Provost, który odwiedza świątynie muzułmańskie w Afryce i tam głosi bluźniercze brednie o islamie jako religii pokoju, idzie dalej w swojej antyewangelii, bezczelności i brutalności. W niczym nie przeszkadza mu seryjne mordowanie afrykańskich chrześcijan przez muzułmanów, jako tło tych obłąkanych laudacji, w czym dano już prześcignął takich toksycznych oszustów, jak Wojtyła czy Bergoglio.
Z bezczelną, bezwstydną skwapliwością dołącza do takich chwalców pokojowego islamu, jakim jest brytyjski Karol III i jego syn książę William. Przerażenie i zgorszenie Anglików, słuchających napastliwych, królewskich deklaracji o pokojowości islamu i konieczności pobierania tych nauk przez tych flegmatycznych Wyspiarzy, odbija się echem w całym świecie, ale nie w Watykanie.
Watykan właśnie zainstalował meczet w pokojach Biblioteki i tam nikt niczemu się nie dziwi, co daje nam asumpt do przypuszczenia, że król Karol III i fałszywy papież Prevost muszą mieć tego samego zwierzchnika; lożę masońską, rabina, tajną sektę satanistyczną czy, po polsku, „oficera prowadzącego”.
O ile Karol III jest coraz głośniej pomawiany o rytualne mordy i zjadanie niemowląt, co może być oczywistym przyczynkiem do jego podatności na szantaż ze strony Mossad `u mającego na niego takie dowody o multimedialnym charakterze, to musi nas zastanawiać to: co jest przyczyną postępowania Prevosta? Skąd to islamskie przyspieszenie, tak dokładnie zsynchronizowanie z propagowaniem religii pokoju, jaką jest islam. Czy jest to demon, który na niego zstąpił podczas oddawania czci Pachamamie. Lub czy jest to rutynowa działalność agenturalna: Prevost jako agent CIA pojechał Południowej Ameryki, aby tam rezydować? - CIA to organizacja kontrolowana całkowicie nie tyle przez Mossad, ile przez światowe żydostwo, któremu Mossad podlega i jego szybkie awanse w Watykanie nie są niczym specjalnym.
To chyba stąd ta sataniczna gorliwość Prevosta w jego wymaganiach wobec nas Europejczyków, głosząca, że mamy obowiązek przyjmowania migrantów i nadania im wszelkich praw. Już przed Lampeduz'ą stwierdził kategorycznie, że państwa europejskie mają obowiązek zbadać dokładnie i uczciwie każdy pojedynczy przypadek migranta najeżdżającego na Europę, bo tego wymaga porządek moralny.
Teraz to wszystko uściślił i uzasadnił:
"Dlatego z tego najdalszego skrawka Europy na Morzu Śródziemnym wyraźniej widać epokowe wezwanie, przed którym zjawisko migracji stawia społeczeństwa europejskie. Także pod tym względem – podobnie jak w sprawie transformacji ekologicznej i budowania pokoju – Europa posiada wyjątkowy potencjał, wypływający z jej historii i kultury, a więc także równie wielką odpowiedzialność. Ze względu na swoje położenie geograficzne i kształt instytucjonalny Europa jest w stanie, by na tym obszarze zmierzyć się z kryzysem w sposób całościowy: włączając pierwszą pomoc w długofalowy plan strategiczny, zdolny przyjmować, chronić, promować i integrować migrantów, a zarazem działając na rzecz rozwoju, aby nikt nie był zmuszony do emigracji. Wszystko to powinno odbywać się przy czujnej trosce o poszanowanie godności każdej osoby. Jest to zadanie instytucji publicznych, ale także całego społeczeństwa obywatelskiego i Kościoła."
Judaizm i islam to bracia jednego ojca, a dwóch matek, konflikt między nimi uwidoczniony w Palestynie jest pozorny i w sprzeczności z wielowiekowym sojuszem wymierzonym zawsze i wszędzie przeciwko chrześcijanom. Tu widać to wyraźnie: Spontaniczni migranci muzułmańscy są przyjmowani przez państwa europejskie wierne swoim purytańskim prawom dającym wszelkie przywileje muzułmańskim gwałcicielom, rabusiom napadającym ich kraje, a to nawet bez żadnego dokumentu tożsamości, a co tym bardziej daje im status nietykalności względem prawa karnego i azylowego. Spontaniczne potrzeby muzułmańskich migrantów z Azji i Afryki, którzy - na pontonach opłacanych 20 000 dolarów za miejsce - zgrabnie napadających na nas, są szablonowo, zgodnie przyjmowani przez nasze pryncypialne, purytańskie rządy.
Kto tym steruje? Kto napędza kolorowy motłoch do napadu na Europę, kto otwiera szeroko jej bramy, jeśli nie jedna i ta sama ręka, czyli żydzi?! Tak przecież robili w Polsce!
Jaką rolę odgrywa tu i teraz Prevost? Widoczne dla wszystkich fale oburzenia społecznego i protesty w Europie, są tak duże, że rządy tej obecnej europejskiej superkorupcji tracą swój rozmach. Trzeba zatem nowych wiatrów, nowych idoli, a tym razem rzekomych chrześcijan, którzy przebrani za kapłanów katolickich z ewangeliami na ustach, a z kloaką w sercach będą głosić moralne nakazy przyjmowania migrantów, to na naszą zgubę.
Ci kapłani to wilki w owczych skórach, jednym z nich jest Prevost ewidentny apostata, przypuszczalny żyd i agent CIA.
Red. Gazeta Warszawska
+
Lampedusa-Salina, Boisko sportowe „Arena”
Sobota, 4 lipca 2026 r.
· Pozdrowienie Ojca Świętego w odpowiedzi na słowa powitania Burmistrza
· Homilia Ojca Świętego
Panie Burmistrzu, dziękuję, dziękuję!
Panie Burmistrzu,
Ekscelencjo, Szanowne Władze,
Drodzy bracia i siostry!
Dziękuję Panu Burmistrzowi za słowa powitania, które skierował do mnie w imieniu Gminy Lampedusa i Linosa, i dziękuję wam wszystkim za wasze przyjęcie!
Fakt, że zechcieliście nadać Molo Favaloro imię Papieża Franciszka, jest znakiem więzi, jaką mój Poprzednik nawiązał z waszą wspólnotą oraz z braćmi i siostrami migrantami. Papież był blisko was w tym tak bardzo dla was wymagającym czasie. A dziś jestem tutaj, aby wam powiedzieć, że Papież nadal wam towarzyszy, wspiera was i dodaje wam otuchy.
Nie przybyłem, aby wygłaszać przemówienia, lecz aby celebrować Eucharystię, najwyższy znak obecności Chrystusa pośród nas. Gest Jezusa, który łamie chleb, aby dać samego siebie, nadaje sens i siłę naszym codziennym gestom pomocy i dzielenia się. Tak, to jest miejsce, w którym gesty mówią więcej niż słowa. Jednak gesty, aby były prawdziwie ludzkie, potrzebują serca. Dlatego zgromadziliśmy się tutaj: aby czerpać od Chrystusa miłość, którą tylko On może nam dać, aby świat dzisiejszy i jutrzejszy był bardziej ludzki, bardziej ludzki dla wszystkich.
Dziękuję!
_____________________________
Drodzy Bracia i Siostry!
Bóg miłuje nas zawsze jako pierwszy. Piękno morza, tej wyspy i waszych twarzy jest odblaskiem Jego bezinteresownej inicjatywy: miłość nas wyprzedza, ogarnia i gromadzi. Jestem wdzięczny Panu, że mogę was odwiedzić, idąc śladami Papieża Franciszka, który 8 lipca 2013 r. zechciał przybyć na Lampedusę podczas swojej pierwszej podróży jako Następca Piotra.
Apostołowie – jak wiecie – żeglowali po Morzu Śródziemnym i doświadczali gościnności mieszkańców jego wysp i wybrzeży, od tysiącleci będących miejscem skrzyżowania cywilizacji. Ewangelia rozbrzmiewa tam, gdzie spotykają się ludy, gdzie ludzie przyjmują się nawzajem, gdzie splatają się ich dzieje, a różne kultury podejmują dialog. Milknie ona natomiast tam, gdzie każdy czyni z siebie wyspę, gdzie unika się kontaktu i przerywa wzajemną wymianę. W tym sensie przed chwilą proklamowana przypowieść o miłosiernym Samarytaninie opisuje historię, która wciąż trwa (por. Łk 10, 25-37), a Encyklika Fratelli tuttii pomogła nam odczytać tę Ewangelię na nowo w dramatycznych okolicznościach dziejowych, w których nadal jesteśmy zanurzeni. Słowo Boże jest zawsze słowem na dziś i wprowadza nas w rozmowę, z której mamy wyjść przemienieni. Jak więc odpowiemy na miłość Tego, który umiłował nas jako pierwszy?
Umiłowani, dziś Lampedusa i Linosa leżą przy drodze niebezpiecznej jak ta, która prowadziła z Jerozolimy do Jerycha (por. w. 30). Tutaj widzieliście nie jednego człowieka, lecz tysiące ludzi, którzy wpadli w ręce zbójców: ograbili ich ze wszystkiego, pobili do krwi i odeszli, zostawiając ich na pół umarłych (por. Łk 10, 30). Innych – tych, którym nie udało się dotrzeć tam, dokąd mieli nadzieję przybyć – przyjęło morze. Czujemy jednak ich obecność, a ona przemawia do nas nie słabiej niż obecność tych, którzy zeszli na ląd, potrzebując troski i pomocy. Zanim pojawi się jakiekolwiek rozważanie intelektualne czy przekonanie ideologiczne, spotkanie z człowiekiem, który leży przed nami ogołocony ze wszystkiego, wzywa nas do bliskości. List do Hebrajczyków przypomniał nam: „Pamiętajcie […] o tych, co cierpią, bo i sami żyjecie w ciele” (Hbr 13, 3). Jest to samo serce ewangelicznej przypowieści: bliźnimi czynimy się wobec innych, bliźnim trzeba się stać (por. Łk 10, 36-37)!
Przybyłem, aby wam podziękować, bracia i siostry z Lampedusy, za bliskość, którą wielu z was postanowiło okazywać. Na nowo dokonał się cud współczucia: „Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko” (w. 33); to wewnętrzna rewolucja, która wydobywa z nas Bożą wrażliwość i poszerza myśli, serce i życie. Dziękuję wolontariuszom, stowarzyszeniom skupionym w „Forum Lampedusa Solidale”, instytucjom cywilnym, Straży Przybrzeżnej, burmistrzom i kolejnym władzom administracyjnym; dziękuję diakonom, kapłanom, osobom zakonnym, lekarzom, psychologom, wychowawcom; dziękuję służbom odpowiedzialnym za bezpieczeństwo i wszystkim, którzy, z darem wiary lub bez niego, postanowili kochać razem. Tak, bo pośród was miłość przybrała zorganizowany kształt, ta miłość, której współczucie, dostrzegające brata na morzu, jest jak pierwsze drgnienie, jak głębokie wezwanie, by odważyć się na to, o czym nigdy byście nie pomyśleli. Pozdrawiam obecnych tutaj migrantów: oni sami nie tylko otrzymali pomoc, ale wiele razy okazywali solidarność w czasie swojej drogi, jak ubodzy, którzy pomagają jeszcze uboższym. Dziękuję wam, bracia i siostry, bo w tym, że stajecie się bliźnimi, nie ma nic oczywistego, nic automatycznego.
Mówi nam o tym wspomniana przypowieść: miłość zawsze dokonuje się w wolności, a wolność wyraża się w decyzjach. Są także tacy, którzy dokonują wyboru, by nie stać się bliźnimi, i tacy, którzy postanawiają nie podejmować decyzji. Ci, którzy zginęli w tym morzu, są ofiarami zarówno decyzji podjętych, jak i decyzji zaniechanych. Obojętność na dobro wspólne i korupcja w miejscach, z których wyruszają; światowy system ekonomiczny, który rodzi ubóstwo i wykluczenie; lęk karmiący uprzedzenia i pogardę; przekonanie, że te problemy nas nie dotyczą; zbrodnicze kalkulacje tych, którzy zarabiają na cudzym dramacie; powolne i trudne przejście od samego zarządzania sytuacjami kryzysowymi do wypracowania spójnej i wspólnie uzgodnionej polityki – wszystko to powtarza dziś ów pośpiech z opowieści ewangelicznej, by „minąć” człowieka w potrzebie (por. ww. 31-32).
W przypowieści pewien kapłan znalazł się tam „przypadkiem” (w. 31), a po nim także lewita. Obaj widzą, lecz mijają potrzebującego. Niestety, w każdym czasie nie brakuje ludzi, którzy boją się skalać przez kontakt z innymi i w ten sposób – nawet wobec cierpienia i śmierci – zaprzeczają wspólnemu pochodzeniu od Boga, nieskończonej godności każdej istoty ludzkiej i powołaniu do miłości bez granic. Czas uznać i jasno powiedzieć, że przynależność religijna nigdy nie może stać się powodem dyskryminacji, jak gdyby wiara miała granice, a nie była powszechnym wezwaniem do zbawienia. Tam, gdzie wznosiły się mury podziału, Chrystus je zburzył (por. Ef 2, 14). Nie ma miłości Boga bez miłości bliźniego, a bliźniego nie ma, jeśli ja sam się nie zbliżę. Zatrzymać się, wzruszyć, pochylić, zapłakać wobec cudzego bólu – jak uczynił to Jezus – znaczy wejść w ruch miłości – ten, w którym objawił się Bóg.
Najdrożsi, kto pozwala się wprowadzić w tę dynamikę współczucia i miłosierdzia, zaczyna żyć inaczej, inaczej być obywatelem, inaczej pracować. Wtedy naprawdę może się narodzić cywilizacja miłości, ta, którą ukazywali moi święci Poprzednicy: Jan XXIII, Paweł VI i Jan Paweł II. Wraz z wielką rzeszą proroków i męczenników minionego stulecia zrozumieli oni, że na otchłanie ludzkiego serca i okropności wojny tylko miłosierdzie potrafi odpowiedzieć nowymi początkami. Teraz, stojąc na ramionach tych olbrzymów, weszliśmy w tysiąclecie, w którym mamy nadawać cywilizacji miłości kształt duchowy, kulturowy, prawny, polityczny i ekonomiczny. Ogrom cierpienia, na które patrzymy, niech pozwoli nam pojąć radykalizm tego wezwania.
Jak ów Samarytanin możemy zmienić plany i obrać inną drogę. Bardziej niż ów Samarytanin mamy środki i możliwości, by nadziei nadać konkretny kształt w historii. On „podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go” (Łk 10, 34). My również musimy uznać, że „cywilizacja miłości nie rodzi się z jednego, spektakularnego gestu, lecz z sumy małych i wytrwałych aktów wierności, które stawiają tamę dehumanizacji” (Enc. Magnifica humanitas, 213). Przyjaciele z Lampedusy, jesteście tego świadkami! Tutaj, spotykając się z wami, można lepiej zrozumieć nasz czas, a każdy może rozeznać kierunek własnego życia. „Oczywiście, nie wszyscy mają taką samą możliwość oddziaływania na rzeczywistość (…). A jednak nikt nie jest pozbawiony odpowiedzialności. Każdy dysponuje własną przestrzenią działania i właśnie tam – a nie gdzie indziej – jest wezwany do wyboru, czy podsycać logikę siły (choćby tylko przez obojętność, cynizm, kłamstwo czy nienawiść), czy też strzec logiki pokoju (przez prawdę, umiar, bliskość i troskę)” (tamże, 212).
Dlatego z tego najdalszego skrawka Europy na Morzu Śródziemnym wyraźniej widać epokowe wezwanie, przed którym zjawisko migracji stawia społeczeństwa europejskie. Także pod tym względem – podobnie jak w sprawie transformacji ekologicznej i budowania pokoju – Europa posiada wyjątkowy potencjał, wypływający z jej historii i kultury, a więc także równie wielką odpowiedzialność. Ze względu na swoje położenie geograficzne i kształt instytucjonalny Europa jest w stanie, by na tym obszarze zmierzyć się z kryzysem w sposób całościowy: włączając pierwszą pomoc w długofalowy plan strategiczny, zdolny przyjmować, chronić, promować i integrować migrantów, a zarazem działając na rzecz rozwoju, aby nikt nie był zmuszony do emigracji. Wszystko to powinno odbywać się przy czujnej trosce o poszanowanie godności każdej osoby. Jest to zadanie instytucji publicznych, ale także całego społeczeństwa obywatelskiego i Kościoła.
Siostry i bracia, jak mówiłem niedawno na Teneryfie, podczas Podróży Apostolskiej do Hiszpanii, także na Lampedusie kultura przyjmowania ma wymiar turystyczny, który – niestety – może być postrzegany jako zagrożony przez szlaki migracyjne i może rozwijać się w obojętności, a nawet w przeciwstawieniu się ich dramatycznym aspektom. Dla wielu bowiem wakacje oznaczają jedynie rozrywkę, lekkość i beztroskę. Wtedy wydaje się, że trzeba wznieść niewidzialny mur między morzem rozbitków a morzem urlopowiczów. Miejcie odwagę myśleć inaczej. Stopniowo, z twórczą pomysłowością, zdołacie sprawić, że każdy, kto spędza na tej wyspie jakiś czas, także czas odpoczynku, będzie mógł stać się bardziej ludzki przez zmierzenie się z waszą miłością, z tym, czego nauczyło was morze, i z ludźmi, którzy was wychowali. Prawdziwy odpoczynek jest bowiem tam, gdzie odnajduje się sens życia, a prawdziwy dobrostan tam, gdzie ekonomia jest sprawiedliwa i braterska. W takiej ekonomii troska o stworzenie i przyjaźń społeczna łączą się w syntezę, której ludzkość dziś poszukuje.
Pierwsze czytanie przypomniało nam, że przez praktykowanie gościnności „niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę” (Hbr 13, 2). Bądźcie więc, choćby na małą skalę, proroctwem tego, ku czemu razem możemy zmierzać w wielkiej skali. Skorzystacie na tym najpierw wy sami i wasze rodziny, przezwyciężając podziały i rozbieżności, które tylko miłość potrafi rozwiązać. Niech zwłaszcza parafia będzie wspólnotą, w której w szkole Ewangelii uczy się razem przyjmować, towarzyszyć i integrować, w duchu komunii.
Mamy tutaj, obok ołtarza, wizerunek Matki Bożej z Porto Salvo, patronki Lampedusy. Wiecie zapewne, że św. Augustyn lubił opisywać życie ludzkie jako żeglugę po wzburzonym morzu, a jego cel jako przystań bezpieczną i pewną. Nie pozwólmy, by zwyciężył nas lęk, lecz patrzmy na codzienne trudy jak na czas sposobności i świadectwa. Niech więc wasza wiara, najdrożsi, umacnia się przez te lata próby i wielkodusznego zaangażowania. Niech ten czczony Wizerunek znów przemówi do was z dawną mocą, z jaką przemawiał wtedy, gdy ci, którzy przekazali wam tę pobożność, powierzali się z radykalną szczerością wstawiennictwu Maryi Panny. W Bogu wszyscy mamy bezpieczny port, a każda wspólnota chrześcijańska jest wezwana, by być jego odbiciem na ziemi. A wam, wspólnoto Lampedusy i Linosy, niech nigdy nie zabraknie oddechu wiary, nadziei i miłości: „ O’scià!” [1].
[1] Typowe pozdrowienie mieszkańców Lampedusy, dosł. „Mój oddechu!”.






