunterschieden). Autor chce nam postawić przed oczyma różnice płciowe, jakiemi one istotnie są; w tym celu podkreśla on szczególnie dominujące znaczenie afektywnego czyn­nika i instynktownych pobudek u kobiety i wycią­ga z tego praktyczne konsekwencje.

 

Zapewne od czasów Schopenhauera nie pisał nikt na ten trudny temat w sposób tak dowcipny i zręczny, w tak stylistycznie ujmującej formie, jak to uczynił Móbius. Podobnie jak ten wielki filo­zof, z którym on także i pod niektórymi innymi względami był duchowo spokrewniony, tak i Móbius nie jest wrogiem kobiet. Cześć jaką mam dla zmarłe­go skłania mnie do tego, aby zwrócić na Niego uwagę czytelnika tej broszury, któremu zapewne nie są znane inne dzieła Móbiusa. Filozof, lekarz i ar­tysta łączą się w nim w rzadkim zespole; trias ten przejawia się w jego dziełach. Początkowo student teologji, zwrócił się wkrótce ku studjom filozoficz­nym, aby w końcu przejść do medycyny. Był on czynny przez wiele lat jako bardzo wzięty lekarz chorób nerwowych w Lipsku. W zakresie neurologji klinicznej stworzył on rzeczy wybitne. Jego prace nad histerją i epilepsją, jego badania nad tabes, jego nauka o istocie choroby Basedowa zapewniły mu pierwsze miejsce między badaczami na polu me­dycyny.

Również na polu hygjeny społecznej był on pionierem. Czynił on starania, uwieńczone najlepszym skutkiem, o założenie zakładu leczniczego dla mniej zamożnych chorych nerwowych i jego inicjatywie zawdzięczać należy dojście do skutku pierwszego takiego zakładu.

Jako lekarz pozostał wierny swoim filozoficz­nym poglądom. Jego jasny umysł starał się za po­mocą logicznego rozważania dojść wszędzie do przy­czynowego związku rzeczy. Tak powstał jego sposób ujęcia podziału chorób nerwowych.

W szerokich sferach był Móbius znany przez swoje medyczno-filozoficzne dzieła, do pisania któ­rych był szczególnie uzdolniony swoim wykształce­niem i zamiłowaniem. W swoich „Patografiach" próbował on w sposób wielce oryginalny ustalić u wybitnych mężów ich stopień „zwyrodnienia", na za­sadzie odchylenia od typu i przeciętności; ustalił on w sensie naukowym pojęcie zwyrodnienia i rozszerzył znajomość tego interesującego problemu.

Tak więc wtajemniczył nas w życie duchowe he- rojów ducha (Goete, Schopenhauer, Nietzsche, Rou- ssćau, Scheffel, Schumann); jako psychiatra odsło­nił przed nami niejedne, dotąd nieznane nam chorob­liwe rysy, które pozwoliły teraz ujrzeć w nowem świetle istotę samą i życiową twórczość tych ge­niuszów.

Biograf w przyszłości nie zadowoli się szerego­waniem tylko samych faktów historycznych; w wielu wypadkach nie będzie się mógł obejść bez współ­pracy z psychiatrą, zwłaszcza gdy będzie chodziło o zgłębienie stanów duszy danego człowieka.

Nawet choćby nie można się było zgodzić ze wszystkiem, co autor podaje i choćby niejedno wy­wołało sprzeciw, to jednak nikt nie może odmówić uznania dla wielkiej oryginalności, która uderza z te­go tak w całości śmiało zakreślonego dzieła.

„Lecz życie trwa krótko, a prawda pozostaje na­dal i żyje długo; mówmy więc prawdę", te słowa Schopenhauera również do Móbiusa mogą mieć za­stosowanie. Dalekim był, aby czynić coś dla pozoru; życie jego było ubogie w zewnętrzne sukcesy, nie miał ani tytułu, ani katedry. Wiedza była jego calem umiłowaniem. Jako spuścizna, którą po sobie zostawił, widnieje przed nami okazały szereg jego dzieł. Jako liberalny myśliciel w sprawach religji oczekiwał zbliżającej się śmierci ze spokojem filozo­fa, do ostatnich dni zajęty jeszcze pracą naukową.

Czuł się boleśnie dotknięty tem, że dla kilku jego prac przez długi czas odmawiano mu unania. Dopiero ostatnie lata przyniosły korzystny obrót. Tak więc do Móbiusa można zastosować słowa Pe- trarki:

„Si quis, tota die currens provenit ad vesperum satis est“.

  1. Feis, Frankfurt n. M.

PRZEDMOWA DO OSMEGO WYDANIA

To co nadeszło ze strony moich przeciwników od czasu 7 wydania, jest do tego stopnia głupie, że naprawdę szkoda byłoby tem się zajmować. Mogę natomiast oprzeć się na różnych nowych dowodach. Z instytutu Marchanda ukazała się nowa wielka praca o pomiarach mózgu1). Potwierdza ona poprzednie dane. Przytaczam kilka zdań: Przecięt­ny ciężar mózgu noworodka płci męskiej wynosi 400 g., płci żeńskiej 380 g., dorosłego mężczyzny 1370 g., kobiety 1.223 (pomiary robiono na niż­szych warstwach ludności saskiej). Średni ciężar mózgu kobiet jest bez wyjątku mniejszy niż mózgu tej samej wielkości mężczyzn. Twierdzenie, że ko­bieta posiada względną wagę mózgu większą niż mężczyzna, jest fałszywe. Następnie Beyerthal2) i Róse3) swoimi pomiarami w szkołach wykazali, że głowy chłopców są zawsze większe niż głowy

') Handmarm E. Uber das Hirngewicht des Menschen. Arch. f. Anat. u. Physiol (anat. Abt.) 1. pag. 1. 1906.

  • Jahresbericht uber die schularztliche Tatigkeit an den Hilfsklassen der stadtischen Volksschule im Worms (Schuljahr 1904/05).
  • Beitrage zur europaischen Rassenkunde. Arch. fur Rassen u. Gesellsehafts-Biologie II. pag. 689 1905. pag. 42 1906.

dziewcząt i to we wszystkich latach, chociaż dziew­częta począwszy od 11 roku, a nawet wcześniej przewyższają chłopców wielkością i ciężarem ciała. Francuska książka, którą mi doręczono pod tytułem: Le mensonge du Feminisme1) wprawdzie dotyczy stosunków francuskich, jednak zawiera i dla nas dużo korzystnych rzeczy. Jakkolwiek socjalne roz­ważania nie są moją rzeczą, chciałbym jednak przy­najmniej wskazać na znakomite badania Elon Wik- marka2) dotyczące stosunków skandynawskich. Na­wet północną Amerykę ogarnął strach przed in­wazją kobiecą i zrozumiano, że nowoczesna kobieta doprowadza do upadku te klasy społeczne, do któ­rych należy. Wskazują na to różne artykuły z cza­sopism i głos ostrzegawczy prezydenta.

Przeczytałem znowu kilka książek kobiecych i o ile miejsca starczy pozwolę sobie na parę uwag, po­dobnie jak uczyniłem to odnośnie do pani Perkins- Stetson. Jest rzeczą znamienną, że kobiece pisarki, nawet niezwykle uzdolnione, więcej przynoszą szkody 'niż korzyści, o ile nie zadawalają się opowieściami. Mianowicie nie wiedzą zasadniczo od czego co za­leży i w decydującym momencie zawodzi je ich u- mysł krytyczny. Ellen Key n. p. jest w swoim rodzaju bezwątpienia bardzo uzdolnioną kobietą, a jednak co za okropne rzeczy popisała o miłości i małżeństwie. Gdyby jej projekty zostały urzeczy­wistnione, mogłoby to być niezmiernym nieszczęś­ciem dla rodzaju niewieściego. Autorka jako kobieta popada przy słowie miłość w ekstazę i widzi przed

>) Thcod Joran, Paris, H. Jouve.

-) Die Frauen/rage. C. Marhold, Halle. 1905.

sobą tylko fantastycznych ludzi, natomiast nie zna czy nie chce znać ludzi rzeczywistych. Również inne słowa działają na kobiece pisarki oszałamiająco: „kultura11, „rozwój11, „reforma11, . indywidualność11. To dźwięczy i upaja, ale za tern nie kryje się nic. Że podobne „Essays11 (czy jak się tam nazywa) ko­biecych piór znajdują poklask u łatwo dającego się bałamucić rodzaju, to można rozumieć, ale że rów­nież niemało mężczyzn im przyklaskuje, to już jest złym znakiem. Są to zapewne ci sami półmężczyźni, którzy przeciw mnie piszą. Wymyślili oni ostatnio pewien tric, z którym spotkałem się już parę razy. Nie można, mówią, nic jeszcze wyrokować o ducho­wych różnicach płci. Nie chce się słyszeć o Kancie, Schopehauerze, Hartmannie, Nietzschem i tym po­dobnych głupcach, gdyż tylko od „naukowej psy- chologji11 należy oczekiwać wyjaśnienia i zanim spra­wa w laboratorjum nie zostanie dostatecznie opraco­wana, nie można w sposób godziwy wogóle o tern mówić. Jak zwykle tak i tym razem ten apel do „naukowości11 powinien podobać się oświeconym na­uczycielom, tym podporom nauki i niektórym innym. Wprawdzie dotychczas przez to eksperymentowanie nie wynaleziono nic nowego, chyba tylko to, że ozna­czono dokładniej, co już wiedziano, ale oczywiście nie można nic zarzucić temu obrabianiu naszego zagadnienia w laboratorjum. Jak tego nie należy czy­nić, pokazała już Helena Bradford Thompsona. Ja sam wprawdzie mam niewypowiedziany respekt przed „naukową psychologją11, czytam również o wszystkich badaniach w jej duchu prowadzonych (abym przypadkiem nie został do tego zmuszony do­piero w czyścu lub w innym podobnym miejscu),

ale dotąd nie poczułem w sobie powołania, by sa­memu produkować eksperymentalne prace. Do tych pożytecznych badań trzeba mieć bezwątpienia szcze­gólne skłonności, a ja nie wierzę w to, abym je­szcze kiedykolwiek mógł je w sobie rozwinąć. Moż­na jednak również bez uciekania się do środków pomocniczych i metod laboratoryjnych stworzyć coś w rodzaju badań psychologicznych, zadając osobom badanym określone pytania. Tego rodzaju skromną próbę chcę tutaj pokazać ponieważ i mnie samego ona ubawiła. Zadałem 30 osobom żeńskiego rodza­ju dwa pytania, mianowicie: 1. ile mieszkańców ma Lipsk i 2. jaka jest odległość w kilometrach między Lipskiem a Dreznem? Następująca tabela zawiera odpowiedzi:

Nr

Wiek

Stan i wykształcenie

Mieszkańcy lit kim mi?dij Lipska? Lipskiem a DrEznem

1

13 lat

uczennica,córka nauczy­ciela

5000 (śmieje się) może 10,000 1 u b 40,000

niema poję­cia

2

14 .

wyższa szkoła żeńska

500,000

40—50

3

14 „

 

40 miljonów

niema pojęcia

4

15 .

 

75 miljonów (śmieje się) nie 15 milj.

**

5

15 .

 

550,000

.

6

16 .

8000 lub 80,000

14

7

16 .

 

50 miljonów

niema pojęcia

8

17 .

tylko szkoły ludowe

4 miljony

20

9

17 .

wyższa szkoła żeńska

500,000

niema pojęcia

10

18 .

*

40,000

-

11

18 .

niema pojęcia

-

12

19 .

z dobrej rodziny

coś z 5 zape­wne 500,000?

15

20 .

wyższa szkoła żeńska

niema pojęcia

12

14

20 .

-

100,000

niema pojęcia

 

 

 

 

Nr

Wiek

Stan i wykształcenie

Mieszkańcy

Lipska?

Ile kim. miedij Lipskiem a Dreznem

15

21 .

wyższa szkoła żeńska

1 i pół milj.

200 km

16

20 .

z dobrej rodziny

1 miljon lub niewiele brakuje

60

17

25 .

 

nie wie

nie wie

18

26 .

wyższa szkoła żeńska

 

 

19

29 .

tylko szkoła ludowa

conajmniej z parę tys.

20

50 .

mężatka, wychowana za granicą

blisko pół miljona

ca 50 (mo­głabym wie­dzieć, gdy­bym wiedzia la jak długo trzeba iść

21

30 .

panna studjowała me­dycynę

ponad pół miljona

200

22

30 -

mężatka, córka nauczy­ciela

1 miljon

niema poję­cia

23

36 .

mężatka, szkoła do­kształcająca

500,000

90(obliczone wedł. jazdy na kole do W7urzen)

24

36 .

N

niema pojęcia

1 miljon

niema pojęcia

25

37 .

mężatka, wyższa szkoła żeńska

»

26

37 .

 

niema pojęcia

 

27

40 .

 

130,000

28

40 .

panna z dobrej rodziny

500,000

500 lub 8000?

29

40 „

mężatka, szkoła do­kształcająca

1 miljon

niema poję­cia

30

46 .

mężatka, wyższa szkoła żeńska

300,000

jak długo i- dziesięl kim 1 godzinę

 

 

Na pierwsze zatem pytanie (według pierwszej tabeli') tylko pięć (sądząc względnie sześć), odpo­wiedziało dobrze. Niemało odpowiedzi było zupełnie niedorzecznych i wskazywało na proste zgadywanie.

 

zenia (bez szkody dla cało-

 

Należy przytem zaznaczyć, że poprzedniej zimy odby­wał się spis ludności i z pewnością wynik jego, zwła­szcza o ile chodzi o nasze miasto, musiał być oma­wiany we wszystkich prawie rodzinach. Ludzie są przecież dumni z tego, gdy ich siedziba rozwija się, tak jakby oni mieli w tym jaką zasługę, a wiado­mość, że Lipsk posiada pól miljona mieszkańców wy­wołała ogólną radość. Tym dziwniejszą wydaje się rzeczą, że conajmniej cztery piąte kobiecej ludności nie zna właściwej liczby.

Co do drugiego pytania, to i ja sam nie wie­działem także odpowiedniej cyfry (114 km). Lecz powiedziałem sobie, skoro kilometr przebywa się pieszo w 10—12 minut, a pociąg pospieszny jadąc dziesięć razy szybciej, zrobi w 1 godzinie 50—60 km, czyli przybędzie do Drezna za dwie godziny, czyli musi być około 120 km. Chciałem więc wie­dzieć, czy moje damy dojdą do podobnego sposobu myślenia. Tylko jedna jedyna wpadła na właściwy pomysł. Dwie jako kolarki, próbowały przynajmniej jakiegoś obliczenia. Jedna na moje pytanie: jak moż- naby do tego dojść? odpowiedziała flegmatycznie „możnaby gdzieś zaglądnąć1[2]. Przeważna część albo nie miała pojęcia, albo zaczęła się bawić w zgady­wanie.

Jakkolwiek ten wielki brak wiadomości, który przebija się w tych odpowiedziach, może rzucać oso­bliwe światło na nasze osławione szkoły, to przecież nie jest on dowodem głupoty, gdyż pomiędzy pyta- nemi były kobiety i dziewczęta, o których -wiem, że w swoim kółku uchodzą za wcale mądre. Przyczyna leży w tym, że kobiecy umysł ma przyrodzony wstręt przed dokładnem pojęciem wielkości i że kobiety nienawidzą liczb, podobnie jak poeci, z którymi są pokrewne. Jedynemi cyframi, które dobrze pamię­tają, są cyfry, odnoszące się do ich stroju (długość sukni, szerokość talji i t. d.); wszystkie inne napomi­nają, a usiłowania szkoły nic tu nie mogą zmienić. Wyobrażenie przestrzennych pojęć jest często rów­nież niewyrobione i nie tak rzadko spotyka się ko­biety, które nie rozróżniają strony prawej od lewej.

M.

Lipsk, czerwiec 1906.

 

O fizjologicznym niedorozwoju umysłowym kobiety

  1. PIERWSZA CZĘŚĆ.

O fizjologicznym niedorozwoju umysłowym ko­biety1) można mówić w dwojakiem znaczeniu.

I.

Niełatwo określić co to jest niedorozwój umy­słowy. Można powiedzieć: coś, co mieści się między niedołężnością umysłową a normalnym stanem. Trud­ność jednak polega na odgraniczeniu niedorozwoju od stanu normalnego. Na określenie tego ostatnie­go nie mamy w języku niemieckim ani jednego sło­wa, gdyż słowo zdrowie nie jest odpowiednim poję­ciem, wyrażenie pełen myśli odnosi się do umysłu a nie do rozumu, bystry, oznacza rozwój zmy­słu ponad normę, zaś określenie prosty spo­sób myślenia dotyczy stosunków moralnych. W po- tocznem życiu mamy przeciwieństwa: rozsądny i głu­pi: rozsądny jest ten, który umie rozsądzać[3] [4]) głu­piemu brakuje krytycznego zmysłu. W rzeczywi­stości między głupotą a lekkimi formami niedoroz­woju umysłowego może nie zachodzić istotna róż­nica. Nie należy mówić, że głupota jest zdrowiem, niedorozwój umysłu czemś chorobliwem, gdyż ta­kie przeciwstawienie stało się popularne w złem znaczeniu i polega w gruncie rzeczy na niewłaściwem pomieszaniu wartości. Z naukowego punktu widzenia popularnie zwana głupota może być właśnie takim chorobliwym odchyleniem jak nienormalnie mały wzrost lub osłabienie wzroku i t. p. Z drugiej stro­ny istnieje rzeczywiście fizjologiczny niedorozwój umysłu, gdyż dziecko jest niedorozwinięte w porów­naniu z dorosłym, a przecież i starzenia nie uważa się za chorobę (chociaż senectus ipsa morbus), a jed­nak równocześnie ze starzeniem się następuje wcze­śniej czy później zmniejszanie się władz umysłowych. Zresztą i mowa posługuje się słowem głupi (dumy) na określenie chorobliwvch stanów: on został odu­rzony przez upicie się lub wskutek gorączkowej choroby1). Lecz nawet, gdy zaliczymy głupotę do stanów niedorozwoju umysłu, nie usuniemy przez to jeszcze trudności, ponieważ nie możemy ustalić górnych granic głupoty. Pod pewnym względem każdy jest głupi, jeden w muzyce, inny w matema­tyce, ten w językach, tamten w kwestiach życiowych i prowadzeniu się itd. Musiałoby się przeto rozróż­niać niedorozwój umysłu częściowy i ogólny. Z pew- [5] ną słusznością można powiedzieć, że przecież po­szczególne talenta nic nie znaczą, wystarczy jeżeli ktoś posiada przeciętne uzdolnienia. Lecz właśnie o to chodzi, co znaczy przeciętność, jak można ustalić normę? Tu jednak, jak wogóle wszędzie, gdzie chodzi o pojęcie subtel­niejszych patologicznych form, których za pomocą zwyczajnych grubych metod klinicznych nie można oznaczyć, natrafiamy na brak jakiegoś duchowego kanonu. Posiadamy taki kanon, jeżeli chodzi o kształ­ty ciała i z łatwością możemy określić, czy ta liczba centimetrów znajduje się jeszcze w granicach nor­my, ale dla duchowych zdolności nie ma reguły, tu­taj panuje dowolność. Wystarczy tylko wspomnieć o rozbieżności rozpoznania w niejasnych przypad­kach. Byłoby niedorzecznością twierdzić, że panu­jąca obecnie niepewność jest wynikiem konieczno­ści gdyż nie sposób ustanawiać granic, gdy ich w rze­czywistości niema. Tak źle sprawa się nie przedstawia: jeżeli tylko sobie trudu zadamy, to napewno uda się u- stalić w przybliżeniu podobny kanon i w ten sposób można będzie, jeżeli nie usunąć, to przecież ograni­czyć tą niepewność. Ogólnie mówiąc najwłaściwszą drogą wyjścia byłoby, aby również przy oznaczaniu niedozrozwoju umysłu nie mówiło się o człowieku, tylko o poszczególnych rodzajach ludzi i aby pytano, co można ■wymagać od tego wieku, tej płci, tego na­rodu. To co u dziecka jest normalnem zachowaniem się, u dorosłego będzie patologiczne, podobnie jak u mężczyzny maniery kobiece, u europejczyka za­chowanie się na sposób murzyna. Główną rzeczą jest więc porównywanie ze sobą różnych grup, gdyż tylko w ten sposób można się dowiedzieć, czego na­leży spodziewać się po pewnym szeregu danej grupy, tylko w ten sposób można niedopuścić do tego, aby jakiegoś człowieka nazwano głupim, albo nie­dorozwiniętym, ponieważ nie potrafi zrobić tego, co potrafi zrobić jakiś dowolnie obrany człowiek. Innemi słowy: pojęcie niedorozwoju umysłowego jest pojęciem względnem i poprostu niedorozwój może oznaczać tylko: w stosunku do równorzędnych so­bie. Jeżeli nie można członka pewnej grupy przy­mierzać do członka innej, to jednak można zesta­wiać ze sobą same grupy. Eskimos, który do stu nie umie liczyć, jako Eskimos nie jest niedorozwinięty ale wobec tego Eskimos jako taki jest niedorozwi­nięty w porównaniu z Niemcem lub Francuzem. Jak ■więc ta sprawa przedstawia się u ludzi, jeżeli chodzi o płeć? Tu także można być pewnym, że umysłowe zdolności mężczyzny i kobiety różnią się znacznie między sobą, ale czy to zestawienie jest tego rodzaju, że kobiety są uzdolnione więcej pod tym względem, mężczyźni zaś pod innym, czy też że kobiety pod każdym względem są umysłowo niedorozwinęte w po­równaniu z mężczyznami? Przysłowie przechyla się do tego ostatniego twierdzenia, gdy mówi: długie włosy, krótki rozum, współczesna mądrość jednak nie chce nic o tern wiedzieć, według niej kobiecy umysł stoi conajmniej narówni z męskim. Na ten temat spisano już morze atramentu, a przecież trudno mówić o jakimś uzgodnieniu i wyjaśnieniu przedmio­tu. Najlepszym ujęciem tego tematu, jakie znam, jest pierwsza część książki Ferrero i Lombroso: Kobieta jako zbrodniarka i prostytutka1), która mó-

  1. J) Das Weib ais Verbrecherin uud Prostituirte von E. Lombroso und G. Ferrero.. (Istnieje też polski przekład, przyp. tłum).

\vi o normalnej kobiecie. Naturalnie nie mogę się zgodzić na wszystkie poszczególne twierdzenia auto­rów, ani przyswoić sobie ich wszystkich konstruk­cji myślowych, ale naogół jest tutaj bardzo dobrze przeprowadzony dowód niższości umysłowej kobiety. Praca Włochów obejmuje 192 stron druku, ale jest aforystyczna1). Gdyby się chciało dokładniej tern zająć, to powstałaby gruba książka. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że mogę tutaj wskazać tylko na najważ­niejsze rzeczy.

Zawsze to lepiej, jeżeli do celu kroczy się tak bezpośrednią jak i pośrednią drogą t. zn. bierze się pod uwagę nietylko psychologiczne obserwacje, ale też i anatomiczne dane.

Abstrahując od cech płciowych jest kobieta pod względem budowy ciała tworem pośrednim między dzieckiem a mężczyzną, a i duchowo jest nim rów­nież przynajmniej pod wieloma względami. W szcze­gółach są pewne różnice. U dziecka jest głowa rela­tywnie[6] [7]) większa niż u mężczyzny, u kobiety głowa jest nietylko absolutnie ale także i relatywnie mniej­sza[8]). Mała głowa obejmuje naturalnie również i ma­ły mózg, ale tutaj można zrobić zarzut, podobnie jak przeciw pomiarom mózgów dokonanych przez

Bischofta, że mały mózg może również być tyle wart co i duży, gdyż może posiadać równie dobrze rozwinięte te partje, które są ważne dla duchowego życia. Dlatego ważniejsze, a przynajmniej bardziej przekonywujące są badania porównawcze poszczegól­nych części mózgu. Tutaj powinny być uwzględ­nione zwłaszcza wyniki badań Rudingera, które, jak mi się zdaje nie są tak znane, jak na to zasługują. Riidinger1) wykazał, że u donoszonego noworodka cała grupa zwojów, która otacza bruzdę Sylwiusza jest u dziewcząt bardziej pojedyńcza niż u chłopców i jest uboższą w zakręty, że wyspa Reila jest u chłopców przeciętnie we wszystkich wymiarach nieco większa, wypuklejsza i silniej po- bruzdowana niż u dziewcząt. Wykazał on również u dorosłych (ibid. p. 32 ff. tabl. IV), że kobiecy gyrus frontalis tertius jest prostszy i mniejszy od męskiego, zwłaszcza ten jego odcinek, który bezpo­średnio graniczy z gyrus centralis. Oglądanie ta­blic, przekonuje, że różnice są bardzo znaczne. Rii- dinger-) wykazał dalej, że ,,całe medjalne pasmo zwojów płatu ciemieniowego i wewnętrzny górny zwój przejściowy są w kobiecych mózgach w swo­im rozwoju zahamowane". U mężczyzn umysłowo ni­sko stojących (np. u murzyna) znalazł on stosunki płatu ciemieniowego podobne do kobiecych, podczas

  • Ein Beitrag zur Anatomie des Sprachenzentrums, Stutt­gart 1882 ,p. 12 ff Tablica I.
  • Ein Beitrag zur Anatomie der Affenspalte der Interpa rietalfurche beim Menschen. Bonn 1882 p. 6. Te wszystkie rozważania nad czaszką i mózgiem kobiety są całkiem do­brze zestawione w dziele Ploss-Bartelsa (Das Weib). Zapom­niałem o tem, gdy pisałem ten rozdział.

gdy u duchowo wysoko stojących mężczyzn potężny rozwój płata ciemieniowego dawał całkiem inny obraz. Najbardzziej proste stosunki znalazł Riidin- ger u pewnej bawarskiej kobiety, mówi on poprostu o „typie zbliżonym do izwierzęcego“ (tierahnlich).

Jest więc wobec tego dowiedzionem, że te czę­ści mózgu, które są szczególnie ważne dla życia umysłowego, jak zwoje płatu czołowego i ciemie­niowego są u kobiety gorzej wykształcone niż u mężczyzn i że różnica ta istnieje już przy urodze­niu. .

Skoro więc mężczyzna i kobieta posiadają te same zwoje mózgowe, różne tylko co do wielkości, to podobnie do tego mają oboje te same właściwości duchowe, różniące się między sobą w większym lub mniejszym stopniu, a żadna z tych właściwości nie jest wyłączną własnością pewnej płci. Co do zmy­słów, to zdaje się obie płci posiadają je mniejwię- cej w stopniu równym. Lombroso na podstawie swo­ich badań przypuszcza, że skóra kobiety jest mniej wrażliwa na ból. Przypuściwszy nawet, że jego spo­strzeżenia znalazłyby ogólne potwierdzenie, to jed­nak chodzi tu przecież nie o mniejszą czułość zmysłów, lecz o zmniejszoną reakcję duchową na silne bodźce. Okoliczność, że mężczyźni nadają się lepiej do sub­telnego różnicowania np. przy próbach herbaty, sortowaniu wełny, również w ten sposób należy rozumieć, że są oni w stanie lepiej ocenić drobne różnice w czuciu1). Z drugiej strony radość, jaką ko-

') Ostatnio ukazała się książka, której tytuł wzbudził wiele nadzieji: Psychologia porównawcza płci przez Helenę Bradford Thompson (przekład niem. J. E. Kótschera. Wiirz- bietom sprawiają kolory nie należy uważać za do­wód lepszego zmysłu barw, lecz trzeba tłumaczyć duchowemi skłonnościami. Inaczej ma się sprawa z motoryczną stroną, gdyż co do siły i zręczności stoi kobieta niżej od mężczyzny. Spowodu swej sła­bości jest ona skazana wyłącznie na prace, które wymagają pewnej zręczności i stąd pochodzi wiara w' zręczność kobiecych palców'. Skoro jednak męż­czyzna weźmie się do pracy kobiecej jako krawiec, tkacz, kucharz itp. to lepiej wykonywa pracę niż kobie­ta. Przecież w gruncie rzeczy zręczność jest czynnością kory mózgowej, podobnie jak zdolność oceniania burg 1905). Jest ona z zakresu tak zwanej psychologji ekspe­rymentalnej, autorka przedstawiła w niej wyniki swoich ba­dań na 25 uczniach i studentach (,,mężczyźni1') i 25 uczących się dziewczętach („kobiety") w Chicago. Zadała ona sobie dużo rzetelnego trudu, jednak dobra wola nie wystarczyła, skoro na końcu jest się tak mądrym jak poprzednio. Przy takich doświadczeniach najtrudniejszą rzeczą jest sposób postawienia pytania i bardzo często mimo całej dokładności rzecz chybia celu, ponieważ niewiadomo, do czego właści­wie się zmierzało. Przyjrzyjmy się więc bliżej. W rozdziale I jest mowa o „zdolności matematycznej" (?) i robi się wszel­kiego rodzaju badania. Pokazuje się, że siła, szybkość, wy­trwałość i precyzja ruchów jest u „mężczyzn" większa, że jedńak k. pod względem koordynacji zwycięża. W nie­szczególny sposób opowiada się, że dziewczęta łatwiej zała­twiły się ze sortowaniem różnokolorowych kart do rozmaitych pudelek. Co na Boga można się z tego dowiedzieć? W roz­dziale 2 znajdują się badania nad wrażliwością. Rzekomo k. ma „delikatniejsze czucie", ale ze zmysłem dotyku jest spra­wa niewyraźna, a ocena podnoszenia ciężarów i ewentualnie też „czucia powierzchniowego" wypada na korzyść m. Nie ulega wątpliwości, że kobieta przy ukłuciu wcześnjej uze­wnętrznia — ból. Jeżeli zważymy, że przeprowadzenie tych wrażeń zmysłowych i any jeszcze raz wskażemy na to, że różnic obu płci należy szukać w swoistych wła­ściwościach umysłowych. Jedną z najistotniejszych różnic jest ta, że instynkt większą gra rolę u ko­biety .niż u mężczyzny. Można w myśli utworzyć szereg, na którego jednym końcu stoją istoty, któ­re kierują się wyłącznie instynktem, na drugim zaś takie, których każda czynność polega na refleksji. Jest ogólną zasadą dla rozwoju duchowego, że in­stynkt do coraz mniejszego, rozwaga do coraz więk­szego dochodzi znaczenia, że z gatunkowości wylania się coraz więcej indywidualność. Wtedy mówimy [9] [10] o instynkcie, gdy człowiek wykonujący jakąś czyn­ność celową nie zdaje sobie sprawy dlaczego to czyni; skoro tylko pewne warunki znowu zaistnieją, pracuje w nas jakby pewien mechanizm, a my speł­niamy daną czynność jakby pod nakazem obcego rozumu. Lecz mówimy również o instynktowem poj­mowaniu, gdy dochodzimy do wniosku, nie wiedząc jak. W istocie niema czynności czy procesów poz­nawania wolnych od wpływu instynktu, gdyż zawsze pewna część tego procesu tkwi w nieświadomem, za­leżnie od stopnia nasilenia. Im poczucie indywidual­ności większy ma udział w poznawaniu i postępowa­niu danej jednostki, tern ona zajmuje wyższy stopień ji m. większy. Pięknie, ale gdy dla przyjęcia tego nie ma się żadnych innych podstaw, jak tylko próby autorki, to z tem nie jest w porządku, gdyż tam chodziło o rozwią­zanie geometrycznych i mechanicznych zadań, a jest rzeczą wręcz niedopuszczalną, aby na podstawie tych rzeczy wy­ciągać wnioski o ogólnych ludzkich zdolnościach. „Ogólna wiedza" badana jest przez stawianie wytań szkolnych z róż­nych działów i przy tem nie dało się wykazać żadnej istot­nej różnicy na korzyść której płci. Jeżeli już samo przece­nianie podobnych egzaminów- szkolnych, które właściwie po­zwalają tylko ocenić tresurę, budzi wątpliwości, to już praw- dziw-em szaleństwem jest to, co autorka wysnuwa o życiu uczuciowem na podstawie odpowiedzi otrzymanych na za­dane pytania. Pytała n. p. młodych ludzi „czy Pan jest bar­dzo sumienny?", albo „jest Pan uprzejmy?" i w swej wzru­szającej naiwności brała te odpowiedzi poważnie. Za po­mocą tej metody wydobyła, że w odniesieniu do w-zruszeń uczuciowych istnieją między obydwoma rodzajami co naj­wyżej całkiem nieznaczne różnice. Drobnych różnic nie brak przecież, n. p. „kobietom sprawia nauka więcej przyjem­ności, podczas gdy mężczyźni poświęcają jej więcej czasu". Ach!

 

rozwoju, tern jest samodzielniejsza. Stan pośredni pomiędzy czysto instynktowem a czysto świadomem nazywamy uczuciem. Kierować się w postępowaniu uczuciem, uważać coś za prawdę tylko z punktu wi­dzenia uczucia znaczy to działać na pól instynktow­nie. Instynkt daje duże korzyści, jest niezawodny i nie sprawia kłopotu; uczucie korzysta z tych zalet w dużej mierze. Instynkt czyni więc kobietę podobną do zwierzęcia (tierahnlich), niesamodzielną, pewną siebie i beztroską. W nim leży jej specyficzna siła, on czyni ją podziwu godną i pociągającą. Bardzo wiele kobiecych właściwości ma swój związek z tern podobieństwem do zwierzęcia. Więc przedewszyst- kiem brak własnego sądu. Co uchodzi za prawdziwe i dobre, to dla kobiet jest prawdziwem i dobrem. Są one surowymi konserwatystkami i nienawidzą nowości, za wyjątkiem naturalnie tych przypadków, w których nowość przynosi im osobistą korzyść lub daje szanse w miłości. Podobnie jak zwierzęta, któ­re od niepamiętnych czasów czynią wciąż to samo, tak też i rodzaj ludzki pozostałby w pierwotnym stanie, gdyby składał się tylko z kobiet. Cały po­stęp pochodzi od mężczyzn. Dlatego kobieta ciąży mu niejednokrotnie wagą ołowiu; zapobiega ona niekiedy rozruchom i niepotrzebnym nowościom, ale równocześnie hamuje szlachetnego, gdyż nie umie odróżnić dobrego od złego i uzależnia popro- stu wszystko od zwyczaju i od tego „co ludzie po­wiedzą". Brak krytycyzmu przejawia się również w suggestywności. Instynkt nie przejawia się jak u zwierząt wyłącznie prawie sam, lecz idzie w parze z indywidualnem myśleniem, które ze swej strony nie jest dość silne, aby mogło być samodzielne, dla-

tego musi się oprzeć na obcem myśleniu, uważają przy tern uprzedzenie, miłość, próżność za rzeczy wartościowe. Tern tłumaczy się ta pozorna sprzecz­ność, że choć kobiety przestrzegają dawnych obycza­jów, jednak hołdują każdej modzie, są konserwatyst- kami, a jednak przyjmują każdą absurdalność, jeżeli tylko jest zręcznie zasuggerowaną. W miarę przeo­brażania się pierwotnego instynktu na własne Ja i w miarę rozwijania się indywidualnego myślenia zjawia się najpierw egoizm, albo raczej ze swą naturą egoistyczna jednostka, która jak długo jeszcze słu­cha własnego popędu, może działać nieświadomie z korzyścią również dla innych, ale skoro zacznie myśleć, wówczas działać będzie wbrew socjalnym skłonnościom. Dopiero wysoki rozwój ducha daje to zrozumienie, że popierając dobro ogółu, popiera się również własne dobro. Przeważna ilość kobiet pozo­staje w stadjum pośredniem: Moralność ich jest na- wskróś moralnością uczucia lub nieświadomą pra­wością, moralność pojęciowa jest dla nich niedostęp­ną, pod wpływem zaś refleksji stają się jeszcze gor­sze; ta jednostronność, do której dochodzi ich cia­sny sposób myślenia, jest wywołana ich naturalnem położeniem. Dzieci i mąż są celem ich życia, poza ro­dziną nie interesują się niczem. Sprawiedliwość w abstrakcyjnem znaczeniu jest dla nich pustem pojęciem. Uważanie kobiet za niemoralne jest zgoła rzeczą niesłuszną, są one jednak pod względem mo­ralnym jednostronne i upośledzone. W granicach własnej miłości i o ile widok cierpienia wzbudzi w nich litość, są one często zdolne do każdej ofiary i potrafią zawstydzić nierzadko zimniejszego męż­czyznę. Ale z natury swej są one niesprawiedliwe, śmieją się w duchu z prawa i przekraczają go, skoro tylko nie krępują się obawą lub zewnętrznym naka­zem. Do tego dołącza się gwałtowność afektów i niez­dolność panowania nad sobą. Zazdrość i obrażona lub niezaspokojona próżność wywołują burze, któ­rym nie jest w stanie sprostać żaden moralny skru­puł. Gdyby nie to, że kobieta jest fizycznie i ducho­wo słabą, gdyby nie to, że okoliczności czynią ją z reguły nieszkodliwą, byłaby ona wielce niebez­pieczną. W czasach politycznej niepewności przeko­nano się ze zgrozą o niesprawiedliwości i okrucień­stwie kobiet, co zauważono również u tych, które na nieszczęście doszły do władzy. W życiu codzien- nem obie te właściwości objawiają się przeważnie ja­ko czynność języka i pióra; obelgi, obmowy, anoni­mowe listy. Język jest bronią kobiet, a ponieważ spo- wodu fizycznej słabości nie mogą używać dowodów pięści, zaś z innych dowodów muszą zrezygnować spowodu słabości umysłu, przeto pozostaje im tylko obfitość słów. Kłótliwość i gadatliwość były każde­go czasu zaliczane słusznie do rysów kobiecego cha­rakteru. Obracanie językiem daje kobiecie wiele zadowolenia, jest właściwym kobiecym sportem. Da się może to zrozumieć, obserwując zabawy zwierząt. Kotka goni za piłką i ćwiczy się w ten sposób w ło­wieniu myszy, kobieta ćwiczy swój język przez całe życie, aby być uzbrojoną w razie kłótni.

Po tej ogólnej charakterystyce należałoby wziąć pod uwagę t. zw. intellektualne właściwości. Trzeba będzie rozróżnić przyjmowanie i przechowywanie wy­obrażeń, a więc z jednej strony zrozumienie i zapa­miętanie, z drugiej strony samowolne wiązanie wyo­

brażeń i tworzenie nowych sądów. Co do zrozumie­nia i zapamiętywania, to te nie są u wielu kobiet bynajmniej zte, jeśli nie chodzi o specjalne talenta. Pojmują one, jeśli chcą, wcale dobrze i pamiętają to czego się nauczyły równie dobrze jak mężczyźni. A ponieważ przytem są ulegle i cierpliwe, więc mogą rzeczywiście stanowić materjal na wzorowych ucz­niów. Wszędzie tam, gdzie kobiety uwzięły się, by uczęszczać na wyższe uczelnie, panuje ogólne zda­nie, że są one doskonałemi uczniami, a im więcej nauczyciel jest ograniczony, tern zdaje się być bar­dziej zadowolony z gorliwego uczenia się uczennic, które przeważnie jest uczeniem się na pamięć. Je­żeli mimo tego duża masa kobiet nadzwyczajnie ma­ło się uczy a rzeczy nauczone niezwykle szybko za­pomina, to zależy to nie od ich mogę, lecz od chcę. Przeciętna kobieta ma swoje wyłącznie osobiste za­interesowania, a jeżeli nauka nie przedstawia w bli­skiej perspektywie osobistej korzyści, to wydaje się dla niej bardzo przykrą. Zainteresowanie się przed­miotem rzadko tylko zachodzi. Ten względnie po­myślny sąd o pojętności kobiety traci jednak na zna­czeniu wobec faktu bezpłodności duchowej kobiety. Szczytem jest, jeżeli kobieta okaże się natyle dobrym uczniem, że w myśl instrukcji nauczyciela potrafi kierować się jego metodą. Natomiast właściwa „ro­bota", to jest wynajdywanie i tworzenie nowych metod jest kobiecie niedostępną. Nie może ona po- prostu być mistrzem, gdyż mistrzem jest ten, który coś wymyśli. Twierdzenie, że kobietom brakuje tyl­ko 'wprawy, że one są, jak ci afrykańscy czarni, prze­robione na niewolnice przez obdarzonych silnymi mięśniami mężczyzn i że niewola wypaczyła im ducha,

 

jest tylko ulubionym frazesem tych mężczyzn, któ­rzy w kobietach podniecają ich emancypacyjne za­chcianki i wtórujących im naśladowczyń. Z temi twierdzeniami łączy się darwinowskie fantazje, że nabyty w ten sposób zanik mózgu może się dzie­dziczyć, i że wobec tego należy oczekiwać, iż wnuczki dzisiejszych kobiet ćwiczących swój mózg będą przy­chodziły na świat z dużym mózgiem, fantazje, które najwyżej wtenczas mogłyby mieć sens, gdyby cho­dziło o partenogenezę 1). Śmielej jak to czynią „femi- niści“ nie można prawdy uderzyć w twarz. Wystar­czy wskazać na te działy, które dla kobiet stały zaw­sze otworem i którym mogły się według upodobania oddawać. Muzyka np. nigdy nie była męską do­meną, przeciwnie więcej uczą muzyki dziewcząt niż chłopców. I cóż z tego wynikło? Kobiety śpiewają i grają po części całkiem dobrze, ale na tern koniec. Gdzie jest kobiecy kompozytor, któryby oznaczał jaki postęp? W malarstwie niema takiej różnicy jak w muzyce pomiędzy artystą tworzącym a ćwiczącym: wszyscy malują, a czy przytem który z nich tworzy, to nie zawsze łatwo powiedzieć! W każdym razie można bez trudu zaobserwować, że wielka liczba ko­biecych malarzy pozbawiona jest zupełnie twórczej fantazji i nie wychodzi ponad przeciętną technikę:

') Partenogeneza czyli dzieworództwo, t. j. gdy samica wydaje potomstwo bez współudziału samca. Ten sposób rozmnażania zachodzi istotnie u niektórych niższych stwo­rzeń, u człowieka oczywiście o tem niema mowy, a wobec tego dzieci dziedziczą cechy tak ojca jak i matki. Przyp. tłum.

kwiaty, życie zacisza, portrety1). Bardzo rzadko znaj­duje się rzeczywisty talent, a wtedy można wyka­zać i inne cechy duchowego hermafrodytyzmu[11] [12]). Brak umiejętności kombinowania, czyli tego co w sztuce nazywa się brak fantazji czyni kobiecy ar­tyzm wogóle bezwartościowym. Podobnie rzecz przed­stawia się i na innych polach. Przypominam o aku- szerji, którą to sztukę kobiety raczej wstrzymały, niż posunęły w rozwoju[13]). Również powieściopisarki, które po części wcale wdzięcznie piszą, jak również rzadkie naogół, poetki, poruszają się po utorowa­nych ścieżkach i uprawiają lichwiarstwo monetą, którą mężczyźni wybili. Nawet sztuka kucharska i sztuka ubierania były rozwijane przez mężczyzn, oni znajdywali nowe przepisy i nowe metody. Wszystko, co widzimy dokoła siebie, każdy sprzęt domowy, każdy przedmiot codziennego użytku, wszystko to wynaleźli mężczyźni.

Zrozumiałą jest rzeczą, że wiedza w ścisłym zna­czeniu nie została przez kobiety w niczym wzboga­coną, ani nie może się tego spodziewać. Ta skromna liczba kobiet uczonych, których nazwiska wymienia historja ostatnich dwóch tysiącleci, była tylko skrom- nemi uczniami, niczem więcej1). To samo można wprawdzie powiedzieć również o większej części mę­skich uczonych, ale podczas gdy tamte są tylko wierzchołkami, oni tworzą dolne podkłady, z których dopiero wznoszą się prawdziwe kolosy wiedzy. Rów­nież w potocznym życiu spotyka się niespodziewanie często ten brak zdolności kobiecego umysłu do two­rzenia i samodzielnego myślenia, co tworzy nieraz rażące przeciwieństwo do tej łatwości przyswajania. Z drugiej strony właściwy kobiecie realizm przynosi jej właśnie praktyczne korzyści, ponieważ oblicza­jąc tylko korzyści lub szkody i dążąc bezwzględnie do celu nie jest on hamowany przez rzeczowe roz­ważania i w rezultacie sprawia, że w chwili nada­rzającej się sposobności odnosi ona zwycięstwo nad bardziej powolnym i rzecz ze wszystkich stron raczej nieosobowo rozważającym mężczyzną. Tylko że ta przebiegłość kobieca nie stanowd wcale dowodu wyż­szych walorów ducha, a kobieta gra tu rolę w sto­sunku do mężczyzny, jak sprytny kupiec w stosunku do artysty lub uczonego. Zresztą kobieca przebie­głość zwija żagle, gdy spotka się przypadkowo z mę­ską przebiegłością, która nie jest hamowana przez

>) N. p. nasza Curie Skłodowska. Przyp. tłum.

popęd płciowy. Przebiegłość bywa wspierana przez sztukę udawania. Do tej zaś zmusza kobietę jej rola, jaką odgrywa ona w popędzie płciowym i w jakiej instynktownie się ćwiczy, a udoskonalenie tej sztuki stanowi istotną część kobiecego wykształcenia. Za­danie na tern polega, aby okazać się godną pożąda­nia, dlatego musi własne pożądanie skłonić do mil­czenia i zręcznie ukryć to wszystko, co w oczach drugich mogłoby obniżać jej wartość. W sztuce mówi się, niech między nami panuje prawda, a w życiu wygląda to, niech między nami panuje fałsz. Tak widocznie być musi i nie ma nic głupszego, jak za­braniać kobiecie kłamstwa. Udawanie t. zn. kłamanie jest naturalną i niezbędną bronią kobiety, z której wcale nie może zrezygnować. Jakkolwiek broń powin­na służyć tylko do obrony, to jednak łatwo pojąć, że nie obejdzie się bez tego, aby ktoś, nawet bez potrze­by nie zastosował takiego środka, który stanowi ważny czynnik w jego życiu. Kobiece kłamstwo, ja­ko takie, jest uzasadnione tylko w zakresie stosunków życia płciowego, a sprawiedliwość wymaga osądzać go o wiele łagodniej niż kłamstwo męskie.

Podobnie jak sztukę udawania i inne dotychczas omawiane właściwości, tak też i całą istotę kobiety najlepiej można pojąć teleologicznie. Jak więc ta istota musi być utworzoną, aby mogła najlepiej wy­pełniać swoje zadania? Kobieta ma nie tylko rodzić dzieci, lecz je także pielęgnować, gdyż potrzebują one w przeciwieństwie do młodych zwierząt, przez tyle a tyle lat opieki. Ta niezaradność dzieci sprawia, u ludzi konieczność większego zróżnicowania się płci, niż u zwierząt. Dostarczanie pożywienia, obrona, wo- góle cały departament spraw zewnętrznych należy wyłącznie do mężczyzny, gdyż kobieta w pierwszym rzędzie musi być matką. Również pod względem u- mysłowym należy kobiecie dostarczyć wszystkiego tego, co ułatwia powołanie matki, a usunąć wszyst­ko to, co je utrudnia. Macierzyńskiej miłości i wier­ności żąda natura od kobiety. Dlatego już mała dziewczynka bawi się lalkami i z całą czułością opiekuje się niemi. Dla tego jest kobieta podobną do dziecka, żywa, cierpliwa i nieskomplikowanego umysłu. Odwaga potrzebna jest kobiecie do obrony dzieci, w innych okolicznościach przeszkadzałaby tyl­ko i dlatego kobieta jej nie posiada. Tak samo ma się rzecz z innymi męskiemi właściwościami; siła, pęd w dal, fantazja i żądza poznania napawałyby kobietę niespokojem i przeszkadzały w jej zawodzie jako matki, dlatego natura obdarzyła ją niemi tylko w skąpych granicach. Podobnie jak rozumny męż­czyzna, celem powierzenia opieki nad swemi małemi dziećmi nie będzie się kierował uczonością kobiet, tak też przedwieczna mądrość ustanowiła obok męż­czyzny nie jeszcze jednego mężczyznę z macicą, ale kobietę i obdarzyła ją we wszystko, co jest po­trzebne do tego szlachetnego zawodu, ale równo­cześnie odmówiła jej siły męskiego umysłu.

Wobec tego niedorozwój umysłowy kobiet nie- tylko istnieje, ale również jest konieczny, jest on nie tylko fizjologicznym faktem, lecz zarazem fizjo­logicznym postulatem. Jeżeli chcemy mieć kobietę, któraby w zupełności sprostała swemu powołaniu matki, to nie może ona posiadać męskiego mózgu. Gdyby dało się to uskutecznić, aby kobiece właści­wości rozwijały się tuż obok męskich, wówczas zmarniałyby organa matki i mielibyśmy przed sobą jakąś wstrętną, nie przynoszącą pożytku istotę dwu- plciową. Ktoś powiedział, że od kobiety nie powinno się więcej wymagać, jak tylko, aby była „zdrowa i glupia“. Jest to trywialnie powiedziane, ale w tym paradoksie leży prawda. Nadmierna czynność mózgu nietylko kobietę przeinacza, lecz również czyni ją chorą. Widzimy to niestety dzień w dzień na własne oczy. Jeżeli kobieta ma pozostać tern, do czego na­tura ją przeznaczyła, to nie powinna ubiegać się o palmę pierwszeństwa z mężczyznami. Dzisiejsze ogłupiałe modnisie są ziemi rodzicielkami i ziemi matkami. Równocześnie ze wzrostem „cywilizacji'1 obniża się płodność, im lepsze stają się szkoły, tern gorsze połogi, tern skąpsze wydzielanie pokarmu, jed­nym słowem, tern niezdatniejsza staje się kobieta. Lombroso, który chętnie powołuje się na świat zwie­rzęcy, podkreśla, że w calem państwie zwierzęcym inteligencja stoi w stosunku odwrotnym do płodno­ści, że samice mrówek i pszczół osiągają wyższą inteligencję tylko kosztem płciowości, podczas gdy królowa pszczół, wyłącznie tylko zdolna do płodności jest całkowicie głupiem stworzeniem. Mimo tego mówi on dalej: „zapewne wybitniejszy współudział kobiety w życiu socjalnem podniesie zwolna jej inte­ligencję, czego pocieszające wyniki dają się już w rzeczywistości zauważyć u niektórych wyżej rozwi­niętych ras“. To „pocieszające11 wygląda albo na gorzką ironję, albo na okropną niekonsekwencję. Bo prawdę mówiąc z tego, co rasę gubi i oznacza początek końca może cieszyć się tylko djabeł lub jakiś głupiec, wierzący we wspólnotę dusz i podobne niedorzeczności. Lekarze już wielokrotnie żywo dy­skutowali nad kwestją dopuszczenia kobiet na medy­cynę. Zapewne sprawa nie jest tak ważna. Z jednej strony nie można zaprzeczyć, iż kobiece zdolno­ści umysłowe wystarczą do wyuczenia się medy­cyny i że tu i ówdzie kobiety lekarki mogą okazać się pod należytem kierownictwem i nad­zorem pożyteczne, (n. p. u ludności mahome- tańsłdej), z drugiej strony, nie wiele tylko dziew­cząt będzie poświęcać się temu studjum, tern mniej, im bardziej rzecz będzie tracić na „aktualności'1, temi nielicznemi zaś będą takie, które do kobiecych zadań i tak nie są odpowiednie. Skoro więc ani me­dycyna, ani kobiety same nie będą mieć wiele ko­rzyści z kobiecych studjów, to niema o czem więcej mówić.

Natomiast wydaje mi się o wiele ważniejszą rzeczą, że lekarze wyrobili sobie jasne pojęcie o ko­biecym mózgu jak i o stanie kobiecego umysłu, że rozumieją znaczenie i wartość niedorozwoju umysło­wego kobiet i że czynią wszystko co tylko leży w ich mocy, aby w interesie rodzaju ludzkiego zwalczać te przeciwne naturze dążenia „feministek11. Chodzi tu o zdrowie narodu, które przez „modne kobiety1' bywa narażane na szkodę. Natura jest srogą panią i za przekroczenia swych przepisów grozi surowemi karami. Chciała ona, aby kobieta była matką i do tego celu skierowała wszystkie swoje siły. Nie chce kobieta oddawać swych usług na rzecz gatunku, a chce się „wyżywać'1 jako indywiduum, to zostanie ukarana charłactwem. Niestety przy tern zostaje ukarany również mężczyzna i potomstwo. Naszym obowiązkiem, jako lekarzy jest radzić tutaj i ostrze­gać. Kiedyś w przyszłości musimy z tego zdać spra­wę. Czy mamy tylko biadać nad kobiecą wątrobą, zniekształconą wskutek nadmiernego sznurowania, a patrzeć spokojnie na wykoszlawianie kobiecego mózgu ?

Niestety, nawet gdyby wszystko zostało zrobio­ne, co można zrobić, zło jednak pozostanie nawet prawdopodobnie będzie wzrastać. Przyczyną tego, jak się zdaje, jest cywilizacja. Podobnie jak ludność miejska pracująca przeważnie mózgiem powoli sta­je się niepłodna i wymarłaby, gdyby nie dopływ ze wsi, tak też i cywilizacja zdaje się zakopywać źró­dła życia, a skutkiem tego cywilizowania wreszcie jest to, że naród traci swoje żywotne siły, które tylko przez krew barbarzyńców mogą być odświeżone. Widocznem jest, że między czynnością mózgu a roz- rództwem istnieje sprzeczność jako zjawisko pra­dawne. Obie funkcje są w ścisłym ze sobą związku, lecz im większa jest przewaga jednej, tern bar­dziej druga na tern cierpi. Ludzie pracujący mózgiem są nerwowi, a tembardziej staje się nerwowe ich po­tomstwo. Najwidoczniejszą odznaką tej formy zwy­rodnienia jest zatarcie różnicy charakterów płcio­wych: zniewieściali mężczyźni i umężczyźnione ko­biety. Im bardziej nerwową staje się ludność, tem częstszem zjawiskiem są dziewczęta obdarzone ta­lentami i typowo męskiemi właściwościami umysłu. Musi się również uwzględnić dziedziczenie skrzyżo­wane; córka podaje się na ojca, a im więcej będzie mężczyzn o tęgich mózgach, tem częściej będą prze­nosić swe cechy na córki. Mimo tych wszystkich prób, wyjaśnień, nie zmieni to rzeczy na lepsze, gdyż zawsze umężczyźnienie kobiety ’ pozostanie nie­szczęściem bez względu na to, czy da się wytłuma­czyć, czy nie, czy jest koniecznością lub też nie.

 

Również prawo powinno mieć wzgląd na fizjo­logiczny niedorozwój umysłowy kobiety. Nasze usta­wy są w całości pisane dla mężczyzn; zatroszczono się o niepełnoletnich, ale dorosła kobieta jest wpra­wie karnym (żeby tylko je wymienić) traktowaną na równi z dorosłym mężczyzną i wogóle nigdzie nie stosuje się okoliczności łagodzących wobec rodzaju żeńskiego. To jest niesłuszne. Do rozważań dotych­czasowych trzeba dodać, jeszcze to, że znaczną część życia kobiety należy uważać jako stan anormalny. Wobec lekarzy nie potrzebuję mówić o znaczeniu miesiączki i ciąży dla życia duchowego i wskazywać na to, że oba te stany nie zaliczane do właściwych chorób sprowadzają zaburzenia duchowej równowagi i ścieśniają w znaczeniu prawa wolność woli'). Jeżeli się przypomni poprzednio omówione właściwości ko­biecego umysłu, zwłaszcza niemożność panowania nad stanami afektów, brak poczucia sprawiedliwości, to musi się dostrzec, że jest wielką niesprawiedliwo­ścią obie płci mierzyć tą samą miarą. I tylko mniej­sza przestępczość kobiety, dająca się łatwo wytłu­maczyć przez warunki kobiecego życia, nie daje jej sposobności do odczucia surowości naszego prawa. Im bardziej jednak kobieta wydostaje się z pod opie­ki domu, tern łatwiej może wejść w konflikt z pra­wem i wówczas często surowiej zostaje ukarana, niż na to zasługuje. Tak dla przykładu, czy jest słusz- nem, aby zwyczajną obrazę, zwłaszcza obrazę urzęd­ników równo osądzać u obojga płci? Czy tego samego nie można powiedzieć o wielu bagatelnych kradzieżach, które w gruncie rzeczy należy trakto-

‘) Kraft Ebjug i i. zestawili również odnośne wyniki.

wać jako błahostki? Zwłaszcza jedno jeszcze należy zauważyć. Wiele kobiet nie potrafi zupełnie w swych zeznaniach co do wypadków przeszłych odróżnić tego, co rzeczywiście przeżyły, od tego, co im się zdaje, że przeżyły. Podobne zafałszowanie wspom­nień zdarza się też i u mężczyzn, jednak u kobiet zachodzi ono częściej i powoduje fałszywe zeznania tam, gdzie nie ma wcale winy. Z tego też przeważnie powodu w starożytnych czasach powoływano się na świadectwo kobiet bardzo mało, albo też wcale nie. Starożytni przeholowali w jednym kierunku, my czy­nimy to w innym. Przeceniamy kobietę jako świadka, traktujemy ją zbyt surowo jako oskarżoną.

 

Jeżeli uznaliśmy za konieczne ocenić normalną kobietę jako niedorozwiniętą umysłowo w porówna­niu z mężczyzną, to przecież przez to nie powiedzie­liśmy nic ujemnego o kobiecie. Jej zalety leżą w czem innem, niż zalety mężczyzny i to zróżnicowanie płci wydaje się nam jako celowe urządzenie natury, na którem tak mężczyzna jak i kobieta źle nie wycho­dzą. Gdy się jednak dokładniej obserwuje życie ko­biety, to możnaby myśleć, że natura obeszła się z nią surowo. Kobieta mianowicie jest nietylko skąpiej obdarzona w przymioty umysłu niż mężczyzna, ale również traci je o wiele szybciej spowrotem. I to jest drugie znaczenie, w jakiem można mówić o fi- zjologicznem niedorozwoju umysłowym kobiety; tutaj przedwcześnie zestarzała kobieta porównywana by­wa ze świeżą lub normalną kobietą. Mam wrażenie, jakoby dotychczas częstość i przedwczesność umysło­wego cofania się kobiety nie była dostatecznie obser­wowana1). Również i tutaj najlepiej będzie ująć rzecz ze stanowiska teleologicznego. Kobieta ma być matką; aby jednak mogła nią zostać, musi wprzód mieć ta-

>) Według Matiegka mózg męski przewyższa kobiecy między 20 a 60 rokiem o 145 g, zaś między 60 a 90 rokiem o 173 g.

 

 

 

kiego mężczyznę, któryby wziął na siebie troskę o nią i o dzieci. Muszą zatem istnieć takie urządzenia, aby mężczyznę skłonić do tego. Schopenhauer mówi: „Z dziewczętami postąpiła natura w sposób, który w znaczeniu dramatycznem nazywa się teatralnością, obdarzając je na niewiele lat nadmiarem piękna, po­wabu, i pełnią kształtów, kosztem ich całego pozostałe­go życia, a to w tym celu, aby w owych latach mogły do tego stopnia zawładnąć wyobrażnii mężczyzny, iżby ten czuł się zniewolony podjąć się w swej poczciwości troski o nie na całe życie pod jakąkolwiek formą". Należy zaznaczyć, że to wyposażenie dziewcząt doty­czy nietylko cielesnych przymiotów i że zanik, któ­remu kobiety stosunkowo wcześnie podlegają, nie­tylko się na nie rozciąga. O wiele częściej, niż się przypuszczać zwykło stan zewnętrzny odpowiada we­wnętrznemu stanowi. Odpowiednio do tego rozkwitu i przekwitu kobiecej piękności przebiegają w podob­ny sposób duchowe zmiany. Umysł dziewicy jest żywy, zapalny, bystry. Wskutek tego z jednej stro­ny jej siła, która działa przyciągająco, bywa spo­tęgowana, z drugiej strony ona sama może stać się aktywną w doborze płciowym i okazać się godną przeciwniczką w grze i walce miłosnej. Całe znacze­nie życia kobiety na tern się zasadza, aby jako dziew­czyna otrzymała odpowiedniego dla siebie męża, na ten moment, jako punkt kulminacyjny w życiu są skierowane wszystkie siły i w tym celu koncentrują się wszystkie właściwości duchowe. Intellekt jest jak wiadomo na usługach woli, t. zn. nasz rozsądek służy naszym skłonnościom i my wtenczas dopiero stajemy się bystrymi, gdy kierujemy się paszemi zamiłowa­niami, zainteresowanie czyni mądrym. Jeden ma ten talent, drugi inny, każdy jest sprawny w zawodzie, który kocha, w innych zawodach już nie. Talent ko­biecy jest więc poprostu skłonnością do przygód miłosnych, w tym kierunku wola popędza intellekt, zaostrza i wytęża go. Wszystkie inne sprawy nabie­rają właściwie dopiero wtedy na znaczeniu, gdy mo­gą być wciągnięte w związek z tą kwestją zasadniczą. Jeżeli dziewica spotka młodego mężczyznę, czuje się w roli wodza ciągnącego na wojsko nieprzyjaciel­skie. Teraz już od kilku chwil może wszystko dalsze zależeć. Lecz i poza potyczką (żeby się wyrazić po wojskowemu) można dziewicę przyrównać do zmobili­zowanego wojska. Nosi na sobie kostjum wojenny, jest zawsze na posterunku i pod bronią. Innemi słowy: duchowe podniecenie przebija się w każdym czynie. Dziewczę zapala się do rzeczy, które ją zgoła nic nie obchodzą, objawia zainteresowanie, częściowo zapew­ne dla pozoru, częściowo jednak poważnie do wszyst­kich możliwych rzeczy, krytykuje, spiera się, krótko mówiąc wydaje się być w rozkwicie umysłu, a w sercowych sprawach często nawet genjalna. Teraz wychodzi zamąż i po krótkim czasie staje się inną. Z żywego, często wspaniałego dziewczęcia przeobra­ża się w prostą, zwyczajną kobiecinę. Naturalnie sprawa nie zawsze w ten sposób przebiega, ale prze­cież stosunkowo często. Lud zauważył od dawna tę zmianę in pejus i na swój sposób objaśniał. Wyobra­żano sobie, że razem z dziewictwem bywa przełama­ny jakiś urok, że tajemnicze siły zanikają. W pieśni o Nibelungach dziewica Brunhilda zwyciężyła każ­dego mężczyznę; skoro została przez Siegfrieda po­konaną, stała się taką kobietą jak inne. Podobne historje znajduje się często w podaniach. Obecnie mówi się raczej: to więcej nie jest jej potrzebne, przez co chce się powiedzieć, że ta żywość ciała i duszy miała na celu jedynie zwabienie męża. W każ­dym razie chodzi tutaj nie tylko o sam świadomy akt woli. Kobieta traci istotne właściwości, które przed­tem posiadała i obecnie nawet przy najlepszej woli nie mogłaby zdziałać tego, co poprzednio zdziałała. Wątpliwem wydać się może tylko to, czy ten minus dotyczący wydatności duchowych da się istotnie wy­tłumaczyć samym tylko wypadnięciem owego czyn­nika pobudzającego intellekt.

Również u tych, które w pierwszych latach mał­żeństwa dobrze się trzymały, zaczyna się upadek czę­sto po kilku połogach. Równolegle do zaniku piękno­ści i sił fizycznych idzie w parze cofanie się sił u- mysłowych, i kobiety, jak popularnie się mówi, „kończą się“. Często tego się nie zauważa lub przy­najmniej to nie razi, ponieważ tak zwane przymioty umysłu pozostają niezmienione, a codzienne życie nie stawia kobietom wymagań pod względem umy­słowym Uważny obserwator nie da się łudzić jednak i fakt takiego kończenia się bywa niejednokrotnie zauważony. Damy z pod znaku emancypacji często o tern wspominały, wskazując naturalnie w zajadli- wości swej poniżające zamknięcie się w obrębie po­koju dziecinnego i kuchni jako powód tego umysło­wego zaniku. To zamknięcie się nie nastąpiłoby je­dnak, gdyby istniały istotne potrzeby umysłowe. U względnie wielu kobiet, których mózg jest trwale czynny nie występuje ono rzeczywiście lub gdy oko­liczności w istocie wymagają tego koniecznie, wów­czas mimo dzieci i kuchni pozostaje zachowana świeżość umysłu. Bezwątpienia nie wszystkie podle­

gają zjawisku kończenia się, co widocznie ma swoje uwarunkowanie we wrodzonych właściwościach, cho­ciaż nie zawsze udaje się wykazać bliższy związek. Abstrahując od tych źle uposażonych, których ży­cie umysłowe jest minimalne i u których nawet w okresie pełni rozwoju nic można zauważyć jakie­goś rozkwitu życia umysłowego, można kobiety przy­równać do grupy wojska, które ucierpiało od wielo­krotnych ataków nieprzyjaciela, tj. czasu. Niektóre padają już w pierwszej, potyczce lub stają się po kilku latach małżeństwa słabowite, inne trzymają się dłużej, ulegają jednak ;zwolna, stając się czyto całkiem prostemi kobietami, czy ,też zasychając na dziwaczne stare panny. Ale również i pozostałe mają jeszcze do wytrzymania główny atak swego wroga, klimakterjum. Im wyżej stoi, jakaś istota, tern później dojrzewa. Już przez to samo, że natura kazała męż­czyźnie później dojrzewać od kobiety, wyróżniła go przez to i pokazała, że chce go wyżej postawić. To wyszczególnienie mężczyzny jest jeszcze większe przez to, że może on raz nabytą umiejętność zatrzymać pra­wie do końca życia. Wcześnie dojrzewająca kobieta ma natomiast przeciętnie tylko 30 lat, w czasie któ­rych jest kompletna. Klimakterjum oznacza przede- wszystkiem tylko ustanie czynności płciowych, w or­ganizmie zaś jako w odrębnej jednostce stoją roz­maite funkcje ze sobą w związku. Szczególnie istnieje ścisła łączność między czynnością płciową a czynnoś­cią mózgu. Budzi się do życia pierwsza, to druga u- lega zmianie, a gdy pierwsza zanika, to również i druga przeobraża się. Jeżeli pierwsze przeobraże­nie jest znacznym plusem, to drugie oznacza minus. Po klimakterjum zatem, wskutek którego kobieta

staje się „starą babą" możemy spodziewać się osła­bienia sil umysłowych. Doświadczenie też nie zawodzi oczekiwania. Zastrzegam się jednak tutaj, że istnieją wyjątki i niektóre stare kobiety aż do późnego wieku cieszą się zadziwiającą świeżością. Są one jednak tylko starą gwardją, która się nie poddaje i odpiera przynajmniej w zasadzie główny atak nieprzyjaciela. Gros armji ulega. Trzeba raz jeszcze to przypomnieć, że zewnętrzne jest odzwierciedleniem wewnętrznego. Wyśmiewamy się wprawdzie nieraz z fizjognomji, a w rzeczywistości zwykle nie jesteśmy w stanie uza­sadnić rozumowo naszego sądu co do fizjognomji i raczej opieramy się na instynktownem poznaniu, mimo to można jednak polegać na wyrazie oblicza. Wystarczy, jeżeli będziemy obserwować nieuprzedzo- nem okiem gros starych kobiet i potem zastanowi­my się nad mimowoli cisnącym się sądem. Znana jest obfitość żartów i nieżyczliwych uwag wylanych od niepamiętnych czasów na biedne stare kobiety w wierszach, przysłowiach i innych powiedzeniach. Czy było to bez powodu? Możnaby mniemać, że jest to wyrazem jakiegoś wrogiego sposobu myślenia, lecz skąd taki może pochodzić? Przecież mężczyzna nie nienawidzi rodzaju żeńskiego, nawet w wypadku, gdy zmuszony jest z nim walczyć. A do płciowo nieczyn­nych już kobiet, pomijając pewne specjalne przypad­ki, musi odczuwać obojętność względnie uprzejmość nawet z pewną dozą współczucia, one są już dla nie­go niczem, a wspomnienie własnej matki każdego napełnia tkliwością. Jeżeli mimo tego opinja ludu nie ma o nich nic dobrego do powiedzenia, a przy­słowie nie pozostawia na nich suchej nitki, to winę tego muszą ponosić własne jej przymioty. Zarzuca

 

się im zabobonność, egoizm, drobiazgowość, wogóle kłótliwość, gadatliwość, plotkarstwo, same właści­wości, które wskazują na niski stopień władz umysło­wych i stanowią właśnie o tym niedorozwoju umy­słowym kobiety. Słuszność każe jednak przyznać, że ten ogólny sąd wypadłby łagodniej, gdyby stare kobiety nic były tak szpetne. Szpetny to tyle, co godny nienawiści i lud istotnie nienawidzi rzeczy szpetnych1), jak n. p. niektórych obrzydliwych zwie­rząt. Tak więc ten uszczypliwy sąd nie mija się z ce­lem, gdy mówi o złośliwych starych babach, o złych starych czarownicach itp. Złośliwe stare kobiety i przedtem nie przydawały się na nic, nie podkreśla­no tylko ich złośliwości jak długo posiadały cielesne powaby. Bezwątpienia jednak wskutek niedorozwoju umysłowego występuje ta złośliwość jawniej na świa­tło dzienne i przybiera śmieszne formy, nie bywa jednak przez niego wywołaną. Zwyczajny niedoroz­wój umysłowy, jaki powstaje wskutek lat, na szczęś- ście pozostawia właściwe zalety kobiece niezmienio­ne, matczyny sposób myślenia pozostaje i mimo ca­łego prostactwa może stara kobieta ukrywać w so­bie skarb tkliwości.

Po tym ogólnym przeglądzie byłoby wskazanem jeszcze nieco dokładniej pokazać, w jaki sposób obja­wia się ten cały fizjologiczny niedorozwój umysłowy kobiety. Zwróciło to już uwagę ludzi, że zdolność przyswajania, która u kobiety najsilniej jest rozwi­nięta, ta właśnie stosunkowo wcześnie ustaje. Nie­stety trudno jest coś bliżej o tern powiedzieć. Bardzo

') W nlem. orig. gra słów: Hasslich heisst ja hassenswert und das Volk hasst tatsachlich das Hassliche. Przyp. tłum.

51


uderzającym rysem jest powolne zwiększanie się du­chowej myopii1). Tylko to, co najbliższe bywa do­strzegane i dlatego przeceniane. Charakterystyczna jest oszczędność na niewlaściwem miejscu; robi się z konieczności wielkie wydatki, ponieważ nie można zdecydować się na małe i, aby uratować fenigi traci się marki. Bliskie temu jest przecenianie nieznacz­nych naogól zdarzeń; bieżące banalne rzeczy każą zapominać o przeszłości i przyszłości i absorbują całą uwagę; tern samem zainteresowaniem obdarzone są zarówno sprawy wielkie jak małe, a rzeczy na­prawdę ważne są uważane za błahe i dlatego lekce­ważone. Złe doświadczenia nie są w stanie zmienić tego stanu rzeczy, a próby przekonywania uzyskują wprawdzie przyznanie racji, ale tylko w zasadzie i nie prowadzą do poprawy. „Taka już jestem11. Osła­bienie siły rozsądku dlatego szczególniej występuje, ponieważ z latami instynkt słabnie. Bywa ono często maskowane przez opieranie się na obcym sądzie; sko­ro jednak raz braknie tej podpory, to zatrważają nas niewiarygodne błędy, popełniane przy lada okazji. Podatność na suggestję zmniejsza się coraz bardziej, panują przeważnie jednostajne autosuggestje, powo­dujące upór, przeciw któremu wszystko jest bezsilne. Ponieważ umysł jest sztywny, więc to co obecne, ma zawsze więcej racji, w ten sposób powstaje miso- neizm -), a wszelka reakcja odbywa się mechanicz­nie. Jakkolwiek podobne rzeczy są naogół charakte­rystyczne dla tego wieku, jednak u kobiety obserwuje się je wybitnie wcześniej, a przytem otrzymują one

‘) my opia: krótkowzroczność. Przyp. tluin. >) Obawa przed nowością. Przyp. tłum.

 

swoiste zabarwienie przez związek z kobiecą wymową. Kto nie miał szczęścia być świadkiem rozmów star­szych pań, ten nie może wyrobić sobie pojęcia co do długości i jałowości tematu. Najprostsze historje bywają obrabiane w niezliczonych warjacjach i zmie­niają się w szybkim tempie. Dla obrazowego przed­stawienia tego potoku słów mogą być najrozmaitsze porównania: pluskanie kropel z okapu, szemranie fal *td., najlepsze zapewne jest porównanie z pusto idącym młynem.

Znajomość różnych form fizjologicznego niedo­rozwoju umysłowego może być brana pod uwagę w znaczeniu klinicznem, o ile chodzi o odgraniczenie od patologicznego niedorozwoju umysłu, temu zaś, który zna tylko stan normalny u mężczyzny, grozi niebezpieczeństwo rozpoznawania u kobiety stanów patologicznych tam, gdzie ich niema. Ocenienie lek­kich stopni niedorozwoju umysłowego należy do naj­trudniejszych zadań a nasze kliniczne metody są na­stawione tylko na większe zmiany. Jasnem jest, że samo badanie na modlę egzaminów szkolnych, w celu zorjentowania się co do posiadanych wiadomości nie wystarcza. Podobnie nie dają dostatecznego wy­jaśnienia te metody, które pozwalają wnioskować o sprawności prostych przejawów duchowych. Naj­ważniejszą byłaby możność badania zdolności kombi­nacyjnej. Riegcr') postawił w tym kierunku pewne wnioski. Można równie dobrze zastosować łatwe za­dania w rodzaju zagadek i tym podobne. W każdym

') Opis zaburzeń inteligencji na skutek uszkodzenia mózgu wraz z zarysem ogólnie dającej się stosować metody badania inteligencji. Posiedzenie tow. fizyko-med. Wurzburg, 1888-99 p. 65-95.

razie należałoby życzyć sobie, aby usiłowania idące w tym kierunku znalazły ogólne poparcie. Ale też po ulepszeniu metod nie będzie się imożna opuszczać wyłącznie tylko na kliniczne badanie. Nie będzie ono zapewne nigdy całkiem dokładne, gdyż wzru­szenia umysłu działać będą przeszkadzająco, czyli krótko mówiąc konieczną jest obserwacja człowieka w warunkach właściwego życia. Sądu o wydolności umysłowej nie należy właśnie opierać na samej tylko dorywczej próbie, lecz równie na historji życia.

 

 

 

 

 

 

 

 

  1. CZĘŚĆ DRUGA.

Objaśnienie.

I-O.

Moja praca spotkała się naturalnie z rozmaitą oceną. Wielu przyznało mi rację bądź to ustnie, bądź pisemnie; nikt jednak, o ile wiem, nie znalazł na tyle odwagi, aby to uczynić publicznie. Ku mojej radości otrzymałem pochwałę również ze strony ko­biecej; jedna pani n. p. mówiła mi, że czuje się jakby uwolnioną od ciężaru, ponieważ przez całe swoje życie nie mogła ona pogodzić w swoim przekonaniu twierdzenia, że kobieta może to samo uczynić, co mężczyzna. O wiele częstszą od pochwały była na­gana, niezadowolenie przybierało różne stopnie, od uprzejmego potakiwania głową, aż do namiętnego oburzenia. Kilku moich krytyków mniemało, że moja praca jest pewnego stopnia polemiką przeciw ro­dzajowi kobiecemu i, że ja jestem wrogiem kobiet. Naprawdę, jakie to głupie. W rzeczywistości bo­wiem bronię sprawy kobiecej przed jej szkodnika-

ł) Poprzednio przedmowa do drugiego wydania.

mi i walczę z bezkrwistym intellektualizmem, że źle zrozumianym liberalizmem, który zmierza ku pu­stemu partactwu równouprawnienia. Właściwymi wrogami kobiet są feministki, które chciałyby znieść różnice pomiędzy płcią. Nawet,wtedy, kiedy z niemi walczę, nie występuję przeciwko kobietom, gdyż te łatwo dadzą się zwodzić pozorom i marzą o „nowej kobiecie", ponieważ brakuje im właśnie roztropności i rozsądku, aby mogły wiedzieć co czynią; nie zdo­byłyby się one też na nic, gdyby nie miały za sobą mężczyzn, którzy im takie myśli podsuwają.

Nacisk kładę nie na twierdzenie, że kobiecy mózg jest mniej wydolny, niż męski, gdyż to już nie­raz powiedziano i dla nieuprzedzonego rzecz ta jest zupełnie jasna, ale na to, że ta niższość kobiecego mózgu jest pożyteczna i konieczna. Niektórzy dobit­niej niż ja podkreślają słabe strony intellektualne i moralne płci żeńskiej, lecz sądzili przytem, że za­leżą one od stosunków obyczajowych i dadzą się zmienić przez wychowanie. Tutaj należy n. p. Fanny Lewald1). Jestto zdaje się cechą reformatorów, że przeceniają oni znaczenie własnej woli. Polityczni i religijni nowatorzy nie rozumieją tego, że ludz­kość jest cząstką natury i że wszelkie ludzkie urzą­dzenia wynikają z konieczności istoty człowieka. Wierzą oni, że wystarczy mieć zdrowy rozsądek i do­brą wolę, a wówczas świat się zmieni. Nie widzą żywego człowieka, który w istocie kieruje się swym instynktem, lecz mają przed oczyma jakby woskową [14] lalkę, której kształty można dowolnie zmieniać i chcieliby przepisami tryumfować nad naturą. Ta­kimi fantastami byli rewolucjoniści z r. 1789, takimi też są nasi dzisiejsi zwolennicy burzy i naporu (Stiir- mer und Dranger). Podobnie jak Leo Tołstoj wie­rzy, że ludzie mogliby być chrześcijaninami w jego znaczeniu, gdyby tylko chcieli, tak też i feministki myślą przetworzyć kobietę zapomocą prawa i wy­chowania. Wprost dzieciństwem jest uważać właści­wości kobiety, jakie posiadała ona we wszystkich czasach i u wszystkich ludów za wynik własnej woli. Obyczaj jest rzeczą wtórną nie on wyznaczył kobie­cie jej miejsce, tylko natura podporządkowała ją mężczyźnie, stąd pochodzi obyczaj. Skoro więc wszystkie usiłowania zmierzające do usunięcia za­sadniczych różnic pici, do których zalicza się także mała głowa kobiety, muszą spełznąć na niczem, to możnaby się z nich wyśmiać, gdyby nie to, że wy­rządzają tyle biedy. Te w ściślejszym znaczeniu mo­dernistyczne dążenia są zaledwo częścią przewrotno­ści, które są nieodstępne tak zwanej cywilizacji, tych przewrotności, których my ze świata nie jesteśmy w stanie usunąć, które jednak każdy wedle sił po­winien starać się poznać i je zwalczać. Ze złem spo- lecznem rzecz się ma podobnie jak z chorobami, rosną one wraz z kulturą. Kobieta jest powołana, aby była matką, a wszystko, co jej w tern przeszkadza jest przewrotne i złe. Najgorszem złem jest bieda ży­ciowa, która odwleka termin zawarcia małżeństwa, albo go uniemożliwia, która zmusza kobietę do zdo­bywania sobie samej pożywiema. Pragnienie niesie­nia pomocy dziewczętom i kobietom przez los ży­ciowy udręczonych, zaopatrzenia je w możliwości i środki potrzebne do przyzwoitego sposobu życia jest naturalnie uzasadnione i żaden rozumny czło­wiek nie będzie zwalczał tego rodzaju „emancypa- cji“. Ale o tem nie trzeba zapominać, że pomoc może być środkiem zaradczym, lecz może być też złem. Lekarstwo jest dla chorych, a nie dla zdrowych. Całkiem inaczej, niż z nędzą ma się sprawa ze sa- mowolnem wypaczaniem kobiecego powołania. Odep­chnięcie kobiety od stanowiska matki może być mianowicie przeprowadzane dwojakiego rodzaju spo­sobami, tak, że można mówić z jednej strony o me­todzie francuskiej, a z drugiej o angielsko-amery- kańskiej. Pod metodą pierwszą rozumiem buduar dam1), pod dragą forsowanie pracy mózgu. Fran­cuskim nazwę ten kult dam dlatego, ponieważ do­szedł on do najwyższego rozkwitu w czasie ostat­niego stulecia pod ancien regirne we Francji i tam najwyraźniej pokazał swoją szkodliwość. Taka prawdziwa dama istnieje dla przyjemności; dla przy­jemności innych i dla przyjemności własnej. Wszy­stko co ciężkie, nieczyste, mozolne, dla niej nie istnie­je, ona unosi się jak ta grecka bogini, otoczona bla­skiem słonecznego piękna ponad ziemskimi opara­mi. Ona chce kochać, panować i mówić, a męż­czyźni są od tego, aby w niej się kochali, jej słu­żyli i z nią dysputowali. Jej tron stoi „w salonie*1 (na to słowo nie mamy w języku niemieckim wyrażenia, możnaby zapewne powiedzieć: miejsce do paplania (Schwatzbude). Słowo salon oznacza jak wiadomo społeczeństwo z czasów przed wielką Rewolucją

>) Damen Wirtschaft. dosłownie gospodarstwo dam. Przyp. tłum.

i śmiało można twierdzić, że ta ostatnia nie byłaby możliwa bez salonu. Społeczeństwo bowiem z czasów przedrewolucyjnych zginęło nie wskutek swego zepsucia, lecz wskutek swojej słabości. Przy­czyną zaś słabości był przedewszystkiem salon, w któ­rym, w tej atmosferze dam przyjemność uchodziła za jedyny cel życia, a w którym wszystko stawało się delikatne i zniewieściale. Tam wszystko służyło zabawie, a wszystko co poważne było wyszydzane. Miłość była zabawką, o, ile możności bez następstw; były jednakże następstwa, to nie powinny przeszka­dzać przyjemności dłużej, niż to bezwarunkowo było konieczne. Sztuka i wiedza były zabawą, ich wła­ściwym sensem było dostarczanie tematu do rozmo­wy, a uchodziły za doskonałe, gdy przypadały do smaku damom. Takie sromotne życie nie ograniczało się naturalnie tylko do jednego kraju, albo do jed­nego wieku, było ono prawdopodobnie przed Rewo­lucją najsilniej rozwinięte, ale panoszyło się do pew­nego stopnia i u nas, i wszędzie tam, gdzie przy bra­ku poważnych celów istniał dostatek. Gnuśniejące społeczeństwo gnije, a jedną z najważniejszych oznak zgnilizny jest to, że na miejscu matki występuje dama.

Więcej godną szacunku, jakkolwiek również zgubną jest metoda angielsko-amerykańska, dlate­go tak zwana, ponieważ prądy dążące do obdarzenia głów kobiecych mózgami męskimi znalazły swoje rozprzestrzenienie najwcześniej u narodów mówią­cych po angielsku. Gdyby szlachetny zamiar był w stanie złą rzecz uczynić dobrą, to mogłoby to stać się w tym wypadku, gdyż przedstawiciele angiel­skiej metody pracując z reguły bezinteresownie dą­żą do swego celu w tem podniosłem przekonaniu, że spełniają dobry czyn. Jest doprawdy coś wzru­szającego, gdy się widzi jak młode dziewczęta re­zygnują z różnego rodzaju przyjemności i marnują swoje zdrowie dla chimery wykształcenia. Ponie­waż feministki są szczerze przekonane, że ich szko­dliwa działalność jest bardzo użyteczną, rzucają się przeto na każdego oponującego z dużą zawzię­tością i w podobnych do mnie widzą wstrętnych obskurantów, których nieuctwo jest jeszcze naj­mniejszym błędem. Czują się one przedewszystkiem dlatego takie pewne, ponieważ łącząc w jedno za­gadnienie troskę o dostarczenie biednym dziewczę­tom zarobku, czyli t. zw. uzasadnioną emancypację i zabiegi o umężczyźnienie kobiety czyli t. zw. nie­uzasadnioną emancypację, dzięki takiemu postępo­waniu zyskują w swej działalności pewne korzy­ści. Przypuśćmy nawet, że feministkom udałoby się osiągnąć ich cel i kobiety zdobyłyby dla siebie wszystkie gałęzie męskich zawodów i praw, to w naj­lepszym wypadku wynik ten nie przyniósłby korzy­ści. Kobiety bowiem robiłyby co najwyżej jeszcze raz to samo, z czem mężczyźni już poprzednio da­wali sobie radę. Lecz w ten sposób liczba pracow­ników uległaby podwojeniu, a wartość pracy zmniej­szeniu1). To byłoby już ziem, ale stosunkowo ma- lem ziem wobec dalszych skutków. Albowiem spa­dłaby przedewszystkiem znacznie liczba urodzin, po­nieważ zawieranie małżeństw stałoby się rzadsze, a w małżeństwie rodziłoby się mało dzieci. Obecnie

>) Czasy obecne potwierdziły słuszność tych zapatrywali autora. Przyp. tłum.

garnie się duża ilość dziewcząt do małżeństwa, idąc za głosem instynktu i szukając swego zabezpieczenia. Jeżeli będą nakłaniane do zastanowienia się i jeżeli będą mogły utrzymywać się bez pomocy mężczyzny, to ich dotychczas naiwny egoizm stanie się egoiz­mem wyrafinowanym i właśnie najmądrzejsze z nich będą stroniły od małżeństwa. Również umężczyźnio- na kobieta będzie mniej pociągała mężczyznę, niż naturalna. Ponieważ nowa kobieta nie jest w sta­nie rodzić dużo dzieci i dziecka nie chce, więc rozumie się samo przez się, że małżeństwa będą mieć mało dzieci. Będą to małżeństwa bezdzietne, mające jedno dziecko, najwyżej dwa. Jeżeli czasem przyjdzie do większej ilości dzieci, czy to wskutek życzenia mężczyzny, czy też w inny sposób, to wów­czas muszą cierpieć nędzę albo dzieci, albo kobie­ta, gdyż kobieta będzie zmuszona poświęcić albo dobro dzieci dla zawodu, albo zawód dla dzieci. Pozatem również i jakość dzieci będzie pozostawiać dużo do życzenia, ponieważ potomstwo kobiet pra­cujących mózgiem nie oznacza się silą, matki zaś cierpią na brak pokarmu. Krótko mówiąc zaludnie­nie będzie szybko zmniejszać się liczebnie i zmieniać charakter, a naród wejdzie w okres starości. Po­nieważ napewno nie cala ludzkość będzie brać udział w tern przeobrażeniu się kobiety, wskutek tego na­ród feministów musi ulec swoim sąsiadom, a jego szczątki wejdą w skład innych zdrowych narodów. Jeżeli w narodzie pewne tylko warstwy przeprowadzą eksperyment męskiej kobiety, to skazują się na wy­marcie. W każdym razie w takim wypadku można mówić o samobójstwie społeczeństwa, a jeśli kto woli o zdradzie kraju lub stanu. Na szczęście nie potrzeba się obawiać, aby te posępne przepowiednie miały się spełnić, ponieważ rozsądek objawiający się nieświadomie w popędzie nie dopuści do zrealizowa­nia tych feministycznych planów, dopóki tylko na­ród zachowa swoje siły żywotne. Zawsze jednak mogą one narobić dużo złego, ponieważ sfery, które narażone są na ich szkodliwy wpływ, najwięcej właśnie przodują kulturze. Jeżeli „intelektualiści" chcą utrzymać swój ród i żyć w swoim potomstwie, to muszą przedewszystkiem baczną zwrócić uwagę na to, aby żony ich były zdrowemi kobietami, a nie damami o typie mózgowym (Gehimdamen), ponie­waż człowiek kultury oddalony od natury potrzebuje kobiety naturalnej jako swej partnerki, w prze­ciwnym razie wykształcenie okaże się bez litości dla ich potomstwa, t. zn. rodziny ich skazane będą na wymarcie.

Cóż zatem należy czynić? Najpierw poniechać tego wszystkiego, co kobiecie przynosi szkodę ja­ko matce. A więc przedewszystkiem wychowanie dziewcząt. Myślano, że budując wyższe szkoły żeń­skie, w których dziewczęta mają pobierać ogólne wykształcenie, zrobiono coś dobrego. Ostatnio otwar­to nawet gimnazja żeńskie, o których proboszcz Hans Jakób mówi, że są one jak wole: nieużyteczne. Najlepiej byłoby zburzyć wszystkie „wyższe szkoły". Ich rezultat jest i tak nikły1), zło leży jednak w tem, [15]

 

że w nich stają się dziewczęta nerwowe i słabowite. Uczą się tego, co nie jest im potrzebne, a przytem dostają bólów głowy, natomiast nie uczą się rze­czy potrzebnych. Zgroza ogarnia, gdy się słyszy, jak ładuje się do głów daty historyczne, nazwy geogra­ficzne, chemiczne formułki itd., jak przez opraco­wania absurdalnych tematów ułatwia się rozwój kłamliwości i frazeologji. Publiczne urządzenia mu­szą być obliczone na skalę przeciętności. Nieprze­ciętnie uzdolnione dziewczęta trafiały się zawsze, jest ich jednak niewiele. Tym nie powinno się sta­wiać przeszkód na drodze, przeciwnie trzeba im ułatwiać i wszystkie drzwi zostawiać otworem. Dla każdego talentu otwrarta droga, ale nie bezużyteczna masowra tresura. Jeśli duża ilość chłopców nie ma dosyć wystarczających kwalifikacyj do wykształce­nia „humanistycznego", to tembardziej dziewczęta, które natura przeznaczyła do przedmiotów praktycz­no pożytecznych. Jeżeli ograniczy się do tego, aby po skończeniu szkoły powszechnej dziewczęta uczyły śię tego, co im może w życiu być pożyteczne, jak robót ręcznych1), gospodarstwa domowego, pielęg-

nacji dziecka, wiadomości z zakresu urządzeń pu­blicznych państwa, gminy, kościoła, znajomości po­żytecznych, technicznych urządzeń codziennego życia, obrotu pieniężnego i co tam jeszcze może wchodzić w jachubę, to będą one uczyć się tego z łatwością i wiadomości zapamiętywać. Języków muszą się u- czyć, ale tak jak dziecko uczy się mówić, nie syste­mem „naukowym". Nauka literatury może zaspo­koić odpowiedni dobór lektury. Niedawno temu zrobiła pewna pani dobrą propozycję zaprowadzenia dla dziewcząt jednorocznej siużby, t. zn. oddania ich pod kierownictwo na pewien czas do jakiejś uży­tecznej instytucji. O ile sobie dobrze przypominam chodziło tam głównie o pielęgnację chorych. Jednak nie można kłaść na to zbytniego nacisku, gdyż wy­maga to specjalnych właściwości, a nie byłoby wskazane, aby zapach szpitalny przesiąkał na cale życie. Główną rzeczą pozostanie jednak zawsze pie­lęgnacja dziecka. Właściwie każda dziewczyna w 20, a najpóźniej w 25 roku życia powinna mieć w spo­sób godny własne dziecko. Obecnie niektóre młode matki mają zadużo dzieci, podczas gdy wiele nie­zamężnych kobiet nie posiada wcale dzieci. Tutaj powinny bezdzietne przyjść z pomocą posiadającym dzieci i ulżyć biednym matkom, które często są obarczone ponad siły. Niestety nie mogę tutaj roz­wodzić ^się nad tein, jakby to można było zrobić i tak dawno przyganiają mi, abym patrzył swe­go kopyta. Dlatego przerywam i powtarzam tylko: Strzeżcie kobietę przed intellektualizmem.

 

Znowu muszę zaznaczyć, że j. tym razem po­święcono mojej pracy wiele różnego rodzaju uwag. Kilku krytyków przyznało mi obecnie i to otwarcie, rację. Z przyjemnością o tem wspominam, jednak ta zgadzająca się w zupełności lub w głównych zarysach krytyka z natury rzeczy nie nastręcza te­matu do dalszych uwag. „Inni“, a tych jest większość zmuszają mnie jednak do powiedzenia czegoś. Ko­biece pióra mają dla mnie tylko naganę, co jest łatwem do zrozumienia, gdyż te dziewczęta i ko­biety, które czują, że mam rację zwykle nie należą do posługujących się piórem. Więc streszczając, powiem: Brak zrozumienia, wielka ilość błędówizło- śliwość kobiecych krytyków dowodzą tylko, że traf­nie oceniłem umysłowość kobiecą. Lecz przecież może to i niesłuszne. Po pierwsze nie wszystkie by­ły złośliwe, niektóre raczej okazywały wcale rze­telny sposób myślenia. Po drugie zaś poczuwam się do obowiązku wyjaśnienia wedle sił wszystkich nieporozumień i do ułatwienia zrozumienia, o ile to możliwe. Początkowo rozprawa była przezna­czona właściwie dla kół medycznych. Skoro obecnie

') Przedtem przedmowa do 3 wydania.

 

 

 

już raz dotarta do szerokich sfer publiczności, nie­jedno trzeba teraz objaśnić, co poprzednio nie wyma­gało wyjaśnienia.

Moi przeciwnicy często różnią się między sobą, ale w jednem zgadzają się prawie wszyscy, a mia­nowicie, że uważają mnie za jakiegoś skończonego głupca. Inaczej przynajmniej trudno mi pojąć, dla­czego ze wszystkich stron pouczają mnie o rze­czach, które według mnie rozumieją się same przez się. Przedewszystkiem gani się sam sposób przed­stawienia rzeczy. Kilku młokosów, zaliczających sie­bie do uczonych sądzi, że właściwie ja nie piszę w sposób naukowy, gdyż pisanie takie o rzeczach, które zostawiają pole do myślenia i nie mogą być traktowane exakt niema nic wspólnego z nauką. Tym odpowiadam, że poza sobą posiadam długie lata naukowej działalności, a skoro obecnie dla dobra ogółu chętnie przerzucam się na „nie ściśle nauko- we“ tematy, to wiem, co czynię. Według innych wykład mój jest oziębły i jednostronny; zamiast roz­ważyć na równi dodatnie i ujemne strony, podkre­ślam w sposób ostry i nieżyczliwy same tylko wady. Ja jestem jednak zdania, że rzeczowe ujęcie tematu nie może mieć nic wspólnego z roztkiiwianiem się, a tutaj nie chodzi wogóle o pochwały czy naganę, ani o ideały czy życzenia, tylko o rzut oka na rzeczy­wistość; tematem moim był słaby rozwój umysłowy kobiety, dlatego musiałem powiedzieć jasno i wyra­ziście, jak ten niedorozwój się objawia; gdybym pi­sał „o kobiecie*', to wyglądałoby to już inaczej. Duże zgorszenie wywołał tytuł. Niedorozwój umysłowy jest przecież, czemś chorobliwem, jak można odwa­żyć się mówić o fizjologicznym niedorozwoju urny-

 

słu? Lecz ja właśnie odważyłem się i niezłomnie przy tern obstawam, że pojęcie fizjologicznego nie­dorozwoju umysłowego jest konieczne, jeżeli się chce porównywać wydolność umysłową w pewnym wieku życia, u poszczególnej płci i narodów1). „Umysłowa słabość" znaczy przecież mniejwięcej. to samo, co umysłowy niedorozwój, nie zawiera w sobie jednak znamienia pierwiastkowości, typowości, lecz może być odniesiona do przypadkowo pojawiających się stanów osłabienia, dlatego wymaga pewnego dodat­ku, jeżeli się chce wyraźnie wykluczyć słabość na tle chorobowym. Mówić o „niższości umysłowej" jest rzeczą niesmaczną[16] [17]), gdyż słowo niższość (infe- rioritas) jest brzydkim obcym wyrazem, a prócz tego zawiera pogardliwy ton. Jeżeli kobietę nazywa się umysłowo niedorozwiniętą w porównaniu z mężczy­zną, to tern jeszcze nie poniża się jej, gdyż przez to wypowiada się nie sąd co do wartości, lecz stwier­dza fakt.

Dobrze, ale to słowo „kobieta"[18]). Pouczono mnie, że nie mam racji, gdy powołuję się na sposób

wymowy, gdyż wprawdzie dawniej wyraz kobieta służył do oznaczenia płci, ale rozwój języka postę­puje naprzód i przy obecnym jego stanie używa się właśnie słowa „pani". Równocześnie jednak pamięć przywołała mi wspomnienie starego słowa „dom pań“ („Frauenhaus"), które nie wydaje mi się zbyt szczęśliwe. Kogo interesuje strona historyczna, niech zajrzy do słownika Grimma, jak ja to zrobiłem. Prawdą jest, że już dawniej; słowo „Pani“ było uży­wane pierwotnie w odniesieniu do osób dorosłych żeńskiego rodzaju jako zwrot wyrażający szacunek, zwłaszcza dla uwzględnienia różnic społecznych. Ten sposób zastosowania jest zrozumiały i uzasadniony, gdyż słowem kobieta określono i określa się prze- dewszystkiem osobę jako płeć. Zresztą gadanie

  • „rozwoju języka“ jest czystą przechwałką. Ale
  • dziś jeszcze słowo pani bywa używane w dawnem znaczeniu, gdyż służąca mówi: pan jest całkiem do­bry, ale z panią nie można wogóle dłużej wytrzymać, a również w mowie „pani“ odpowiada słowu „pan“. Także i dziś jeszcze słowo kobieta bywa używane w znaczeniu zbiorowem przy publicznych urządze­niach i tak na kolejach mamy przedziały dla pań (Frauen-Abteilungen), tak jak dawniej mówiło się o 'pokoju kobiet (Frauenzimmer)J). I dzisiaj słowo kobieta określa płeć i tak pozostanie naprzekór wszytkim feministkom. Jeżeli jednak one mówią

nież na tem polu ambicje językowe; i tak powstaje: Zwią­zek pań domu, Stowarzyszenie pań itd., gdzie unika się słowa kobieta, uważając słowo „pani" za coś wyższego. Przyp. tłum.

■) U nas w dawnej Polsce przyjęło się słowo fraucimmer na zbiorowe określenie kobiet n. p. na dworze. Przyp. tłum.

pani zamiast kobieta, również i tam, gdzie mowa o kobiecych właściwościach, jako znamionach płcio­wych i gdzie mężczyźnie przeciwstawia się kobietę jako pojęcie przyrodnicze, to ma się. tu do czynienia nie ż próbą rozwijania mowy, lecz ze zadzieraniem nosa, tak samo, jakby każda służąca chciała się na­zywać panną. Idąc dalej będą chciały słowo „ko- biecy“ zastąpić przez „paniny“l) chociaż jest ono używane w całkiem innem znaczeniu i samice ty­grysa nazywać będą panią tygrysa[19] [20]). Jedna jeszcze rzecz jest dziwaczna. Jakkolwiek rodzaj nijaki słowa kobieta[21]) powinienby przedewszystldem zranić dumę kobiecą, przecież słowo to nie straciło kredytu w licz­bie pojedyńczej i można mówić: moja kochana .ko­bieta, jest się przywiązany do kobiety i dziecka, co- więcej „kobieta" ma często poetyczne brzmienie („zabij wpierw swoją panią" — nie wyglądałoby u Fidelia tak dobrze). Natomiast w potocznej mowde miałaby liczba mnoga „kobiety" trącić istotnie oso­bliwością. 'Jak do tego doszło, nie wiem doprawdy. Więc jedna kobieta może się podobać, natomiast większa liczba ma sprawiać mniej miłe wrażenie? Nikt jednak nie może mnie zmusić, abym ze względu na mowę potoczną przy rozważaniach naukowych nad kobietą nie posłużył się odpowiedniejszą w tym wypadku liczbą mnogą. Przecież. tu chodzi o ujęcie wszystkich form przejawów kobiety, tego jednak nie potrafi oddać inne słowo. Jeżeli jednak ktoś celem uniknięcia tych wszystkich drażliwości będzie uży­wał w mowie zawsze tylko „dziewczęta i panie“, to jest to nietylko zbyt szczegółowe, ale często również i niewłaściwe, gdyż wtedy poprostu zwykło się my­śleć „jeszcze niezamężne i zamężne", a więc znowu ma się do czynienia ze stosunkami towarzyskiemi, zwłaszcza, że co do dziewcząt nie można wiedzieć, czy to słowo zostało użyte w szerszem czy ściślej- szem znaczeniu (dzieci i dziewice): Będziemy więc i nadal mówić o kobiecie i kobietach i spodziewa­my się, że to nieuzasadnione przeczulenie ustanie.

Kto ma prawo mówić o kobiecie? t. zn. kto się na tern cośkolwiek rozumie? Albo raczej, ponieważ wszyscy się na tern nieco rozumieją, kto zna się na tern najlepiej? Może same kobiety? tak i nie«. W każdym razie trzeba posłuchać ich zdania. Na­leży jednak rozróżnić dwie ewentualności: Jeżeli jakaś kobieta ocenia zachowanie się i czynności dru­giej, to czyni to często bardzo krytycznie, bardziej, nawet niż wielu mężczyzn. Ale tylko wtedy, gdy oce­niająca i oceniana znajdują się na tym samym po­ziomie. Inaczej jest z samooceną. Naogół przeciętna kobieta nie jest ani skłonna ani zdolna do wypowie­dzenia się o swojem Ja. Ona czuje i działa pod wpływem uczucia, analiza stanowi dla niej coś ob­cego, niewłaściwego, coś co mogłoby jej Ja zbesz- cześcić. Dopiero gdy kobieta dojdzie do pewnego wieku i do pewnego stopnia wyższej kultury, staje się zdolną do samoobserwacji: Nie rzadko bywa ona osiągana przedwcześnie, ale wtedy łatwo wychodzą na jaw bardzo wypaczone poglądy i fałszywe zapa­trywania, co dosyć często można obserwować u mło­dych dziewcząt i u pozornie wykształconych. Za­tem pod uwagę mogą być brane tylko dojrzałe i wy­soko wykształcone kobiety. Wyznania ich są z pew­nością bardzo cenne, ale tutaj zachodzi ta obawa, że one same skłonne są przyjmować swój wykształ­cony i uszlachetniony sposób myślenia za ogólnie kobiecy sposób, podobnie jak to czynią ci wszyscy, którzy bezkrytycznie uogólniają swoje własne po­glądy. Również nawet przy dużem zamiłowaniu do prawdy rzadko tylko pełna prawda da się osiągnąć, ponieważ wszyscy ludzie a kobieta w wyższym stop­niu niż mężczyzna podlegają z jednej strony złudze­niom, a po drugie duchowo całkowicie nigdy się nie wywnętrzają, lecz zawsze nieco kryją nawet wo­bec najbliższych. Na największe zaufanie mógłby za­sługiwać dziennik przeznaczony do przechowywania tajemnic, który czy to wbrew woli piszącej, czy do­piero po jej śmierci został odczytany. Ale i wówczas jeszcze należy być ostrożnym. Wchodzą w rachubę wreszcie przez kobiety poczynione obserwacje, któ­rych przedmiotem są inne kobiety. 1 tutaj trzeba o tem pamiętać, że kobiety ustrój już z natury nie jest nastrojony na spostrzeganie, że kobiecie ciężej naogól wyzwolić się od subjektywności niż mężczyź­nie. Ale pomijając to pozostają jako warunki z jed­nej strony zdolności umysłowe a doświadczenie z drugiej strony. Przeważna liczba kobiet ma, poza kręgiem rodziny i kółkiem przyjaciół, zaledwo w to­warzystwie sposobność do robienia obserwacyj, jed­nak towarzystwo jako teren różnego rodzaju kłamstw, najmniej właśnie nadaje się do tego. Mniej liczne zdobywają doświadczenie, jako damy dobroczynności, nauczycielki, pracownice zawodowe, w czasie podróży itd. Spostrzeżenia ich dotyczą przeważnie tylko poszczególnych warstw społeczeń­stwa lub pojedynczych grup. Również brakuje zwy­kle objektu porównawczego, ponieważ rzadko na­darza się sposobność przyjrzenia się z bliska licznym i różnego rodzaju typom ludzkim. Naturalnie nie brak wyjątków i tak jakiś zbieg okoliczności ży­ciowych lub zawód (n. p. aktorki) mogą dostarczyć dogodnych sposobności do obserwacji. Widocznem jest, że szkody jakie ponosi mężczyzna z niemożności brania bezpośredniego udziału w życiu wewnętrznem kobiety równoważą niektóre inne korzyści. Nawet ci, którzy faktyczną różnicę między umysłem męż­czyzny a kobiety uważają jako coś nienaturalnego i wywołanego wskutek pognębienia kobiety, muszą przyznać, że mimo wszystko mężczyzna posiada wię­cej zdolności do obserwacji niż kobieta, że patrzy bezstronniej, bardziej wytrwale i konsekwentnie i że życie dostarcza mu więcej sposobności do robienia spostrzeżeń. Ale i wartość mężczyzn jako obserwato­rów jest bardzo różna. I tu uzdolnienie, wykształce­nie, jak i okoliczności mają naturalne znaczenie. Z pomiędzy t. zw. z wykształconych stanów najwię­cej danych będą mieli ci, którzy .wskutek swego za­wodu zostali przygotowani do obserwacji ludzi. Spo­sobność może być dwojakiego rodzaju. Po pierwsze musi mężczyzna utrzymywać bliższe stosunki z kobie­tami, nie tylko matką, siostrami i z linnemi rodzaju żeńskiego krewnymi, lecz także stosunki o charak­terze płciowym. Naogół mężczyzna żonaty ma lepsze warunki niż ten, co zna tylko miłostki, gdyż te sto­sunki nie trwają zwykle zbyt długo, a same partner­ki nie przedstawiają często wielkiej wartości. Z dru­giej zaś strony niejeden małżonek jest skrępowany, czy to przez miłość, która zaślepia, czy to przez wzgląd, by nie zadrasnąć kogoś. Mimo to człowiek żonaty powinien mieć najdogodniejsze warunki. Po drugie musi zawód mężczyzny nadawać mu, jak tyl­ko możliwie dokładnej sposobności obserwowania dużej ilości i różnego rodzaju typów kobiet. Dwa sta­nowiska spomiędzy wszystkich dają najdogodniejsze okazje, lekarza i kapłana. Katolicki duchowny jest wprawdzie wykluczony od stosunków płciowych, ale zato spowiedź daje mu tyle wyjaśnień, że pod pew­nymi względami trudno mu dorównać. Lekarz zaś ma tą korzyść, że lepiej jest obznajmiony co do sto­sunków małżeńskich i jako przyrodnik z zawodu jest lepiej, że tak powiem technicznie przygotowany. Pozatem lekarz również jest jakby spowiednikiem i właśnie w krajach protestanckich przypada mu ta rola. Z pośród lekarzy znowu dwaj z nich są szcze­gólnie uprzywilejowani, lekarz kobiecy i neurolog. O lekarzu chorób kobiecych bardzo trafnie wypowie­dział się Runge, który obalił ten niemądry zarzut, jakoby lekarz miał do czynienia tylko z choremi ko­bietami1). Jeżeli ginekolog głębiej wnika w życie płciowe, to neurolog zajmuje się przeważnie stanami duchowymi i zdobywa na tern polu doświadczenie, jakie rzadko jest innym dostępne. O wiele niepomyśl- niej przedstawiają się inne stanowiska. Protestancki duchowny posiada daleko mniej pomyślne warunki niż jego katolicki kolega i lekarz. Prawnik posiada [22] z reguły tylko jednostronne doświadczenie, gdyż staje wobec „mniejwartościowego" materjału. To samo odnosi się również do niektórych urzędników administracyjnych kierowników więzień kobiecych jakkolwiek nie należy zapominać, że właśnie pod nie­którymi względami mają przedstawiciele państwa do­brą sposobność. Nauczyciele dziewcząt mają również szczególne okazje, jednak bez korzyści, ograniczeni są bowiem tylko do wieku niedojrzałego. Najniekorzyst- niej przedstawia się rzecz u ludzi piszących, teorety­ków, którzy swoje wiadomości czerpią z literatury i od swojej żony. Naturalnie ma to tylko wartość ogólni­kową, w rzeczywistości bowiem osobiste walory od­grywają największą rolę, nieraz duchowni i lekarze spowodu braku danych nie wyzyskują swoich ko­rzystnych sposobności, podczas gdy wysoce uzdol­nieni i spostrzegawczy mężczyźni potrafią nawet przy małych możliwościach porobić duże spostrzeżenia, zwłaszcza wtenczas, gdy umieją wykorzystać odpo­wiednie i doświadczenia innych. I tak n. p. Kant jest znakomitym krytykiem, jakkolwiek jego doświadcze­nie nie musiało być duże. Lecz i ten, kto posiada duże doświadczenie nie będzie się wyłącznie na niem opierał, lecz będzie o ile to możliwe wykorzystywał doświadczenia drugich. W ten też sposób każdy po­stępuje całkiem nieświadomie. Tylko tam, gdzie chodzi o literaturę, nie powinno się zaniechać pyta­nia, czy piszący, w podobnem wypowiedzeniu się nie był przypadkiem zainteresowany naskutek sw7ego sta­nowiska. Pisma ludzi tendencyjnych są z góry po­dejrzane, a jeżeli przytem okaże się, że i z doświad­czeniem sprawa stoi kiepsko, to wie się odrazu, co o tern myśleć; sądy Stuarta Milla, Bebela i innych zaślepionych teoretyków, nie będzie nikt wyżej cenił, niż na to zasługują.

Co do wagi mózgu, to sprawa w ten sposób się przedstawia. Th. L. W. von Bischoff >) profesor ana- tomji w Monachium ważył 559 męskich i 347 kobie­cych mózgów. Jako najwyższą wagę męskiego mózgu znalazł on 1925 g. kobiecego 1565 g. Jako prze­ciętna tych wszystkich pomiarów wypadła dla mózgu męskiego liczba 1362, dla kobiecego 1219 g. Sam

') Das Gehirngewieht des Menschen. Bonn 1880. 8°. 171 str. i tablice. Kto chce czegoś bliższego się dowiedzieć, musi sam przeczytać to znakomite dzieło; będzie Się potem wsty­dzić tego lekkomyślnego zaczepienia Bischoffa. Jest to, na­wiasem mówiąc, wstyd naprawdę, jeżeli się dzisiaj jeszcze powołuje na dowodzenia prof. Briihla. Chcę tutaj tylko po­wtórzyć jeszcze parę powiedzeń Bischoffa: „Musimy przeto dla oceny somatycznych czynności mózgu obu pici w-ziąć pod uwagę względną wartość jego ciężaru i po tern uwzględnieniu odnieść różnice wagi obu mózgów jedynie tylko na karb psy­chicznych funkcji mózgu". „Według zgodnej opinji wszystkich badaczy, jest u wszystkich dotychczas znanych ras i szcze­pów ludzkich średni ciężar wagi mozga dorosłych mężczyzn wybitnie większy niż u kobiet... Ten fakt tak znacznej róż­nicy pomiędzy wagą mózgu męskiego a kobiecego, jak rów­nież i to, że najniższą wagę mózgu spotyka się tylko u ko­biet, najwyższą zaś tylko u mężczyzn, razem stanowi to czyn­nik pierwszorzędnego znaczenia, zwłaszcza “przy swej uniwer­salności i bezwzględności, jakiej nie spotyka się więcej w ca­łej nauce o wadze mózgu".

Dla drugiej części mojej rozprawy ważny jest następu­jący wynik.

„Wzrost wagi mózgu osiąga u mężczyzny swoje maximum między 20—30 rokiem, u kobiet max.imum do 20 roku, podczas gdy stały ubytek odbywa się u kobiet między 50 a GO, u męż ­czyzn między 60 a 70 rokiem życia". Ostatnie wyniki Bi­schoffa zostały potwierdzony przez Marchanda, (O wadze mózgu u człowieka. Biolog. Central-Blatt XXII. 12. 1002).

Bischoff poczynił: w swoim dziele możliwe zarzuty, a zwłaszcza odparł zarzut, jakoby przez t. z w. względ­ną wagę mózgu wyniki miały być inne. Istotnie nie można dowodzeniom Bischoffa (które w zupełności zgadzają się z wynikami innych badaczy) nic wo- góle zarzucić. Jednak ważenie mózgów nie jest wcale prostą rzeczą i robić je może tylko anatom. Pewnego rodzaju rekompesatą mogą być pomiary głowy. Ab­strahując od bardzo rzadkich nienormalności kształ­tów głowy, n. p. tak zw. głów wieżonych, można bez wahania przyjąć, że największy obwód głowy jest proporcjonalny do jej wielkości, a tern samem do wielkości mózgu. Rozumie się, że tego rodzaju pomiary nie będą całkiem dokładne, ale w tym wy­padku wcale o to nie chodzi. Dla znającego się na rzeczy nie ulega wątpliwości, że zasadniczo wielkość głowy rośnie wraz z umysłowemi zdolnościami. Na­turalnie musi się przy tern wziąć pod uwagę wiel­kość ciała, duża głowa na małem ciele będzie miała większe znaczenie niż na dużem ciele i odwrotnie. Trzeba również i o tem pamiętać, że poszczególne uzdolnienia (poszczególne talenta) nie muszą naogół odpowiadać dużemu mózgowi, ale tylko pod pew­nymi względami dużemu mózgowi. Protesty przeciw tej tak prostej i nie ulegającej wątpliwości praw­dzie pojawiają się często w dziennikach z dziw­nym uporem. Przytem stawia się pytanie, cui bono? Jeżeli dokona się pomiary na większej liczbie męż­czyzn, to można się przekonać że wszyscy ci, któ­rych umysłowe zdolności przekraczają miarę prze­ciętną, mają stosunkowo dużą głowę, obwodu 57 cm i więcej. Przy 56 i 55 cm zdatność umysłowa nie jest wykluczona, chociaż w granicach tych cyfr nie spo­tyka się jej często, a raczej o wiele częstsze są małe uzdolnienia. Natomiast mniej niż 55 cm spotyka się prawie tylko u mężczyzn umysłowo bardzo źle uposa­żonych, a przy 53 cm można z niejaką pewnością przypuszczać patologiczne stosunki. To odnosi się też do małych mężczyzn. Jeżeli się mierzy głowy ko­biece, to dość często znajduje się obwody 56, 57 cm, ale również bardzo często 52, 51, a nawet 50. Te niskie cyfry spotyka się u dorosłych kobiet śred­niego zwrostu (160 cm i więcej) i o zwyczajnem umysłowem uzdolnieniu (t. j. w szkole dobrze się uczyły i spełniają wszystko, co wymaga ich stanowi­sko w rodzinie, mówią one obcymi językami i wy­powiadają zdrowe sądy). Jeżeli widzę, że mężczyzna wysoki 165 cm, mający 53 cm obwodu głowy nie może sprostać większym wymaganiom, kobieta zaś tej samej wielkości mająca 51 cm obwodu głowy przewyższa wiele swych sióstr umysłową tężyzną, to nie mogę przecież traktować tego obojętnie. Jeżeli się wreszcie raz przekonało o regularności tych cyfr, to nawet sporadycznie zachodzące przypadki, które oozomie wyłamują się z reguły, nie mogą już wpro­wadzić więcej w błąd. Dlatego kładę na te rzeczy nacisk, ponieważ są takie proste i każdemu do­stępne ').

Również przeciwko badaniom Riidingera nie można nic zarzucić jak przeciw badaniom Bischoffa. Co najwyżej można powiedzieć, że należałoby sobie życzyć, aby liczba przypadków jeszcze się zwiększyła i aby przystąpiono do badań dalszych odcinków po- [23] wierzchni mózgu. Jak dotąd badania Riidingera są prawie jedyne a ich znaczenie jest dostatecznie wiel­kie. Najważniejszem zaś wydaje mi się to, że on wy­kazał widoczne różnice płciowe na mózgach nowo­rodków.

W ustosunkowaniu się do tych niemiłych fak­tów ujawniła się cała nierzetelność feministycznej literatury. Jeżeli p owagi naukowe przez długoletnie sumienne i żmudne badania ustaliły anatomiczne fakty, to ni stąd ni zowąd jakiś niepowołany człowiek objaśnia, że według jego zdania nie należy do tego przywiązywać wagi, a inni paplają za nim.

W jednej przeciwko mnie skierowanej krytyce powiedziano: „Poprzednio dla udowodnienia kobie­cej niższości kładziono nacisk na małą wagę kobie­cego mózgu. Od czasu jednak jak się pokazało, że waga mózgu głównego przedstawiciela tego poglą­du... pozostawała niżej przeciętnej wagi kobiecych mózgów, odtąd zarzucono ten pogląd". Przykro mi, że muszę zajmować się takiemi — powiedzmy w błąd wprowadzającymi wiadomościami — ale cóż robić. Każdy pozna, że to zdanie odnosi się do Bischoffa. Aby jak najlepiej się upewnić, zwróciłem się do p. prof. Bollingera, który robił sekcję Bischoffa. Był on uprzejmy podać mi, że 76 lat liczący zmarły Bi- schoff, mający długości około 180 cm posiadał wagę mózgu 1330 g. Według własnej tabeli Bischoffa przeciętna waga mózgu mężczyzny w latach 70—85 wynosi 1279 g (obliczona z 24 przypadków, w tern waga 1452 g własnego 79-letniego ojca Bischoffa). Zatem waga mózgu Bischoffa przewyższała średnią dla mężczyzn. Średni ciężar mózgu dla kobiet w la­tach 70—82 (18 przypadków) wynosi według Bi-

 

schoffa 1121 g. Trudno powiedzieć, ile wynosił star­czy zanik w poszczególnym przypadku. Według ta­beli tak Bischoffa jak i Boyda utrata wagi u męż­czyzny w 8 dziesiątku lat przeciętnie wynosi ioo g albo więcej. Ponieważ czaszka w miarę wieku zasad­niczo się nie zmienia, przeto masa czaszkowa pozwala na wnioskowanie o jej dobrych czasach nawet w sta­rości. Dziwnym zbiegiem okoliczności miał 82 letni Pettenkofer przy ca 160 cm długości również i330g wagi mózgu.

Skąd pochodzi, pytano mnie, twój gniew prze­ciw „nowej kobiecie"? Z pewnością nie z osobistych względów, gdyż stoję zupełnie na boku i nie mam wcale osobistych celów, nie doznałem też nigdy przy­krości od nowej kobiety. Jeżeli istotnie ogarnął mnie gniew, to stało się to spowodu Ibsenowskiej Nory. W tej sztuce rozchodzi się o to, że 'Nora, która przedstawiona jest jako mała głupia kobietka, wkoń- cu wydala się i opuszcza dom, ponieważ jest zdania, że mąż traktuje ją jak lalkę. O czem Ibsen właści­wie przy tern myślał, nie wiem doprawdy; prawie z reguły nie można rozgmatwać, czego chce taki poeta-aptekarz >). By bronić jego czci mógłbym przyjąć, że on wyszydził w okropny sposób ideologję której hołduje Nora. Obecnie jednak widzę, że w tej zwyrodniałej i napół zwarjowanej osobie, która swoje dzieci porzuca dlatego, ponieważ uroiła sobie, że musi rozwijać swoje nędzne Ja, dopatrzyli się lu­dzie bohaterki. To oburzało mnie, a im więcej za­stanawiałem się nad tern, tern bardziej wstrętną

’) Oby rijs jaki dobrotliwy los wybawił nareszcie od tej całej północnej i tern podobnej poezji szpitalnej.

i przykrą wydawała mi się ta historja. Rzeczywiście nie można było trafniej przedstawić głębi zepsucia indywidualizmu, jak to uczyniono przez ucieczkę Nory. Kobiecie, która opanowana dziką namiętnoś­cią zaniedbuje obowiązki matki, można przebaczyć, ale matka, która dzieci swoje opuszcza, gdyż zdaje się jej, że nie jest dostatecznie wykształcona, jest wstrętna, lub jeżeli zmieni się sposób widzenia, umy­słowo chorą. Nora jest upiorem teatralnym, ale ten podziw, jaki znalazła dowodzi, że coś psuje się w pań­stwie duńskiem. Czy to możliwe, aby podobało się to co złe i chore? Czv może nasz lud jest chory, a na­sze kobiety zwyrodniałe tak jak Nora? Myślę, że na­stępujące tłumaczenie będzie trafne. Ten sprzeczny z naturą sposób myślenia znacznej części 'żyją­cych ludzi, który wyżej stawia indywidualne wy­kształcenie kobiecego umysłu, niźli spełnienie swego przyrodzonego celu, można porównać z umysłowemi epidemjami, jest on obłędem masowym, suggestją przemożnej idei. Nie jest on zatem właściwie cho­robą umysłową, choć ta masowa suggestją nie była­by możliwa, gdyby nie przygotowały mu podłoża anormalne właściwości umysłów. Wypada zająć się najpierw temi ideami, tak suggestywnie działającemi, a następnie warunkami, wśród jakich powstają. Przewodnie myśli t. zw. emancypacji kobiet nie są nowe. W roku 1600 n. p. ukazała się książka Mode- raty Fonte, nazw. męża Giorgi, urodzonej 1555, zmarłej 1592, II merito della donnę, w której dowo­dziła, że kobiety przewyższają mężczyzn[24]). Natomiast w starożytności nie rodziły się podobne myśli. Trze­ba było dopiero, aby liberalizm doszedł do władzy. Jego treścią jest wyzwolenie jednostki. Zaczął on swoje działanie w średniowieczu, doszedł do wielkoś­ci i siły w 18 stuleciu, a eksplodował, że tak powiem w czasie francuskiej Rewolucji. Z pewnością wy­zwolenie było dużą wygraną, ale każda rzecz ma dwie strony. Czysta wolność jest tylko zaprzecze­niem samej siebie, jeżeli wolność staje się wyłącz­nymi celem, to rezultatem tego jest wszechwładza jed­nostki, zupełna anarchja. Jak długo jakiś prąd wzra­stać zaczyna, wówczas budzi powszechne nadzieje, a na zwolennikach robi dobre wrażenia. Żadna idea nie ma tego uroku co idea< wmlności, osiągnęła ona wprost nieporównaną siłę suggestji w czasie tego żywiołowego wzbierania liberalizmu. Wszystko trze­ba było wyzwolić, a więc także i kobietę. Wolnością kobiety nazywa się ta upajająca suggestja. Wolność ale od czego? Naturalnie od wszystkich mężów, a chcąc być konsekwentnym należałoby powiedzieć wolność od przesądów, wolność od mężczyzny, wol­ność od dziecka. Tak konsekwentnym jednak nikt nie był, najpierw nazywało się to prawami człowie­ka. Że niema ludzi abstrakcyjnych, było obojętne, więc kobieta powinna przestać być. kobietą, a stać się „wolnym człowiekiem". Na tę przynętę łowi się i dzi­siaj jeszcze ryby. Przy bliższym rozważaniu musi się powiedzieć, że nie jest to samo, kto oddaje się tej suggestji wolności bez zastrzeżeń, mężczyzna, czy też kobieta. Dla mężczyzny pewien stopień wolności jest koniecznością życiową, czy to będzie myśliwiec błądzący po ziemi, czy myśliciel bujający w obło­kach. Prawdziwa kobieta nie pragnie wolności, jej szczęście zawisło właśnie od przywiązania. Zależy to od różnorakości celów. Jednostronny indywidualizm u mężczyzny jest przesadą, zadalekiem posunięciem się na właściwej drodze, u kobiety natomiast jest czemś przeciwnem naturze, jest obraniem fałszywej drogi. Nie można przeto powiedzieć, aby współczesny indywidualizm mężczyzny, nawet gdyby prowadził do przesady, miał koniecznie zawierać w sobie choć­by w przybliżeniu chorobliwe cechy. O kobiecym in­dywidualizmie nie można tego powiedzieć i bez po­dobnych cech nie jest on możliwy.1 W czem objawiają się te chorobliwe właściwości, które czynią kobietę podatną na suggestje wolności? W nerwowości współczesnej. Zasadniczą cechą tej formy zwyrod­nienia, którą zwiemy nerwowością jest niezdecydo­wanie naturalnego popędu. Im zdrowszym jest czło­wiek, tem bardziej zdecydowanym jest jako męż­czyzna lub jako kobieta. U nerwowych natomiast lu­dzi występują cechy męskokobiece, zjawiają się znie- wieścicli mężczyźni i umężczyźnione kobiety. My­ślenie staje się niepewne, brakuje mu bowiem nowej podpory, człowiek nie wie dobrze, czego chce, szuka na wszystkie strony, lecz wyciągnięte ręce chwytają próżnię; dużo pragnień a mało sił. Nie mogę wda­wać się tutaj w bliższe szczegóły, chcę tylko zazna­czyć, że według mojego przekonania głównym wa­runkiem kobiecego indywidualizmu jest nerwowość, że zdrowa, kierująca się pewnym instynktem kobieta odpycha od siebie te złudne suggestje wolności1).

>) Z zadowoleniem przeczytałem książkę Laury Marholm: Zur Psychologie der Frau (Berlin 1897). Jednak równocześnie z pewną dozą nieukontentowania, ponieważ mówi ona o rze­czach, n^i które, jak przypuszczałem udało mi się już pierwej

 

Nie należy jednak przytem zapominać, że t. zw. ruch kobiecy ma w sobie inne jeszcze podłoża. Z tych najważniejszą jest nędza socjalna. Niejedną dotych­czas bezmyślnie znoszoną dawną biedę obecnie do­strzeżono, względnie odkryto nową, a to dzięki temu, że warunki życiowe uległy powikłaniu, bądź przez wzrost zaludnienia, bądź przez rozwój wiedzy, wzmo­żenie się ruchu itd. Również i liberalizm powięk­szył nędzę przez to, że zburzy! dawne związki; wsku­tek wyodrębnienia, silna jednostka została wzmoc­niona, zaś słaba pognębiona. Wolność nie może być lekarstwem na nędzę, ulgę może tutaj przynieść tylko sprawiedliwość i miłość. Faktycznie jednak doma­ganie się poprawy warunków bytu idzie zawsze w pa-

wpaść. Zapewne tytuł brzmiałby lepiej: Zur Psychopathologie des Weibes, gdyż typy i postacie przedstawione przez autorkę są tylko formami nerwowości łub zwyrodnienia. Jakkolwiek wiele z tego, co mówi pani Marhołm jest znakomite, jednak wydaje mi się, że przykłada zbyt wielką wagę do swego po­działu i że w ciągłej zmianie wieków i duchowej mody do­patruje się czynnika o wiele ważniejszego, niż w rzeczywi­stości jest. Przecież z historycznemi przemianami ma się rzecz w ten sposób, że to co zbliska wydaje się wielkie, z pew­nej odległości staje się małe. Poszczególne postacie choro­by są zaledwo dostrzegalne w oczach współczesności jako osobliwość, a tylko charakterystyczną oknzuje się ta niemoc, która polega na osłabieniu instynktów. Zależnie od powta­rzających się w różnych czasach typów zmienia się potem obraz schorzenia nerwów. Pani Marholm przesadza nieco również w tern, jakoby jej zestawienie Obejmowało cały ro­dzaj niewieści. Na szczęście jednak istnieje jeszcze dosyć zdrowych. Lecz niestety spotyka się przeważnie czyto w to­warzystwie, czy w literaturze te podniecone, chore; dobre pilnują swojej roboty w domu. Tak jak w Paryżu: Gdy się idzie ulicami, można myśleć, że cała kobieca ludność to same publiczne, ale i tutaj dobre siedzą w domu.

83


fze z żądaniem wolności, to też i w ruchu kobiecym liberalizm objął przewodnią wolę a kobiety wołając o sprawiedliwość, na pierwszy plan wysuwają po­trzebę wolności. Muszę wskazać jeszcze na jeden cha­rakterystyczny moment, który ułatwia suggerowanie u kobiety myśli o wolności. Dziewczyna jest z natury nieświadoma w swym popędzie. Stawianie oporu mężczyźnie i odpychanie zmysłowości uważa dzie­wica jako coś koniecznego i nieustannego, chociaż są to rzeczy natury przejściowej i w gruncie rzeczy służą jako czynniki ochronne. Im lepsza - jest dziew­czyna, tern mocniej jest o tern przekonana, że wcale nie pragnie mężczyzny, że każdej chwili zmysły jej odwrócą się w stronę rzeczy idealnych. Tak dalece, że mężczyzna, który nie okazuje należytego zrozumie­nia dla tych czystych pragnień i stara się przeciąg­nąć ją na swoją stronę łatwo może wydać się jej wrogiem. Stąd nietrudno zrozumieć, że właśnie szla­chetnie myślącym dziewczętom spodoba się okrzyk bojowy: Samodzielność kobiety! wyzwolenie od męż­czyzny! Jeżeli to hasło rozlega się w odpowiednim momencie, to napewno znajdą się wśród panien zwo­lenniczki tej nowej nauki. Skoro później poznają mi­łość, to z reguły ulatuje cały ten straszak a pozostaje tylko miłość, dawne zaś dążenia wywołują już tylko uśmiech. Wkońcu przychodzą dzieci, a wówczas wy­latuje z pamięci całkowicie ta duchowa choroba dziecinnych lat. Jeżeli jednak nie przyjdzie do zamąż- pójścia, to raz zaszczepione zapatrywania utrwalają się z reguły tern mocniej, im większe jest uczucie pustki. Podobnie dzieje się często w bezdzietnych małżeństwach. Im bardziej uporczywem staje się dą­żenie do swobody, tern rychlej lubi kończyć się w cho­robliwy sposób. Niektóre młode dziewczęta mówią: nie wyjdę za mąż, chcę zostać wolną. Można z tego wyśmiać się, wiadomo przecież jak z tymi sprawa stoi. Ale skoro dziewczyna upiera się przy swem po­stanowieniu, chociaż ofiarowano jej miłość, wtedy według wszelkiego prawdopodobieństwa ma się do czynienia z typem patologicznym. Kobieta która wo- góle nie chce mieć dzieci, albo po pierwszem dziecku mówi: tylko raz, więcej już nie, jest napewno wyna­turzoną istotą. Jeszcze gorzej jest, jeżeli kobieta za­niedbuje własne dzieci albo nawet opuszcza dla swo­ich samolubnych i obłędnych celów. Droga, jaką przebyła myśl od momentu pierwszego oburzenia spowodu Nory aż dotąd jest długa, lecz po drodze ten gniew gdzieś rozwiał się. Nie można przecież gniewać się, skoro filozoficzne dociekanie odkrywa jako źródło zła błędne zapatrywanie i chorobliwy brak naturalnych uczuć. Lecz każdy jest człowiekiem i gdy się posłyszy to wychwalanie zła, gniew budzi się nanowo. Ale i gniew ma zarazem swoją dobrą stronę, gdyż zmusza do działania, a właśnie w na­szym przypadku praca nie będzie pozbawiona wido­ków, ponieważ suggestje dadzą się usunąć, a zwła­szcza suggestje masowe, co już dawniej zwalczano skutecznie w ten sposób, że poszczególnym ź nich przeciwstawiano czynniki natury wznioślejszej.

Napewno nie brak poczciwców, którzy sądzą, że ja przesadzam, gdyż „ruch kobiecy" nie prowadzi wcale do zaprzeczania natury, a dążenie do wyższych celów nie ma nic wspólnego z trywializmem uczu­cia. Ci jednak bardzo się mylą. Naturalnie wiele z pomiędzy kobiet, które dołączają się do ruchu po­zostaje w połowie drogi, jednak sam ruch ma w so­bie rozmach dojścia a do samego końca. A tym koń­cem jest wyzwolenie się od dziecka. Jeżeli cośkolwiek otoczyć może kobietę szacunkiem, to tym jest imię matki. Napisałem, że natura wymaga od kobiety nie męskich czynów, ale matczynej miłości i wierności. Pewna kobieta krytyk zrozumiała to w ten sposób, że wedłług mojego zdania kobieta nadaje się tylko jako „rodzicielka i pielęgniarka płodów". Proszę słu­chać: pielęgniarka płodowi I czy nie można mówić o zwyrodnieniu.

Moją charakterystykę kobiety skrytykowano przeważnie w trojaki sposób. Albo, mówiono, że ona jest zasadniczo fałszywą, albo, że ona jest w zasadzie słuszna, lecz ma tylko względną wartość, albo wre­szcie, że jest w zasadzie słuszna, ale tylko w odniesie­niu do obecnych stosunków.

Przeciwko zarzutowi, że moje twierdzenia są fał­szywe nie mogę się wogóle bronić, ponieważ dysku­sja przeciągnęłaby się w nieskończoność. Chcę tylko .wspomnieć o pewnych nieporozumieniach, na któ­rych wyjaśnieniu mi zależy. Ku mojemu ubolewaniu muszę powiedzieć, że pewne osoby, na opinji których można polegać, sądziły, że uważam kobietę za nie­moralną, chociaż ja wyraźnie przeciwko temu się zastrzegłem. Jednak muszę obstawać przy tern, że kobieca moralność jest o tyle niekompletna i niedo­stateczna, iż zasadniczo jest moralnością uczucia. Nie jest to -rzecz wcale nowa i można ją znaleść dokład­nie n. p. u E. Ilartmanna. Zdaje się, że nie tyle dotknęło wykazanie braku poczucia sprawiedliwości, co udowodnienie kłamstwa, z konieczności. To wi­docznie stąd pochodzi, że kłamstwo uchodzi popro- stu ogólnie jako coś niemoralnego, pogląd wypa-

 

 

 


czony, który giównie był popierany przez Kanta. My wszyscy kłamiemy i musimy kłamać, bądź to słowami, bądź milczeniem, lub nawet tylko rucha­mi. Kłamstwo jest całkowicie uzasadnione, o ile cho­dzi o konieczną obronę, a dopiero wtedy staje się niemoralne, gdy bywa używane do zdobycia osobi­stych korzyści lub nawet wprost do szkodzenia komu. Jednak potrzebne kobiecie w życiu plciowem uda­wanie lub kłamstwo jest konieczną obroną j dlatego nie zasługuje na naganę. Sądziłem, że wyraziłem się całkiem jasno, ale to nic nie pomogło, dlatego by­łem zmuszony dwa razy to powtarzać. Dalszym zmar­twieniem jest to, że napól żartem zacytowałem pa­radoks, iż kobieta powinna być „zdrowa i glupia“. Także i tu przypuszczałem, że czytelnik mnie zro­zumie i słowa głupia nie będzie brać dosłownie, lecz domyśli się, że to było powiedziane w popularnem znaczeniu. W różnych miejscach mojego pisma zwró­ciłem właśnie uwagę na to, jak ważne są umysłowe zdolności matki, jeśli chodzi o synów i że przy wybo­rze małżeństwa mądrość dziewczyny nabiera dużej wagi. Ja sam na szczęście miałem mądrą i dobrą matkę, i jestem przekonany, że te uzdolnienia, które posiadam, jej po większej części mam do zawdzię­czenia. Samo jej wspomnienie wstrzymałoby mnie od tego, aby pisać cośkolwiek „przeciw kobietom". Ale rozchodzi się tutaj przecie o „wrodzony dowcip", o naturalne uzdolnienia, a nie o wiadomości i na­bytą wprawę. Po trzecie wyraziłem się, że kobiecy talent jest poprostu zdolnością do miłostek. Więc miałem powiedzieć, że kobiety nie mają pozatem żad­nego talentu. Dlatego chcę tutaj dodać, że oprócz głównego talentu ma kobieta jeszcze inne. Tutaj nie mam na myśli talentu muzycznego, malarskiego lub tym podobnego kunsztu. Jeżeli kobieta posiada je­den z nich, to posiada właściwie męski talent. Zdaje się, że tylko talent aktorski i 'do pewnego stopnia poetycki należy uważać za pierwotną właściwość obu płci. Natomiast kobiecym talentem w ścisłym słowa znaczeniu jest talent do gadania, albo, o ileby to brzmiało .bez szacunku, talent do rozmowy. Jasno to zrozumiałem, skoro niedawno przeczytałem książ­kę o Racheli L.evin; Yarnhagen v. Ense1). Przy czy­taniu robiło nti się z początku miejscami mdło, póź­niej jednak zaciekawiło mnie pytanie, co to właściwie Iza kobieta i tak dałem radę książce, zawierającej 460 stron. Rachel była bezwątpienia rozsądną i do­brze myślącą kobietą. Pozatem poczciwa dusza, po­ważna, lubiąca myśleć i mająca skłonność do filozo­ficznej kontemplacji. To wszystko jednak nie tłu­maczy roli, jaką odegrała. 'Nic nie wydała, nie po­trafiła napisać czegoś znaczniejszego ani wierszem, ani prozą i nie wyszła wcale poza listy i aforyzmy. Jej styl | jest oryginalny, pełen dowolności i błędów mowy. Brak wszelkiej nowej myśli. Wszystko to co ona mówi można znaAeść bardzo często u współcze­snych pisarzy, najwyżej daje tu i ówdzie jakiej myśli nową oprawę. Przytem szczególnie odpychająco dzia­ła to .ustawiczne podziwianie samej siebie, wyrażanie się w superlatywach o własnej osobie, która zawsze bywa stawiana jako coś jedynego i wyłącznego. Wszystko bywa przesadzane, okropne cierpienie i niewysłowiome szczęście zmieniają się wzajemnie.

') Rachel Yarohagen, Ęin Lebens — and Zeitbild przez Ottona Berdrow. Stuttgard 1900.

Goethe nazwałby ją naciągniętą osobą (aufgespann- te Person). Mimo braku poetyckiej i naukowej twór­czości powstała o Rachel cała literatura, chociaż uderzono w potężną może przesadzoną reklamę, to jednak w każdym razie ta kobieta musiała być czemś osobliwem. Była genjuszem gadulska. Dużo uczyła się, dużo przeżyła, miała dobrą pamięć, przytomność umysłu, nadmiernie żywe usposobienie, a przytem niezmierną chęć do gadulstwa. Mogła ona dzień po dniu spędzać wiele godzin na dowcipnej rozmowie. Biograf jej nazywa ją bardzo dobrze „fanatyczką towarzyskości“; żyła że tak powiem mówieniem. Dziwnym zbiegiem okoliczności żyła z nią współ­cześnie niejaka Bettina Brentano V. Armin, drugi genjusz gadulstwa. Ta kobieta była od Rachel mniej poważna i znacząca, przewyższała ją jednak o wiele umiejętnością poetycką i silą obrazowania. Jest ona interesująca szczególnie przez swoją kłamliwość, kła­mie całkiem mimowoli i przypomina wyraźnie pseu- do.logia phantastica opisaną przez Delbriicka. >Wo- góle był to wówczas jakiś okres gadulstwa, gadali również i znamienici mężowie, znajdując zadowole­nie dziwne w pustej salonowej paplaninie. W sto­sunku jednak do wymienionych kobiet byli mężczyźni w plotkowaniu ubogimi talentami. Yamhagen, ma­jąca w sobie wiele ze starej matrony wydaje się do­skonała.

Zupełną rację mają ci, co mówią, że dane przed­stawione przezemnie odnoszą się tylko do wartości przeciętnych. Ależ moi drodzy, tak właśnie chciałem. Czy może kto na paru stronach druku więcej uczynić i wieje potrzebaby stronić na to, aby wyszczególnić wszystkie odchylenia od przeciętności? W przed­miotach dających się zmierzyć można podać oprócz średniej także i maksimum i minimum, ale tutaj sprawa nie jest taka prosta. Różnice jakie zachodzą u obu pici znane są w swych głównych zarysach, Podobnie jak obie pici mają te same zwoje mózgowe, tak też widocznie mają wszystkie umysłowe właści­wości wspólne, a różnice są tylko ilościowe. Nikt nie jest w stanie dokładnie oznaczyć, do jakiego stopnia może się w poszczególnym przypadku rozwi­jać u kobiety wybitnie męskie uzdolnienie i naod- wrót. To jeszcze jest w granicach normy, prócz tego mamy jednak patologiczne stany umysłowego obojnactwa, które prawdopodobnie są częstsze i wy­bitniejsze, niż się zazwyczaj myśli. Jeżeli zwłaszcza bierze się pod uwagę stosunki w .naszych czasach, to trzeba pamiętać, że nasze kulturalne narody są zazwyczaj mocno przerośnięte patologicznemi ele­mentami. Tymczasem moim krytykom zdaje się są obce takie głębiej sięgające wiadomości. Ich zmar­twieniem jest tylko to, że niby za mało uwzględni­łem te kobiety, które Kvznoszą się ponad przeciętność. Robią mi z tego powodu zarzut, że wcale nie pomy­ślałem o kobietach świętych', o dobroczynnych współ­czesnych działaczkach o dobrych księżniczkach i o różnych innych pełnych ducha kobietach. Czy oni mają mnie rzeczywiście za tak głupiego. Jest to jed­nak powszechnym błędem, że dla wyjątków zapomi­namy chętnie o regule. Jeżeli na długiej linji znaj­dują się poszczególne punkty świecące, to one ścią­gają na siebie nasz wzrok, a my zapominamy przez nich o długich ciemnych przestrzeniach. O istotnych właściwościach Judu wielu literatów jak się zdaje nie ma wogóle żadnego pojęcia. Zarzucono ,mi np., że istnieje przecież tyle starych kobiet świeżych pod względem umysłu. Takie i ja również dobrze znam, jak i moi krytycy. Ale wystarczy iść między ludzi, porównać piędziesięcioletniego mężczyznę z piędzie- sięcioletnią kobietą, robić badania i nie uważać o- brotnego języka i przejętych myśli za sprawność umysłową, a wtedy się pokaże czy nie mam racji. Wogóle mój pogląd o równoległości umysłowego rozwoju i umysłowego cofania się wraz z cielesnym rozwojem i cielesnem starzeniem się spotkał się z wielce niesłuszną naganą. W przyszłości okaże się, że zwrócenie uwagi na te tak bardzo zaniedbane rzeczy było istotną zasługą.

Trzecia grupa mówi, że biorąc naogół może on ma rację, ale to tylko z tego powodu, ponieważ ko­biece zdolności umysłowe nie były dotychczas do­statecznie rozwijane Wszystko wogóle podlega roz­wojowi, jeżeli się rozwijamy, to możemy zostać tern, czem chcemy Przedewszystkiem dalszy rozwój ro­dzaju niewieściego może być uważany w duchu mi- styczno-darwinistycznym jako proces przebiegający z przyrodniczą koniecznością bez zamierzonego celu. Dowodów dla takiego przypuszczania brak całkowi­cie, gdyż historja przeczy temu wyraźnie; wprawdzie wddzimy wahania w tym i w tamtym kierunku, ale naogół panuje niezmienny stan, o ile chodzi c rze­czy istotne Gdy n. p. czytamy w starym testamencie, to widzimy, że wówczas, t. j. mniejwięcej przed ja- kiemi 2.500 laty, było zachowanie się i stanowisko kobiety prawie takie same, jak obecnie. Arystopha- nes przedstawia „ruch kobiecy" zupełnie podobny do naszego. Rzymianki również miały stanowisko takie mniejwięcej jak nasze kobiety. Z drugiej stro­ny w wielu okolicach Wschodu mają jeszcze dzisiaj kobiety to samo względnie niekorzystne stanowisko, co przed iooo lub 2000 laty. A więc jak się zdaje stanowisko kobiety nie zależy tyle od czasu, ile ra­czej od charakteru ludzkiego, który naturalnie obej­muje charakter obu płci Ci co słyszeli o tern, że do rozwoju gatunków potrzeba bardzo długiego czasu zapewnie odpowiedzą, że te parę tysięcy lat nic nie znaczy, a .dotychczasowy bieg dziejów nie dowodzi tego wcale, iżby rozwój nie miał jednak jeszcze na­stąpić. Tacy .niechaj łudzą się swoją wiarą, ale przytem niech pozwolą nam twierdzić, że podobnie jak w ostatnich tysiącleciach tak i w najbliższych nie należy spodziewać się zasadniczej zmiany. Inni znów pod rozwojem rozumieją świadome postępo­wanie. pewien rodzaj celowego wychowania. Ci są­dzą, że skoro tylko zacznie się dziewczęta dostatecz­nie kształcić i przełamie zapory moralności i prawa, wówczas kobiece zdolności nie będą w niczem róż­nić się od męskich. Z tymi dziwnego nabożeństwa świętymi trudno mówić. Gdy wskazuje się im fakta jak n. p. dzieje muzyki i t. p., to nie dadzą się prze­konać. Gdy wykazuje się im, że niemożliwością jest, aby kobieta mogła wypełniać te zadania, które natura rozłożyła na dwa rodzaje, wciąż upierają się przy swojem. Mówiłem o tern, że gdyby życzenia fe­ministek spełniły się, wtedy liczba porodów spadłaby tak znacznie, że zostałby zagrożony byt poszcze­gólnych stanów czy też narodów. Na to słyszy się odpowiedź, że wysoko wykształcona kobieta będzie rodzić wprawdzie mało dzieci, ale zato będzie je le­piej wychowywać. I to ma się brać na serjo: Do­szliśmy zatem do kresu wszelkiej dyskusji. Chcę tylko zrobić jedną uwagę, że mianowicie bezmyślne przecenianie wychowania, co w tej dyskusji każdemu rzuca się ,w oczy, jest oznaką zacofania. Tak było w 18 stuleciu, a każdy z żyjących dzisiaj chyba wie, że żadne wychowanie nie potrafi wskrzesić zdolności, natomiast wychowanie, które nie zadawala się isa- mem tylko troskliwem czuwaniem nad naturalnym rozwojem i oddalaniem wszelkich szkodliwych wpły­wów więcej szkody niż korzyści przynosi. Nie mogę niestety zamilczeć, że duchowni i nauczyciele, któ­rzy ubzdurali sobie „tworzyć charaktery11, złą od­dali przysługę tym podobnemi sztuczkami całej tej głupocie ożywiającej ruch kobiecy. W jednym liś­cie spotkałem się z osobliwym zapatrywaniem. Wpra­wdzie pojęcie,kobiety przedstawionej przezemnie od­powiada naturalizmowi, jednak przez Boga miało być postanowione, aby ona drogą samowychowania stała się uszlachetnioną kulturalną kobietą. Nikt bardziej odemnie nie może pragnąć, aby szlachet­nych i mądrych kobiet było nagrawdę dużo; nie widzę tylko wcale, aby ich liczba została przez fe­ministki powiększona. Naturalna kobieta jest prze­cież równie kobietą z woli Boga i każde uszlachet­nianie może odbywać się tylko na drodze rozwoju naturalnych skłonności. Jeżeli naturalnem przezna­czeniem kobiety jest być dobrą matką, to uszla­chetnianie może tylko na tern polegać, że kobieta stara się coraz głębiej przeniknąć istotę macierzyń­stwa, że całą swoją wiedzę i wszystkie siły stawia na usługi swego szlachetnego powołania Naturalne zdolności są czemś świętem i nie leżało w zamiarze wiecznej mądrości, byśmy zakłócali spokój naturze, dlatego ponieważ dziwaczni ludzie wytworzyli sobie nienalturalne ideały. Zdanie: kobieta, która nie jest matką minęła się ze swoim powołaniem, pozostanie prawdziwem, choćby niewiem jak niemile brzmiało dla tych, które w tern uchylaniu się nie chcą wi­dzieć własnej winy. Ale trzeba dodać, że i kobieta, która wcale nie ma dzieci, może swojemi matczynemi przymiotami stać się błogosławieństwem. Jakiej zaś wiedzy i jakiej wprawy wymaga zawód główny i co w nim jest potrzebne, to zależy wogóle od okolicz­ności, od stopnia kultury i stanowiska. Kobieta z ma- łomieszczańskiego stanu nie wiele będzie mieć ko­rzyści, choćby mówiła wieloma językami, zajmo­wała się malarstwem, historją sztuki lub tym po­dobne, nawet przeciwnie dorobek ten i posiadanie podobnej umiejętności mogą kryć w sobie niejedną niedogodność. Natomiast. żona jakiegoś księcia, któ­rą sytuacja życiowa uwalnia od właściwej pracy, po­trzebuje na swojem stanowisku wiele wiadomości i umiejętności, które w niższych stanach byłyby zbędnym lub poprostu szkodliwymi luksusem. Sądzę, że z tym można się zgodzić. Pomijając zatem te róż­nice stanowe, można powiedzieć, że dla (prawdzi­wej) kobiety ze średniego stanu wiadomości i umie­jętności są piękną ozdobą, ale o tyle o ile obracają się w zakresie życia rodzinnego lub przynajmniej mu nie przeszkadzają. Również u mężczyzny ceni się nietylko konieczną znajomość swojego zawodu, ale także z drugiej strony ma się mu za złe, gdy jakieś błazeństwo przeszkadza mu w jego czynności zawo­dowej. To napisałem z myślą o czcigodnej korespon­dentce, chociaż to rozumie się samo przez się.

Lecz dźwięczy mi jeszcze w uszach: Chwal sobie jak chcesz zawód matki, ale przecież nie wszystkie

 

dziewczęta mogą zostać matkami i dlatego nasze dziewczęta musimy w ten sposób wychowywać, aby mogły być samodzielne. Chociaż ta rzecz nie należy do mojego tematu, chcę jednak jeszcze powiedzieć parę słów. Już dałem raz do zrozumienia, że mogli­byśmy mieć więcej matek i widzieć więcej szczęścia, gdybyśmy nauczyli się cenić dzieci nietylko te, które pochodzą z małżeństwa. Możnaby przecież zdobyć się na więcej wyrozumiałości. Ja przynajmniej czuł­bym respekt, gdyby jakaś dziewczyna powiedziała: to jest moje dziecko, o które się troszczę, z kim je mam, to was nie obchodzi. „Stój, nieszczęsny, zacze­piasz o podstawy chrześcijańskiego państwa". Daj­cie spokój z kłamstwem o chrześcijańskim państwie, ono jest tak niechrześcijańskie, jak tylko możliwe. Gdyby nie to, że nasze życie przepojone jest oziębło­ścią i obłudą, sprawa rozsądnego zaopatrzenia dziew­cząt byłaby również łatwiejsza. Jeżeli obecnie rozma­wia się z rodzicami, należącymi do t. zw. lepszej klasy, to się słyszy: nasza córka musi złożyć egzamin na nauczycielkę, przychodzi jej to wprawdzie dosyć ciężko, ale przecież trzeba o to starać się na wszelki wypadek. Tymczasem egzamin nauczycielski jest, mówiąc delikatnie torturą, a te, które zdały go na­kładem pewnej części swego zdrowia, też nie docho­dzą do złotych gór. Ale wszystko inne nie jest „sto­sowne". Co czynią kobiety u wszystkich ludów? Oprócz troski o dzieci mają w zarządzie kuchnię i wogóle gospodarkę domu, starają się o odzież; przynajmniej częściowo, kupują i sprzedają, co po­trzeba. Dlaczego to, czego nie wstydzą się nasze panie domu, ma być złem dla dziewcząt skazanych na zaro­bek? Dlaczego nie ceni się każdej uczciwej pracy?

Chodzi tylko o to, aby skończyć z tym dawnym prze­sądem. Gdy dziewczyna powie, chcę zostać kuchar­ką, żądam jednak przyzwoitego pokoju i odpowie­dniego traktowania mojej osoby, to może uczynić dla siebie i dla drugich wiele dobrego. Właściwie nie brak chyba rozsądnych ludzi, a ci, jeżeli'dotych­czas przypuśćmy nie mogli dojść ze służbą do ładu, będą wkońcu chętnie przyjmować dziewczęta pocho­dzące z wykształconych rodzin za kucharki, poko­jówki itd. z tern zastrzeżeniem, że będą obchodzić się z niemi jak z równemi sobie. Tym sposobem za­radziłoby się również tej nędzy służby domowej, której winę ponosi 'zarówno Iwyniosłość i obojętność państwa, jak i braki nienależycie wychowanych i zwy­kle od dzieciństwa samopas puszczonych i złym wpły­wom zostawionych dziewcząt. Oprócz Jzajęć domo­wych zawód kupiecki dawałby jeszcze od biedy nie­jednej kobiecie utrzymanie, gdyby z jednej strony jjraca była ceniona, z drugiej zaś gdyby kupcy byli zmuszeni do szanowania zdrowia swych pracownic. W każdym razie praca w bazarze lub za ladą skle­pową, o ile nie byłaby za długą i była dostatecznie wynagradzana, jest lepsza, niż straszliwie oschła służba przy telefonie, telegrafie i poczcie. Zawód kupiecki nastręcza TÓwnież możliwość samodzielno­ści. Tylko potrzeba skłania kobiety do parobkowa­nia, lecz w naszych \varunkach jest to nieuniknione. Nie można przewidzieć, czy później będzie lepiej. Prawdziwym krokiem ku lepszemu byłoby cofnięcie się do idei klasztornej. Radykalna walka z istotą klasztoru była i jest jednym z największych głupstw reformacji i liberalizmu. Niedawno powołano Ido ży­cia, naśladując bezwiednie klasztory, zakłady, dja- konek, czy też domy sióstr. Powinno się przystąpić do rzeczy o wiele bardziej zasadniczo. Pod klaszto­rem w ludzkim znaczeniu rozumie się: i. Bezintere­sowny cel, t. zn. pewma liczba ludzi tej samej płci musi się zebrać, aby dążyć do jednego celu. Cel ten może polegać na niesieniu pomocy potrzebującym, jak również dobrze może nim być każdy inny cel nawet naukowy, lecz z wykluczeniem osobistych ko­rzyści i musi być na wysokości zadania całego życia. 2. Wspólne życie tych wszystkich złączonych jednym celem, w sposób uwalniający uczestników od troski o własną osobę. Członek uważa cel stowarzyszenia za swój, a stowarzyszenie bierze za to na siebie troskę o zaopatrzenie poszczególnych jednostek. Śluby do­zgonne sprzeciwiają się naszemu myśleniu, ale dawne śluby mogłyby do peumego stopnia zostać utrzyma­ne, posłuszeństwo bowiem jest konieczne, czystość rozumie się sama przez się (wystąpienie jest dopu­szczalne), a ubóstwo to właśnie nieposiadanie swej własności. Naturalnie możliwe są różne modyfikacje, naogół jednak da się powiedzieć, że szczęście jedno­stki będzie tern większe, im szlachetniejszym będzie cel, i im oddanie się będzie całkowdtsze. I to również jest pewmem, że właśnie dla kobiecej natury życie klasztorne w tutaj przedstawionej formie będzie naj­lepszą nagrodą w zamian za naturalne szczęście. Za­pewne bieda musi jeszcze wzrosnąć, nim rozsądek przyjdzie do głosu, ale napewno przyjdzie.

Wracając jednak od tych nadzieji na przyszłość do przygotowania dziewcząt, widzimy, że przecież i te­raz duża liczba dziewcząt później wychodzi zamąż, że wszystko powinno do tego zmierzać, aby przygo­tować je do małżeństwa. Z tego punktu widzenia współczesne wychowanie jest nie wiele warte. Sama jednostka nie może tu nic zmienić, za to rodziców należy usilnie przekonywać, że nie powinni całej od­powiedzialności zrzucać na publiczne urządzenia. Ich najświętszym zadaniem powinno być utrzymać dziew­częta w pełni zdrowia, potem niech będzie co chce: chora dziewczyna jest do niczego. Spowodu tej klasowej dumy i spowodu przeceniania tego tak zwanego wykształcenia umysłowego padają „niesły­chane ofiary ludzkie". Jednym z najpoważniejszych zarzutów stawianych studjowaniu i wyższemu wy­kształceniu kobiet jest ten, że aby z tego studjum była jaka korzyść musi dziewczyna, podobnie jak i chłopiec przygotowywać się do zawodu począwszy od 11 roku, a więc w tym czasie, w którym jeszcze wo- góle nie można wnioskować o przyszłym rozwoju. Pomijając te całkiem rzadkie przypadki, w których dziewczyna wcześnie objawia wybitny talent, zdecy­dowanie się na wychowanie dziecka dla innego za­wodu, niż naturalny zawód kobiety, jest naprawdę zbyt śmiałym krokiem. Często się słyszy, że dziew­czyna może się przecież douczyć tego, co będzie jej potrzebne jako żonie. Tak źle znowu nie myślę o zdol­nościach dzielnej gospodyni domu. Jeżeli dziewczy­na wychodzi zamąż we właściwym czasie, t. j. mniej- więcej między 18 a 23 rokiem, to jest na to dosyć czasu, aby ją bez uszczerbku dla zdrowia przygoto­wać należycie do strony praktycznej. Odnosi się to przynajmniej do tak zw. średniego stanu. Mogą so­bie nowe kobiety' być jakiemi chcą, czarować jednak nie potrafią i dlatego będą zawsze wykazywać braki, choćby nawet posiadały nieco większą władzę umy­słu, niż mężczyźni.

 

Gdy wkońcu rzucimy okiem w przyszłość, to dla tego, kto spodziewa się po przejściu obecnego zamieszania nastania lepszych czasów, zarysowują się dwie drogi: Albo można sądzić, że to indywidua­listyczne błądzenie jest dla kobiecego umysłu okre­sem przejściowym. Jeżeli kobieta przedtem bezwied­nie zgadzała się ze swym losem, jeżeli z bezwiedną pobożnością służyła dla celów gatunku, to skoro dostrzeże błąd dążeń wyzwoleńczych, może i nadal czynić to samo, lecz już jako zupełnie uświadomiona i w świadomym oddaniu się dążąca do dobra nie własnego Ja, lecz dobra mężczyzny i dzieci. Albo można przypuszczać, że podobny rozwój ze stanu nie­winności przez winę do cnoty sprzeciwia się istocie kobiecej, że prawdziwa kobieta musi też i w przysz­łości instynktowTiie czynić dobrze. W sensie pierwsze­go przypuszczenia należałoby raczej popierać swa­wolę, gdyż im większy haos, tern szybciej można spodziewać się powrotu do ładu. Jeżeli przyłączymy się do drugiego zapatrywania, to należałoby, o ile leży to w ludzkiej sile, oczekiwać wtedy zbawienia od wyrozumiałości mężczyzny w tym znaczeniu, że mężczyzna dałby kobiecie do zrozumienia, iż nie chce nic wiedzieć o jej zupełnej swobodzie. Jeżeli mężczyzna zabiera się do tego nie na żarty, wtedy skończy się „ruch kobiecy".

 

Również trzecie wydanie spotkało się zarówno z życzliwym jak i nieżyczliwym uznaniem. Jak się okazało, to praca ta nadaje się bardzo dobrze jako odczynnik na kobiecy rozsądek. Jeżeli nie jest się pewnym co do uzdolnienia jakiej kobiety, to wystar­czy polecić jej, by przeczytała „Niedorozwój1’. Jeżeli po tern sądzi, że autor nie jest właściwie tak bardzo daleki od prawdy, to należy ją uścisnąć w ramionach, gdyż to niepospolita kobieta. Próba ta okazała się już bardzo często trafną.

Na pocieszenie dla krytykujących dam chcę do­dać, że tym razem najsłabsza krytyka pochodziła od jakiegoś mężczyzny; znajduje się w „Jugend”. Przykro mi z tego powodu a zwłaszcza spowodu po­stępowania wielu mężczyzn, gdyż teraz muszę męż­czyznom wytłumaczyć, jak feminizm jest niedorzecz­ny. Lecz z jakimi przesądami trzeba tutaj walczyć! Niedawno odwiedził mnie pewien psychologicznie nastrojony przyjaciel. „Pan niema racji, twierdząc, że kobieta jest mniej wartościowa od mężczyzny”. Tego wcale nie twierdzę; mówię tylko, że wydolność jej mózgu jest słabsza. „Tego również nie możesz Pan udowodnić, bo jak?” Otóż poprostu porównu-

‘) Poprzednio przedmowa do czwartego wydania.

 

jąc szczegółowo najważniejsze czynności mózgu, ich maksymalne i przeciętne wartości. „Wtedy napew- no znajdziesz Pan właściwości, które u kobiety są bar­dziej rozwinięte". Naprzykład? Pomyślał chwilę, a potem powiedział: „zdolność do poświęceń". Tu musiałem się roześmiać i odpowiedziałem: oj wy psycholodzy, wystarczy was uderzyć, a wylatują z was mole. Czyż zdolność poświęcania się jest czemś istotnie żywotnem? Czy wartość i znaczenie ofiary nie różnią się między sobą zależnie od tego, co i dla czego się poświęca? Przecież jagnię pozwala się pro­wadzić pod nóż, ale czy to jest jakiś uczynek? Jeśli chodzi o sam fakt, to nie ulega żadnej wątpliwości, że po wszystkie czasy mężczyzna złożył więcej ofiar niż kobieta.')

Kwestja poświęcania się stoi wogóle w związ­ku z zagadnieniem moralności. Zbyt często muszę słyszeć: prawda, że intellektualnie stoi kobieta niżej od mężczyzny, ale moralnie nie. Krasomówstwo chęt­nie posługuje się zwrotem: Mężczyzna ma być głową, kobieta sercem; lub mówi się podobne rzeczy jak- gdyby kwieciste mowy prowadziły do wyjaśnienia. Przykro jest, gdy musi się objaśnić proste rzeczy, lecz trzeba jeszcze dorzucić parę słów dla tych, któ­rym nie wystarcza własne rozumowanie, albo dla tych, którzy nie mogą ze spokojem spojrzeć prawdzie w oczy. Każdy człowiek, gdy ma działać, wie co jest „slusznem". Jest rzeczą obojętną, jaką moralność kto wyznaje, czy opiera się na objawieniu, czy na rozumie, jakiś głos, który nazywamy sumieniem mó-

>) Z ofiarnością nie należy mieszać pasji do poświęcania się, tą spotyka się bardzo często u kobiet nerwowych i może ona stać się nawet niemiłą.

wi mu jużto głośno L wyraźnie jużto cicho i niewy­raźnie, co dla niego w danym wypadku jest rzeczą moralną. Można myśleć o sumieniu i jego istocie, co się chce, ono istnieje i tylko w przypadku bardzo skomplikowanym lub gdy dany człowiek jest chory może nie być jasnem, co można czynić, a co trzeba. Gardzi człowiek głosem sumienia, to czyni źle, przy­znaje mu racje a postępuje jednak inaczej, to działa chwiejnie, idzie za nim, to czyni dobrze. Człowiek zły i człowiek słaby stawiają własną korzyść przed „prawem", czyto z żądzy zysku, próżności, miłości lub z jakiej innej przyczyny. Jeżeli dobry nie idzie za tymi samolubnymi popędami, które zresztą i on posiada, to musi mieć w sobie jakąś szczególną siłę, którą (zastrzegając sobie dalsze wyjaśnienia) można nazwać moralnym uzdolnieniem. To uzdolnienie mo­ralne może zwyciężyć w takich razach, kiedy albo odznacza się dużą siłą, albo kiedy działanie prze­ciwnych popędów jest słabe. Ogólnie mówiąc, jeśli ma się postępować moralnie, musi ono być tern sil­niejsze, im silniejsze są inne popędy. Dlatego jasnem jest, iż ze względu na to, że popędy męskie są naogół silniejsze niż kobiece, nie mógłby mężczyzna bez większej siły moralnej osiągnąć moralności nawet równej kobiecej. Sądzę, że takim sposobem myślenia można najłatwiej zrozumieć to, w taki sposób ko­bieta spowodu małej siły przeszkadzających popędów może niekiedy robić wrażenie posiadania wyższej moralności, jak z drugiej strony, dlaczego mężczyź­nie trudniej utrzymać się na dobrej drodze. Lecz idźmy dalej. Ostatecznym celem lub najwyższym dobrem (powiedzieć można również: wolą Bożą) jest, aby w ciągu przestrzeni i czasu rozkosz wzrastała, rozprzestrzeniała się i szlachetniała, zaś niezadowole­nie malało. Im więcej, im skuteczniej zwraca się czło­wiek ku najwyższemu dobru, t. zn. im bardziej speł­nia wolę Bożą, tern bardziej jest w wyższym znacze­niu moralnym. Dopuściłbym się obrazy moich czy­telników, gdybym na podstawie historji i życia chciał udowadniać, że ta czynna moralność, która stanowi

  • prawie, ma więcej męski niż kobiecy charakter. To błędne mniemanie, że kobieta pod względem moralności mężczyźnie dorównuje albo go przewyż­sza, powstało widocznie nie tylko dlatego, że moralne uzdolnienie znajduje u kobiety przeciętnie mniej­sze opory niż u mężczyzny, lecz także dlatego, że kobieta naskutek swego przyrodzonego zadania ina­czej duchowo jest skonstruowana, że u niej wzajem­ny stosunek popędów jest inny. Ponieważ budowla kobiecej duszy jest prostsza niż męskiej, przeto
  • w'alka w niej jest mniejsza. Miłość do męża i mi­łość macierzyńska są o tyle silniejsze od innych po­pędów, że w normalnych warunkach bez trudu od­noszą zwycięstwo. Chwali się kobiecą cierpliwość. Tam, gdzie jest godną pochwały, jak w pokoju dzie­cięcym, przy łożu chorego i t. d., bywra spowodo­wana kobiecą miłością. Natomiast często w innych przypadkach, jak przy jednostajnej pracy, przy zno­szeniu różnego rodzaju przykrości, jest raczej pew­nego rodzaju stępieniem, pewnym brakiem siły i ży­wotności ducha. Mężczyzna będzie się wzdrygał albo ucieknie, gdyż swoją cierpliwość zachowa do czasu, gdy ona się opłaci, a przy odpowiedniej dla sie­bie czynności cierpliwość jego jest dostatecznie wielka. Podobnie jest z innemi „cnotami kobiccemi“. Jeżeli za niemi kryje się miłość, to mogą być czemś dobrem. Pozatem jednak wychodzą na jaw ujemne cnotki albo nawet poprostu zaprzeczenia cnoty. Wszy­scy rodzice wiedzą, że łatwiej jest wychować córki niż synów, mimo to wcale nie Uważają je za moral- niejsze od tychże. W życiu sprawa jest jasna, ale w literaturze ustaje zdrowy ludzki rozsądek. Męż­czyźni zawsze wychwalali kobiece zalety (może i nie bez racji), ale niechże mówią o rzeczach pożytecz­nych, przyjemnych, wzruszających a nie wiecznie na moralny temat.

Chcę jeszcze teraz parę słów powiedzieć o kilku książkach, które ostatnio poznałem. Dzielnym bo­jownikiem jest F. Bettex,') Szwajcar, uczący w Stut- gardzie. Wykazał on bardzo dobrze różnice płcio­we i rąbie prawdę bałamutom feministycznym. Nie­stety jego sposób operowania biblijnymi zwrotami nie każdemu przypada do smaku i ja sam-również nie mogę zgodzić się z nim we wszystkiem.

Adela Gerhard i Helena Simon[25] [26]) zajęły się w sposób godny uznania tym najważniejszym zagad­nieniem na temat, o ile macierzyństwo da się pogo­dzić z umysłową pracą kobiety. Przestudjowały one z jednej strony biografje, z drugiej zaś uzyskały" pisemne wynurzenia od większej liczby kobiet pra­cujących w jednym z tak zw. wyższych zawodów.

I tak wzięły pod uwagę jako matkę: aktorkę, ko­bietę muzyka, malarkę, poetkę, uczoną, agitatorkę i dziennikarkę. Z pośród 420 „ekspertek", które po­dały dokładne dane, było 156 niezamężnych, 264 zamężnych. Bezdzietnych było 213 '(w tero mieszczą się niezamężne, kobiety bez dzieci i takie, co uro­dziły tylko martwe dzieci). Matek było 207. Ponad jedno dziecko zdolne do życia urodziło 147 kobiet (te cyfry nie są dostateczne; musiałoby się wiedzieć, ile dzieci przypada na małżeństwo, gdyż istnieje podejrzenie, że mogą tutaj zbyt często zachodzić małżeństwa o dwóch dzieciach). A oto ogólny wynik jako rezultat badań tych autorek. Dla przeważnej części dziedzin „trzeba wręcz powiedzieć: ponieważ przesunięcie umysłowej pracy na wiek późniejszy dzieje się niekiedy ze szkodą, często i z bezpośrednim uniemożliwieniem realizacji, przeto w przeważnej liczbie zawodów staje się nieuniknionym konflikt między twórczością umysłową i artystyczną a wy­pełnieniem kobiecych zadań. Rozwiązanie tego kon­fliktu wydaje się nam wykluczone, ponieważ zarów­no ucisk kobiety jako istoty odmiennej płci, jak również gnębienie pędu do twórczości kryją w sobie niebezpieczeństwa tak dla jednostki, jak i dla ogó­łu". Skoro, jak przyznają autorki istnieje sprzeczność między naturalnem powołaniem kobiety a powoła­niem artystycznem lub naukowem, przeto rozumie się samo przez się, że ten ostatni jest przeciwny na­turze kobiecej, i, że kobiety, które swe zdolności jednak w tym kierunku obracają, przedstawiają zbo­czenie lub zwyrodnienie natury kobiecej. Autorki nie chcą nic wiedzieć o tern co powiedziałem, że „u- czone i kobiety o upodobaniach artystycznych są przypadkami zwyrodnienia", lecz cala ich książka jest właśnie dowodem tego zdania. Tylko słowo zwyrodnienie nie trzeba rozumieć w popularnym znaczeniu i myśleć, jak o czemś, co pod każdym względem jest ziem. I pełne kwiaty są gatunkami zwyrodniałymi, a przecież tak nam się podobają. Trzeba jednak przyznać rację autorkom, że praktycz­nie biorąc, niemożność pogodzenia tych rzeczy jest zagadnieni mnie do rozwiązania. Ponadmiarę uzdol­nione dziewczęta będą się rodzić bez względu na to, czy będziemy chcieć Lub nie i byłoby niepotrzebnym okrucieństwem, gdybyśmy istotnym talentom ko­biecym chcieli robić trudności. Utalentowane ko­biety są ofiarami czyto dlatego, że spowodu swego talentu muszą zrezygnować z naturalnego powo­łania czy też dlatego, że jako matki muszą próbować dwom panom służyć. Nie jest to znowu takim nie­szczęściem, gdyż ofiary być muszą, ale byłoby zu­chwałą lekkomyślnością, gdyby się chciało mimo widocznej sprzeczności pchać ku niej dziewczęta bez potrzeby, t. zn. bez koniecznych zdolności. Eman­cypacja kobiety jest uzasadniona tam, gdzie zmusza do niej albo materjalna albo umysłowa konieczność, ale ona sama jest potrzebą, ponieważ wynika z po­trzeby. Ci jednak, którzy „dla wolności celu“, albo dla innej zasady podniecają kobiecy umysł, upra­wiają szkodliwy sport. Ten fakt uznały autorki, jak­kolwiek z ciężkiem sercem, co się im chwili. Dlatego nie można brać im za złe, jeżeli starają się uspra­wiedliwić to niebezpieczeństwo przez „niedozastą- pienia wartość kulturalną" kobiecej pracy. Jest rze­czą zrozumiałą, że o zdolnościach swych sióstr mają one możliwie najlepsze wyobrażenie, to też słowem genjalność szafują zbyt chojnie, lecz prawdę mówiąc z tą niedozastąpienia wartością kulturalną tak źle nie jest. W rzeczywistości niezastąpione są tylko aktorki i śpiewaczki. Nikt rozumny nie będzie twier­dził, że malarki, rzeźbiarki, uczone są niedozastą- pienia. Pozostaje zatem tylko poezja, a ponieważ właściwe poetki są rarissimae aves, więc głównie powieściopisarstwo. Rzeczywiście słyszy się ciągle, że uczucia i myśli piszących kobiet są czemś zupełnie osobliwem („tajemnicze światy"). Jakkolwiek nie brak zajmujących książek kobiecych, jednak napróż- no szukałoby się w nich czegoś nowego, niezbędnie potrzebnego. Autorki uważają jak się zdaje n. p. G. Sand za niepowetowaną ale istotnie nie byłoby szkody, gdyby nie powstały te z gruntu niezdrowe książki.

Oby sumienna praca autorek wydala dobre owo­ce. Niech służy jako ostrzeżenie dla całej masy przeciętnych kobiet głównie przez to, że w niej wy­kazały, jak trudno jest nawet umysłowo najlepiej uposażonym dziewczętom i kobietom, tej nieskończe­nie małej mniejszości, wykonywać pracę męską i rów­nocześnie być matką.

Ukazała się świeżo gruba książka o „kwestji kobiecej" Lily Braun1)- Napisana jest z dużą pil­nością i roztropnością. Autorka wykazuje we wszyst- kiem jasny sąd i zbija jako śmieszne i przesadne wiele niemądrych zapatrywań feministek. Wszystkie podane przez nią fakta[27] [28]) zgadzają się bardzo dobrze z moimi zapatrywaniami. Jednak dobre pomieszane jest ze złem, ponieważ autorka hołduje dwom za­sadniczym poglądom. Po pierwsze jest zwolenniczką ogólnego ruchu kobiecego, które wytknął sobie za cel „wyzwolić" wszystkie kobiety z gospodarczej niewoli przez samodzielną pracę, t. zn. uniezależ­nić od tego złego mężczyzny, a powtóre jest ona gorliwą socjalną demokratką. Na „ruch kobiecy" patrzy jako na wytwór nędzy i chce go z całym oddaniem popierać, stronę gospodarczą osądza do­brze, a jednak nie może uwolnić się od głupoty feministek. Dopóki autorka przemawia jako femi­nistka i przyznaje kobiecie te same uzdolnienia co mężczyźnie, niewiele jest rzeczy godnych pochwały, pizeciwnie wychodzą niekiedy na jaw istne nonsensa (na str. 191 napisano, że niedorozwinięci umysło­wo mają pantję czołową mózgu większą!). Nuci starą idjotyczną piosenkę, że niewiadomo wcale, co może jeszcze mieścić się w malej głowie kobie­cej i t. d. Curiosum jest, gdy autorka przyznaje, że dotychczas nie było kobiecego geniuszu, zatazem jedniak objaśnia, że zjawi się na polu socjalnej eko- nomji (przytem jednak skromność nie pozwoliła jej wkazać na własną książkę). Gdyby autorka zdjęła z siebie tę zarozumiałość feministki i uznała fizjolo­giczną prawdę, to na tern zyskałaby tylko jej książ­ka, a to, co w niej jest istotnem pozostałoby niezach­wiane. Feministki ulegają nałogowi emancypacji, chcą one wolności za wszelką cenę i w rezultacie dochodzą do anarthji. Ta jednak nie ma nic wspól­nego ze socjalizmem, który chciałby zaradzić prze­ciw gospodarczej biedzie zapomocą prawa, sprawie­dliwości, a nie samą tylko wolnością. Jeżeli socjalni demokraci zapuszczą się w te feministyczne brednie, to zaszkodzą tylko swojej sprawie. Równouprawnie­nie w mądrym znaczeniu może tylko oznaczać, że nikomu nie dzieje się krzywda, że uzdolnienia nawza­jem się uzupełniają. Jeżeli jednak żąda się równou­prawnienia, ponieważ jak chcieli dawni rewolucjo­niści, wszyscy ludzie są równi, to żąda się niedorzecz­ności, gdyż ludzie nie są sobie równi, a tern mniej nie są równe rodzaje. Pani Braun zrobi w'krótce do­świadczenie: feministki de pur sang odtrącą ją, ten jednak kto stoi na moim stanowisku, ze spokojem przyjmie do wiadomości jej poglądy o robotnicach. W samej rzeczy przy „proletarjackim ruchu kobie­cym" owa bezsensowna równość wogóle nie wchodzi w rachubę, tu chodzi jedynie o usunięcie tej nędzy, którą nasze nieszczęśliwe warunki życiowe wywo­łują, chodzi o sprawiedliwość dla kobiet i dziew­cząt, które muszą pracownć na swój chleb. Autorka pokazuje nam całą nędzę, która ciąży na pracy ko­biecej. Można powiedzieć, maluje szare na szarem, boć przecie nie wszędzie jest tak źle, lecz to nie wiele zmienia postać rzeczy, rzeczywistość jest i tak okropna. Prawdopodobnie i w tern ma autorka rację, że tylko walką wszystkich robotnic ramię w ramię razem z męskimi robotnikami przeciwko przedsię­biorcom energicznie prowadzona może sprowadzić gruntowną poprawę. Nie mogę tego bliżej poruszać gdyż ocenianie ekonomicznych teoryj nie należy do mnie. A teraz parę słów co. do prognozy na przysz­łość. Według autorki również w społeczeństwie przy­szłości powinna robotnica pozostać robotnicą a tyl­ko życie jej dozna ułatwienia przez to, że po większej części odpadną domowe zajęcia. Możemy chętnie na to się zgodzić, że w specjalnych zakładach bę­dzie się gotować, prać itd., jak również przystać na to, aby kobieta, mając takie ułatwienia stała się użyteczną w czem innem, mimo to spodziewamy się, że i w tej lepszej przyszłości płci będą tak zróżnico­wane, że dla mężczyzny zawód będzie rzeczą główną, dla kobiety poboczną. Prawdziwe macierzyństwo i o- bowiązki zawodowe w znaczeniu męskim nie dadzą się nigdy pogodzić, a również w najodleglejszej przyszłości macierzyństwo pozostanie głównym za­daniem kobiety, eaś jej „zawód“ ubocznym zajęciem.

 

Chciałbym zwrócić uwagę na jedno pismo pole­mizujące ze mną, ponieważ pod pewnym względem dostarcza ono wody na mój młyn, mianowicie na książkę Ody Olberg (Das Weib und Intellektuałis- mus. Berlin — Bern 1902). Czytała ona bardzo wiele mądrych rzeczy, przemyślała nad niemi gorli­wie i w przeciwieństwie do innych walczących ko­biet wyraża się o mnie w całkiem przyzwoitym tonie. Uchwyciła całkiem właściwie mój sposób myślenia i pojęła jego znaczenie aż do momentu, gdy opano­wało ją modne bałamuctwo i przyćmiło jej rozsądek. Dlatego warto odpowiedzieć tej uczonej i umiejęt­nej autorce nieco dokładniej. Jest ona żarliwą zwo­lenniczką nietylko intellektualizmu wogóle, aleprze- dewszystkiem „nowoczesnego intellektualizmu1', a „no­woczesne idee“ mają dla niej wartość niezachwia­nych dogmatów. Znamieniem każdego intellektua­lizmu jest 2 jednej strony przecenianie wiedzy, z dru­giej zaś ludzkiej własnej woli, a zwłaszcza wycho­wania. Lecz nowoczesny intellektualizm nabiera swo­jego niemiłego specyficznego zabarwienia przez to, że opiera się na „mechanicznym światopoglądzie" i na „rozwoju" w sensie Darwina. Moderniści, a z ni­mi Oda widzą w mechanistycznym światopoglądzie nie jakąś hypotezę, lecz podstawę dla swojego my-

 

ślcnia i dlatego łatwo pojąć, że oni uważają ten jedyny, jaki ich zdaniem istnieje, pomysł dotyczący człowieka, za bardzo ważny. Jednak ja wierzę w opa­trzność t. zn. w to, że jakaś duchowa Moc dopro­wadza do przeznaczonych celów i uważam to za słuszne, ponieważ wydaje mi się nietylko bardziej możliwe ale przedewszystkiem lepiej uzasadnione. Dla naszego tematu darwinizm jest jeszcze ważniej­szy. Intellektualiści wierzą raz w nieograniczony roz­wój, a drugie w możliwość przemiany rodzaju w spo­sób wymieniony przez Darwina. Jest rzeczą natural­ną, że te ogólne zagadnienia opierają się tylko na prawdopodobieństwie, a stopień jego jest prze­cież różny. Możliwość rozwoju ziemskiego króle­stwa obecnie jak i poprzednio wydaje mi się bardzo niewielka, raczej jak uważam, należy przy­jąć, że cale ziemskie królestwo pod tym względem podobne jest do gotowego człowieka, że ono też zostało stworzone, rosło, a obecnie jest w stadjum wykończonymi. Tak wnioskuję na podstawie „onto- genezy“ o ,,phylogenezie“‘). Dorosły człowiek rów­nież nie pozostaje niezmieniony, wzrasta jeszcze pod niejednym względem, ale w gruncie rzeczy pozosta­je aż do początku starości mniejwięcej na tym sa­mym stopniu lozwoju. Jeżeli taksamo rzecz się ma z rodzajami, to obecnie jeszcze pewne nieznaczne zmiany są możliwe, ale nie istotne i podobnie jak nie możemy spodziewać się rozwoju człowieka do jakiegoś nadczlowieka, tern nie mniej nie jest praw­dopodobna zmiana raz ustalonego charakteru płcio-

') Ontogeneza =rozwój jednostki. Filogeneza = rozwój gatunku. Przyp. tłum.

wego. Następnie zmiana potomstwa przez nabyte właściwości rodziców, bez których nasza autorka nie może się wcale obejść, możliwa jest prawdopo­dobnie tylko w bardzo szczupłych granicach, jeżeli się abstrahuje od uszkodzenia zarodka. Gdyby ona była możliwa w podobny sposób, to dla dalszego rozwoju kobiecego mózgu musiałoby wystarczyć in- tellektualne wykształcenie kobiecego mózgu. Gdyby bowiem wszyscy mężczyźni byli zasobni w wiedzę, to swój rozwinięty mózg przekazywaliby również swoim córkom, a ponieważ te znajdywałyby tylko uczonych mężów, więc wkrótce cała rasa ludzka składałaby się z intellektualistów samych. Nieste­ty tak nie jest, jakkolwiek istotnie mądrzy męż­czyźni, mają zwykle mądre córki, gdyż męskie wła­ściwości nie powtarzają się u córek, a one zacho­wują swoją małą kobiecą głowę i uzdolnienia ich również nie osiągają stopnia męskiego. Nietylko rodzaj jest niezmienny, ale także niezmienne są róż­nice płciowe w rodzaju. Mimo małych wahań zaw­sze wraca na nowo ten sam poziom. Gdzie występu­ją duże wahania, tam według mego zdania rozchodzi się nie o rozwój rodzaju, tylko o zwyrodnienie.

Ja twierdzę, jednostronny rozwój mózgu jest zwyrodnieniem; nie, mówi Oda, on jest błogosła­wionym w skutkach przystosowaniem i sprzyja ro­dzajowi. Ja powiedziałem, wykształcenie gubi, Oda tna mnie z lego powodu za wroga kultury i reakcjo­nistę. Tak złym nie jestem znowu. Sądzę, że tak zwaną pracę kulturalną można porównać ze zdoby­waniem jakiegoś kraju, gdyż obie te czynności wy­magają ofiar i podobnie jak padają żołnierze, tak giną dla rodzaju pionierzy kultury. Korzyści da­

nej pici rosną kosztem tych, którzy je zdobywają. Ofiary powinno się ponosić tam, gdzie się to opłaca. Gdyby się chciało utworzyć armję z ludzi słabych, to poniosłoby się wiele strat, a mało korzyści. Gdyby się chciało pracę nad kulturą pozostawić do wyko­nania kobietom, to również szkoda byłaby duża, pożytek mały. Co dla męskiej głowy jest wysiłkiem średnim to dla kobiecej jest nadmiernym i mimo całego tego wysiłku rezultaty pracy kobiecej nie dorównają nigdy męskim, co zresztą Oda przyznaje. Sławny mężczyzna może zdziałać rzeczy niewiarygod­ne, a jeżeli nawet jego potomstwo będzie do niczego, to znowu nie taka szkoda. Wszystkie intellektualist- ki, które dotychczas żyły nie dokonały tyle, co jeden jedyny wielki mąż, a przecież są one prawie wszyst­kie jak i ich potomstwo mało wartościowe. Najgor­szą stratą jest naturalnie niepłodność, zwłaszcza gdy przybiera duże rozmiary. Do tego zaraz powrócę, wprzód jednak muszę podnieść, jak niesprawiedliwie odnosi się Oda do mnie. Przedstawia ona zawsze rzecz w ten sposób, jakobym życzył sobie umysłowo tępych kobiet i używa słowa niedorozwój umysłu w potocznem znaczeniu, nie uwzględniając mojej definicji niedorozwoju fizjologicznego. Byłbym na­prawdę osłem, gdybym wyżej cenił kobiety głupie od rozumnych i dzielnych. To, że użyłem żartem słowa „zdrowa i głupia", przyczem głupia znaczy tyle co nieuczona, nie powinno przecież tak mądrą kobietę jak Oda Olberg spowodować do przypisywania mi najstraszniejszej niedorzeczności. Że wykształcenie na nie właściwym miejscu ogłupia i że modne dążenia są wstanie z prostych i dzielnych dzieci natury uczynić zdziczałe gęsi, oto jest moje zdanie. Odpowiedniego

 

zakresu nauki (t. zn. nie tak zwanych wyższych szkól), wiadomości o tem co kobiecie może przynieść pożytek, wreszcie rozszerzania w rozsądny sposób widnokręgu myśli, oto czego życzę z serca wszyst­kim dziewczętom, gdyż to wszystko da się osiągnąć bez narażenia umysłu i zdrowia na szkodę. Ale przy tem w-szystkiem pozostanie fizjologiczny niedorozwój umysłowy, t. j. naturalna różnica między męskim a kobiecym umysłem. Gdyby kobiety były takie mądre, jak tego pragną, to mogłyby całkiem dobrze to zrozumieć. Na zarzut, że skoro istnieje fizjologicz­ny niedorozwój umysłowy wszelkie gadanie jest nie­potrzebne, gdyż brak rezultatu przyspieszy koniec „ruchu kobiecego", chcę jeszcze raz odpowiedzieć co następuje. W rzeczywistości wierzę, że naogół re­zultat będzie zero, skoro kobiece czynności mają być równe męskim, lecz ten negatywny rezultat da się osiągnąć tylko z wielką biedą. Pośród „dzia­łaczek" należy rozróżnić dwie kategorie. Przewódczy- nie, to istoty zwyrodniałe, mają one (przynajmniej w znaczeniu duchowem) pewną część wtórnych cech płciowych męskich, t. zn. pewne talenty i pociąg do wolności. Tym trzeba drogę ułatwić, takimi już są i zmienić ich nie można, wstrzymywanie je gwał­tem byłoby więc tylko okrucieństwem. Chociaż nad­zwyczajnego nic nie robią, jednak w naśladowaniu męskich czynności znajdą własne zadowolenie. Więk­szość składa się z dziewcząt, które naśladują to co modne lub którym zdegenerowane zaszczepiły swoje suggestje. Te należy ratować, gdyż one wyrządzają szkodę nietylko innym, ale największą sobie samym, a przy tem cierpią tem więcej, im bardziej oddalają się od swej naturalnej drogi.

Więc teraz kwestja płodności! Powiedziałem, że przez intellektualizm spada liczba urodzin. Tak, to jest prawda, mówi Oda, ale jest dobrze. To jest jej właściwy błąd. Im potomstwo jakiegoś zwierzęcia mniej jest zagrożone, tern mniejsza jest płodność. Ponieważ przy wysokiej kulturze życie ludzkie jest więcej ochraniane niż przy niższej, przeto płodność jest o tyle mniej potrzebna, im dalej kroczy kul­tura. Darwinowska i socjalna teorja rozwoju, jak również czysto nowoczesne poglądy mieszają się ze sobą. Istotnie liczba dzieci zmniejsza się stosownie do w-zrostu bogactwa i wykształcenia i to dzieje się przeważnie ze świadomym celem. To jest prawda i stanowi dowód na to, że tak zwana kultura jest morderczynią. Oda jednak zaleca postępowanie we- dla sposobu zwanego metodą Malthusa. Gdyż według Ody, jeżeli będzie się rodzić mniej dzieci, to będą lepiej chowane i wychowane. Kobiety oświecone przez intellektualizm, to jest takie, które nic nie chcą wiedzieć o błogosławieństwie dzieci, będą znać się na zasadach hygieny, one potrafią nietylko wypia- stować swoje dzieci, ale też wyprowadzić je na wyży­ny intellektualizmu, tak że ta niewielka ilość dzieci pięknie się uda i będzie bogata w zalety umysłu. Podobne głupstwa wypisuje uczona pani „socjolog", poniew-aż nie chce się zgodzić na sposób mojego rozu­mowania, a z drugiej strony nie chce zrezygnować z feministycznych dążeń. Robi młynka i w skazuje na to, ile dzieci ginie marnie w robotniczych rodzinach. Czy wobec tego nie byłoby lepiej, gdyby rodzice wy­dawali na świat tylko parę dzieci, lecz zato, żeby je naprawdę troskliwie wykarmili? Owszem ogranicze­nie liczby dzieci w ubogich rodzinach miejskich jest polecenia godne, ale to w granicach naszego pro­blemu nie da się uskutecznić. Nie brak intellektua- lizmu, lecz brak najprymitywniejszych warunków życiowych, niedostatek mleka, brak powietrza, jed­nym słowem społeczna nędza zabijają w mieście dzieci ludzi ubogich. Niech ulepszy się okropne wa­runki życiowe, niechaj usunie się przedewszystkiem alkoholizm, a wtedy dzieci robotników będą akurat zdrowo i krzepko rosły, jak dzieci na wsi. Twierdze­nie, że „wykształcona" kobieta wychowa swoje dzie­ci lepiej niż zwyczajna kobieta, jest czystą niedo­rzecznością. Gdzie to najlepiej się dzieci udają? W skromnych warunkach i przy dzielnych, obdarzo­nych zdrowym rozumem rodzicach. Wystarczy prze­czytać biografję tych, którzy należeli do gromadki dzieci ubogich rodziców. Ostatnio wykazał H. Ellis dla stosunków angielskich, że genialni ludzie z re­guły należą do rodzin bogatych w dzieci, że z rodzin ubogich w dzieci zwykle nie pochodzi nic wybitniej­szego. Ja znalazłem już przedtem podobne stosunki dla matematyków i dla artystów. Trzeba pójść na wieś między lud, gdzie pieniędzy mało, wykształce­nie skąpe, gdzie jednak niema nędzy i pijaństwa, a można zobaczyć od czego to zależy, wówczas inte- llektualistyczne frazesy niejednemu zbrzydną. Są to wszystko rzeczy tak proste, że najchętniej nie mó­wiłbym o nich, gdyby nie to, że muszę brać pod wzgląd „słabsze siostry". Jeszcze w mniejszym stop­niu niż przy pielęgnacji ciała może intellektualizm zastąpić naturę przy wychowaniu ducha. Czego po­trzebuje dziecko do wychowania? Przykładu mo­ralnych ludzi, zwłaszcza dobrych rodziców i towa­rzystwa równych sobie. Oddawna znaną jest rzeczą, że dzieci wychowują się między sobą i że idzie to tem łatwiej, im więcej jest dzieci. Następnie mowa jest o szkole, Oda wyobraża sobie, że kobieta bez „wyższego wykształcenia'* stoi bezradna wobec dzie­ci przewyższających ją umysłowo, podobnie jak kura, co wysiedziała kacze jaja stoi na brzegu, gdy kur­częta idą na wodę. Matka Goethego i wiele innych przykładów najlepiej zadaje kłam podobnym przy­puszczeniom. Syn musi matkę pod pewnym wzglę­dem przerosnąć, ale serce łączy ich razem. Gdzie brakuje serca, tam nie pomoże nawet wyższe wy­kształcenie (porównaj Schopenhauera).

Co pociąga za sobą ograniczenie płodności, widzimy to obecnie na przykładzie Francji. Prawda, że Zola przeholował nieco w swym hymnie po­chwalnym na cześć płodności, ale on był właśnie człowiekiem o naturze skłonnej do przesady, jednak w gruncie rzeczy miał przecież rację. Albowiem wskutek tak zwanego systemu dwóch dzieci ulegnie zaludnienie nietylko postępującemu zmniejszaniu się, ale też i pogarszaniu. Na tym przykładzie można najlepiej poznać niedorzeczność, która kryje się w twierdzeniach Ody Olberg. Jeśli panie nie chcą mi wierzyć, to niech posłuchają, co mówi jedna z ich sióstr. Kathe Schirmacher uczyniła całkiem dobre spostrzeżenia w swoim artykule o „francuskich .kło­potach zaludnenia"1). Pozwolę sobie na przedruk jed­nego ustępu, może to uratuje duszę Ody, a inne uchroni od zbłądzenia.

„Socjalna wartość tych fils lub filles uniąues nie jest .wcale lepsza od jakości licznych braci

') Westermaans Monatshefte XLVI, 5 luty, 1902.

i sióstr. Niema porównania. Jedyne albo bardzo nie­liczne francuskie dzieci są przedmiotem lęku, koło których życia i zdrowia wszystko w rodzinie się obra­ca, których choroby to klęska, a kaprysy prawem. Stanowią one przedmiot rodzicielskich pieszczot. Pa­py jedynak, mamy bożek; być pierworodnym i za­razem benjaminkiem, tego nie zniesie żadne dziecko. Od dnia ich urodzin koncentruje się na jego małej osobie całkiem nienależąca się im i niestosunkowo wielka część uwagi, robi ich samowładcą, tyra­nem, panem swych rodziców, którzy w swej zaśle­pionej miłości poświęcają się dla nich: Przy jednym dziecku jest się iego niewolnikiem, przy sześciu ich panem! Zasadą jest, że dla ulubieńca musi poświęcać się wszystkie chęci. Rozpieszczenie jak i małpia miłość przy takim systemie odbywa się kosztem wy­gody rodziców.

Natomiast w licznej rodzinie wzajemne myśle­nie o sobie jest na porządku dziennym, względ­ność wzajemna i solidarność są w praktycznym u- życiu. Charaktery hartują się i wygładzają wzajem­nie. Udział każdego jest mniejszy, szacowanie włas­nej osoby kurczy się przez porównanie z właściwą miarą. Duża rodzina jest jak mała republika, która przygotowuje do praktycznego życia.

Natomiast jedyny syn, jedyna córka rosną w tym nienaturalnym otoczeniu na pretensjonalnych autokratów i tylko czarodziejskie stoliczku nakryj się może ich jeszcze zadowolić! Jako skończeni indy­widualiści, egoiści, o sobie tylko myślący, przedsta­wiają oni dla społeczeństwa małą wartość, a dla narodu niewielką korzyść.

Jeżeli chodzi o syna, to ten sposób wychowania da się przedstawić następująco: Moje dziecko, ty możesz liczyć na swoich rodziców. Patrz, jak oszczę­dzamy dla twojej przyszłości! Licz również na nasze ustosunkowanie, na naszych przyjaciół, będą cię oni polecać, protegować, posuwać naprzód! Miej ha względzie też rząd, który szafuje dużą ilością posad. Musiałoby być szczególną rzeczą, gdybyś ty której nie otrzymał. Ponieważ jednak takie posady nie zaw­sze przynoszą wystarczający dochód, a dobre jest do chleba mieć także i masło, przeto powinieneś ożenić się z bogatą kobietą. Ale to jest naszą rzeczą, zostaw to dla nas, a my znajdziemy ci dziedziczkę!"

Z lekarskiej strony otrzymałem naganę za to, że okazałem się tolerancyjnym w stosunku do lekarzy kobiet. Jednak nie zmieniam mojego zdania: Nie należy sprawy popierać, ale też nie zamykać drogi poszczególnym dziewczętom, które chcą studjować medycynę. Jak już powiedziałem przedtem, ten ruch w przeciwieństwie do mechanicznego ruchu tern prę­dzej ustanie, im mniejsze jest tarcie. Dla mojego twierdzenia znajduję dowód w New-Jorskim mie­sięczniku lekarskim ze stycznia 1902. Tam (p. 42) donoszą, że kierownictwo Nortwestern University Womans Medical School w Chicago postanowiło zamknąć instytut po 32 latach istnienia, gdyż pra­cowano z rocznym deficytem wynoszącym 25000 dolarów. Newjorski dziennik z 3 stycznia 1902 są­dzi, że to oznacza bardzo ciężki cios dla t. zw. ru­chu kobiecego, reporter bowiem wyjaśnił że kobiety niedorosły do zadania tak w labolatorjum chemicz- nem, jako też na sali sekcyjnej. Przez te 32 lata eksperymentowania zrobiono najpierw próbę z koe­dukacją, ale przed 15 laty uznano ten system za chybiony i zbudowano osobny zakład dla studentek. „Na kobiecych lekarzy niema popytu, kobieta jako doktor medycyny nie spełniła pod żadnym względem .oczekiwanych nadzieji". Ma to naturalnie wartość z pewnymi wyjątkami, ale w każdym razie nawet w praktyce kobiecej i dziecięcej nie uczyniły leka­rze kobiety męskim ż;adnej poważnej konkurencji1). Jużto nie dopisały siły kobiet, jużto lekarki wysu­nęły żądania, które z wykonaniem zawodu nie dały się pogodzić. Przypomnijmy sobie stare przysłowie, że należy baczyć, aby drzewa nie rosły do nieba, po­wiedzmy sobie jednak równocześnie, że 32 lat trwa­jący eksperyment był nieco za kosztowny i bolesny [29]

 

Chętnie się kształcę, dlatego z przyjemnością czytam książkę, z której mogę się czegoś nauczyć. Z tego powodu w ostatnich latach przeczytałem wiele książek feministycznych. Niestety jednak do­znałem przy tern dużego rozczarowania i gdyby miejsce na to pozwoliło, mógłbym wiele bolesnych rzeczy opowiedzieć. Dam tylko jeden przykład. Otóż Marja Stritt przetłómaczyła książkę pani Charlotte Perkins-Stetson (Women and Economics), którą na­zwała Standardwork i zestawiła z książki MilTa „Biblja ruchu kobiecego1'.. Oryginał ukazał się praw­dopodobnie w r. 1899, tłumaczenie nosi tytuł „Męż­czyzna i kobieta" (Drezno i Lipsk, H. Minden). Aj,

 

pomyślałem sobie, to będzie coś dobrego, a tu zna­lazłem właśnie okropną partaninę. Krótki sens dłu­giego wywodu do tego zmierzał, że wtedy zniknie gnębiące nas zlo, gdy kobieta sama zarobi na pie­niądze. W gruncie rzeczy ten cel niezbyt trudno można osiągnąć, gdyż skoro w domu już więcej nie będzie się gotować, a dzieci (te niepotrzebne, jak na­leży przypuszczać) odda się do żłóbków dziecięcych, wówczas może kobieta tak samo dobrze jak mężczyzna chodzić do zajęcia. Przed tą amerykańską mądrością staje się oniemiały z podziwu. Mogłoby jeszcze ujść, gdyby autorka wypowiedziała swą niedorzeczność w prostych słowach, ale gdzie tam, ona tworzy „na­ukowo", żongluje „socjologją", podobnie jak dziki wywija swą pałką a najszaleńsze pomysły podaje jako pewne fakta. Wychodzi z tego, że u zwierząt każda samica sama szuka sobie pożywienia, nato­miast u ludzi mężczyzna żywi kobietę. Zdanie to nie jest zupełnie słuszne, gdyż np. wieśniak i wieś­niaczka pracują i zarabiają oboje. O ile jednak zdanie to ma rację, tłumaczy się to całkiem prosto z jednej strony długą potrzebą pielęgnacji dziecka, z drugiej strony zwiększoną potrzebą dostarczania po­karmu powodowaną przez o wiele większą czynność umysłu i o wiele większy mózg i powstającą wskutek tego koniecznością podziału pracy. To brzmi jednak bardzo prozaicznie w stosunku do baśni autorki, która, jak się zdaje hołduje zaciekłemu darwinizmo- wi. Według niej kobieta była początkowo wszyst- kiem, mężczyzna jakimś dodatkiem, tylko dla utrzy­mania gatunku. Myśli przytem o pająkach, u któ­rych mały samiec bywa pożerany przez samicę i prawdopodobnie przypuszcza, że ludzie pochodzą od pająków. Dopiero powoli rozwija się mężczyzna, a „jako ostatnie stadjum tego procesu rozwojo­wego było podniesienie mężczyzny do zupełnego zrównania z kobietą, skutkiem czego doszło później nawet do jej podporządkowania". (Str. 115). W każ­dym razie była kobieta początkowo równie zręczna i sil­na jak mężczyzna Pewnego razu przyszło na myśl męż­czyźnie, temu nicponiowi, aby ujarzmić kobietę i o- graniczyć jej rolę do funkcji rozrodczej a nieszczęś­cie chciało, że ten sromotny czyn udał mu się. Tak więc stało się źle, kobieta dostała się w „ekonomicz­ną zależność" a to doprowadziło do zwyrodnienia rodzaju ludzkiego a zwłaszcza kobiet. Kobieta utra­ciła pewną część swoich właściwości i stała się „ponad wszelką wątpliwość nadmiernie i do tego chorobliwie pod względem płciowym upośledzoną". Ponieważ kobieta nie produkuje, a tylko konsumuje, dlatego jest lekkomyślna, chciwa, rozrzutna, przy­kłada wagę do strony zewnętrznej i cielesnej a przy- tem również uwodzi mężczyznę. Wogóle i mężczyzna spada powoli coraz niżej, gdyż wychował sobie w kobiecie tylko istotę płciową, co go podnieciło do tego stopnia, że stał się ofiarą swego nadmiernie wybujałego popędu płciowego. Nadmiar płciowego popędu jest właściwością człowieka w przeciwień­stwie do zwierząt (autorka zapomniała zupełnie o obyczajnych małpach). Następnie przychodzi autorce na myśl dziedziczność, że mianowicie dziewczęta dziedziczą również po ojcu i t. d.; i teraz rozpoczyna wprost okropnie bredzić, jednak tern nie będę się zajmował. Lecz zawsze w straszliwie długich roztrzą- saniach powtarza się motyw przewodni: „Każda poszczególna kobieta, urodzona jako człowiek, z o­dziedziczonych w żyłach po ojcu pędem do wykazania swych ludzkich uzdolnień, a równocześnie urodzona jako kobieta przytłoczona gniotącym ciężarem tra­dycji, musi we własnej swej osobie przebyć podobny proces poniżenia, uciemiężenia, wyrzeczenia się swej ogólno ludzkiej natury, dla każdej z osobna dźwię­czy bolesne „Nie“, które powinno zgłuszyć cały jej pęd do nauki, do twórczości, do odkryć, pęd do wypowiedzenia się, do postępu11. (Str. 65). „Na dalekich prerjach lub w domach na uboczu stoją­cych, gdzie kobiety dziś jeszcze żyją całkowicie skrę­powane gniotącymi więzami płci, tam znajdziecie je tuzinami i setkami w tym obłędzie11. (Str. 228). Oh! Gospodarcza zależność kobiety jest przyczyną spadku liczby urodzin (Str. 147). Oh! Lecz na wszy­stkie te obrzydliwości znalazły radykalny sposób amerykańskie panie. Obecnie właśnie odbywa się największa i najważniejsza przemiana, jaką kiedy­kolwiek świat przeżył, mianowicie powolne podno­szenie się z ziemi uciśniętej kobiety do pełnego człowieczego równouprawnienia (Str. 126). Nastę­puje pochwala i sławienie amerykańskiej świetności; przez to, że kobieta wstąpiła w życie zarobkowe, wszystko stanie się nowem, wszystko będzie dobre. Ludzka dusza ulegnie wydoskonaleniu, a mózg ko­biety przeformowaniu. Nawet biedne małe dzieci lepiej na tern wyjdą, gdyż nowa kobieta ma do dys­pozycji, jeżeli chodzi „o rodzenie (I), opiekę i wy­chowanie potomstwa o wiele lepsze, delikatniejsze i skuteczniejsze metody11 (Str. 138), niż dawniejsze kobiety, które były właściwie tylko „pieszczonemi świnkami morskiemi11. — Dotychczasowe rezultaty o­kazują dostatecznie, jak się sprawa przedstawia z tą feministyczną uczonością. Jak to jest we Fauście?

Das ist noch lange nicht voriiber

Ich kennes wohl, so klingt das ganze Buch;

Ich habe manche Zeit damit verloren‘).

Bardzo wiele krytyk, które otrzymuję do czyta­nia, są niżej miary, jakiej można wymagać. I tak pytają się ludzie, czy ja jestem niekulturalny, mało uprzejmy, czy jestem wrogiem kobiet, czyby nie można niejednej rzeczy łagodniej wyrazić, czy po­jedyncze typy kobiet odpowiadają w zupełności mo­jemu przedstawieniu, czy ja nie uprawiam nieuza­sadnionej teleologji i czy nie zadużo tej niepotrzebnej gadaniny. Lecz z moim sposobem myślenia nikt się nie zgodził. Kobieta wyposażona jest skąpiej w u- myslowe przymioty niż mężczyzna i szybciej je traci. Ten stan istnieje od dawien dawna i nie da się od­mienić. Cala ta robota z równouprawnieniem przy­nosi szkodę społeczeństwu, gdyż odbija się ujem­nie nie tylko na zdrowiu kobiety, lecz także na ja­kości i liczbie dzieci. Widocznem jest, że właściwy spór toczy się „oddawna o słowa i nie da się zmie­nić". To, że moje obrazowanie odpowiada mniejwię- cej obecnie żyjącemu pokoleniu, na to zgadzają się bez wahania wszyscy rozumni. Również nie zaprze­czam, że pewne zmiany, wywołane czyto samowol­nie, czy wynikające z natury rzeczy są możliwe. O- becnie zachodzi pytanie, jak wielkie mogą być te [30]

 

zmiany, czy istniejące umysłowe różnice płciowe bę­dzie można zmienić przez wychowanie, względnie w inny sposób i to tylko w rzeczach drobnej wagi, czy również w istotnych. Jeżeli się wskaże na prze­szłość, t. zn. na historję ludzkości, to się słyszy, tak, ale wtedy warunki zewnętrzne były niekorzystne. Dopiero przyszłość okaże, co kobieta potrafi zro­bić, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość. Tak więc toczy się rozmowa o tern i owem. Trzeba szukać nowych dróg, aby pojąć istotę życia. Jedną rzeczą, jak mi się zdaje mało się jeszcze interesowano; mam na myśli spostrzeżenia nad psychicznemi różnicami płciowemi u wyższych zwierząt, ssaków i ptaków, a nie u pszczół i pająków. Jeżeli się pokaże, że te róż­nice, które widzimy obecnie u ludzi, znajdziemy też u wyższych zwierząt, to można przyjąć, że mamy do czynienia z zaledwo dającym się usunąć złem, gdyż to co utrzymało się przez niezliczone tysiące lat, stawi opór również i nowoczesnemu wychowa­niu. Niestety, byłoby naprawdę trudno zebrać wy­starczający materjał. Ja pokusiłem się o to, ale jak narazie mało znalazłem rzeczy, które nadawałyby się do zużytkowania; a dziwnem jest, jak dotych­czas niewielu badaczy interesowało się psychicznemi różnicami płciowemi u zwierząt (pomijając natural­nie życie miłosne). Poszczególne dobre spostrzeżenia znajduje się to tu, to tam, ale do tego potrzeba większego materjału. Można zapewne robić też po­jedyncze doświadczenia, tak, jak to spróbował ostat­nio pewien Amerykanin na parce małp Rhesus1).

A teraz coś wesołego. Zwracam uwagę na dołą­czone w dodatku, francuską krytykę, jak również listy szwedzkie. Francuski frazesowicz widzi we mnie głównego przedstawiciela typu nowoniemieckiej bru­talności; na .tym przykładzie widzimy, do jakich nie­dorzeczności może doprowadzić polityczna nienawiść. Jeszcze więcej humorystyczne są listy szwedzkie. Od jakiego pół roku otrzymuję ze Szwecji prawie co cztery tygodnie list pisany ręką kobiecą; dotąd jest ich sześćl). W każdym charakter pisma jest nieco odmienny, w każdym są nieco inne błędy językowe, ale wciąż powtarzają się tesame myśli (żeby z re­spektem powiedzieć) i panuje swoiste grubijaństwo. Ładne okazy kobiet muszą być w Szwecji, przypusz­czam, że te Manady utworzyły spisek, aby obrzucać mnie zelżywemi słowy. Gdyby wielka ewolucja na­szych kobiet miała prowadzić na podobne wyżyny, jakie już osiągnęli Szwedzi, to nie mam więcej co robić! A przecież nie mogę czynić sobie wyrzutów, chyba że odzywałem się zbyt łagodnie!

 

Pan nakładca wyraził życzenie, aby do nowego wydania dołączyć jako dodatek wybór krytyk, do­tyczących mej pracy. Po pewnym wahaniu zgodziłem się, gdyż jako documents humains zasługują prze­cież niektóre wynurzenia na pewne zainteresowa­nie, które zresztą im się należy, a pozatem podoba mi się to, aby poszczególnych „łotrzyków móc po­wiesić". Zachodzi teraz pytanie, które głosy należy wybrać. Między innymi spotkałem się również z opo­zycją ze strony lekarskiej krytyki. Pochodzą te krytyki po części od doświadczonych psychjatrów, a więc ludzi, których pewnemu sądowi powinno się zaufać. A tu właśnie byłem przerażony brakiem rozsądku. U wielu wykształconych mężczyzn spoty­kamy przeważnie w odniesieniu do kwestji kobiecej pewną nieśmiałość, która przynosi szkodę im i sa­mej sprawie. Po bliższej rozwadze uważam za słusz­ne następujące tłumaczenie. Mężczyzna ma z jednej strony tyle zajęć, uczenia się i czytania, że nie po­zostaje mu już czasu do tego, co właśnie stanowi przedmiot jego zainteresowania i upodobań. Potrze­by kobiet wydają się dla wielu jako rzecz podrzędna, nad wyjaśnieniem której nie potrzeba się specjalnie ani zastanawiać, ani rozczytywać. Z drugiej strony są mężczyźni z różnych względów, czyto jako syno-

 

wie, bracia, małżonkowie, ojcowie w stosunku do kobiet uprzejmie usposobieni i o ile możności ob­chodzą się z niemi jak najlepiej. Jeżeli teraz przy­chodzi do dyskusji, to reprezentantom „praw ko- biecych“ udaje się swoje deklamacje uczynić prze­konywującymi, jako, że zwyczajnie są to ludzie bar­dziej w literackiej umiejętności wyćwiczeni, a nawet niekiedy poświęcający tej jednej sprawie cale swoje myślenia. Poczucie sprawiedliwości skłania do wzię­cia w obronę uciemiężonych, uprzejmość zaś chcia­łaby spełnić chętnie każde usilne życzenie. Ponadto my lekarze mamy właśnie liberalizm we krwi. Krótko mówiąc, brak właściwego zainteresowania się przed­miotem i rycerski sposób myślenia wyjaśniają to nieporozumienie.

Przeważna liczba krytyków, to literaci i kobie­ty walczące. Wiadomo, że te ostatnie chętnie przy­pinają sobie brody jako pisarki; dlatego niejedna pozornie męska krytyka może pochodzić z ręki ko­biecej. Tutaj to widzi się cala rubaszność: Wolność i równość brzmi wokoło, a dzikie dziewczę chwy­ta za brońl). W takim miejscu można naturalnie coś zacytować. Więcej nie chcę nic mówić, niech sami krytycy działają wyrazem swej siły i piękności.

Ani nie chwalę tego wszystkiego, co napisano w przychylnych głosach, ani nie ganię wszystkiego u przeciwników, nie wyszukałem również z tamtych opinji najlepszych, z tych najgorszych. Niektórych li­stów dlatego tylko nie wybrałem, ponieważ były za dłu­gie. Mnie zainteresowało głównie to, jak ta sprawa rozmaicie przedstawia się w głowach ludzkich, a są­dzę, że zaciekawi to także innych. [31]

KATINKA v. ROSEN

O MORALNYM

NIEDOROZWOJU KOBIETY

Przekład z niemieckiego z upoważnienia autorki

 

 

 

 

 

Profesor Móbius wykazał kobietom — według mego zdania w zupełnie grzecznej formie — ich niższą wartość pod względem umysłowym. Ujemne krytyki kobiecych piór potwierdziły prawdziwość jego słów. W swoich odpowiedziach dostarczyły kobiety dowodu fizjologicznego niedorozwoju umy­słowego.

Ja niogłabym zająć się moralnym niedorozwo­jem kobiety, gdyż on wydaje mi się być większą przeszkodą dla rozwoju ludzkości, niż fizjologiczny a przecież ważniejszą jest rzeczą jego zwalczać i o ile możności poprawiać, aniżeli dążyć do czynności móz­gu, przekraczającej jego wydolność.

Byłoby mi przykro, gdyby moja mała broszur­ka sprawiła to wrażenie, jakobym ja nie miała sza­cunku dla kobiety. W mojej matce nauczyłam się kobietę czcić, kochać, szanować. Nowoczesna jed­nak kobieta, która wyzbywa się swoich lepszych cnót, nie napawa mnie ani szacunkiem, ani podzi­wem. Z religijnych, obyczajowych i narodowych względów jestem jej przeciwniczką.

K- V. R.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkie kobiety, czy zaliczają się do femini­stek, czy do zwolenniczek dawnych dobrych czasów, roszczą sobie pretensje do wszelakich cnót, zaś zle właściwości przyznają mężczyznom. Wiele kobiet godzi się z faktem fizjologicznego niedorozwoju umysłu więcej z lenistwa i tępoty umysłowej niż z powodu właściwego ujęcia rzeczy. Zato pocieszają się one myślą, że jeżeli chodzi o moralność, to stoją o wiele wyżej od mężczyzny.

Dopóki my kobiety nie zerwiemy z niektórymi błędnymi wyobrażeniami i nie dojdziemy do zrozu­mienia, że cierpimy również na moralny niedoroz­wój i że cnoty, które my uważamy za niewieście, znajdują się w dużo wyższym stopniu u mężczyzny, dopóty usiłowania w kierunku rozwoju kobiety nie będą czynić żadnych postępów.

Jako przykład wyższej moralności zwykło się wskazywać na to, że liczba męskich przestępców jest większa. Gdzie rozchodzi się o popełnienie wiel­kich przestępstw, które wymagają użycia fizycznej siły, tam zawsze mężczyzna dzierży pierwszeństwo. Czy jednak mordercy lub podpalaczowi nie poma­gała jakaś wspólniczka lub pomocnica i czy to nie ona była tą, co suggerowała go do czynu? To jest pytanie, które nasuwa mi się często. Sprzeniewie­rzenia wszelkiego rodzaju, których winnymi stają się mężczyźni, obciążają kobiety. To, że mężczyźni są pożałowania godni, iż dają się bałamucić, nic zmienia w niczem moralnego niedorozwoju kobiety.

Wszystkie zbrodnie, które mężczyzna popełnia stoją zawsze w pewnym związku z jakąś kobietą, ona jest tą, która pobudza w nim chęć i pragnienie i pod­nieca go, gdy jego odwaga zaczyna słabnąć, ona jest tą, która zabija w nim każde ludzkie uczucie a w koń­cu wydaje go w ręce ludzkiej sprawiedliwości. Męż­czyzna nie upadnie nigdy tak nisko, jak kobieta, jakieś ślady człowieczych uczuć pozostają zwykle nawet u najbardziej zdziczałego zbrodniarza, u ko­biety są one wygasłe. Kobieta oddająca się nałogowi pijaństwa lub prostytutka, mimo prób ratunku hu­manitarnych związków, skończy marnie w rynsztoku!

O okrucieństwie i zimnej krwi kobiet Świadczą liczne zbrodnie trucicielstwa przeszłości i teraźniej­szości. Podawać truciznę tygodniami, miesiącami, udawać obłudnie miłość i pielęgnować nieszczęśliwą ofiarę, jest zbrodnią, której nie podołałby najgorszy mężczyzna!

Zbrodnie popełniane przez mężczyzn odznaczają się mniej więcej jakimś rysem wielkości — nie mają nic wspólnego ze słabością, co znajduje zrozumienie w duszy tłumu. Skazanie mordercy Kneisla budziło u wszystkich mniejsze lub większe współczucie. Jego zbrodnie potępił lud, a jednak jego odwaga, jego zuchwałość i zimna krew z jaką ryzykował swe życie przy wykonywaniu tych zbrodni, wzbudzały podziw. — Wszyscy też jakby odnosili to wrażenie, że ten przestępca posiada przymioty, którymi mógłby doko­nać czegoś wielkiego.

Co do Elizy Hansler, to burzyły się tłumy. Dla zbrodniarki okazywał lud tylko pogardę. U Elizy Hansler nie można było dopatrzeć się najdrobniej­szego przymiotu, który mógłby w nas budzić zainte­resowanie lub współczucie. Przeszłość może nam dosadnie unaocznić tą różnicę między mężczyzną a kobietą jako zbrodniarzem. U mężczyzn — o ile będziemy chcieli i mogli zdobyć się na objektywny sąd, co kobietom nie zawsze łatwo przychodzi — znajdziemy zawsze jakąś właściwość, może być nawet występną, której wielkość i brutalna siła budzi nasze zainteresowanie i nasz podziw. Nie umiałabym wy­mienić ani jednej kobiety z historji, na której zbrod­nie moglibyśmy inaczej patrzeć, jak z pogardą.

Pociąg do okrucieństwa, który u złej kobiety osiąga swój punkt kulminacyjny w akcie truciciel- skim, jest zaznaczony u wszystkich w łagodniejszej formie. Drwinki i żarty kobiet pozbawione są stale dobrego smaku. Z uśmiechem na ustach umieją na­wet najlepszym przyjaciołom rozdzielać małe uderze­nia, tak jakby one nie były bolesne. Cieszymy się spowodu nowej sukni, skoro usłyszymy, że jest za długa, albo za krótka, za wąska lub za szeroka i gdy się pokaże, że lepiej byłybyśmy zrobiły wybierając kolor niebieski zamiast zielonego. — Radość nasza zupełnie znika i ile razy ubieramy suknię, gniewamy się. Albo zrobiłyśmy jakieś głupstwo — przyjaciółka zamiast ostrzec nas, milczy przed nami. Nie należy mieszać się w czyje sprawy! Może i to racja — skoro jednak popełniłyśmy głupstwo, za które nieraz mu­simy ponosić niemiłe skutki, wtedy dopiero: Prze­cież ja to mówiłam" — lub .„Gdybyś była tio tak a nie tak zrobiła" etc. etc. — Z takiego sposobu mówienia można sobie ostatecznie nic nie robić, jed­nak okrucieństwo i złośliwość, które kryją się pod pozorną naiwnością i pod maską przyjaźni, pozosta­wiają swoje żądło. — Pani i służba prześcigują się

we wzajemnym okrucieństwie, zwyciężczynią zostaje ta, która osiągnęła wyższy stopień doskonałości tego talentu. Znane jest okrucieństwo, którego dopuszcza­ją się na własnych dzieciach matki z niższych warstw. Ale również wykształcona kobieta, tak zwana ,,dobra matka“ udręcza swoje dzieci. W obecności obcych osób wypomina im ich niegrzeczność już ukaraną lub złe świadectwa, w niewłaściwym czasie udziela nagany, bezlitośnie odpycha od siebie dziecko wów­czas, gdy jest zatopiona w lekturze jakiegoś płyt­kiego romansu, odmawia mu jakiejś przyjemności, ponieważ jest w złym humorze lub cierpi na nerwy, jak się zwykło mówić. Przyczyną tego bezowocnego i bezcelowego dręczycielstwa ze strony matek jest okrucieństwo. Te kaprysy, na które tak często cierpi ród niewieści, o ile nie są powodowane schorzeniem systemu nerwowego, są również okrucieństwem. Drę­czenie swoich bliskich sprawia jej rozkoszne uczu­cie, któremu też oddają się z całą świadomością. Również przy okazywaniu dowodów swej czułości wychodzi niekiedy z kobiety bestja.

Przypatrzmy .się teraz mężczyźnie. Niewykształ­cony może wskutek nałogu opilstwa stawać się bru­talną bestją, żonę i dzieci na śmierć skatować: wy­kształcony może przez niewierność sprawić swej mał­żonce niedające się opisać cierpienie, może on być karciarzem, pijakiem, może robić długi, sam skoń­czyć samobójczą śmiercią i rodzinę zostawić w nędzy. Lecz są to źli ludzie i należą do wyjątków. Okru­cieństwo nie leży w charakterze niemieckiego męż­czyzny, — on może być gwałtowny, porywczy, gru- bijański i niemiły. On może czasami bić swoje dzieci, służbie rzucić jakieś nieparlamentarne słowo, a gdy

małżonka mu bardzo dokuczy może bez pożegnania się z nią opuścić dom, ale nie potrafiłby swoich bliź­nich dręczyć przez ustawiczne drobne ukłucia. Jego dowcipy i żarty nie zawsze może nadają się do salonu lub w obecności małych córek, jednak one nie ranią. Nie, mężczyzna nie jest okrutny — a jeżeli takim jest, to należy do osobników obarczonych, obdarzo­nych kobiecymi rysami, którzy jako zbrodniarze są karani lub zasługują na nasze współczucie.

Z okrucieństwem idzie w parze u kobiety mści­wość i pragnienie odwetu. Kobieta nie zapomina nigdy wyrządzonej sobie krzywdy, jeżeli nawet po­zornie przebaczy, to przebaczenie to spada na grzesz­nika jak przytłaczający ciężar, jej zaś sprawia uczu­cie zadowolonej dumy. Kobieta nie tak prędko za­łatwi isię z daną rzeczą, jeszcze .po latach wraca do przeszłości, każda wyrządzona krzywda bywa wy­olbrzymiona, a dobrodziejstwa zapomniane, powstają wymówki — wymówki o tyle bardziej gorzkie, że popełniona krzywda jest często przedawniona i nie może być wynagrodzona.

Mężczyzna daruje przyjacielowi, o ile go nie zabije, — przebaczenie, niemy uścisk dłoni przywraca starą przyjaźń, dawne zaufanie i na tern sprawa jest raz na zawsze załatwiona. Jeżeli mężczyzna nie może lub nie chce przebaczyć, to wykreśla przyja­ciela lub kobietę, która mu krzywdę wyrządziła ze 'swego życia i ze swego serca. Tego kobieta nie zrobi, przykłada bowiem wagę do zewnętrznych form i u- waia to za swój obowiązek wobec bliźnich — a prze­cież jest to tylko zemsta, która nieświadomie drze­mie w jej duszy. — Przy sposobności małych niedy- spozycyj, jakie w codziennym życiu są nieuniknione,

mają kobiety wielką okazję do małych zemst — jeżeli nie skutkują „moje bóle głowy", to odmawiają przyj­mowania pożywienia — poszczą i sądzą, że przez to ukarzą swoje otoczenie. Na podobne błazeństwa nie pozwoliłby sobie żaden mężczyzna!

Zmysł sprawiedliwości i poczucie cudzej własno­ści są kobiecie obce. Dziecko nie rozróżnia między moje a twoje, pożąda wszystko co widzi. Rodzice zwykle rozwijają ten wrodzony pociąg. Z tym cał­kowitym brakiem zrozumienia dla tego co moje i twoje wstępuje dziecko do szkoły. Chłopcy wpajają sobie poszanowanie prawa swej własności we wza­jemnych bójkach. Ten drastyczny lecz celowy śro­dek wychowawczy niema miejsca w szkołach żeń­skich Bronić swej własności zapomocą pięści nie uchodzi u dziewcząt za objaw dobrego wychowania. Z pedagogicznego punktu widzenia uważa się „skar­żenie" jako bardziej odpowiednie dla charakteru kobiecego; nie ulega wątpliwości, że skarżenie nie zawsze polega na bezwzględnej prawdzie, — jak również j to, że skarżenie przyczynia się do rozwroju donosicielstwa, kłamstwa, obmowy itp. kobiecych wrodzonych wad. W jaki sposób przy podobnym systemie wychowania mogą dziewczęta przyswoić so­bie pojęcia prawne, to należy do rzeczy, których zro­zumienie przeszkadza mi mój fizjologiczny niedoroz­wój umysłu. Jeżeli twierdzę, że kobiecie brakuje po­szanowania cudzej własności, to naturalnie przez to jeszcze nie uważam kobiety za złodziejkę w zwy- klym słowa znaczeniu. A jak jest z tajemnicą listo­wą? Czy przeważna ilość kobiet nie czuje się upraw­niona do czytania listów swych mężczyzn? a nawet do cdpieczętowywania ich i przejmowania — gdy drę-

 

czy je zazdrość? A jakże często ciekawość skłania kobiety do czytania listów, które nie są dla nich' przeznaczone.

Również i dla tego lekceważenia tajemnicy li­stowej znajdziemy odpowiedni grunt w błędnem wy­chowaniu. W pensjonatach czyta przełożona listy, które jej wychowanki wysyłają lub otrzymują, nawet korespondencja z rodzicami podlega nadzorowi. Do­prawdy nie wiem, co zamierza się osiągnąć przez ten niczem nieuzasadniony zamach na osobistą wolność dziewcząt. Znałam przełożone zakładów, które o swo­jej czujności były bardzo przekonane, a które zapew­niały, że we wszystkich pensjonatach lisy miłosne fruwają tam i spowrotem i, że uwaga z ich strony — nawet gdyby miały tysiąc oczów — na nic się nie zda, gdyż nie dorosły do przebiegłości swych wychowanek. Listy miłosne są całkiem niewinną rzeczą, poetyczne często nieortograficzne wylewy młodzieńczego Seladona jeszcze żadnej dziewczyny nie skusiły do występku. Faktem jest jednak, że pen­sjonaty swoją chybioną pedagogiką kultywują roz­wój wszystkich tych przywhr zarzucanych nam, jak kłamstwo, udawanie, obłuda, zawiść, skłonność do intryg i tyle innych i w ten sposób przyspieszają rozwój moralnego niedorozwoju, zamiast go popra­wiać, i to jest fakt, którego nie da się w drodze dy­skusji załatwić, a którego zmiana należy do najważ­niejszych zadań naszych reformatorskich czasów. Dziewczęta, które w niezepsutym stanie opuszczają podobne Nakłady należą do wyjątków — sama elita! Bogu dzięki jednak można je znaleść jeszcze w na- szem piemiecldem państwie!

Ul


Największy jednak zamach na prawa człowieka czyni kobieta, gdy pożąda miłości żonatego mężczyz­ny. .Niestety przy nowoczesnym „ubóstwianiu swego Ja“ są rozwody na porządku dziennym. Nic bardziej nie wskazuje na moralny niedorozwój kobiety, jak kiedy zużytkowuje swój kunszt uwodzicielski, aby przyciągnąć do siebie mężczyznę innej kobiety. Bie­dna niewiasta, która kradnie chleb dla swojego dziec­ka zostanie zasądzona, tymczasem jej siostrzyca, która rabuje miłość małżonka nietylko nie poniesie kary, lecz nawet często osiągnie swój cel i zostanie żoną tego mężczyzny. Zarzuca się jednak winę nie­wiernemu małżonkowi, że on jest tym, co kobietę uwodzi — możliwe, ale każda kobieta ma możność pokazać uwodzicielowi drzwi i uchronić się przed grzeszną miłością.

Nie wykluczam wcale możliwości zakochania się której kobiety w żonatym mężczyźnie, mimo to moż­na jednak od każdej uczciwej kobiety wymagać, aby szanowała prawa swej bliźniej siostry, a własnego szczęścia, które prawdę zawsze polega na złudzeniu, nie budowała na nieszczęściu drugiej. — Jednak mężczyzna czyni też to samo! uwodzi niezliczoną ilość kobiet i burzy najszczęśliwsze małżeństwa! sły­szę ze wszystkich stron. Z pewnością są mężczyźni bez honoru, jednak w swoim stosunku do kobiet są oni stroną słabszą i prawdę zawsze uwodzoną. Z nie­okrzesanymi ludźmi, którzy używają brutalnej prze­mocy nie chcę mieć przecież nic do czynienia, piszę dla inteligentnych ludzi, a żadnemu inteligentnemu mężczyźnie nie przyjdzie na myśl uwodzić zamężną kobietę, gdy ona nie chce. Pozatem może mąż za­strzelić uwodziciela — jak później sobie z nią po-

 

stąpi, to jest jego rzecz. Tymczasem żona, której mąż usidłany przez uwodzicielkę ulega pokusie, jest bezsilna i czy chce czy nie chce, musi go poświęcić.

Litość, współczucie i miłość bliźniego to są ' atrybuty kobiecości i jako takie odmawia się ich mężczyźnie. Istnieją kobiety, które mają w sobie ten niebiański dar i umieją znaleść odpowiednie słowo we właściwym czasie, kobiety, których obecność sa­ma już wystarcza, aby zbolałemu sercu przynieść spokój i ukojenie — są to jednak wyjątki, dla bar­dzo wielu jednak litość i współczucie jest rodzajem sportu. Próżność, ciekawość, zaprawione pewną małą dozą radości na widok czyjej straty skłaniają je do poszukiwania widoku nieszczęścia. Chorych i cier­piących pocieszać jest dla niej rozkoszą. Ofiary jej współczucia zostają zasypane słowami pociechy i wkońcu napomniane, — że przecież powinny być wdzięczne, gdyż są inni, którzy znoszą jeszcze więk­sze cierpienia. Czy to ma być pociechą? Gdy ja cierpię — co mnie obchodzi, że inni płaczą! I jeżeli potrafimy wznieść się do owego chrześcijańskiego i moralnego ideału, którego osiągnięcie powinno być naszym najgorętszym życzeniem — to już sama myśl, że inni cierpią, jeszcze więcej niż my, musia­łaby nasz ból powiększać. Zawodowe pocieszycielki są dla cierpiących serc prawdziwą męką!

Miłość bliźniego jest jakby twarzowym płaszczy­kiem, który się wdziewa, aby ściągnąć na siebie oczy ludzkie; na uznaniu i nagrodach nie zbywa też damom, których „sportem" jest miłość bliźniego.

Z miłością bliźniego obchodzi się nieszczerze i dlate­go mimo postępów humanitaryzmu, ona zanika.

Czy mam teęaz wyśpiewać hymn pochwalny na cześć mężczyzny? Mój udek pozwala mi na taką przy­jemność. Znalazłam tyle serdecznego współczucia u moich męskich przyjaciół, że doszłam do tego prze­konania, iż mężczyzna posiada również litość, współ­czucie i miłość bliźniego. Kobiety szczególnie lubią podniecenie umysłowe, to co dosadniej określa fran­cuskie wyrażenie „emotion“, a które podobnie jak szampan sprawia łaskoczące uczucie i dlatego bywa przez ród niewieści poszukiwane, natomiast mężczyz­na unika go. Małe nieszczęścia nie budzą jego współ­czucia i dlatego pośpiesznie chroni się ucieczką, gdy przewiduje u swej małżonki zbliżający się ból głowy lub nerwowe spazmy. Również dla rzeczywistego cierpienia tylko wówczas okazuje zainteresowanie, kiedy może pomóc lub złagodzić ból. Ale mimo tego posiada mężczyzna i te przymioty, które są opiewane jako cnoty kobiece. W ich spełnianiu często on nad nami „góruje".

Zarzuca się kobietom próżność, manię strojenia się i rozrzutność. Od błędu próżności chciałabym je usprawiedliwić, jest on bowiem o wiele mniejszy, niż zwykło się przyjmować. Ładna kobieta jest świa­doma swej piękności — mówi jej o tem zwierciadło i ludzkie hołdy — i słusznie, gdyż widok pięknej ko­biety sprawia przyjemność. Mogłabym ją porównać z człowiekiem, który ciesząc się swoją siłą i zdro­wiem, nie przykłada jednak szczególnej wagi do tych wartości. Dopiero wtenczas uczy się cenić zdrowie, gdy od nas odeszło. Tak też i kobieta, wtedy dopiero staje się próżną, gdy młodość i piękność poczynają zanikać, wówczas to na gwałt stara się je zatrzymać,

by choć pod pudrem i szminką dać sobie i drugim złudzenie.

Przyznam, że mania strojenia musi istnieć u ko­biety do pewnych granic. Jeżeli kobieta nie jest próżna, ani nie lubi się stroić, to będzie się zanied­bywać i ubierać niegustownie i bez smaku. Tak nie powinno być, gdyż każdy człowiek, mężczyzna czy kobieta ma swoje ciało pielęgnować jako ten cenny dar, a do tego celu służy również choćby skromny i do odpowiednich okoliczności przystosowany, a jed­nak gustowny ubiór. O powodach, dlaczego kobieta kocha się w stroju panuje dosyć fałszywy pogląd. Mężczyźni spowodu swej próżności uroili sobie, że cały ród niewieści ubiera się i stroi dla nich. To nieporozumienie chciałabym wyjaśnić dla dobra płci silnej. Dziewczę, której serce poczyna się budzić, będzie się dla „niego" stroić, tylko „jemu" chcieć podobać. Jasnem jest, że będzie się starała wystąpić w jak najkorzystniejszem świetle wobec 'mężczyzny, którego kocha i za którego miłością tęskni. Także mężczyzna nie będzie pokazywać się jej z rękawami od koszuli i w pantoflach — tego nie powinien czy­nić i później wobec swojej żony — chyba tylko sam na sam! Kobieta stroi się zawsze tylko dla jednego mężczyzny, nie wchodzę w to, czy z miłości, próż­ności lub interesu, a dopiero skoro nie żywi żadnego uczucia do któregokolwiek z nich — .stroi się tylko dla kobiet.

Hołdy wszystkich mężczyzn nie dają jej tyle zadowolenia, co świadomość, że może inne kobiety przewyższyć blaskiem i bogactwem swych toalet, poirytować i wzbudzić w nich zazdrość — kobiety nie są wobec siebie przyjaźnie usposobione! Zapew-

nieiiie mężczyzny, że jego kobieta podoba mu się również w najskromniejszej sukni, bywa przyjmo­wane z uśmiechem politowania, gdyż świadczy to o jego głupocie i próżności. Ona przecież nie dlatego potrzebuje nowej sukni, aby się jemu podobać, lecz ponieważ jakaś inna kobieta gdzieś w towarzystwie była ubrana według najnowszych wymagań mody.

Właściwie kobieta nie ma talentu do rozrzut­ności, raczej skąpstwo jest jej właściwe. Wprawdzie trwoni duże sumy, często robi długi i doprowadza mężczyznę do niejednego występku — ale czyni to więcej dla próżności i ponieważ tak „się robi“, niż dla własnej korzyści. Jest drobiazgowa w rozrzut­ności, płaci tysiące za toalety, a nie ma na zapłatę wynagrodzenia służbie.

Zarzutu zazdrości nie może kobieta od siebie odeprzeć i w żadnej właściwości nie występuje tak wyraźnie moralny niedorozwój kobiecej natury, jak w napadach ślepej, niczcm nieuzasadnionej zazdrości. Tego uczucia, które kobietą owłada, gdy miłość jego małżonka wygasła i skierowała się ku innej nie moż­na określić słowem zazdrość. To jest cierpienie! Szczęście całego życia leży zniszczone, a największą kobiecie sprawna mękę to, że z nim razem idzie w gruzy wiara w minione szczęście i w doznaną mi­łość! — Jeżeli miłość była prawdziwą, to nie wy­gaśnie ona ani u mężczyzny ani u kobiety!

Małe zboczenia na górę Wenery można porów­nać z rauszem po szampanie, który znika po jednej przespanej nocy. Ani rauszu, ani góry Wenus nie uważam za absolutną konieczność, sądzę jednak, że rozumna kobieta mądrzej postąpi, gdy pozwoli swe­mu mężowi spokojnie się wyspać i zaoszczędzi sobie

 

wyrzutów. Gromadzi płonące żagwie nad głową grze­sznika, a on będzie na drugi raz starał się unikać pokusy, gdyż nie jest rzeczą milą dla pana stworze­nia w oczach małżonki uchodzić za słabego. Tym­czasem zachowanie się żony, skoro pojawi się dom­niemana rywalka jest jakby zesumowaniem się fizjo­logicznego i moralnego niedorozwoju. Cały rozsą­dek i moralność idą w niwecz, a ona staje się głupią i zlą. Podziwia mężczyzna piękno jakiej kobiety, albo wdaje się chętnie w rozmowę z jaką umysłowo wyżej stojącą — to zaraz budzi się zazdrość. Najpierw zwraca się uwagę męża na nieznaczne błędy pięk­ności — kobiety zawsze je odkryją! On zaprzecza w swojej wzruszającej naiwności — gdyż nic nie za­uważa — są rzeczy, na które mężczyzna nie może wpaść; jeżeli jest przekonany o miłości swej żony, to może ona podziwiać wszystkich mężczyzn świata, bez wzbudzenia w nim zazdrości. Powoli zaczynają się zarzuty, sceny kończące się łzami, do których każdy mężczyzna żywi uzasadnioną nienawiść. Potem przychodzą spazmy nerwowe, ona okrywa się mil­czeniem — bardzo znamienny znak! — staje się nieprzystępną — usuwa się od niego! Mężczyzna w swojej niewinności i nieznajomości kobiecego cha­rakteru nie przeczuwa jej zmartwienia i z całkowitą bezstronnością oddaje tamtej hołdy. Wkońcu jed­nak otwierają mu się oczy — jego małżonka oczernia rywalkę, staje się niemożliwa, kłamliwa i wreszcie zapomina się do tego stopnia, że znieważa niewinną kobietę. Tego nie może znieść żaden męż­czyzna, niesprawiedliwość oburza go. Do zazdrości dołącza się upór, a rzadko kiedy dojrzy kobieta niesłuszność, by chcieć dążyć do pojednania. Jak

następnie ułoży się stosunek między mężczyzną a tą drugą, zależy to od niej. Jeżeli ona jest rozsądną i dobrą kobietą, to pozna słabą stronę zazdrosnej mąłżonki i wycofa się na czas — jeżeli jednak i ona cierpi na moralny niedorozwój, to porażka głupiej kobiety stanowić będzie dla niej tryumf i będzie starała się przykuć do siebie mężczyznę. Nieuzasa­dniona zazdrość i z nią połączone udręki mogą do­prowadzić małżonka do niewierności, podejrzewanej u niego. Wina spada na kobietę! Zazdrość kobiety rozciąga się często na własne dzieci szczególnie na synów a ten nieznośny stosunek między żoną a te­ściową polega prawie zawsze na zazdrości. Nawet przyjaciele męża stają się niemiłymi dla kobiety, a ty­py o szczególnie dziecinnych echach gotowe byłyby nawet zawód męża sprzątnąć ze świata.

Lecz również i przyjaciółki dręczą się wzaje­mnie zazdrością. Przyjacielskie stosunki dziewcząt i kobiet są zgoła osobliwą rzeczą, niepozbawioną pewnego odcienia histerji. Stosunki przyjaźni między dziewczętami są przegrywką miłosną — jakby stad- jum przejściowem. Związki przyjacielskie, które by­wają później zawierane przez samotnie stojące ko­biety — to pewnego rodzaju surogat brakującej mi­łości i niezaznanego szczęścia, dlatego nie można mówić o nich nigdy, że pozbawione są sentymentu. Przyjacielskie stosunki dziewcząt kończą się prawie zawsze w chwili zamążpójścia. Kobieta w małżeń­stwie szczęśliwa nie odczuwa wcale potrzeby konty­nuowania nadal przyjaźni — mąż jest jej przyjacie­lem. Nieszczęśliwa nie powinna mieć ani przyjaciółki ani powiernicy. Nieszczęście w małżeństwie nie nadaje się do omawiania i już bardzo często bywały przy-

 

jaciólki powodem rozbicia małżeństwa, ponieważ po­większały one owe nieznaczne dysonanse, które zwy­czajem kobiecym zostały im w zaufaniu powierzone i wreszcie przez ubolewanie i współczucie sprowa­dzały katastrofę, która bez nich dałaby się uniknąć. Małżonkom mogę tylko udzielić rady, aby trzymali zdała przyjaciółki.

W ramach kobiecej przyjaźni mieści się zaz­drość, obraźliwość, pojednanie i wielka poufałość, która bywa uważana za zaufanie. Omawia się każdą drobnostkę i przywiązuje do niej największą wagę. Choć wszystkie ożywia pragnienie, aby móc codzien­nie się widzieć i wygadać, mimo to jednak każda zamyka tajniki swego serca, to też zupełna szczerość polegająca na prawdzie, rzadko ma miejsce. Przyjaź­nie dziewczęce pochodzą ze szkoły, późniejsze zależą od przypadku, który sprowadza je razem, plecie się tyle różnych rzeczy o potrzebie duchowego zbliżenia, a nazwę przyjaciółka ma kobieta odrazu pod ręką. Wdgóle wydziwia się z tym nadzwyczajne irzeczy, choć niejedna przyjaźń zawodzi i często kończy się nienawiścią.

Jakże inaczej postępuje mężczyzna, on ma towa­rzyszów, ma kolegów znajomych, ma kolegów w biu­rze, a z nazwą przyjaciel jest oszczędny, ale jeśli ta­kiego posiada, to już na całe życie. Nie ukrywa przed przyjacielem zakamarków swego serca, ale nie dzieli się z nim wiadomością, czy kupił sobie czerwony czy czarny krawat, gdyż uważa to za żbędne. I choćby nawet całe lata się nie widzieli i nic o sobie nie wie­dzieli, jednak przyjaźń pozostaje, a gdy jako starsi mężczyźni znów razem się zejdą, to odrazu w pierw­szej pół godziny powróci dawne zaufanie.

Nie chciałabym, aby mój sąd o przyjaźni kobie­cej wywołał wrażenie — jakobym uważała kobietę za niezdolną do przyjaźni — sama znam kobiety, któ­re w przyjaźni również umieją się poświęcić, umieją być wierne i prawdziwe, że jednak należą one do wyjątków, o tern dobrze wiedzą wszyscy ci, co potra­fią patrzeć na świat otwartymi oczyma. Że przyjaźń kobiet rzadko opiera się na wewnętrznej prawdzie, można wytłumaczyć tern, że są one z natury rzeczy do siebie wrogo usposobione. Weźmy na przykład pod uwagę państwo zwierzęce, to ^najdziemy, że sa­mice nigdy nie znoszą się wzajemnie. A że my mimo całej kultury wykazujemy pod wieloma względami duże podobieństwo do zwierząt, więc wydaje mi się, że to otwarte czy skryte wrogie nastawienie rodzaju kobiecego jest zgodne z prawem natury. Bojow- niczki o prawa kobiece nie będą podzielać tego poglądu, tymczasem bowiem połączyły się przyjaźnią, aby wspólnego wroga — zwanego mężczyzną — zwalczać. Jest to mienaturalne przymierze i dlatego wcześniej czy później zemści się.

Jakkolwiek wrogie ustosunkowanie się kobiet nie zawsze wychodzi na światło dzienne, a nawet niektóre z nich mogą zawiązywać serdeczną nić przyjaźni, to przecież nie powinniśmy tego zatajać przed sobą, że wpływ jaki kobiety wzajemnie na sie­bie wywierają jest znaczny, ale rzadko dobry. — Mężczyzna jest naturalnym przyjacielem kobiety — i on jest jej najlepszym wychowawcą! A ponieważ my kobiety tak chętnie lubimy bujać w obłokach marzeń i bałamucić siebie ideałami, które z rzeczy­wistością się nie zgadzają, przeto panuje zapatry­wanie, że tylko kobieta potrafi wychować dziewczyn­kę i że kobiecy wpływ jest najlepszą obroną. To przekonanie stało się dogmatem i wiele matek chroni własne córki przed znajomością z mężczyznami, jak ta kwoka swoje kurczęta przed kuną.

Samotnie stojąca kobieta zwykła prawie wyłącz­nie przestawać z przyjaciółkami, mężczyzna wystę­puje tylko sporadycznie w jej życiu; jako skutek tego jednostronnego stosunku jest wzrost moralnego niedorozwoju i chorobliwe pragnienie kultywowania swego „Ja“. Kobiety, które stoją obok swego mał­żonka, nad nim lub pod nim i mają to szczęście, że są matkami, nie przykładają takiej wagi do swego „Ja“ — ono rozwija się samo od siebie. — Ubó­stwianie swego Ja w naszych czasach należy do zaraźliwych chorób, na które szczególnie kobieta jest wrażliwa. Musi się dążyć do tego, aby go wy­tępić. Jest ono niebezpieczne i zatruwa naszą żeńską młodzież. Czy rozumj swego „Ja“ ma rzeczywiście to znaczenie, jakie mu się przypisuje? i czy drogi, które myśmy obrały prowadzą do celu? Siebie popra­wiać, o ile możności wyzwalać z błędów, to powinno być dążeniem każdego człowieka, jednak to, co się obecnie rozumie pod słowami „rozwój własnego Ja“, „życie indywidualne" i jak tam jeszcze nazywają się te wszystkie modne hasła, nie ma nic wspólnego z uszlachetnianiem człowieka. To co kobiety nazy­wają rozwojem, jest egoizmem, próżnością, wywyż­szaniem się. Te właściwości dochodzą do najwyższe­go rozwoju u tych wszystkich kobiet, które nie mają sposobności, by w obcowaniu z mężczyzną mogły u- świadomić sobie swoje słabe strony — zapewne również z tego powodu stronią od niego w obawie, by swej mądrości nie ujrzeć na własne oczy w opła­kanym sianie. Mężczyzna i kobieta są naturalnymi członkami jednego związku, oni uzupełniają 'się wza­jemnie, ich przyjacielski, nieuprzedzony stosunek przyczynia się do wzajemnego rozwoju i .uszlachet­niania swego „Ja“.

Lecz teraz muszę nieco rozprawić się z profeso­rem Mobiusem! — W jego pracy: „O fizjologicznym niedorozwoju umysłowym kobiety*' znalazłam jedno tylko miejsce, które można zaczepić, a które tak przez zwolenników jak i przez przeciwników nie zo­stało poruszone. Mówi on str. 69: „.Rzeczywistym po­stępem na drodze do poprawy byłby powrót do myśli klasztornej. Radykalne zwalczanie idei klaszto­rów było i jest jedną z największych niedorzeczno­ści reformacji i liberalizmu. Niedawno znowu, nie zdając sobie z tego sprawy przywołano ilo życia naśladownictwa klasztorów, jak zakłady diakonek, wogóle zakłady sióstr*' — na zakończenie pisze je­szcze profesor Móbius: „I to również jest pewnem, że właśnie dla kobiecej natury życie klasztorne w tej tutaj formie ujęte będzie najlepszą nagrodą wrzamian za naturalne szczęście. Zapewne bieda musi jeszcze wzrosnąć, zanim rozsądek przyjdzie do głosu, ale napewno przyjdzie".

Te słowa stoją w sprzeczności ze sądem, który autor zawyrokował o kobiecie, sądem do którego otwarcie trzeba się przyłączyć. To, że profesor Mó­bius broni klasztoru, powinno jego przeciwniczki mile pastroić, w tern bowiem leży dła kobiety uzna­nie — na które ona nie zasłużyła. Sądzę, że pod tym względem zawiodło profesora jego doświadczenie. Gdyby udało mu się znaleść niedostrzeżenie w któ­rymś klasztorze sióstr, to kilka dni wystarczyłoby,

 

aby pod każdym względem zmienił swój dodatni sąd o klasztorze.

O ile jnoże być godna szacunku pojedyncza ko­bieta, to — muszę tutaj użyć dosadnego wyrażenia — staje się pogardy godną w dużych skupieniach. Gdy­by to odemnie zależało, to należałoby pozamykać na równi z klasztorem, feakłady diakonek i zakłady sióstr, szkoły żeńskie i pensjonaty. Tutaj to zostaje kobieta narażona na zepsucie! Stało się obecnie modnem, mężczyznę piętnować jako uwodziciela ko­biety i jego obarczać winą za kobiece występki. Jest to kłamstwo — z dziesięciu bowiem dziewcząt może jedna uległa sepsuciu przez mężczyznę — Wina za zepsucie innych ciąży na sumieniu kobiet.

Naszym jednak glówmym błędem, od którego pochodzi niezliczona ilość wad — jest falszywość. Przez falszywość rozumiem nie kłamstwa okolicz­nościowe, które wr stosunkach ludzkich nic dadzą się prawie zmienić a można je również dobrze pogo­dzić z prawdomównością człowieka. Fanatycy praw­dy, którzy uważają za swój obowiązek prawić nam grubiaństw'a, są w swojej bezwzględności niemożliwi do zniesienia. Również kłamstwa złych ludzi obojga płci, które bywają popełniane dla własnej korzyści lub dla szkody drugich, można zaliczyć do wyjąt- ków. Kłamstwa w znaczeniu pozytywnem dopuszcza się kobieta rzadko, do tego brakuje jej odwmgi Anglicy mają na określenie kobiety, w której praw­domówność wątpią, bardzo trafne wyrażenia, mówią oni: „She did not go round the comer“ — to znaczy, dochodzi ona do narożnika, czyli mówń tyl­ko pół prawdy, zamilcza więcej niż kłamie. Kobieta jest podobna do człowieka, którzy przy podawaniu

swoich długów, zawsze kilka zamilczy, choć wie, że mógłby je zapłacić.

Kobieta jest pod względem moralnym tchórzli­wa. Nie odpowiada ona nigdy za swoje słowa i czyn­ności. Każdy człowiek musi cierpieć i pokutować za skutki popełnionych grzechów, tylko kobieta umie zawsze zrzucić z siebie odpowiedzialność i w głębi ducha będzie całą winę przypisywać stale komu in­nemu. Moralne tchórzostwo i złośliwość kryją się poza każdym plotkarstwem, zatajeniem, pisaniem anonimowych listów. Kobiety z temperamentem dają się często ponosić, by wypowiadać swoje osobiste zapatrywania o kimś nieobecnym. Zapewne każdej wolno, mądrzej byłoby jednak trzymać swój język za zębami, lecz krzywda nie na tem polega. Przecież jest to rzeczą prostacką, gdy całkiem niewinne słowo dojdzie do uszów zainteresowanego — tem podlejszą, jeżeli jest to robione z umyślnym zamiarem, aby siać niezgodę i nieufność między małżonkami, rodzeń­stwem, między przyjaciółmi. Od tego zarzutu nie mogę kobiet uwolnić. Swojego własnego sądu nie wypowiadają one, natomiast podają sąd innych i opo­wiadają nam plotki, o których prawdziwości nie prze­konały się. Co ludzie mówią poza naszymi plecami, może to być nam zupełnie obojętne, byleby naszą cześć, której musielibyśmy bronić pozostawili w spo­koju. Ale jest rzeczą okrutną i podłą kąsać nas nieznacznie pod pozorem przyjaźni. Tego rodzaju przyjaciołom należy się nasza pogarda.

Co do duchowego życia, to kobieta zwykła cier­pieć na dziwaczne złudzenia, które mniej lub więcej nie odpowiadają prawdzie. Niemiecka kobieta jest zdrowa i w swoim uczuciu prawdziwa — a raczej

była taką. Obcy jednak wpływ przyczynił się do roz­woju zalążka tej falszywości, która jest właściwą płci niewieściej. Nowoczesna kobieta jest fałszywa, w swo­ich poczynaniach i sądach, fałszywa w swoich uczu­ciach. Literatura feministek, jak te srodze obarczone kobiety nazywa profesor Móbius, jest pustą gmatwa­niną kłamstw. Podobnie jak anatom zajmuje się ciałem ludzkim dla celów naukowych i usiłuje zba­dać wnętrze organizmu, tak też nowoczesna kobieta rozkłada na najdrobniejsze atomy ten dziwaczny twór — zwany duszą kobiecą i opisuje nam wra­żenia, uczucia, poruszenia, które odpowiadają raczej jej fantazji, ale nigdy rzeczywistości. Jedne przedsta­wiają nam „niewolę1' — a wszystko co piszą na ten ulubiony temat — jest kłamstwem. Inne obrabiają tęsknotę za „dzieckiem" we wszystkich możliwych odmianach, a o „macierzyństwie" opublikowano to­my. Całkiem śmiałe, te które uważają kobiety za isto­tę bezpłciową, rozwodzą się nad „plciowością", zaś sentymentalne bawią nas poetycznymi wylewami o „krzyku duszy kobiecej".

Lecz zanim rozstanę się z feministkami, chcia­łabym jeszcze poddać miłość pod ocenę prawdy. Życie uczuciowe kobiety i jej zdolność kochania by­wa często przeceniana tak przez nią samą, jak i przez mężczyznę. Gdyby można było oszacować miłość we­dług miary i wagi, to pokazałoby się, że miłość męż­czyzny jest cięższą. Niema ani jednej uzasadnionej podstawy do przypuszczenia, aby słabsza kobieta miała przewyższać męższyznę w miłości pod wzglę­dem siły, namiętności i wierności!

Wiara, że zdolność do kochania jest wrodzona wszystkim kobietom i że one tylko w miłości żyją,

jest czystym poetyckim urojeniem. Gdy wglądniemy nieco bliżej w życie duchowe kobiety, to nie trudno nam będzie zauważyć, że dusza ta, jeżeli ona wogóle istnieje, często drzemie i że serce kobiety to jednak pusty worek mięśniowy, który reguluje czynnością życiową, ale z uczuciem miłości niema hic do czy­nienia. A to, co w życiu potocznym nazywamy mi­łością kobiety niewiele jest warne. To jednak do rozstrzygnięcia zostawiam mężczyznom. Co do mnie, to znajduję, że miłość jest często tylko dekoracją, pfewnego rodzaju świątecznym strojem, który przy­wdziewa się z okazji uroczystości, aby pokryć nim swą goliznę. Miłość jest więc właściwością .kobiety, wiele z nich nawet wyobraża sobie mylnie, że bez ,,niej“, mianowicie bez miłości nie potrafiłyby żyć. Zdaje mi ,się, ze przeważnie obchodzą się całkiem dobrze bez miłości — wystarcza im zadowolenie popędu płciowego. Jednak popęd płciowy to nie miłość, jed­no może się bez drugiego obejść, a tylko w tym wy­padku, gdy oba te czynniki 'zachodzą razem, po­winno się i można zanucić wzniosły hymn miłości!

Miłość wymaga dla siebie zdrowego, silnego podłoża, nie wszędzie się udaje i tylko rzadko spo­tyka się ją. Popęd płciowy jest odmiennego gatunku, wypuszcza wszędzie korzenie i rośnie bujnie rów­nież wśród chwastów. — Prawdziwa miłość taka, która trwa w swej sile do późnej starości potrzebuje wykształcenia umysłowego i kultury. W klasach nie- oświeconych, gdzie popęd płciowy uchodzi za mi­łość, wygasa ona w młodzieńczych latach, la czyn­nikami, które później łączą małżonków razem jest przyzwyczajenie, są dzieci i codzienne troski. Nie znają pni tego, co my nazywamy imiłością. Jednak

 

nasza współczesna kultura zabija miłość, a ponie­waż my jesteśmy zanadto wykształceni, abyśmy mo­gli zadawalać się popędem płciowym, dlatego to kobiety uciekają się do różnych kłamstw. Tęsknotę za dzieckiem znajdziemy w jej naturalnej czystości jeszcze tylko u ludów nie mających kultury, u nas jest ona kłamstwem w ustach bojowniczek o prawa kobiece — poetyckiem określeniem na tęsknotę za mężczyzną! W niższych klasach dzieci znaczą tyle, co praca i niedostatek — dlatego tęsknota nie może być wielka — w wyższych natomiast znajduje ona swoje zaspokojenie w narodzeniu się spadkobiercy. Dziewczęta, zanim udadzą się do urzędu .cywilnego, najpierw dowiadują się o środkach zapobiegawczych, niedopuszcziających do zajścia w ciążę — gdyż we­dług nich danie życia dziecku wrymaga ofiary ich piękności i młodości. Nie przyjdzie im wcale na myśl, że w ten sposób popełniają występek przeciw naturze i siebie poniżają do roli metresy swego męża. — I czy te występki popełnione przeciw kieł­kującemu życiu świadczą o tej „tęsknocie za dziec­kiem"? Czy trudno domyślić się, co chcą powiedzieć inseraty, jakie czyta się codziennie wf gazetach, a które obiecują „radę i pomoc w^e wszystkich dy­skretnych przypadłościach" ? To nie są uwiedzione dziewczęta, które skłoniła do popełnienia zbrodni obawa przed wstydem, to są kobiety, które nie chcą dzieci, ponieważ one są dla nich uciążliwe! Tęsknota za dzieckiem jest najbezwstydniejszym kłamstwem współczesnej kultury, wymysłem tych kobiet, które istotę małżeństwa chciałyby znieść z powierzchni ziemi, aby móc oddawać się wolnej miłości z nieogra­niczoną swobodą.

źóa dawnych dobrych czasów bawiły się małe dziewczynki lalką o wiele gorliwiej niż dziś — tę­sknoty za dzieckiem nie znały wcale, ta przychodziła im dopiero w małżeństwie.

Oprócz tęsknoty za dzieckiem, drugim takim humbugiem jest macierzyństwo. Słowo matka zo­stało zepchnięte do biota, „macierzyństwo", które jest czemś najświętszem na ziemi, obrzydło nam. Przedtem matki kochały swoje dzieci — teraz roz­prawiają o „macierzyństwie". Książki pisze się o ma­cierzyńskich obowiązkach — tylko ich się nie speł­nia.

Matkom niższych warstw brakuje czasu, aby mogły się poświęcić swoim licznym dzieciom, które bezmyślnie i bez uczucia obdarzyły życiem. Miłość bliźniego doszła do szczególnego upadku, skoro chce odebrać matkom dzieci na czas pielęgnacji i wycho­wania, aby w ten sposób uwolnić kobiety od obo­wiązku macierzyństwa. Jeżeli się pragnie naród u- trzymać w zdrowiu i w sile, to musi się dbać o dzieci ubogich, lecz odbierać je powinno is’ę tylko złym mat­kom, zaś dobrym powinno się dać środki, by mogły spełnić swój macierzyński obowiązek. Tłumić w ko­biecie to, co najlepszego, nie wydaje mi się dobro­dziejstwem.

Kobiety wyższych i najwyższych warstw wyzby­wają się swych obowiązków, zwalając troskę o swe dzieci na innych. Nie — takie macierzyństwa nic nie warte. Wprawdzie po świecie dużo chodzi matek, ale są niemi tylko z imienia. Niektóre mvażają swoje dzieci, o ile są piękne, za ozdobę — która ich wła­snej piękności służy jako oprawa. Matką zostać, jest to zwyczajny proces natury, matką być, to po-

 

 

 

ważny, często ciężki obowiązek, który powinien wy­pełniać cale życie kobiety. Sama gadanina na temat macierzyństwa tu nie wystarcza.

Jeżeli więc chodzi o wzajemny stosunek obojga pici do siebie, to „nowe kobiety" wywołały swoimi poglądami, pismami i odczytami taki zamęt, że nie­raz .człowiek nie wie, czy to rzeczywistość, czy to sen. Z mniemaniem, jakoby kobieta była uzdolniona do podjęcia się walki z mężczyzną na polu umyslowem, rozprawił się profesor Móbius gruntownie. Kogo to jeszcze nie przekonało, temu już nic nie pomoże. Wobec innych kłamstw, które obecnie bywają roz­głaszane i które demoralizują naszą dorastającą mło­dzież, musimy my kobiety energiczny stawić opór. Żądanie równouprawnienia, którego współczesna ko­bieta domaga się również w seksualnym znaczeniu sprzeciwia się prawu natury i jest kłamstwem. Jeżeli w młodej zdrowej kobiecie chwilowo obudzi się popęd płciowy i nie zostanie zaspokojony, to skoń­czy się tylko na przejściowym zmaganiu się, ale nie dojdzie do pełnego rozwoju, jak się teraz mówi „swe­go Ja“. Normalna kobieta jest w stanie i będzie mu­siała znaleść się odpowiednio, gdy los odmówi jej spełnienia swego powołania. Z popędem płciowym kobiecym tak znowu sprawa źle nie stoi, jak to przedstawiają feministki, a kto usiłuje zrównać ko­bietę pod tym względem z mężczyzną — ten poniża ją. Podobnym żądaniem równouprawnienia wytrąca się z równowagi naszą niemiecką rodzinę — bo to jest wolna miłość, którą się naszym niemieckim ko­bietom suggeruje.

Wolność jest hasłem, za pomocą którego ,,nowa kobieta" nęci ku sobie żeńską młodzież. Słowo wol-

ność ma w sobie nieprzeparty urok, któremu rzadko tylko może się oprzeć nieokrzesany lud, młodzież i kobiety. Jednak wolność jest pojęciem, które nie­wielu tylko rozumie, dla dużego ogółu jest ona rów­noznaczna 2 lekceważeniem zasad moralności, prawa i obyczaju, z jakiemś nieokielzanem „wyżyciem się“. Nie wyczuwają oni tego, że wolność można znaleść tylko w sobie samym.

Lecz posłuchajmy, co profesor Móbius mówi

  • kobietach, które przywłaszczyły sobie u nas rolę przywódczyń („Geschlecht und Entartung“).

„Umężczyźniona kobieta dąży do wolności

  • chciałaby być wolną od wszelkich zasad. Zrobiła odkrycie, że życie jej to niewola i że dla niej być tylko kochanką i matką jest czemś niegodnem, dla­tego domaga się spodni. Dalejże do męskich za­wodów, byle zdała od domu i dzieci. Mężczyzna, to pociągowe niezgrabne zwierzę, jest wrogiem, gdyż tylko jego żądza władzy zatrzymała kobietę w jej dążeniach rozwojowych i on to wytworzył sztucznie różnice płciowe pod względem umysłowym. Celem jest równość a życzeniem serca upodobnienie się do tego złego mężczyzny. Na zwyczajną kobietę pa­trzy ona z pogardliwym współczuciem i uważa ją jako rezultat zwyrodnienia. Ta dziwaczna przewrot­ność pojęć jest z punktu widzenfa tych nastawio­nych na wyzwolenie lub emancypację zupełnie zro­zumiała. One czują się dlatego inncmi, ponieważ są dwupłciowe. W rzeczywistości znajdują one pozor ne potwierdzenie swoich zapatrywań, gdyż to samo zwyrodnienie, jakiego one same są skutkiem, powo­duje również pojawianie się nadmiernej liczby dziew­cząt obdarzonych zasadniczo męskimi talentami i

skłonnościami; one tworzą jej orszak, a ponieważ wiele nie — emancypantek również chętnie naśla­duje nowe prądy, przeto rośnie okazały zastęp. Nie­stety rezultat tego wszystkiego wykazuje chorobli­wy sfan całości, gdyż polega on z jednej strony na podaży pośledniejszej twórczości męskiej, a z drugiej n'a zmniejszeniu się typowo kobiecych zdolności".

Przypatrzmy się teraz nieco bliżej owej niewoli, w której kobieta pod jarzmem małżeńskim pędzi żywot w tęsknocie i zaniedbaniu. Dziewczyna — mówi się — czyni z siebie ofiarę i poświęca swoją wolność. Każde społeczeństwo, każdy zawód, każda umowa nakłada na człowieka obowiązki, a każdy obowiązek wymaga ofiar. Małżonkowie mają ponosić obowiązki i ofiary, przypuszczalnie i wolna miłość również będzie ich wyrńagała, gdyż bez wzajemnych obowiązków i ofi'ar żadna bojowniczka o prawa ko­biece nie mogłaby nawet wyobrazić sobie konkubi­natu, bez nich bowiem kobieta byłaby tylko „kwoką do wysiadywania jaj".

Pierwszą ofiarą jaką dziewczyna robi dla męż­czyzny jest jej dziewiczość, czyni to „nieświadomie". Obecnie, j1ak sądzę, zajmują się feministki „uświa­damianiem" tak gruntownie, że już chyba nikt nie wierzy w „nieuświadomienie" naszej nowoczesnej młodzieży.

Nie jestem tak zacofana, abym wymagała „nie- uświadomienia", ale nie lubię walki z wiatrakami i nie żądam rzeczy niemożliwych. Nasz modny po­stęp — możnla go uważać za krok wstecz, wymaga uświadomienia we wszystkich dziedzinach i dlatego powinno się i trzeba udzielić go również i dziewczę­tom. Mój protest odnosi się przeto tylko do rodztaju

 

i sposobu, w jaki feministki udzielają go za pośred­nictwem swoich odczytów, pism i romansów. „Uswia- domienie“ może odbywać się tylko w szkole przez Zawołanych pedagogów i to na podłożu przyrod­niczym. Ustawiczne ględzenie o „popędzie płcio­wym", „tęsknocie za dzieckiem" i „macierzyństwie" jest rzeczą szkodliwą i musi ustać. Przyznaję, że mimo przyrodniczego pouczania mogą jeszcze grozić dziewczętom w małżeństwie niespodzianki, gdyż szara jest każda teorja, a wprowadzenie w praktykę przy­pada w udziale tylko małżonkowi. To jest jego nie­tykalne prawo. Oprócz dziewictwa składa dziewczy­na w ofierze na ołtarzu małżeńskim ,swoją wolność i rozwój swego „Ja". Wydaje mi się, że jeżeli można mówić o poświęcaniu wolności w małżeństwie, to poświęca ją mężczyzna — on jest tym niewolnikiem! — Nie mogę pojąć, dlaczego obecność męża, dzieci i kuchnia miałyby tamować rozwój kobiety, raczej wydaje mi się, że właśnie małżeństw'0 przyczynia się do rozwoju kobiecego „Ja" — również nie znam ta­kich mężczyzn, którzyby stawiali przeszkody w roz­woju swych żon — niestety ustępują oni stale zal dużo miejsca temu kobiecemu niedorozwojowi umy­słowemu i dają sobie suggerować masę niedorzecz­ności, a wielu nawet upodabnia się do kobiet. W rze­czywistości niema niewoli — ona istnieje tylko w gło­wach wynaturzonych kobiet.

W swoim wolnościowym obłędzie zapomniały feministki liczyć się z opinją zdrowo myślących i moralnie wysoko stojących kobiet. Im wyżej stoi kobieta, tern większe ma pragnienie podporządkowa­

li

 

ni'a się swemu mężowi i tem mniej pcha ją do zew­nętrznej swobody — a pozatem stanowi ona typ ko­biety niemieckiej, który jak sądzę, chcemy wysoko cenić.

Co znów tyczy się zdolności zlawodowej nowo­czesnej kobiety, to nie opłaci się wiele o tem mówić. Jeżeli przytem ta lub tamta znajdzie swój kawałek codziennego chleba, to z takiego rezultatu można się cieszyć i życzyć im tego, jedriak dla świata, dla ludzkości są one zupełnie bezwartościowe. To, że kobieta wybiera sobie z konieczności jakiś zawód męski, nie jest znowu tak niebezpieczne, przecież jednak przeważna ilość młodych dziewcząt woli męż­czyznę. — Małżeństwo i macierzyństwo nie dadzą pogodzić się z ż’adnym zawodem męskim. Jest to niebezpieczny błąd, Ta skoro fizjologiczny niedoroz­wój umysłowy kobiety nie jest w stanie go poznać, to musi wdać się w ;to państwo i orzec. Bez celibatu — w szerokim znaczeniu — nie ma posady. Na to może ktoś odpowiedzieć, że kobieta proletarjacka pracuje we fabrykach etc. — jest to nieszczęście, a troską państwa powinno być zaradzenie złemu, ale powiększać jeszcze nieszczęście przez odciąganie rów­nież i wykształconej kobiecej ludności od jej natu­ralnego powołania, jest już zbrodnią. Podział pracy jest wszędzie w życiu uznawany, niechże kobieta zadowoli się tym przydziałem, który jej wyznaczyło mądre Przeznaczenie. Jeźli dziewczyna nie miała tego szczęścia, aby w małżeństwie znaleść wypeł­nienie .swego powołania, jeżeli z własnej .woli lub z woli losu nie miała szczęścia zostać żoną i matką, to musi sobie szukać takiego pola do działania, które odpowiada jej naturalnym skłonnościom. Rzadko

2nowu przecież jest która kobieta tak od wszystkich osamotniona, aby nie mogła znaleść ludzi, dla któ­rych mogłaby stać się pożyteczną swojemi zdolno­ściami i zaletami. O ile nie ma do spełnienia żadnych bliższych sobie obowiązków, to wszędzie tyle bied­nych, chorych, dzieci, nieszczęśliwych.

Umężczyźnione kobiety nie są znowu tak nie­bezpieczne, wpradzie wabią młodzież na fałszywe tory, jednak instynkt kobiecy każe wkońcu dziew­czętom odnaleść właściwą drogę.

Niebezpieczna jest literatura feministek — ten jad, rozkładający, który demoralizuje. Nie można się tern pocieszać, że młodzież tych książek nie czy­ta, one wszystkie są czytane chciwie i połykane nie­mal z rozkoszą. Znaleźć je można w szkolnych tecz­kach i po pensjonatach.

Sąd profesora Móbiusa o nowoczesnej literatu­rze kobiecej brzmi zatem: „Dawniej miłosne historje piąali mężczyźni, kobiety zaś je czytały. Teraz oboje czytają je i piszą; wytworzyła się literatura her- m,afrodytyczna, która stara się wszystko przedsta­wiać naopak“.

Wieje od nich ąapach trupi, który jest właści­wy wszystkim kobietom fizycznie i moralnie obcią­żonym. Tylko chora kobieta może podobne książki pisać — zdrowe nie powinny ich czytać.

, Lecz jeden jeszcze zarzut muszę zrobić femi­nistkom — że idą ręka w rękę ze socjalizmem i z internacjonalnem żydostwem. Przyczyniać się do zgu­by własnego narodu jest zbrodnią. Taki naród, któ­ry wydał Lutra, Goethego i Bismarcka, mężów, któ-

rych n,am cały świat zazdrości, musi isię bronić przed obcym, szkodliwym wpływem. Najwyższy czas, by poznać wroga we własnym kraju i odważnie [wydać mu wojnę!

Niemieckie kobiety podjęły się tej w,alki — wszak chodzi tu o obronę ich niemieckiej rodziny i ochronę ich córek!

 

 

 

 

 

str.

Od tłumacza ......       3

Wspomnienia o Dr. P. J. Mobiusie ...                9

Przedmowa do ósmego wydania ...                   13

O fizjologicznym niedorozwoju umysłowym kobiety

  1. Część Pierwsza . .            .            .            .            .           21

Rozdział I.     ......           21

Rozdział II.   ......           45

  1. Część druga. Objaśnienia .... 55

Rozdział I.     ......           55

Rozdział II.   ......           65

Rozdział III.  ......         100

Rozdział IV.  ......         111

Rozdział V.    ......         122

Dodatek .......             129

O moralnym niedorozwoju kobiety .                             .            .131

Przedmowa .......         133

 

Społeczne zagadnienia omawia również książka ADAMA DROWICZA

  1. t.

Odbronzowienie kobiet

Jest to oryginalna praca, w któ­rej autor ujmuje odwieczne za­gadnienie walki płci w zajmu­jącą formę Studium kobiety na tle jej dążeń emancypacyjnych. Książka ta, swoją bogatą treś­cią zajmuje i kształci.

Niema zapewne

człowieka, któryby nie interesował się zagadnienia­mi seksuologji zwłaszcza w odniesieniu do kobiety. Zawiera 200 stron druku. Cena zł. 2'80.

Do nabycia we wszystkich księgarniach!                ......

Główny skład:

DOM KSIĄŻKI POLSKIEJ W WARSZAWIE

 

*) Czyt.: Adam Drowicz „Odbronzowienie kobiet".

 

[1])   r. 1903 (przyip. tłum.).

[2] Drugą tabelę dla upro ści) pomijam. Przyp. tłum/jg"|

*) Objaśnień autora na temat znaczenia i pochodzenia nie­mieckich słów Frau i Weib nie tłumaczę, jako niecharak- terystycznych dla polskiego języka. Przyp. tłum.

[4]) W niem. gra słów występuje wyraźniej: gescheit ist einer, der unterscheiden kann. Przyp. tłum.

[5] W polskim języku na określenie tyfusu mamy nazwę dur, która trafnie charakteryzuje tą chorobę zakaźną, w któ­rej przy wysokiej gorączce występuje rzeczywiście odurzenie chorego, czyli zamroczenie jego świadomości. Przyp. tłum.

[6])  treściwą (przyp. tłum.)

[7])  t. zn. w stosunku do całego ciała. Przyp. tłum.

[8])  Nierzadko znajdywałem u kobiet średniego wzrostu obwód głowy 51 cm. Tego nie spotyka się u mężczyzn umy­słowo normalnych, a tylko u niedorozwiniętych i idjotów. Kobiety owe są jednak w swoim rodzaju całkiem rozgar­nięte. (Jeżeli znajdziemy u mężczyzny w przybliżeniu du­chowo zdrowego obwód głowy równy 51 cm, to chodzi o t. zw. głowę -wieżową, a więc anomalję kształtu głowy).

badań zgoła nie odpowiada praktycznej stronie życia, że róż­nice przeciętnie sa. nieznaczne, że inni badacze doszli do od­miennych rezultatów, to wogóle można mieć zastrzeżenia. To samo odnosi się do badania czterech głównych zmysłów. Dla wywołania tego samego skutku mają wystarczać u k. mniejsze podniety, „zdolność odróżniania jest naogół u męż­czyzny lepszą". Dopóki mowa o wrażeniach zmysłowych

[10] ich ocenie, można się na takie eksperymentowanie zgo­dzić. Skoro jednak na ich podstawie mają być wyciągane wnioski co do stopnia umysłowych zdolności, to trzeba się poważnie zastrzec. Na serjo można brać pod uwagę tylko to, co człowiek rzeczywiście może _w życiu wykonać, a nie la­boratoryjne sztuczki. To też wyniki badań są całkiem nikłe. Autorka jest zdau'ia, że pamięć i asocjatywne myślenie są u k. lepsze. W rzeczywistości znalazła, żc dziewczęta uczą się na pamięć nieco łatwiej szeregów zgłosek bez wzajem­nego związku i że u nich nie słuszność, ale trwałość koja­rzenia jest nieco większą. Jeśli się weźmie pod uwagę, żo myślący człowiek nawet przy ^najlepszej woli wzdryga się przed uczeniem się bezmyślnych zgłosek i że tak zwane zewnętrzne asocjacje u chorych umysłowo często są bo­gatsze niż u zdrowych, to nie będzie się przeceniać war­tości tych wyników. Powiedziano dalej, że „rozsądek" jest

') Tu należą także spostrzeżenia Kerschensteinera i Spech- ta, które autor zużytkował, zwłaszcza w 9 wydaniu. K. mia­nowicie znalazł (Die Entwicklung der zeichnerischen Bega- bung, Munchen 1905), że dziewczęta pod względem zdol­ności do rysunków stoją w tyle poza chłopcami, za wyjąt­kiem rysunków kwiatów, ornamentacji... W. Stern znalazł, że dziewczęta gorzej zapamiętują widziane obrazy niż chłopcy.

[12]) Hermafrodyta: osobnik o cechach męskich i żeńskich. Frzyp. tłum.

  1. s) Porównaj mowę uroczystą M. Runges (Mannliche und weibliche Prauenheilkunde, Góttingen, 1899), o której dow.iedzialem się dopiero po zredagowaniu niniejszej pracy. . również: H. Schelenz, Frauen im Reiche Aeskulaps, Lipsk 1900. To samo w Deutsch. Aerzte Zeitung z 15 czerw­ca 1904.

(Lobel — „Świat medycyny" — pisze również: A jed­nak jako najbardziej może ważki argument przeciw eman­cypacji kobiet posłużyć mógłby fakt, że choć kobieta zaj­mowała się położnictwem od tysiącleci, rozwinęło się ano w naukę dopiero wtedy, gdy zajęli się niem mężczyźni, i że aDi jedna kobieta nie dokonała w tej dziedzinie jednego bodaj odkrycia. — Przyp. tłum.).

[14] F. Lewald, „Gefiihltes wid Gedachtes", 1900. Sądy tej bardzo mądrej kobiety o jej siostrach wypadły niezwykle ostro.

[15] W Grenzboten (LIX. 31, p. 235, 1900) jest artykuł: „Co dają nasze wyższe szkoły żeńskie?” Autor badał często dziewczęta w wieku około 16 lat w kierunku ich wiadomości: Rezultat był równy zeru... Skoro zatem nauka poszła całko­wicie w zapomnienie, to czy czas tych ośmiu lub dziesięciu lat spędzonych na ławach szkolnych, których rezultatem są zepsute oczy, osłabione nerwy i błędnica nie jest za drogo opłacony? Czy nie byłoby lepiej przykroić naukę dla ko­biet od samego początku do przedmiotów niezbędnych jak dawniej, a wolny czas przeznaczyć na wyuczenie się rzeczy pożytecznych i na pielęgnację zdrowia?" Dziwnem jest, że tę małą umiejętność dziewcząt uważa autor za skutek bra­ków samej szkoły i sądzi, że tylko szkołę trzeba ulepszyć. Nic, to szybkie zapominanie jest samoobroną natury prze­ciw tyranji szkolnej; w ten sposób z reguły pozbywa się ko­biecy mózg szybko tego, co na nim wymuszono.

  1. J) U nas wprowadza się natomiast w niektórych szko­łach idjotyezne pomysły uczenia chłopców robót ręcznych. Przyp. tłum.

■) W szczegóły nie mogę się wdawać. Jeżeli ktoś miesza ze sobą pojęcie głupoty i biak wiedzy, to nie może doma­gać się, abym z nim dysputował.

[17]) Przypadkowo ja sam to zrobiłem; wszyscy możemy grzeszyć.

[18])„Das Weib". W następującym ustępie zamieszcza au­tor dysertację na temat znaczenia słów Weib i Frau (ko­bieta i pand). Wiele czytelniczek czuło się dotkniętemi uży­ciem przez Móbiusa w tytule słowa Weib a nie Frau, dlatego obecnie autor tłumaczy powody swego stanowiska. U nas w języku polskim słowa kobieta i pani nie mają takiego znaczenia i prawdopodobnie nie przyszłoby na tem tle do do scysji. Nasze feministki jednak jak się zdaje mają rów-

*) Das Wort „weiblich" durch „frautich" erastzon.

[20]) Frauchea des Tigers, dosłownie: żoneczka tygrysa. Przyp. tłum.

[21])                  Kobieta w jęz. niem. jest rodzaju nijakiego. Przyp. tłum.

[22] Pracą Runge’go: „Das Weib in seiner geschlechtlichen Eigenwt" (4 wyd. Berlin. 1900), czytałem dopiero po uka­zaniu się mojej. Tem niemniej cieszy mnie, że zgadzamy się we wszystkich zasadniczych punktach.

[23] Proszę przeczytać moją rozprawę „Geschlecht und Kopfgrósse", która ukazała 31'e w r. 1903.

[24] Por. równjeż Guillaume, Marie Annę, Que le sexe fćmi- nin mierne que le masculin. Paryż 1668.

>) Mann und Weib. Bielefeld, Lipsk 1900. 2. wyd. 8".

[26]) Mutterscliaft und geistige Arbeit. Berlin 1901. O. Reiner 8°. IX.

*) Die Frauenfrage, ihre geschichtliche Entwickelung und ihre wirtsckafliche Se i te. Lipsk. S. Hirzel 1901, 8". XII. i str. 557.

[28]) Przeciwko przeinaczeniu cyfr robiono zastrzeżenia, ale to mnie nie obchodzi.

’) Ustęp V-ty omawiający kradzieże systematycznie popeł­niane przez młode z lepszych ■sfer kobiety w wielkich maga­zynach i domach handlowych paryskich, na podstawie książki Dra Paula Dubuissona („Les Yoleuses de Grandes Magasins". Paryż, A. Storck et Comp.), naczelnego lekarza paryskiego za­kładu psychiatrycznego Sainte-Anne, pomijam, jako mniej ciekawy i dla naszych polskich stosunkiem niecharaktery- styczny. Móbius powołując się na wspomnianą książkę znaj­duje w tem nowy dowód moralnego defektu kobiety, wyraża­jący się małą odpornością na -wpływy zewnętrzne i łatwym uleganiem pokusom, co wszystko razem stanowić ma jesz­cze jeden przykład fizjologicznego niedorozwoju umysłowego kobiety. Przyp. tłum.

[30] Nie koniec na tein; nie inaczej brzmi owa księga, którą znam w całości; Wysiłki moje nad nią były nadaremne (w tłum. Wacliholza).

') Por. moje prace, jakie w międzyczasie ukazały się: „O płci zwierząt" (9—12 zeszyt „Beitrage zur Lehre von den Geechlechts-Unterschieden, 1906-06).

') Od tego czasu przyszło jeszcze kilką,

[31] Słowa Schillera. Przyp. tłum.


People in this conversation

Comments (1)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
This comment was minimized by the moderator on the site

No, jakbym do przeczystego źródła dotarł i z niego się napił ! Serdeczne dzięki Szan. Redakcji za tą pracę, Bóg nagrodzi. Pomyśleć, że tak dawno istniał i przeminął świat normalnej nauki...

Guest
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location